Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Część II opowiadania łącznikowego 2015
 
Martwe miasto.

Symeon
Mężczyzna szedł z opuszczoną głową, a długie, brązowe włosy przetykane gęsto pasmami siwizny opadały mu na twarz. Wydawało się, że strażnicy trzymają go jedynie dla porządku, ponieważ w całej postawie mężczyzny nie szło doszukać się nawet zalążka agresji czy buntu. Szedł powoli, jakby każdy krok sprawiał mu ból. I może rzeczywiście tak było, bo przecież zanim arcykapłan Izarides znalazł się w tym miejscu, trafił do aresztu, wzięty pod czułą opiekę żołnierzy Małego Ofiru.
Z nieba lał się żar, zmieniając główny placu miasta Itharos w rozgrzaną patelnię. Docierający zewsząd swąd spalenizny był silniejszy niż odór spoconych ciał, ale cała ta kakofonia zapachów przyprawiała o pulsujący ból głowy. Co chwila ktoś mdlał, ale nikt się tym nie przejmował. Wszyscy wpatrywali się w milczeniu w szczupłą, przygarbioną sylwetkę arcykapłana. Mimo, że prawdopodobnie zupełnie nie chcieli. Mieszkańcy miasta Itharos zostali na rzeczony plac spędzeni przez żołnierzy kratistosa Messyny, Theo Tynagirona, od trzech czy czterech dni tytułującego się mianem zdobywcy Itharos. Miasto opuszczone przez styryjskie oddziały poddało się szybko zjednoczonym siłom Małego Ofiru. Wydawać by się mogło, że nawet bogini nie była skora, żeby udzielić wsparcia swoim kapłanom, jakby kłopotało ją w tym momencie coś innego.
Pytanie, czego żałuje- zamyślił się Symeon, przyglądając uważnie całej sylwetce arcykapłana- Bo to, że żałuje, to przecież pewne. Każdy by żałował maszerując na szafot, odprowadzany niczym ponad spojrzenie setek oczu.
Ludność Itharos miała powód, żeby w tym momencie nienawidzić swoich pobratymców z Małego Ofiru. Po tym jak miasto nie wyraziło zgody na kapitulację zaproponowaną przez przedstawicieli zjednoczonych miast, zostało praktycznie zrównane z ziemią.
A właściwie wciąż było.
Spojrzał na górującą nad tłumem sylwetkę kratistosa Theo Tynagirona, który stał niewzruszenie z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Na twarzy kratistosa próżno było szukać uczuć. Całym sobą przypominał raczej rzeźbę niż człowieka, ale Symeon stał na tyle blisko, by dojrzeć burzowe chmury w niebieskich oczach Tynagirona i poziomą bruzdę na czole.
Znaczy, ułaskawienia nie będzie. Nie żeby rozważał to na poważnie, ale przez chwilę przeszło mu przez myśl, że Mały Ofir postanowi darować arcykapłanowi w imię zjednoczenia i odbudowy. Ale jedno spojrzenie na zacięte wargi i ściągnięte brwi kratistosa wystarczyło, aby Symeon zaczął się zastanawiać nie tylko nad losem arcykapłana, ale też całego Itharos.
A szczególnie jego odbudowy.
Bo przecież od kilku dni miasto płonęło. Na niebie kłębiły się gęste, stalowoszare chmury, a w nozdrza gryzł ostry zapach spalenizny. W dodatku wczoraj spadł deszcz i Symeon przekonał się po raz kolejny, że nie ma gorszego smrodu niż swąd zgaszonego pożaru.
Myślał, że nie będzie tak źle. Przybył do miasta dwa dni po tym, jak zostało zdobyte, a na gruzach Izaionu, stanowiącego najwyższy punkt miasta, zatknięto dumnie powiewającą flagę Messyny. Złota litera M świadczyła dobitnie, kto prowadził atak i kto jako pierwszy postawił stopę na odzyskanej ziemi. I okazało się, że Messyna pamięta. Każdy kamień, każdy sztandar zastąpiony przez ten znienawidzony, z czarnym smokiem, każdego żołnierza i każdego cywila. Pamięta krew, strach i łzy. I upokorzenie przegranych.
Pamięta i to aż nazbyt wyraźnie.
Dlatego właśnie miasto płonęło. W duszy Symeona poruszało to bardzo czułe nuty, bo liczył po cichu, że Tynagiron uchroni dziedzictwo Ofiru przed całkowitym zniszczeniem. Jednak z dnia na dzień dochodził do przerażającego wniosku, że wojna na prawdę rządzi się swoimi prawami i za każdy zniszczony metr Messyny atakujący odbiorą sobie z nawiązką. Trochę rozumiał, a trochę nie. Serce mu krwawiło, kiedy patrzył na splądrowany budynek senatu. Ale to nie on musiał trzymać w ramionach umierających towarzyszy broni, więc nie czuł się upoważniony do oceny.
Kat stojący za ramieniem Theo Tynagirona przestąpił niecierpliwie z nogi na nogę. Pochód prowadzący Izaridesa zbliżał się powoli, a ludzie rozstępowali się przed nim w milczeniu. Nastroje na placu były różne, ale przeważała ciężka, gorzka wrogość. Nie radowano się, że arcykapłana spotka zasłużona kara, bo nie było kary równoważnej do czynu, którego się dopuścił. Śmierć była łaskawym wyrokiem.
Symeon spojrzał na metalowe koła stojące na szafocie i przełknął ślinę. Nie był tego taki pewien.
Lekko wspiął się na palce, bo w tłumie utworzyła się wyrwa, którą prowadzono następnych ludzi, mężczyzn i kobiety. Wszyscy mieli na sobie brudne, poszarpane kapłańskie szaty w barwach zieleni i złota. Na ich czołach gorzał brunatną czerwienią symbol Tavar, wyglądający na świeżo wypalony. Kiedy spojrzał z powrotem na szafot, gdzie po solidnych schodkach wyprowadzano słaniającego się arcykapłana, dostrzegł, że za plecami towarzyszącego Tynagironowi kata pojawiło się jeszcze dwóch kolejnych.
Ale karny pochód napiętnowanych kapłanów składał się z kilkunastu osób.
Zapowiadał się na prawdę długi dzień i Symeon nie był pewien czy ma ochotę dotrwać do końca.
Tłum zaszumiał, kiedy stojący na szafocie arcykapłan uniósł otwarte dłonie, ukazując pięknie wytatuowane symbole Tavar, skrzące się złoto w rażącym słońcu popołudnia. Złączył je przed sobą tworząc trójkąt z kciuków i wskazujących palców.
Kilka osób z tłumu odpowiedziało tym samym, ale zaraz pojawili się przy nich messyńscy żołnierze, kładąc na ziemię tych bardziej opornych.
Z nieba lał się żar.
Arcykapłan już nie trzymał rąk w górze. Miał je złamane w łokciach.

Theo
Suchymi, swędzącymi dłońmi przetarł zmęczone oczy i miał wrażenie, że tylko wciera sobie w nie gryzący dym. Nawet tutaj, w górnym zamku, pomieszczenia zdawały się być nim wypełnione po brzegi, mimo, że powietrze było zupełnie przejrzyste. A może to przez ten zapach, który tak dobrze znał. Pamiętał wszystko jakby było wczoraj, a przecież minęło już tyle lat. Udało mu się wrócić i niemalże odbudować to wszystko, co umierało w męczarniach na jego oczach. I każdego dnia wracał myślami do obrony miasta, układając jednocześnie plan ataku na Itharos. I każdego dnia dowiadywał się, że to jeszcze nie czas. Że ludzi jest wciąż za mało, a utrata Pana Ognistej Tarczy spowodowała zbyt wielkie straty w bojowej sile kapłanów. Że tamci mają za sobą potęgę Wielkiej Pani, że wspierają ich wojska ulundo, których tak dobrze pamiętał z Messyny. Czasem wspominał jeszcze oblężenie Srebrnohory i dumne, itharyjskie proporce pod symbolem Styrii.
Westchnął ciężko, mimowolnie szarpiąc długą, pobielałą brodę.
Jeszcze parę latek i przyjdzie umierać- zauważył w myślach bez smutku, patrząc na płonące miasto przez wielki, łukowaty portal prowadzący na balkon.
Wstyd było się przyznać, ale śmierć jawiła mu się teraz, jako całkiem przyjemny stan. Poświęcił te wszystkie lata pracując bez opamiętania nad przywróceniem Ofiru do dawnej świetności, jednocześnie mając gdzieś za uszami, że prawdopodobnie nigdy się to nie uda. Pięć miast już nigdy nie będzie równe i zjednoczone, a i w ludziach coś się zmieniło. Mały Ofir, piękne dzieło setek rąk i serc, stanowił namiastkę domu, który pamiętał, a który już zawsze będzie musiał wystarczyć.
O ile nie zaleją go hordy z dalekiego południa, ostatecznie zrównując z ziemią i nie oszczędzając tym razem żadnego miasta. Czasem prześladował go ten koszmar, że budzi się z swojej komnacie, a wszystko dookoła płonie. Może tylko wyjść na balkon, żeby spojrzeć w dół, na zniszczone miasto i obce symbole. I trupy. Wszędzie trupy. Słyszał o potędze wojsk Zapołudnia i wiedział, że nie będą w stanie długo sie bronić. Ale jednocześnie był im wdzięczny, bo tylko dzięki nim Styria wycofała swoje wojska z Itharos, zostawiając miasto niemal dziecięco bezbronne w obliczu sił Małego Ofiru.
Drzwi do komnaty otworzyły się z przeciągłym skrzypnięciem, ale nie miał siły ani ochoty żeby się odwrócić. I tak niewiele osób miało dostęp do najwyższego piętra górnego zamku.
-Dziadku, komnen Lukides donosi, że wszyscy kapłani są już w lochach. I, że będą tam tak długo jak to konieczne, oczekując na wyrok zgodnie z twoją wolą. Znaczy, z wolą twoją i reszty, czy coś - w głosie przebrzmiało zniecierpliwienie- Ale stwierdził też, że zaczną już stawiać szafot, bo trochę to potrwa. Na centralnym placu. Mogę iść powiedzieć, żeby jednak się wstrzymał, jeśli chcesz.
Odwrócił się powoli, rozważając, jaki ton obrać. Najmłodsza córka Anamei może nie odziedziczyła po matce koloru włosów, ale na pewno zdolność do przyprawiania go o zawał serca.
Bardzo bladą twarz kobiety okalały krótko przycięte, niemal czarne loki. W szarozielonych oczach widział zmęczenie i zdenerwowanie. Pod pachą trzymała hełm z wysokim, czarnym grzebieniem. Na precyzyjnie wyprofilowanym, skórzanym napierśniku pyszniły się brzydkie, rdzawe plamy. Dowodziła jedną z hetajr, podobnie jak kiedyś on, ale wciąż miała zbyt mało lat i zbyt mało doświadczenia. Pewnie, dlatego w całej jej postawie widział dezaprobatę.
Dla niego.
Dla jego działań i decyzji.
-Nie, to dobrze, że Lukides już się tym zajmuje- odpowiedział i patrzył jaj jej oczy ciemnieją ze złości- Wszyscy kapłani mają być martwi przed jutrzejszym zachodem słońca.
-Więc nie możesz po prostu kazać ich zabić?- fuknęła gniewnie niczym kotka- Zamiast czynić z tego teatrzyk dla gawiedzi?
-Moje dziecko- uśmiechnął się pobłażliwie- Kiedy mi właśnie zależy, aby cała gawiedź, jak określiłaś, zobaczyła na własne oczy jaka jest kara za zwrócenie się ku styryjskiej bogini.
-Jakby mieli jakieś wyjście- powstrzymała dziecinnie tupnięcie nogą- Od trzydziestu lat to miasto trwa pod protektoratem Styrii i ludzie, którzy wtedy zwrócili się ku bogini zdążyli już odejść z tego świata.
-Rzeczywiście- skonstatował ze smutkiem- Uwierz mi Flawio, szczerze żałuję, że nie spotkam się twarzą w twarz z pierwszym arcykapłanem. Jego śmierć pokrzyżowała wiele moich planów, na szczęście...
Skrzypnięcie drzwi przerwało mu gwałtownie. Flawia odruchowo położyła dłoń na bogato zdobionym kordzie przytroczonym do pasa. Już od dziecka poruszała się zwinnie jak kot.
-Szlachetny kratistosie- młody mężczyzna skłonił się z szacunkiem- Melduję, że grobowiec zdrajcy został zniszczony, a ciało przybite do krzyża. Zgodnie z rozkazem ustawiliśmy go na gruzach Izaionu.
Theo kiwnął na znak, że rozumie. Flawia wciągnęła powietrze ze świstem.
-Dziękuję. Możesz wracać do swojego enomu.
Mężczyzna zasalutował, a gdy wyszedł zapadła głucha, ciężka cisza. Theo Tynagiron, kratistos miasta Messyna czuł na barkach coraz większy ciężar i miał podstawy by sądzić, że niedługo przygniecie go do zdobionej posadzki.
-Czy ty masz... -zaczęła Flawia, ale nie dokończyła, kręcąc tylko głową. Niezależnie od bliskich relacji, które łączyły ją z dziadkiem doskonale zdawała sobie sprawy z cienkiej linii za którą Theo był już tylko kratistosem.
-Nie zachowuj się jakbyś miała znowu dziesięć lat i ukarałem twojego psa za pogryzienie kucharza- podszedł i położył jej dłoń na ramieniu- Myślisz, że jestem okrutnym człowiekiem? Dobrze, może jestem. Ale obyś nigdy nie musiała uczyć się na własnej skórze, że inaczej się nie da. A jutro osobiście dopilnujesz, żeby na placu znaleźli się wszyscy obywatele Itharos, a w szczególności ci ściśle powiązani z Nową Styrią. Weźmiesz swoją hetajre i choćbyście mieli wywlekać matki z małymi dziećmi, to właśnie to zrobicie. Rozumiesz?
Patrzył na jej młodą, zaciętą twarz i zastanawiał się czy kiedykolwiek był taki sam.
Może kiedyś.
Ale nie bardzo to pamiętał.
-Oczywiście- skinęła sztywno- Rozumiem, szlachetny. Czy mogę już iść? Mój mąż został poważnie ranny i chciałabym być przy nim zanim zajmę się spędzaniem itharyjskich cywili, żeby mogli popatrzeć na obdzieranych ze skóry kapłanów.
Odwróciła się na pięcie i wyszła sprężystym krokiem, trzaskając drzwiami.
Theo zapatrzył się na płonące miasto.
Już nigdy nic nie powstanie na tej ziemi.
Ta ziemia od dawna jest martwa.
Jak ja.



Północ

Poszarpane szczyty Wzgórz Skienbyrge odcinały się czarną linią na tle rozgwieżdżonego nieba. Iskry, idące z ogniska gjeterów, wzlatywały ku niebu, mieszając się z dywanem gwiazd, rozświetlających nieboskłon. Siedzący przy ogniskach raczyli się kirsą i topionym serem, ktoś śpiewał zawodzącą balladę, której echo odbijało się od skał i pastwisk, ktoś ostrzył toporek, ktoś zszywał skórzaną sakwę, klnąc głośno. Niedaleko owce tupały i ciapały przy wodopoju.
Ukryci w cieniu poza kręgiem ognia zbrojni przypadali niziutko do ziemi za każdym razem, kiedy ktoś z siedzących przy ognisku wstawał lub podnosił głowę. Czekali na hasło, a tymczasem ich dowódca, ukryty tuż za winklem niewielkiego szałasu, słuchał. Siedzący najbliżej gjeterzy rozmawiali całkiem głośni, czując się swobodnie i bezpiecznie pod czujną strażą kolegów... kolegów, którzy już dawno byli obezwładnieni i związani.
„Dunharrow” – wyłapał z ich rozmowy i wytężył słuch.
- Mają łąki rychtyk jak dla naszych dorsetów, siumna tłusta trawa...
- Bydzie z tego bida...
- Aj tam, weźze nie bździj mnie tu.
- Jak się pódzie, a poniesie, że dla Dunharrow’ów robimy, to bydzie bida. Stary pan Halfdan nie przepuści.
- A to juże nie moje troski, ino Kilkeranów. U nich praca dobra, owce dobre, rasowe, nie jakieś posrane wrzosówki, co mnie ich z Borgh Du sprawy... Lepiej się zastanów, co z temi dedułami zrobić, co ich chłopaki połapali.
- Na porwóz ich – zawyrokował drugi – To śmierdziuchy są, gizdoki borowe, Leemi zapaćkani, samnijskie pomioty.
- No, nie samnijskie one, chociaż podobne...
- Mówia przeca, że samnijskie. Oni się z leszymi i wilkunami kumają, pono znowu nad Glatendall dzieciaki cosik zażarło, baby na targu mówiły....
- Weźze wstydziłbyś się po babach ploty powtarzać. Ci tu ucapieni na kradzieży owcy, do turmy pójdą.
Krótką tę wymianę opinii gjeterów przerwał krzyk.
- Chopy, na nogi! Thorbjorn i Brywen znikli!
Na polanie zakotłowało się, każdy z tam siedzących broń miał pod ręką, jedni łapali za pochodnie, inni gotowali łuki czy topory, gotowi do ataku. Hovgjeter, dowódca zbrojnych pasterzy, potężnej budowy, a niemłody już mężczyzna, wydawał polecenia sprawnie i bez namysłu, a pozostali słuchali karnie niczym oddział wojskowy.
Skryty w mroku młody wielmoża westchnął, wiedząc, że nie będzie już lepszego momentu na atak. Złożył się do strzału, celując w postać dowódcy, starego Kettila Utansona. Strzała jęknęła w powietrzu, hovgjeter trafiony w kolano upadł na ziemię, jednocześnie rozległ się gwizd i czający się dotychczas wśród traw zbrojni wypadli do nagłego ataku.
Ognisko zdeptano i przez dłuższą chwilę było słychać głównie krzyki walczących i szczęk broni. Gjeterzy bronili się zażarcie, ale przy kilkukrotnej przewadze liczebnej przeciwników musieli w końcu ulec.
Orm Halfdanson Borgh Du nie brał udziału w walce. Spokojnym krokiem cofnął się do zostawionych za skałami koni. Pilnujący ich ludzie na jego znak podążyli za nim, ciągnąc za sobą także wcześniej schwytanych jeńców.
- Kettil Utanson z Glattendal – oznajmił, wjeżdżając konno pomiędzy swoich ludzi, trzymających obezwładnionych już pasterzy – Hovgjeter rodu Kilkeran – zeskoczył tuż przez twarzą wojownika, na której widniała wściekłość i ból.
- Panicz Borgh Du... – stęknął z trudem – Nie weszliśmy wam w szkodę, panie, czegóż nam wstręty czynicie...
- Nie weszliście... – szlachcic uniósł brwi – Wtedy byście tu już ziemie gryźli, a zważ, że rozmawiam z wami żywymi. Jeszcze – zrobił efektowną pauzę i udał, że nie zauważył ciała jednego z chłopców, który poległ w starciu – Nie weszliście w szkodę, ale napluliście na wiekowe porozumienie naszych rodów, zdeptaliście szacunek dla pokoleń naszych przodków – kontynuował z udawaną, ironiczną emfazą – Na czyich polanach wypasacie owce Kilkeranów?
- Panie – zająknął się hovgjeter – To nie jest moja sprawa, z kim ród Kilkeran się dogaduje o wypas owiec. Ja tylko szkolę chłopców... Panicz Vestein powinien wrócić ze zwiadów zaraz, to z nim pogadacie....
- Panicz Vestein Hrufnson, powiadasz... – młody Borgh Du dał sygnał ręką, jeden z jeźdźców zrzucił brutalnie z wierzchowca przerzucony przed sobą przez siodło pakunek, który okazał się być człowiekiem. Pozostali zdjęli mu z głowy wór, ukazując opuchniętą od bicia twarz młodego mężczyzny – Ten?
Hovgjeter spojrzał na swego suwerena z niepewnością i zrobił gest, jakby chciał wstać do niego, ale trzymający go zbrojny kopnięciem zatrzymał go w pozycji klęczącej. Borgh Du kontynuował:
- Więc mówisz, że nie twoja sprawa i masz rację. Ale jego sprawa. On to, łamiąc tradycję i porozumienie rodów, wyrażając pogardę dla mego ojca, kazał wyprowadzić swoje stada na Niskie Ziemie, na łąki Dunharrow’ów. Tak? Ty zaś to wykonałeś. On więc winien? Czy ty? Któremu z was dwóch winienem obciąć jajca....?
Stary pasterz zmrużył oczy, jego głos zabrzmiał nagle poważniej i spokojniej.
- Uważaj, paniczu Orm. Byś mógł komu co obciąć, wyrok musi thang wydać, a i ja i Vestein jesteśmy krwi szlacheckiej. Wielkim szacunkiem twego ojca darzę i ostatnią rzeczą, jakiej mu życzę, jest to, by zawisła mu nad głową wróżda rodowa.
Orm z wściekłością wciągnął powietrze i wyszarpnął zza pasa kindżał o samnijskim ostrzu, doskoczył do klęczącego gjetera, przykładając mu ostrze do gardła. Tamten nawet nie mrugnął.
- Nigdy mi nie groź, Kettilu Utansonie – warknął wielmoża gniewnie – Złamaliście pakt, złamaliście zasady, dogadaliście się ze zdrajcami!
- Nie trzeba było żądać trzykrotności poprzednich kwot za łąki za Skienselvą! – rzucił hovgjeter, ale przeszarżował. Tamten co prawda nie docisnął ostrza, ale potężnym uderzeniem rękojeścią posłał starego na ziemię.
- To by był na tyle – sapnął gniewnie, stojąc nad nieprzytomnym – Dość tego. Ich broń na kupę zebrać, tych tu puścić w samych gaciach. Owce zabieramy jako rekompensatę naszych strat. I cieszcie się, że tak mało!

Gdy nieliczna kawalkada jeźdźców zmierzała w dół z łagodnego upłazu między skałami ku Skoelholt i jedynemu brodowi na Skienselvie, zza ostro ściętego wzniesienia wyłonił się drugi oddział. Dziesiątka konnych, uzbrojona niejednolicie głównie w krótkie łuki, włócznie i scramasaxy, odziana była lekkie nabijane metalem kamizele, których wspólnym elementem była zielona szarfa, noszona podobnie jak płaszcz przy kilcie – na skos przez pierś, spięta na ramieniu wielką zapiną. Jeźdźcy szerokim kołem okrążyli oddział Orma, dając im chwilę na rozpoznanie zamiarów, po czym zrównali krok ze zbrojnymi Borgh Du.
- Sława, panno Ruadhagall.
- Sława, paniczu Borgh Du. Łowy udane?
- A jakże – sarknął Orm – Mieliście jednak nam pomóc w obławie, a tak zanim ich w kocioł zapędziliśmy, to pół nocy przebieżało.
Rudowłosa kobieta nazwana panną Ruadhagall skwitowała pretensje wielmoży uniesieniem brwi.
- Ludzie Leifa nie są waszymi pachołkami od brudnej roboty, Borgh Du. Byłoby dobrze, abyś o tym pamiętał, tak jak twój ojciec o tym pamięta.
- Uważaj, Aoife – warknął, przechodząc na bezpośredni ton – Może kiedyś nadejść dzień, gdy ojciec przestanie was wspierać. Wtedy na Wysokich Ziemiach także staniecie się wyjętymi spod prawa.
- To będzie bardzo smutny dzień dla domu Borgh Du – uśmiechnęła się zjadliwie Aoife – Bo wtedy my przestaniemy wspierać waszego ojca. Nie życzę mu aż tak źle. Ale póki co – złagodziła ton, nie chcąc brnąć w płonną kłótnię – Są jakieś istotne wieści z południa, Halfdan zwołał wszystkich swoich chorążych i sojuszników na godzinę świtu. W Sibrfjell będzie tłok...
- Hirdy książęce w sojuszu z czarnym tymenem miały przyjąć walną bitwę, może są już wieści.
- Żaden Tryntyjczyk nigdy będzie sojusznikiem Wergunda – skwitowała Aoife – Jeśli taki sojusz zaistniał, te hirdy nie mogły być więc tryntyjskie...

Do Sibrfjell dotarli jeszcze przed świtem, niebo ledwie szarzało. Orm oddał konia stajennym i ruszył schodami do komnat rodzicielskich, opanowując drżenie dłoni. Na chwilę jego wzrok odciągnął tylko widok znajomej twarzy na dziedzińcu.
Wziął głęboki wdech i ukłonem oddawszy salut wartowników nacisnął wielką, żeliwną klamkę.
Halfdan Sverdason i Muireann Fienadottir Borgh Du byli jedną z niewielu par możnowładców, którzy sypiali w jednej alkowie. Właściwie spędzali wspólnie większość czasu i całe skrzydło fortecy na przełęczy Silbr było przeznaczone na ich wspólne prywatne komnaty.
Muireann, pomimo mijających lat wciaż oszałamiająca urodą, podeszła do syna, który na środku izby przyklęknął na kolano, i ucałowała go w czoło. Halfdan, senior rodu Borgh Du, najpotężniejszy możnowładca północy, nie zmienił pozycji ani nie oderwał wzroku ni ręki od pergaminu, na którym pisał.
- Twoje polecenie wykonane. Kilkeran nie będą więcej knuć z Dunharrowami – zaczął niepewnie Orm, ale umilkł. Ojciec wciąż pisał i nie przerywając tej czynności odezwał się bezbarwnym, nie zdradzającym emocji tonem.
- Kazałem ci odwieść Kilkeranów od myślenia o zmianie suwerena, nie zaś przywieść ich do wojny z nami.
Orm pochylił głowę i zacisnął szczęki. Wiedział, że wiadomość dotrze do ojca zanim on sam zdąży ją przekazać.
- Co oprócz niewątpliwej osobistej satysfakcji przyniesie upokorzenie syna Kilkeranów? – retoryczne pytanie zawisło w powietrzu. Młody otworzył usta, ale nie odważył się odpowiedzieć. – Otóż to, synu, że w tej chwili ich ród trzyma przy nas szacunek, jaki stary Hrufn żywi do mnie, oraz jego strach przed moim gniewem. Gdy ja i Hrufn odejdziemy, zostanie strach Vesteina przed tobą i jego do ciebie bezbrzeżna nienawiść. Upokorzyłeś go przed jego ludźmi. Zamiast wiernego sojusznika zyskałeś siłą przymuszonego wroga. Co zrobi, gdy nadarzy mu się okazja odpłaty....?
- Ale.. – Orm w końcu odważył się odezwać – strach ... – Halfdan podniósł wzrok znad stołu i Orm umilkł natychmiast, pochylając nisko głowę.
- Strach jest narzędziem, którego trzeba umieć używać, bo łatwo może okazać się obosieczne. Ty zaś użyłeś go dla własnej niskiej satysfakcji. Pojedziesz do Bogarness – spojrzał uważnie w twarz syna, szukając oznak sprzeciwu – Nie teraz, za tydzień.
- Tak, ojcze.
- W siedzibie rodu przekażesz mój dar w postaci łąk nad górną Skienselvą aż do Bryn. Powiesz, że to po to, by nie musieli więcej szukać oparcia u ludzi z Nizin.
- Tak, ojcze.
- Ketilowi z Glatendall wypłacisz nawiązkę za straty. To mój towarzysz broni z dawnych lat, człowiek, którego należało uszanować.
- Tak, ojcze.
- A potem wybierzesz dobrego hevdinga i wyślesz na ziemie Dunharrow, podziękować. Na górnych pastwiskach żeby mi żaden szałas i żaden gjeter nie został cały. Zrozumiałeś?
- Tak, ojcze....
- A teraz dość o tym.
- Tak...
- Nie chcę, żebyś się o tym dowiedział wraz z innymi, chcę żebyś był uprzedzony. Wojska Sygdryne wraz z ich wergundzkimi poplecznikami poniosły klęskę pod Arden.
Orm podniósł głowę gwałtownie, zaskoczony tą wieścią.
- Jak to...?
- Nikt nie wie, jak to. Idzie na nas nawała połączonych sił Zapołudnia i Samnijczyków. Siły Verdenów rozbite, Bon Carraigh oblężone, niedobitki cofają się na północ. Musimy zebrać sojuszników. Twój brat wraca już z ziem Darrok, znaczne siły płyną ku nam wzdłuż wybrzeża.
- Hersteinn podjął z nimi walkę? Czy to nie zbyt ryzykowne...?
- Oczywiście, że podjął – Halfdan starannie odłożył pióro, zamknął ozdobny srebrny kałamarz, posypał świeże pismo drobnym piaskiem, po czym wstał i podszedł do syna – Zapamiętaj jedno – rzekł poważnym tonem – Twój młodszy brat jest najlepszym taktykiem, jakiego wydały ziemie północne od całych pokoleń. Nie mówię tego dlatego, że jest twoim bratem, ale dlatego, że w przyszłości przejmiesz po mnie władzę nad Przełęczą i odpowiedzialność za ludzi na Wysokich Ziemiach. I ważne jest, abyś wiedział, jak zdolni dowódcy będą ci służyć. Młody Kilkeran też jest odważnym i sprawnym zagończykiem. Będziesz wodzem. Będziesz stał na czele, a to znaczy, że będziesz stał plecami do swoich dowódców. Nigdy nie zrażaj do siebie tych, do których musisz stać plecami.
- Tak, ojcze – Orm pochylił głowę z westchnieniem – To dlatego wezwałeś nawet jarla Skene? Czy przyjmowanie rodu wydziedziczonych nie osłabi naszej pozycji?
- Skene to szlachetny i starożytny ród – Halfdan przyjął podany przez Muirean płaszcz i bez protestu pozwolił, aby z ciepłą starannością zapięła fibulę – Nie wiem, czym się skończy obecna zawierucha, synu.... Być może oprzemy się najazdowi. Być może nie. Być może upadnie Trynt. A być może upadną tylko Vardenowie i korona Tradamonitów. Kim jednak byłbym, jak spojrzałbym w oczy mojego ojca, naszych przodków, gdybym nie przyjął w pierwszej kolejności odpowiedzialności za nasz ród, za dom Borgh Du? Królestwa powstają i upadają, synu. Zaś więzów krwi nie da się rozerwać, wyprzeć, wymazać. Odpowiadamy za nasz ród i za tych, których ma pod opieką. I weźmiemy na siebie tę odpowiedzialność. Niezależnie od tego, czy Trynt będzie istniał, czy nie. A teraz daj mi chwilę, zobaczymy się w Sali Rycerskiej.
Orm przyklęknął przed ojcem i ucałował go w prawą dłoń. Nim umilkł na korytarzu stukot jego butów, Muirean objęła męża i wtuliła się w jego ramię.
- Boję się tej zawieruchy.
- Wiem. Ja także – odpowiedział, odgarniając delikatnie jej czarne włosy, przetykane lekką siwizną.
- Orm nie jest jeszcze gotowy.... On wciąż jeszcze tak wielu rzeczy nie rozumie.
- Ja jeszcze nie odchodzę, Muire – uśmiechnął się stary wielmoża – A Orm będzie musiał uczyć się szybciej. Nie mamy już czasu. Trynt runął, teraz zacznie się wyścig o to, kto zagarnie więcej z jego gruzów. Musimy mieć kontrolę nad tymi, którzy po nie popędzą, jak Skenowie czy Ludzie Leifa. Przyjaciół trzymam blisko, ale wrogów bliżej. Kto wie, co na tych gruzach zostanie zbudowane...
Muirean podniosła głowę i pocałowała męża w policzek z uśmiechem.
- Chodźmy więc. Może i świat się wali, ale do południa obiecałam jeszcze siostrzyczkom z chramu Widy, że odwiedzę ich podopiecznych.
- Tych niespełna rozumków? – Halfdan się roześmiał, pełen podziwu dla dobrego serca małżonki. Ona też się roześmiała.
- Tychże. I sieroty. Wojna nie będzie zmieniała moich nawyków. Chodźmy więc.


 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.