Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Część I opowiadania łącznikowego 2015
 
Część I

Miasto na bagnach

Elf szybkim krokiem przebył dzielącą go od palisady miasta przestrzeń. Zawsze źle się czuł na otwartym terenie, tymczasem całe przedpole Leth Caer stanowiło szeroki pas równo przyciętej zieleni. Wedle przyjętej strategii obrony pas ten był ostatnią linią, na której można było osłabić wroga, zanim uderzy bezpośrednio na miasto. Teraz obszerne błonia zieleniły się bujną, równo skoszoną trawą, na której pasły się wciąż nieliczne oswojone norimy, bawiły się dzieci, mieszkańcy uprawiali niewielkie poletka, których plon miał niebagatelne znaczenie w razie gdyby wróg zamknął miasto w oblężeniu tuż pod murami.
Ale póki co było do tego dalej niż daleko. Po pierwszym, krwawym starciu z wojownikami Qa, z trudem i wielkimi stratami wygranym, Caer się przeobraziło.
W labirynt kanałów, otaczających wyspę, wypłynęły niewielkie, zwrotne czajki, wyposażone w zgrabne balisty i katapulty, zaś od strony otwartej zatoki chroniły ukrytą wśród porośniętego dżunglą wybrzeża ścieżkę szybkie jak myśl i lekkie trimarany.
Na samej wyspie wreszcie porzucono nierealne plany budowy kamiennych murów. Na podmokłym gruncie ciężki kamień się zapadał, zaprawa pękała. Zastąpiono je wałami skrzyniowymi na bazie drewnianych bali, łączonych w długie konstrukcje. Drewno to był materiał, którego nigdy w Caer nie brakowało.
Ale cóż, twórcy Miasta na Bagnach byli politykami i wizjonerami, nie budowniczymi. Chwilę trwało, zanim dali się przekonać do praktycznych rozwiązań.
No i było jeszcze coś.
To ciekawe, że wystarczyła jedna osoba, jedna kobieta spoza ich społeczności, do tego człowiek, aby otworzyć im oczy ignorujące rzeczywistość.
- Lothel! – jak przywołana jego myślami pojawiła się przed nim jej smukła, drobna postać – Masz wieści?
Uśmiechnął się, jeszcze w ułamku sekundy wracając myślą do tamtych jej słów.
„Wy nie możecie walczyć z tą puszczą. Nie można walczyć z własnym domem...” Teralka, dziecko lasów nad Wedrą, a teraz devi terphilin, wyjątkowa wybranka bogini Tavar, Powój, stała przed nim w wyczekującej postawie.
- Mam – potwierdził – Minęli rozlewiska nad Tatloc, do wieczora przejdą pierwszą strefę.
- Ilu idzie za nimi? – twarz kapłanki zmarszczyła się troską.
- Poczekaj, Coni – zwiadowca zwrócił się do niej imieniem, pod którym ją poznał, Convolve – I tak muszę to wszystko powtórzyć jemu. Gdzie jest?
- U mnie w ogrodzie, z dziećmi – westchnęła, podgarniając cienką lnianą sukienkę – Idę z tobą.

Cesarz Świtu, twórca Ścieżki Światła, mag i filozof, polityk i okazjonalnie wojownik, Elidis Caernoth, zwykle dbał o to, aby swoim ludziom ukazywać się we właściwej dla piastowanej funkcji postawie. Czasem mu się to udawało.
Natomiast nigdy nie udawało mu się zachować minimum powagi w obecności trójki swoich przybranych siostrzeńców.
- Dawaj! – krzyknęła piskliwie mała, może trzyletnia dziewczynka, siedząca Elidisowi na barkach. Okrzyk był skierowany do jej na oko równoletniego towarzysza, który z przejęciem właśnie wyrywał kwiatki z rabaty tuż obok stolika, przy którym siedzieli. Kwiaty, sądząc po efektach, były przez dziewczynkę pracowicie wplatane w jasne włosy elfa, tworząc coś w rodzaju wielkiego wianka – Dawaj, jesce cy!
- Sonja! – Powój krzyknęła tak gwałtownie, że dziecko prawie spadło i z rozmachem zahaczyło małym bucikiem o brodę Elidisa, który podskoczył i oderwał się na chwilę od czytanego tekstu.
- Wujek! – z wyrzutem pisnęła dziewczynka, której ostatni kwiatek wypadł na ziemię – Nie rusaj sie!
- Sonja! Mirko! Natychmiast proszę... wyrwaliście moje... psiakrew jasny szlag! – Powój wzięła dwa głębokie wdechy, ewidentnie rozważając, któremu najpierw wyrwać głowę.
- To nie był mój pomysł - powiedziało poważnie trzecie z dzieci, roześmiana dziewięciolatka ustrojona w wianek z kwiatów, kompletnie przeczący jej słowom. Gałązka ogołoconego z liści rododendrona, która w jej drobnych dłoniach dopiero co była (lekko krzywym) rapierem, właśnie wylądowała w krzakach, zamaskowana za zawadiackim uśmiechem dziewczynki.
- Jasne, Nemi – mruknęła Powój i zdecydowała, komu jednak urwie głowę – Elidis, miałeś pilnować dzieci!
Elf uniósł nierozgarnięty wzrok znad „Dwunastu praw wojny obronnej” Syghierusa v. Ranistesa i z kompletnym niezrozumieniem spojrzał na kobietę.
- Przecież pilnuję...? – mruknął niepewnie, podnosząc głowę. Ciężki od kwiatów wianek zsunął się w tym momencie do przodu, całkowicie zasłaniając mu widok i mocząc wystające z niego kosmyki w zimnym brązowym napoju zwanym criolo – Nosz chole... dzieciaki!
Lothel westchnął, usiadł na ławce, wiedząc doskonale, że poganianie Elidisa w tym momencie doprowadzi do jeszcze większego chaosu. Zamiast obserwować Powój, usiłującą ratować połamaną rabatę i oczyścić dzieci ze słodkiego criolo (lekko wyskokowy napój przyrządzany z nasion rośliny zwanej tu chocolatl), zamyślił się.

Rok temu upadł Vekowar. W terenie walczyły ciągle okrążone ze wszystkich stron niedobitki zielonego tymenu, ci, którzy nie zdołali ewakuować sie, zanim flota Qa nie odcięła im drogi ucieczki. Ci, którzy nie uciekli w interior, polegli na ulicach miasta w okrutnej rzezi.
Oddziały te w oczywisty sposób próbowały kierować się najpierw ku wybrzeżom, by próbować nawiązać kontakt ze swoimi okrętami.
Ale nad Zatoką panowanie roztoczyły lekkie okręty Qa. Nazywali je sakunatli, co w ich języku oznaczało jakieś myszopodobne zwierzę, w połączeniu ze słowem „woda” Wodne myszy. Sakunatle. Powstawały ze specjalnego rodzaju drzewa, lekkiego, o niebywałej wyporności, nieznanego na północy, splatanego z warstwami trzciny i czegoś jeszcze. To były starożytne modele, Qa odkryli je we własnych archiwach, kiedy tylko na powrót nauczyli się je czytać. Wszyscy wiedzieli, że prędzej czy później ta flota powstanie, że na wody Wielkiego Morza wypłynie nowy gracz. Ale nikt, ale to nikt nie spodziewał się, że stanie się to w przeciągu roku...
Sakunatle były mniejsze od wergundzkich trier i dromonów, szybsze od zwiadowczych liburn. Lekkie i idealnie wyważone były niemal całkowicie odporne na sztormy, wywrócenie sakunatla było niemal niemożliwe. W przypadku zalania pokładu woda przelewała się na wylot przez poszycie bez szkody dla okrętu. Sakunatle nie nabierały wody. Niesposób było je złapać w abordaż, ostrzał z katapult był mało skuteczny, bo załogi błyskawicznie naprawiały uszkodzenia, a strzelający mieli wrażenie, że walą pociski w miękkie masło.
No i ilość... Wojna morska o Zatokę Draghern potrwała dwa lata.
Jesienią 902 roku zjednoczona flota wergundzko-styryjsko-talsojska została rozbita w wielkiej bitwie na Smoczych Kłach. Sztorm i skaliste wybrzeże dopełniły miary klęski. Sakunatle opanowały zatokę i zablokowały Vekowar, przecinając także morskie połączenia z Caer.
Rok później oblężony port zakończył swoją dziejową epopeję, trzyletnie oblężenie dobiegło końca, Vekowar przeszedł do historii w płomieniach pożogi i w strumieniach krwi swoich obrońców. Bohaterskie, zadziorne miasto poszukiwaczy przygód...
Podobno Neyestecae nakazała zrównać je z ziemią... Szkoda. Szkoda tych pięknych podziemnych ujęć wody, szkoda cytadeli i pięknego placu z wagą miejską... Szkoda nagrobnych pomników tych, którzy tam zostali.
Caer zostało samo.
Ale zasilili je ci, którzy zdołali ujść rzezi i przebić się przez rozlewiska i dżungle z Vekowaru aż w deltę Yro.
Miasto zostało otoczone wielkim kordonem. Słowa Powój o tym, że nie można walczyć z własnym domem, otworzyły im oczy. Zaczęli współpracować z dżunglą, z którą dotychczas walczyli. Heroldowie zmierzchu... choć sam Lothel wciąż z sentymentu używał dawnego słowa nyar, przemierzali trzęsawiska, wyszukując i oznaczając tajemnymi znakami bezpieczne ścieżki. Wytyczono sześć pierścieni, objętych osobnymi zaklęciami iluzji, zakładanymi mozolnie co kilka dni od nowa. Drobnymi korektami poprawili naturę, tu i ówdzie blokując przesmyki i kanały, gdzie indziej znów je otwierając. Powstała w ten sposób sieć półnaturalnych akwenów, przeplatanych młaką i trzęsawiskiem, zamieszkałych przez olbrzymie aligatory, śmiercionośne insekty i drapieżne ryby. Kto nie znał systemu znaków lub nie miał przewodnika, musiał prędzej czy później wylądować w rozlewiskach, w szczękach drapieżników, a jeśli cud go od tego uchronił, trafiał pod ostrza i pociski obrońców przy jednym z rozlicznych fortów zewnętrznych, rozrzuconych wokół miasta.
Od roku patrole nyar’ów przepatrywały pogranicze rozlewisk, wyłapując sygnały o kolejnych oddziałach niedobitków z Vekowaru. Wychodzili im na przeciw, najczęściej przebijając się przez zagony Qa, i przeprowadzali bezpiecznie przez bariery, pilnując jednocześnie, by nikt nie zdołał przejść za nimi. Od kilku miesięcy nie było już nikogo. Aż do dziś.
Co ciekawe, to Powój przewidziała, że się pojawią, a Lothel ufał jej wyczulonej intuicji. Patrole potwierdziły, że miała rację. Także w tym, gdy mówiła, ze niosą ze sobą śmiertelne niebezpieczeństwo.
- El, jest kolejny oddział vekowarczyków – odezwał się w końcu. Jego ciche słowa sprawiły, że Powój nieznoszącym sprzeciwu gestem uspokoiła dzieci, a Elidis odłożył lekturę.
- Daleko? – zapytał poważnie.
- Do rana wejdą w nasz pierwszy krąg.
- Którędy idą?
- Przed fortem Estel, najbliżej do błękitnej ścieżki – trasy przejść przez bagna były pooznaczane kolorami – Ale nie to jest problemem – przerwał, widząc, że Elidis już szykuje się do odpowiedzi w rodzaju „to niech Szrapnel ich przejmie i po krzyku” – Szrapnel nie może ich przepuścić, bo zaraz za nimi idzie przynajmniej kohorta Qa. Nie odklejają się im od pleców.
- Psiakrew...
- Za późno ich wykryliśmy – wtrąciła Powój- Nikt się już nie spodziewał, że ktoś jeszcze przeżył.
- Nie możemy ich dopuścić do ścieżki... To jest za duże ryzyko... Psiakrew, szkoda.
Lothel w milczeniu wbił w niego spojrzenie ciemnych oczu. Powój uniosła brwi, przez co sprawiała wrażenie, jakby go strofowała.
- Nie patrzcie tak na mnie oboje! – zirytował się Elidis – Mam wam tłumaczyć oczywistości? Ścieżkę otwierają zaklęcia, wskazujące obszar iluzji, wystarczy że ich cholerni kapłani zwęszą choć ślad tych zaklęć i po nas. Wykryją system iluzji i pada cała bariera...
- Mówiłam...
- Tak, wiem, że mówiłaś. Tak, wiem, że musimy założyć tam system osobnych, niezależnych zaklęć, ale wiesz, że brak nam do tego mocy, zwyczajnie, many nie wystarcza i finito. Cholera, jak dzieci... Nie patrz tak na mnie! Mówię o bezpieczeństwie między innymi twoich dzieci, kapłanko!
Powój nie wyglądała na przejętą nagłym wybuchem cesarza, wyglądała na smutną.
- Elidis, nikt z nas nie jest głupi. Wiem, czym to grozi. Ale... ja po prostu czasem wiem. I jest tak, że ja zawsze ryzykuję dla bezpieczeństwa innych i to ... chociaż się nie opłaca, to jednak warto...
- Coni, tak nie można – westchnął łagodniej Elidis – Nie mogę ryzykować bezpieczeństwa miasta dla jeszcze jednego oddziału niedobitków. Rozumiem, co przeszli. Rozumiem, że są już tak blisko. Ale tak nie można.
- Ja wiem, że tak nie można – powiedziała kapłanka, zamykając leżącą na stole książkę – Ale wiem też, że tak trzeba.
Elidis poszukał oparcia w spojrzeniu przyjaciela, ale nie znalazł, więc westchnął ponownie.
- Te kwiatki i tak były brzydkie – mruknął – Idzie gwardia, Zmierzch i hierofanci.
- El, to nie fair. Nie karaj mnie za to, że mam intuicję...
- ?
- Nie wysyłaj tam Keithena...
- Zwariowałaś? – uśmiechnął się Elidis – Twój szanowny małżonek był tu przed tobą i oznajmił, że jeśli to prawda, że idzie jeszcze jeden oddział z Vekowaru, to on i gwardia idą po nich i nie ma dyskusji. Naprawdę pomyślałaś, że mógłbym go celowo narażać...?
- Doskonale wiem, że mógłbyś – mruknęła Powój, podnosząc małą Sonję z trawy. Przez chwilę przyglądała się małej z bezgraniczną miłością – W takim razie ja i Beru też idziemy.


Otaczające ujście Yro bagna Morenn były miejscem nienawidzonym i budzącym strach. Trujące wyziewy gnijących roślin i oblepiające śluzówkę moskity zmuszały do zasłaniania całych twarzy szmatami i siateczkami. Alchemicy Caer na porządku dziennym produkowali całą masę specyfików, które ułatwiały przetrwanie na mokradłach, ale przetrwanie było dalekie od komfortu. Każdy głębszy oddech powodował kaszel i nudności, skóra swędziała od ukąszeń, puchnąc wściekle w każdym miejscu, gdzie ubranie odsłoniło choć centymetr ciała. Pot zalewał oczy, nawet po zmroku temperatura była nieznośnie wysoka, a powietrze przepełnione wilgocią.
Każdy mieszkaniec Caer musiał znać dżunglę. Takie było zarządzenie, ale taka była też potrzeba. Lud bagien musiał znać swój dom. Nawet dzieci więc były obowiązkowo prowadzane do dżungli, uczyły się rozpoznawać trzęsawiska, poznawały gatunki drzew, lecznicze rośliny. Każdy dorosły musiał raz na jakiś czas wyprawiać się z patrolem, czy jako zbrojny, czy jako pomoc cywilna.
A jednak przeprawienie zbrojnego oddziału przez bariery zawsze było obarczone ryzykiem i zawsze było wyczynem, który kosztował życie przy najmniejszym choćby błędzie. Zanim strzelcy Keithena i nyarowie Lothela dotarli na miejsce, stracili trzech ludzi bez jakiejkolwiek walki. Źle postawiona stopa. Źle położona dłoń. Wąż. Pająk. Topiel.
Może i przestaliśmy walczyć z naszym nowym domem, pomyślał Lothel, ale on nie przestał walczyć z nami.
Wyszli na granicę dżungli i czekali.
Strzelcy styryjscy, wyposażeni w broń palną, której kilka egzemplarzy udało się sprowadzić, ustawili się na wygodnych pozycjach, gotowi ścianą ognia położyć zaporę dla przeciwnika. Po pokoju w Vekowarzwe Styria przysłała na Zapołudnie mocne wsparcie, którego trzon stanowiła przeformowana z Gwardii Arcyksiążęcej Gwardia Południa. Oddział Keithena był tą częścią, którą oddelegowano do Caer, wraz z rodzinami, kilka lat temu. Mieli stanowić styryjskie ramię zbrojne południa – stali się szybko styryjskim akcentem w rosnącej populacji mieszkańców miasta na bagnach. I chociaż musieli przejść cieżką asymilację, podobnie jak inni mieszkańcy miasta, cenili ów biały azyl w morzu zgniłej zieloności. Ostatnią enklawę Północy.
Nie czekali długo. Już po kilku godzinach zaczęli słyszeć przekazywane przez zwiadowców sygnały – zlokalizowali grupę, przejmują ją, nakierowują na „bramę”. Z oddali dobiegły odgłosy walki, krzyki... Wreszcie dostrzegli pierwszych Qa. Strzelcy pochylili głowy pod maskowaniem, zaciskając dłonie na puszkach z żarem.
Keithen wstał i z nonszalancko przełożonym przez ramię muszkietem stanął na środku ścieżki. Wiedział, że go widzą. Poczuł kilkakrotnie znajome ukłucie magii, powodujące błysk pod powieką – próbowali go czytać. Zawibrował lekko medalion ochronny. Styryjczyk zmrużył oczy i w myślach wyraźnie powtórzył jedno zdanie, którego nauczył się w narzeczu ludu Qa. W wolnym tłumaczeniu informowało słuchającego, jaki przedmiot z rozmachem powinien się znaleźć w mało politycznej części jego ciała, dodając też kilka słów z grubsza ubliżających pochodzeniu jego rodzicieli.
Jak zawsze nie wytrzymali. Usłyszał wściekłe sapnięcia i śpiew zwalnianych cięciw. Wiedział, że bariera wyłapie pociski. Chciał, żeby skupili się na tym, na magicznej barierze i na nim, żeby nie gmerali po krzakach i nie trafili na zasadzkę.
Policzył. Czterech łuczników. Jeden jeszcze chyba magiczny, za wielkim krzakiem agawy. Mogliby ich zmieść w kilka sekund... Pomimo dobrze działającego zabezpieczenia psionicznego Keithen skarcił się w myślach za ten brak opanowania. Powtórzył obelgę. Znów strzelili. Jeden nawet podszedł bliżej, dając nadzieję na możliwość użycia rapiera, ale uciekł, gdy tylko gwardzista położył dłoń na rękojeści.
Odgłosy walki zbliżały się.
Zobaczył ich po kilkunastu minutach. Mrok rozcinany bladymi błyskami zaklęć i krzykami rannych i umierających. Jeden z ludzi Lothela prowadził ich prosto na „bramę”, a tamci ostrzeliwali się i cofali. Qa najwyraźniej uznali, że to ostatnia chwila, by wykończyć tę grupę.
Jeszcze moment. Minuta może dwie.
Zwiadowca wprowadzi uciekinierów między szpalerami ukrytych w zaroślach strzelców. Szpalery wypalą, gdy tylko pomiędzy nimi znajdzie się pościg, po czym zamkną półkole, stawiając barierę z trzech szeregów, wymiennie – muszkiety, rapiery i piki.
Za ich plecami zwiadowcy wejdą w wyznaczoną ścieżkę i zamkną za sobą barierę, po czym znikną w lesie wraz z ocalonymi. Styryjska tercja utrzyma się jeszcze chwilę, po czym pójdzie w planową rozsypkę, znikając w lesie w małych oddziałach i wejdzie na kilka różnych ścieżek w możliwie oddalonych od miejsca starcia miejscach.
Qa nie odważą się na pościg, zbiorą poległych i będą węszyć dalej na obrzeżach mokradeł, ewentualnie jakiś bohaterski watażka zapuści się poza pierwszą barierę i dokarmi aligatory ciałami swoich ludzi.
Keithen uniósł rękę, widząc zbliżający się oddział, jego strzelcy przyjęli pozycję gotową do strzału.
I wtedy plan przestał działać.
Idący na przedzie grupy elficki zwiadowca padł, rażony potężnym wyładowaniem magicznym. Idący za nim ludzie i elfy stracili orientację w ciemności. Ktoś krzyknął, ktoś padł, ktoś klął po wergundzku, czyjś przenikliwy kobiecy głos wrzasnął „tamtędy!” i cały oddział, zamiast wejść w „bramę”, skierował się w wielkie trzcinowisko, które zatrzęsło się i pierwsze osoby zapadły się pod kożuch z przeraźliwym wizgiem.
Styryjczyk zaklął.
Qa z wrzaskiem triumfu uderzyli na tył oddziału, Keithen poderwał strzelców i huk muszkietów zagłuszył na chwilę wszystko wokół. Zanim opadł dym, tercje zmieniły kolejność, rapiery sięgnęły celu i cofnęły się za wysunięte piki, na których zatrzymał się kontratak tubylców.
- Cofać się! – wrzeszczał ktoś z grupy uciekinierów, unisono z wrzaskiem Keithena – Do tyłu, psiakrew, nie tędy! Linia! Cel! Ognia!
Kolejna salwa osłoniła oddział przed atakiem, ale Qa parli już z boków, wyłapywani przez nyarów, ale wciąż zbyt wolno. Sytuacja wymykała się spod kontroli, zatrzymanie atakujących tak, by można było wejść w ścieżkę, zaczynało graniczyć z niemożliwością.
Keithen rozejrzał się, próbując znaleźć wśród uciekinierów kogoś, kto wspomoże obronę. Przygryzł wargę. Wydostający się z trudem z młaki ludzie byli w opłakanym stanie. Kilku w ogóle było niesionych na prowizorycznych noszach i włókach, w większości wycieńczeni, z trudem trzymali się na nogach. Niemal nikt nie był zdolny do walki.
Przez chwilę zdawało się, że słusznego wzrostu wojownik w spranych barwach zielonego tymenu zdoła ogarnąć i poderwać do walki swoich. Przez chwilę, niczym żywy posąg Modwita zbierał wokół siebie swoich towarzyszy, próbując zastawić i ochraniać powyszczerbianymi tarczami tych, którzy z trudem wydostawali się z bagna. Przez chwilę nawet udawało mu się odpierać wściekłe ataki wojowników Qa. Przez chwilę.
Potem z rozmachem plasnął w błoto, uderzony strzałą w prawy bark. Jakaś kobieta wibrująco wrzasnęła:
- Eryyyyk! – co chyba było jego imieniem. Keithen pomyślał, że mógł już widzieć tego człowieka. Znalazł wzrokiem Lothela i z jego spojrzenia wyczytał to, co sam już wiedział. To wyglądało źle. Ostatnią ich szansą było to, że w forcie Estel usłyszą ich i zdążą z ratunkiem. Bo po pomoc nie mogli nikogo wysłać bez ryzyka dekonspiracji ścieżki.
- Hej, Styryjczyku! – krzyknęła kobieta, ta sama, która przed chwilą krzyczała. Czarne włosy miała spięte w poszarpany kucyk, twarz choć zapuchnięta i pocięta bliznami, zdradzała urodę o stepowych korzeniach, płaski drobny nos, pełne usta i lekko skośne oczy. Przez ramię miała przerzuconą torbę medyczną i nosidło do noszy – Tamten elf powiedział, że zaprowadzicie nas do Caer... Umrzemy tu, jeśli nie dotrzemy do miasta....
Keithen zacisnął zęby.
- Zrobię co w mojej mocy – mruknął, żeby nie skłamać – Linia! Cel!... OGNIA!!!!
Qa odrzuceni salwą właśnie wracali kolejną falą, w tercji wysunęły się do przodu rapiery... Gdy nagle na ten widok wojownicy tubylców zwolnili biegu, zatrzymali się niepewnie, po czym z krzykiem rzucili się do ucieczki.
Zanim Styryjczycy zdążyli spojrzeć po sobie, w echo wystrzałów wdarł się ryk. Niektórym zdawało się nawet, że ryk współbrzmi z kobiecym głosem, wyraźnie za to współbrzmiał z łamanymi gałęziami i rozchlapywaną wodą.
Ryk do złudzenia przypominający niedźwiedzia jaskiniowego, ogromnego drapieżnika podziemi, który w kłębie miewał trzy metry z okładem, a na tylnych łapach – spokojnie dochodził do pięciu. Drapieżnika, który nie miał prawa buszować po dżungli na rozlewiskach, gdyż żył w nadbrzeżnych jaskiniach, będąc ich niekwestionowanym władcą. Voghern.
Pędzący niczym taran przez dżunglę voghern ruszył ku przerażonym Qa jak grom, dorwał uciekających bez trudu, tarmosząc ich jak zabawki, przerzucając łapami nad głową i grzbietem. Siedząca na jego karku drobna kobieta raz po raz pochylała się, by nie zostać przez taki pocisk zrzuconą.
W ślad za jaskiniowym niedźwiedziem truchtem wpadł oddział z fortu Estel, prowadzony przez odzianego w kolczugę wojownika, który z lekkością i fantazją niemal styryjską wykrzykiwał rozkazy, doskakiwał do przeciwnika i na przemian zwodził i atakował, to znów wycofując się do towarzyszy i wracając do kierowania oddziałem.
- Szrapnel, ty stary cwaniaku – wyszczerzył się Keithen pod nosem – My tu prawie umieramy, a ty zgarniesz laury.... – mruknął – Nie ma, nie będę ci stawiał kolejnego piwa.... Gwaaardiaa! Linia! Ceeeeel!....... Ognia!
- Dobić każdego! Żaden nie może zostać przy życiu! – zawołała Powój z wysokości grzbietu Beru, który wyglądał na wyjątkowo szczęśliwego. Po pierwsze była noc, więc słońce nie raziło, a wrodzona zdolność infrawizji ułatwiała zadanie. Po drugie dawno już nie miał okazji się bawić. Po trzecie... po trzecie stado było zadowolone, zdrowe i żywe. Trącił nosem Keithena, po czym położył się ziajając płytkiej wodzie rozlewiska.
- Co ja bym bez ciebie zrobił... – mruknął Keithen, pozbierawszy się z ziemi po powitaniu z voghernem.
- Umarłbyś – uśmiechnęła się poważnie Powój, która w międzyczasie zsunęła się z grzbietu niedźwiedzia i miękko wtuliła się w ramiona męża – Jeszcze nie dziś... – szepnęła – Jeszcze nie.
- Keith! – wrzasnął Szrapnel, wycierając ostrze miecza o odzienie któregoś z zabitych tubylców – Ilu ocalonych? Nie ma na co czekać, wbijamy na niebieską, zanim wrócą z kumplami!
- Dwudziestu trzech – odpowiedziała za Keithena tamta medyczka, podnosząc głowę znad zakładanego na ramię człowieka, nazwanego Erykiem, opatrunku. Keithen spojrzał jeszcze raz i upewnił się, że znał tego człowieka – Nie, dwudziestu dwóch... Jestem Aldea, korpus medyczny kohorty vekowarskiej. Zostało nas dziesięciu. Pozostali to elfy, dołączyli się do nas tam, gdzie Vuitera wpada do Yro, zeszli z gór.
- Elfy? – zainteresowała się Powój – Skąd?
- Z Aenthil – odpowiedziała za nią jasnowłosa młodziutka elfka – Idziemy z Aenthil.
Powój gestem nakazała zamilknąć Keithenowi, który już szykował się do riposty o tym, że nie ma już Aenthil. Elfka wyczuła jego intencje.
- Miasto Aenthil od miesiąca jest w rękach księżnej Helethai. Ealinge wyrzekło się bogów i oddało pod opiekę bogom Zapołudnia. U Białych Brodów nad Izerą dokonała się zdrada Trójprzymierza, Hetanor przeszedł na stronę Qa.
Przez chwilę na pobojowisku słychać było tylko bzyczenie nocnych owadów. Nawet Beru zamilkł, wyczuwając emocje Powój.
- Więc jednak... Dokonało się – szepnęła kapłanka do siebie – Bogini... Po co kazałaś mi ich ratować? Co jeszcze mogę zrobić...?
Nie czekała długo na odpowiedź.
- Jesteśmy z kasty Tawanien – kontynuowała elfka – Ta na noszach to jedna z naszych przywódców, Noinier z rodu Taeleth. Bogini Silva opuściła Aenthil. Chcemy prosić o nowy dom w murach Caer, w zamian bogini dopomoże w zawiązaniu przymierza między wami a przyrodą tego miejsca. Prawdziwego przymierza. To miejsce stanie się waszym... naszym... domem naprawdę.


Śmierć jest zawsze taka sama

Cadan
Podziemne korytarze zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Miał wrażenie, że maszerują już kilka dni, a od pewnego czasu zupełnie nic się nie zmienia. Porosty płynie zmieniały kolor, ale po pewnym czasie przestał zwracać na to uwagę. Nie było różnicy, ich przewodnik najwyraźniej nie zamierzał robić postojów. Początkowo korytarze były wysokie, o gładkich ścianach mieniących się opalizującymi w mdłym blasku porostów kroplami. Miał wrażenie, że idą przez kazamaty, choć zapach wilgotnej gleby drażnił przyzwyczajony do górskiego powietrza nos. Ale można powiedzieć, że marsz należał jeszcze do komfortowych. Korytarze były szerokie, tak, że mogli iść ramię w ramię, a grunt był twardy i suchy, bez porozrzucanych drobnych kamieni, które boleśnie wbijają się w czubki palców. Jednak im dłużej szli, tym powietrze stawało się coraz bardziej zatęchłe, a korytarze węższe. Nie miał pojęcia względem, czego orientuje się przewodnik, bo na rozstajach nie wahał się ani sekundy. A podziemne szlaki rozgałęziały się bardziej i bardziej, z każdą chwilą dając im coraz bardziej do zrozumienia, że sami stamtąd nie wrócą. Powoli wypuścił powietrze przez zęby, starając się zrobić to jak najciszej. To właśnie było najgorsze. Ta wszechobecna, przytłaczająca cisza. Miał wrażenie, że ciemność spowija go ja całun, że wciska się do ust i nosa z każdym oddechem, wypełnia płuca lepką, obrzydliwą czernią. Odruchowo zacisnął dłoń na gładkiej rękojeści zakrzywionego miecza, ale zamiast pewności i poczucia bezpieczeństwa poczuł jedynie pustkę. Jakby właśnie teraz zdał sobie sprawy, że nie wie jak w tych ciemnościach i ciasnocie korytarza posługiwać się swoją własną bronią. Bo rzeczywiście, ściany zbliżyły się do siebie, a sufit obniżył tak, że idący na czele, tuż za przewodnikiem, Aituna musiał pochylić głowę, żeby nie szorować czołem o sklepienie. On sam, jako, że był dużo niższy od dowódcy, nie miał tego problemu, ale przytłaczająca ciasnota korytarza coraz bardziej dawała mu się we znaki. Miał wrażenie, że ściany chylą się coraz bardziej i bardziej, a sufit staje się coraz węższy, jakby wchodzili w głąb szczeliny wiodącej prosto w trzewia ziemi. A przecież nie pierwszy raz poruszał się korytarzami. Mógł sobie tylko wyobrażać, jak czuje się pozostała piątka towarzyszy. Nie mógł dostrzec wyrazu ich twarzy, bo szli teraz karnym rządkiem, niczym straceńcy na szafot. Ale już od pewnego czasu nikt z oddziału nie powiedział ani słowa. Zamilkł nawet Taldar uskarżający się dotychczas półgębkiem na wszystkie możliwe niewygody podziemnego świata.
Więc musiał przyznać w duchu, że zwężenie korytarzy na jednak swoje plusy...
Zatrzymali się gwałtownie, tak, że prawie wylądował na plecach idącej przed nim elfki. Zdążył wyhamować twarz o kilka milimetrów od ostrej szpilki sterczącej z jej wysokiego koka.
-Vex, czemu stoimy? Widzisz coś? - wyszeptał jej do ucha
-Chyba przewodnik z kimś rozmawia- wspięła się na palce, przez co wychynęła odrobinę ponad ramieniem idącego przed nią elfa- Nic nie widzę. Ale tam coś świeci.
Wytężył wzrok, ale jedyne, co dostrzegł to mdła, bladoniebieska poświata otulająca wszystkie stojące przed nim postaci. Może gdzieś tam z przodu rzeczywiście przybierała odrobinę na sile, ale nie nazwałby tego "świeceniem". Sylwetka przewodnika również była dla niego ledwie widoczna. Zagryzł wargę. Już chyba wolałby maszerować w zupełnej ciemności. Przez ten cholerny mech miał wrażenie, że rzeczywistość wokół jest co najmniej mało realna, a oni już dawno przekroczyli bramy piekieł.
-Idziemy- mruknęła Vex - To chyba jest jakieś bardziej oficjalne wejście.
Rzeczywiście korytarz przed nimi zaczął się zmieniać. Ściany wzniosły się odrobinę, nachyliły, połączyły się pod ostrym kątem. Pod stopami poczuł zupełnie innych chłód niż dotychczas, jakby teraz wstąpił na zamarzniętą wodę. Buty ślizgały się lekko i miał wrażenie, że grunt opalizuje, jakby stąpali po szlachetnym kamieniu. Aituna wyprostował się dumnie, górując nad resztą o ponad pół głowy. I teraz zrozumiał, co miała na myśli elfka mówiąc o "świeceniu". Trójkątne przejście kończyło się gwałtownie, otwierając na wielką jaskinię. Całe ściany były porośnięte gęstymi warstwami porostów, które promieniowały bladym blaskiem, jednak pomiędzy nimi rozkwitały olbrzymie, srebrzyste kwiaty, kształtem przypominające lilie. To one roztaczały wokół siebie poświatę podobną do księżycowej. Wąskie płatki, długie jak męskie przedramię, zdawały się być niemal przeźroczyste, a światło wypływało z grubych, tętniących żył, którymi były poprzecinane. W centrum każdego kwiatu pysznił się zwinięty, krwiście czerwony pąk, który jednak pozostawał szczelnie zamknięty. Dopiero po chwili zdał sobie sprawy, że nie rozejrzał się po pomieszczeniu. Po tak długim marszu wąskimi korytarzami nie był w stanie ocenić wielkości. Ale musiało być ogromne. Nie był w stanie dojrzeć sklepienia, ponieważ srebrne kwiaty kończyły się na wysokości kilu metrów. Jaskinia miała kształt łzy, a oni wyłonili się na samym jej szycie. Po drugiej stronie widział wejścia o różnych kształtach, oznaczone symbolami, których nie znał. Ściany nie były proste, nachylały się łagodnymi łukami, nasuwając myśl, ze sklepienie musi być wyrzeźbione w kształt kopuły. Doskonale widać było, że całe to pomieszczenie jest stworzone sztucznie. Zarówno jego kształt, jak i regularność porastających gładkie ściany porostów i kwiatów były zbyt uporządkowane jak na twór natury. Całość była pusta, jeśli nie licząc dwójki strażników, stojących po obu stronach wejścia, którym przyszli. Zdziwiło go, że jest ich tak mało. Nie był w stanie dostrzec niewielkich otworów zakrytych porostami, stanowiącymi miejsca obserwacyjne dla reszty. Część prowadziła do korytarzy awaryjnych, którymi słano wieści i wzywano pomocy.
Przewodnik wciąż rozmawiał ze strażnikami. Na jego szczupłej, pociągłej twarzy nie było żadnych oznak zmęczenia. Blade policzki pokrywał krótki zarost, który podobnie jak imponujących rozmiarów kita, zafarbowany był na kolor świeżej krwi. W połączeniu z czarnym strojem i sterczącymi, kolczastymi naramiennikami dawało to bardzo upiorny obrazek. Nie miał na sobie zbroi, a jedynie te kilka skórzanych ozdobników, które miały za zadanie dopełniać stroju. Co znaczyło, że czuł się bardzo pewnie na terenie, po którym się poruszali.
-Witajcie w Pierwszej Bramie- skinął do nich głową, przerywając rozmowę z pobratymcami- Stąd zostaniecie odeskortowani bezpośrednio do Irthis'ava, do Serca. Wysłano już zawiadomienie o waszym przybyciu.
-Jeśli to Pierwsza Brama- zapytała Vex ostrożnie, bo dotychczas przewodnik nie był zbyt skłonny do konwersacji- To czy po drodze nie powinniśmy mijać jakiś innych?
-Oczywiście- podziemny elf wyszczerzył w uśmiechu drobne, białe zęby o mocno zaznaczonych kłach- Gdybyśmy szli oficjalnym szlakiem.
Cadan westchnął w duchu i pomyślał, że nie ma co pytać, który jest dłuższy.


Irthril

-Masz się w tym momencie uspokoić- wycedziła przez zaciśnięte zęby w hersha, a ton jej głosu osadził go w miejscu dużo skuteczniej niż słowa- Bo zaraz wbiję ci ten sztylet w dupę i przekręcę. I zaręczam, że wtedy nie będziesz już taki hej do przodu.
Gdyby nie była od niego starsza o te cholerne dwa oddechy to by jej odpowiedział. Ale była, więc zagryzł wargę i odpowiedział jej w myślach. Rozejrzał się też szybko, czy nikt ze stojących w pobliżu nie słyszał tej krótkiej wymiany zdań.
Wymiany, ha, dobre. Nie przypominał sobie, kiedy ostatnio doszło między nimi do kłótni, bo odkąd Nitha znalazła się w szczególnych łaskach Matki, zaczęła się zachowywać jakby między nimi były nie dwa oddechy, a co najmniej dwadzieścia. Ale przynajmniej dzięki temu dziwnemu zainteresowaniu jakim nagle została obdarzona siostra, mógł teraz stać w centralnej komnacie Kryształowej Sali i przysłuchiwać się słowom posłów.
Sprawa oczywiście dotyczyła tej całej Ahi-tere, jakiejś śmiesznej świątyni położonej w zapomnianym przez bogów, elfy i ludzi rejonie, nieczynnej od lat. I oczywiście teraz wszyscy dostali na jej punkcie zbiorowego kręćka, żeby nie pokusić się o dosadniejsze słowo. Nitha raz coś mu tłumaczyła i w tym wywodzie przewijało się często "zbiorniki energii", "centrum" oraz "bardzo ważne", ale żeby być szczerym to miał to zupełnie gdzieś. Dla niego cała ta sprawa zawierała w sobie jedną, istotną kwestię. A mianowicie- Sephi'Rah, elfka z którą całkiem poważnie zamierzał związać się przez małżeństwo. Nawet poczynił ku temu stosowne przygotowania. I może nawet by coś z tego wyszło, ale została wysłana na kretyńską misję dotyczącą tej nieszczęsnej świątyni, a potem... Potem było już tylko gorzej.
Wszystko sprowadza się do tego, że są różne sposoby, żeby dowiedzieć się, kto zabił ci ukochaną. Jeden z nich, wyjątkowo skuteczny, ale również wyjątkowo upierdliwy, jest ściśle związany z Zakonem Córek Intuicji. Właśnie, dlatego zaoferował im swoją służbę w zamian za wizję tego, który zabił Sephi'Rah.
I właśnie, dlatego czuł się, jakby za moment miał zagotować się z wściekłości.
Bo elf z wizji Wyroczni stał sobie nieopodal jak gdyby nigdy nic. I dłubał sobie w zębach paznokciem kciuka.

Aituna
-Bardzo nas cieszy, szlachetny Aituna Takawai, wasze nader niespodziewane przybycie, ale wciąż nie możemy wyjść ze zdumienia nad idiotyzmem waszych żądań- oczy Amarah Arde aep Kirth, zasiadającej w centrum półokrągłego stołu, były niczym wypolerowany malachit. Lśniły złowrogo w bladej twarzy okolonej śnieżnobiałymi włosami. Płomienie wysokich świec rzucały na nią długie cienie, podkreślając ostre kości policzkowe i rysując wyraźnie wgłębienia przy obojczykach.
Aituna Disawa Mauru z huanu Takawai sprawował w swoim życiu już wiele funkcji, zawsze z honorem i dumą wykonując zadanie powierzone mu przez t'antsana. I nigdy jeszcze do głowy mu nie przyszło, poddawać sens tego zadania w wątpliwość. Ale jak to mawiają, zawsze musi być ten pierwszy raz.
Doskonale wiedział, że elfka przekręciła, a raczej skróciła jego miano specjalnie. Doskonale wiedział, że czeka tylko, aż da jej pretekst do czegoś bardziej bezpośredniego niż obelga zza drugiej strony stołu. Kto jak kto, Amarah Arde aep Kirth z racji ukończonego szkolenia była uważana za niebezpieczną nawet przez wojowników Laro. W dodatku był tu, żeby wynegocjować oddanie Ahi Tere, a nie wdawać się w bezsensowne utarczki słowne.
-Racz wybaczyć, szlachetna, że wprowadziłem ciebie i szanowną radę w konsternację- powiedział ze spokojem, nie spuszczając wzroku ze złożonych na czarnym blacie dłoni wojowniczki- Ale sprawa jest nagląca i bardo ważna dla przyszłości całego rejonu.
-Doprawdy?- siedząca po jej lewej starsza elfka o łagodnych rysach i włosach utrefionych wokół stelażu z metalu i drogich kamieni- A o jakiż to rejon się tak niepokoicie, drodzy pobratymcy z powierzchni?- ostatnie słowa wyrzekła powoli, wyraźnie akcentując końcówki.
Doskonale wiedział, czym skończy się to spotkanie i zastanawiał się tylko, czy zraniona pod Telfambą ręka zareaguje wystarczająco szybko. Spojrzał ukradkiem na stojący za jego plecami oddział i westchnął w duchu. Za piątką wojowników ustawione były półkolem, zamykającym to tworzone przez stół, dobre trzy lub cztery dziesiątki podziemnych elfów.
-Dobrze wiesz, szlachetna, które rejony są obecnie objęte i naszym i waszym zainteresowaniem. Skoro waszym oddziałom udało się już postawić stopę na świętej posadzce Ahi Tere, doskonale zdajecie sobie sprawy z powagi sprawy. Święty ogień nie zapłonie w każdym miejscu...
-Oczywiście, że nie- przerwała mu Amarah, unosząc się lekko- Zapłonie tam, gdzie są odpowiednie rezerwuary energii. Takie same jak w waszej cudownej Telfambie. Nie patrz tak, bo nie dam sobie opowiadać bzdur o przodkach, imionach wojowników i wielkim honorze. Chcecie mieć z powrotem Ahi Tere, bo wszyscy czujemy, że w nadchodzących czasach dostęp do mocy będzie coraz bardziej ograniczony. Dlatego powtarzam ci po raz ostatni, Aituna Disawa Mauru z huanu Takawai, z naszej strony zgody nie będzie- wstała, a oślepiająca biel jej sukni uderzyła go w oczy- Ja też wiele rzeczy pamiętam. I wiem, że każda bitwa i każda wojna ma swoje prawa. Każda. Ale wystarczająco dużo moich pobratymców zginęło zdobywając i broniąc waszej świętej kuźni, żebym mogła sama przypisać sobie prawa do niej.
-Jestem bardzo zdziwiony, szlachetna, że chcesz, aby zginęło ich jeszcze więcej- warknął przez zaciśnięte zęby, czując krew pulsującą w skroniach aż do bólu.
-Zapraszam- pierwsza Matka Rady Dwunastu rozłożyła ręce jakby chciała go przytulić- Całą waszą nadziemną hołotę przygarniemy w naszych korytarzach z otwartymi ramionami!

Cadan

Wiedział doskonale, co powinni zrobić. Ale trupy nie mają w zwyczaju przynosić wieści. Wiedział też jak poważaną i cenną osobą jest Aituna, oraz jak mocno zabolałaby cały huan utrata takiej osoby. W dodatku te całe podziemia były dla niego strasznie męczące i jedyne, o czym marzył, to nabrać w usta haust chłodnego, górskiego powietrza.
Dlatego wystąpił, zrównując się ze swoim dowódcą i spojrzał w zielono- niebieskie oczy stojącej elfki.
-Proponuję rozwiązać te sprawę pojedynkiem- skłonił głowę- Stań na przeciw mnie pani albo wystaw któregoś ze swoich ludzi. Przybywamy tu w celu negocjacji, ale od początku, śmiej wybaczyć, jeśli się mylę, żadne negocjacje nie mają miejsca. Jeśli chcesz, szlachetna wskazać nam miejsce w waszym świecie, bądź łaskawa uczynić to w honorowym pojedynku.
W sali zapadła całkowita cisza. Niemal słyszał jak jego słowa przebrzmiewają w krysztale z którego wykonany jest sufit i posadzka. Amarah zaplotła dłonie na piersi i uśmiechnęła się samymi kącikami ust.
-Muszę przyznać, że jestem szczerze zszokowana twoją propozycją- zmrużyła oczy- Nie sądziłam, że którekolwiek z was weźmie sobie do serca tę małą prowokację. Ale cóż...- efektownie zawiesiła głos i przeniosła wzrok na Aitunę- Ja również postawię sprawę jasno. Zgodziłam się na te negocjacje, a musisz mi uwierzyć, że duża część rodów była im przeciwna, bo myślałam, że być może macie nam coś do zaoferowania. Ty czasem muszę ze smutkiem przyznać, że na przestrzeni wieków wciąż nic się nie zmieniło. Przychodzicie tu proponując mi oddanie terytorium, które zagarnęliśmy i które obroniliśmy własną krwią przed najazdami innych nacji, a w zamian oferujecie jedynie brak agresji z waszej strony? Liczę, że wrócicie na powierzchnie i przekażecie swojemu t'antsanowi, że w ten sposób się z nami nie negocjuje. I być może, jeśli bogowie pozwolą i kiedyś spotkamy się w innych okolicznościach, będziecie lepiej przygotowani. A tym czasem chciałabym zamknąć to spotkanie. Oczywiście, wciąż jesteście naszymi gośćmi, więc zostaniecie oddelegowani do stosownych komnat, a w następnej porze nasi zwiadowcy odeskortują was na powierzchnię.
Aituna podziękował jej skinieniem. A on wciąż stał obok, z hasłem pojedynku zastygającym na ustach i nie wiedział, czy ma o tym zapomnieć, wycofać się, czy...
-Ja chcę stanąć do pojedynku- zabrzmiało nagle z drugiego końca sali i poprzez stojące karnie szeregi zaczął przedzierać się wysoki, młodo wyglądający elf. Miał pół twarzy pokryte srebrnym tatuażem, który zajmował również skórę za uchem i na wygolonym boku głowy. Przedstawiał sobą plątaninę korzeni, które wyrastały z kwiatu podobnego do tych, które widzieli w Pierwszej Bramie.
Wyszedł przed pierwszy szereg i oparł dłonie na rękojeściach krótkich, zakrzywionych ostrzy, które miał przypięte do pasa. Miał ściągnięte brwi i roziskrzone oczy.
Patrzył na niego dziwnie.
Zupełnie jakby się znali.
Ale przecież... nie było takiej możliwości?
Amarach zaśmiała się, ale klasnęła i wszystkie podziemne elfy rozstąpiły się, tworząc duże koło wokół stołu i ich dwóch. Aituna i pozostała część oddziału również usunęli się sprawnie, a on zdążył tylko dostrzec zaniepokojone spojrzenie Vex.
Wyciągnął miecz, złapał oburącz za rękojeść i ustawił się w zwyczajowej pozycji Hidari Seigan no kamae, z lewą nogą wysuniętą do przodu i mieczem skierowanym na wysokość splotu słonecznego przeciwnika.
-Jestem Irthril Orthogok- powiedział cicho podziemny elf dobywając zakrzywionych sztyletów. Chwycił je dziwnie, tak, że ostrze było skierowane na zewnątrz, układając się wzdłuż zewnętrznej części przedramienia. Stanął stabilnie, na szeroko rozstawionych nogach -I doskonale wiem, co zrobiłeś- warknął i rzucił się na niego w tej samej sekundzie.
Poruszał się bardzo szybko. Zmarkował cios na szyję, ale wprawne oko laryjskiego wojownika dostrzegło niedbałość cięcia i w ostatniej chwili oskoczył, blokując mieczem drugie ostrze, wycelowane w podbrzusze. Zwiększył dystans, chcąc uzyskać przewagę płynąca z długiej broni, i wymierzył cios z góry, prosto w ramię napastnika. Jednak elf prześlizgnął się zgrabnie, tak, że miecz świsnął w powietrzu i znów znalazł się tuż przy nim. Błyskawicznie zablokował górne ostrze, uchylił się przed dolnym i ciął zamaszyście, próbując trafić w udo podziemnego. Ten odskoczył, tak, że czubek ostrza musnął go tylko, rozrywając czarny materiał ciasnych spodni i znacząc posadzkę kropelkami krwi z przeciętej skóry. Aż zamarł ze zdumienia, ale zaraz ocknął się i ruszył do ataku.
Cadan spokojnie ustawił się w migi Hasso no kamae i obserwował każdy ruch przeciwnika. Już wiedział, że jest lepszy i, że już za chwilę zakończy ten pojedynek.
Udowadniając tym samy, że jednak warto się liczyć z ich propozycjami negocjacji.
Uśmiechnął się pod nosem.
Poczuł za sobą ruch.
A wtedy ziemia nagle uderzyła go w plecy.
Nie wiedział, czemu nie może nabrać tchu.
Dostrzegł nad sobą szczupłą sylwetkę kobiety, której połowa twarzy pokryta była srebrnym tatuażem, który zajmował również skórę za uchem i na wygolonym boku głowy. Przedstawiał sobą plątaninę korzeni, które wyrastały z kwiatu podobnego do tych, które widzieli w Pierwszej Bramie.
Nie rozumiał.
Było mu na przemian zimno i gorąco.
Kobieta trzymała w dłoniach długi, wąski sztylet o zakrwawionym ostrzu.
Uśmiechnęła się.
-Nie ma czegoś takiego jak honorowy pojedynek. Jest tylko śmierć. A ona zawsze jest taka sama- rozbrzmiało mu w uszach i widział jak jej wargi się poruszają, ale wszystkie dźwięki docierały do niego z opóźnieniem.
Zza jej ramienia wyłonił się elf, z którym walczył i kiedy stali obok siebie, miał wrażenie, że srebrny tatuaż zaczyna żyć i splata jedno z drugim. Na ich szyjach migotał bladym błękitem identyczny, jakby przepołowiony, kamień.

Krwawa szrama na szyi Cadana zapieniła się po raz ostatni.



 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.