Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze swiata gry.
 

obozy
 
Nowość!

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:






 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Dolina Sankary- Barbara "Powój" Węgrzecka
 
Szereg łuczników trwał za wbitymi w ziemię palami. Zielone chorągwie, zamiast dumnie łopotać na wietrze, oblepiały drzewce włóczni czekając na lepsze czasy. Deszczowe strumienie już od kilku godzin wytyczały nowe szlaki pod ich stopami, podczas gdy oni stali wpatrzeni w ścianę drzew pokrywającą zbocze.
- Centurionie? – Głos jednego z podwładnych wyrwał Broma z odrętwienia w jakie zapadł kilka godzin temu. Gdy podniósł głowę, zimne krople spłynęły za materiał tuniki. Skrzywił się.
- Tak? – Odpowiedział podnosząc się, z przyzwyczajenia ujmując w dłonie broń.
Cisowe drewno wygięte w delikatny łuk przy pomocy cięciwy. Sporo już przeszedł z tym orężem, całą drogę od Srebrnohory gdzie był zwykłym szeregowym w najemnej kompanii, poprzez wędrówkę wzdłuż koryta Loranis już w zielonym aż po awans na centuriona. Dwadzieścia lat. A jeszcze kilka godzin na deszczu pod ciągłym naciskiem cięciwy a drewno się wypaczy i straci sprężystość. Lubił ten łuk. Szkoda go będzie.
- Mamy się szykować. Ruszyli godzinę temu.
- Mówisz? – Obrócił się w stronę ściany lasu. Ten mu nie odpowiedział, zagłuszony przez deszcz. – Dobrze. Bardzo dobrze. Możesz odejść.
Nie czekając na czyny posłańca wstał i gwizdnął. Nie musiał mówić ani robić nic więcej, gdzieś pomiędzy setką jego ludzi pojawiły się kolejne sygnały. Ci, co do tej pory siedzieli w błocie, unieśli się na klęczki by w końcu wyprostować się przy braciach. Ramię w ramię. Przed każdym w ziemię były wbite trzy strzały. W kołczanie trzydzieści. Trzydzieści trzy strzały, setka chłopa. Połowa nawet nie trafi. Nie w tym deszczu, nie kiedy ze stoku spadnie na nich szarża.
Westchnął, po czym dołączył do swoich ludzi, kładąc strzałę na cięciwę. Lotki połaskotały go w palce, witając się. Spojrzał w bok, by dostrzec jak gdzieś na flance bury tymen zmienia położenie. Ktoś z jego ludzi zanucił coś pod nosem, podchwycili to.
Jestem tarczą i orężem. Jestem oddechem i płomieniem, ojczyzny mojej.
Czekali.
***
Pochyliła się nad ramieniem mężczyzny, przyciskając go całym ciężarem ciała do blatu. Nie pomogło, szarpnął się tak, że uderzyła biodrem o kant stołu tłukąc je porządnie. Na szczęście cyrulik trzymający go z drugiej strony wytrzymał. Piła zgrzytnęła o kości. Ranny zawył po czym nagle ucichł, tracąc przytomność.
- Bogini, ty która stoisz przy nas w chwili zwątpienia… - Dziewczyna szeptała modlitwę nie będąc pewna, czy prosi o zmiłowanie dla siebie, czy dla rannego.
Stara lekarka szarpnęła piłą znów, odcinając to, co zostało ze zmiażdżonego przedramienia. Krew wylała się z rany, przebiegając najpierw po bruzdach słojów znaczących stół a potem zbiegając się w jedno by ściec po krawędzi na ziemię. Piła zazgrzytała o staw i przecięła skórę po drugiej stronie. Cyrulik przesunął się zwinnie za plecami modlącej i spróbował ściągnąć pozostałe skrawki skóry tak, by zaszyć je i osłonić kość.
- Nemaria, do biesa, przestań się modlić i mi pomóż! – Warknął na nią, nie będąc w stanie zatamować krwotoku.
Gdy zaczęła szeptać modlitwę, wiedziała już, że jest za późno. Że nie zatrzymają upływu krwi, że serce nie wytrzyma. Że ten mężczyzna zginie. Było jej żal. Jeszcze jak go przynieśli, wciąż szeptał, że musi wrócić, że musi pomóc swoim. Że się nie podda, że im nie wolno się poddać.
Gdy jego oddech ustał, przetarła mu oblicze szmatką, ścierając zaschnięte grudki juchy również z jasnych włosów poprzetykanych siwizną.
- Trzeba posłać do tego, co zostało z jego kompanii. Muszą wybrać nowego dowódcę.
***
Krok w tył. Ciężar przyjmowany na tarczę i cięcie w dół. Krew tryskająca z przeciętej tętnicy szyjnej. Przerażająco białe oczy, wywrócone gdzieś ku niebu, tak bardzo kontrastujące z czernią malunku.
Krok w przód. Wysunięcie lewego ramienia, dołączenie do szyku. Ból promieniujący z nadwyrężonego barku. Miecz ciążący w dłoni, lepki od juchy. I szepty Sankary gdzieś za plecami.
Krok. I kolejny. Stopy uderzające o ziemię. I wśród ludzkiej masy krzyk. Nie zrozumiał, dopóki ciepło nie przypaliło mu włosów na karku. I gdy nadeszło zrozumienie, nadeszłaby śmierć, gdyby nie odruchy ciała. Skoczyć w bok zwijając się w kłębek, umknąć przed masą gorącego powietrza i huczącej w nim kuli ognia.
Szyk się załamał, wraz z pociskiem wypuszczonym przez maginię. Krótkie blond włosy tańczyły wokół jej oblicza unoszone przez ciepło promieniujące z dłoni. Wergundowie na jej oczach najpierw rozstąpili się, uwalniając pocisk, a następnie wrócili do szyku, tylko jakiś młody chłopak dyszał skulony na ziemi. Uśmiechnęła się złośliwie, świadoma tego co przed chwilą musiał przeżyć, ale w tym samym momencie tubylcy natarli znowu, a jej krzyk przeciął powietrze tworząc kolejną ognistą masę.
I nagle płomienie się zbuntowały. Uwolniły się spod rozkazów, rosnąc i ogarniając jej palce. A potem spłynęły po dłoniach, oganiając ramiona, spływając w dół. Kpiący uśmiech zgasł zastąpiony przez przerażenie, a potem krzyk płonącej żywcem magini ogarnął dolinę.
Krzyczała jeszcze długo po tym, jak dowódca wydał rozkaz do cofnięcia się nad brzeg. Kwiliła jeszcze wtedy gdy ciemny materiał przesunął się po ziemi obok niej, gasząc jej skargę.
***
Zabierać rannych! Wycofujemy się! – Wrzasnął od wejścia i ten wrzask ją zdekoncentrował. Gdyby była swoją matką, to prawdopodobnie posłaniec zbierałby własną głowę sprzed namiotu. Ale nie była, mogła co najwyżej posłać mu zirytowane spojrzenie. Nie zrobiła tego, zbyt zajęta przeciąganiem igły przez delikatny materiał jakim jest skóra. Nie miała czasu na dekoncentrację, na kwilenie o powrót do domu. Chciała, by matka była z niej dumna. I Bogini.
- Czego się drzesz?! – Staruszka dowodząca w lazarecie podniosła się od jednego z posłań, przy którym zmieniała opatrunki rannym. – Tu się leczy!
- Jedenasta kohorta rozgromiona, trzynasta i niedobitki tentarake’empat maja osłaniać medyków i tych którzy są zdolni do podróży. Resztę macie zostawić. To rozkazy magnifera.
Nagła cisza zaległa w namiocie. Nemaria wyprostowała się, zawiązując nici i odcinając ich końcówkę. Na próżno. Właśnie dostała rozkaz do wycofania się. Do zostawienia tego człowieka na pastwę wrogich wojsk. Do zostawienia młodego zwiadowcy, któremu dopiero co zapakowali wnętrzności z powrotem do jamy brzusznej. I maga, któremu jeden z tubylców próbował rozpłatać grzbiet, lecz ostrze zatrzymało się na barku i ugrzęzło w kości.
- Nie. – Powiedziała staruszka, wycierając dłonie w fartuch. – Przekaż swojemu dowódcy, że ja zostaję. Ci, którzy zdecydują się odejść, idą z tobą. Ale ja zostanę z tymi rannymi, którzy nie są w stanie odejść.
- Nie możesz! To rozkazy magnifer…
- Nie interesuje mnie to. Wynocha. – Zwróciła się w stronę tych medyków, którzy przetrwali do tej pory. – Wy też! – Jej spojrzenie zatrzymało się na dwunastolatce. – Jeśli wam życie miłe.
Nemaria opuściła spojrzenie zaciskając dłonie na fartuchu. W uszach zaczynało jej szumieć, podczas gdy serce próbowało wyrwać się z objęć żeber. Mogła odejść. Kilka osób minęło ją, wbijając spojrzenie w ziemię, ze wstydem mijając staruszkę.
- Słyszałaś mnie. – Powiedziała kobieta podchodząc do niej. – Jedź ze zwiadowcą. Na północ, za Sankarę. Tam będzie bezpiecznie.
- Ja…
- Jesteś za młoda żeby tu umierać, dziecko. Nie możesz się jeszcze nazwać kobietą, a co dopiero lekarką. Nie zostaniesz tu.
- Zostanę. – Dziewczynka podniosła spojrzenie na przełożoną, ta zaś przyglądała się jej dłuższą chwilę w milczeniu. W końcu jednak skinęła głową w niemym przyzwoleniu.
Mamo, będziesz ze mnie dumna.
***
Dolina Sankary? Dolina Sankary… Tak. Byłem tam. Wtedy, gdy tubylcy stoczyli się z pasma gór Larion, po podbiciu Telfamby. To było już z dobrym hakiem dziesięć lat temu. Służyłem wtedy jeszcze pod dar Rochem, ósma kohorta trzeciego manipułu zielonego tymenu. Została nas wtedy garstka, ginęliśmy na brzegu Sankary. – Mężczyzna pochylił się w stronę trzaskającego ogniska. Ciepło płomieniu oświetliło jego pooraną bliznami twarz. – To było piekło. Prawdziwe piekło. To, co te plugawce o czarnych twarzach robiły z jeńcami... Tfu. Ciesz się, że cię tam nie było. – Zasępił się na chwilę, lecz gdy polana zatrzeszczały, mimowolnie się uśmiechnął. – Ale wiesz, co ci powiem?
- Hmmm? – Elf dopiero teraz wykazał jakiekolwiek zainteresowanie tematem, do tej pory puszczając słowa towarzysza gdzieś w dal.
- Spotkałem tam dziewczynę… I to nie byle jaką dziewuchę. Miała najpiękniejsze oczy jakie widziałem. Jakem przebył drogę od Askaronu aż do delty Yro, tak nie widziałem takich oczu nigdzie. Uwierz mi, bo zaprawdę była ona pięk... – Nie skończył, ponieważ elf postanowił wtrącić się mu w słowo.
- A wiesz jak chociaż miała na imię? – Wtrącił znużony już tą opowieścią. Wszędzie były piękne dziewki, ale i tak on zawsze będzie wolał swoje krajanki… Chociaż te najchętniej by go zabiły. Zdrajca stojący po stronie północy.
Wojak zasępił się znów i zmiął w dłoniach skraj tuniki. Zieleń zatraciła swój naturalny kolor, zaszywano ją wielokrotnie, a plamy z krwi nie chciały zejść. Przez chwilę męczył się z pamięcią, próbując wyodrębnić słowo. Znaczenie.
- Chyba Nemaria. Czy jakoś tak. Nie pamiętam dokładnie. A może to jej koleżanka była? Raz ino słyszałem, jak do lazaretu mnie z posłaniem posłali.
Elf przyglądał mu się dłuższą chwilę, znał to imię. W Leth Caer, na dworze cesarza, często się ono przewijało. Córka ambasadorki. Rozmawiał z nią raz. Faktycznie miała niezwykłe oczy.
- I co z nią? – Wrócił do tematu, wciąż pogrążony w wizji jaką obdarzyła go własna pamięć.
- Tubylcy zajęli lazaret w którym leczyła.
A więc zginęła. Szkoda jej. Śliczna była…
***
Kiedy wwleczono ich przed lazaret, z szarego nieboskłonu znowu zaczęły spadać drobne krople deszczu, zwiastujące za kilka godzin ulewę. Klęczeli w niezaschniętym błocie, wpatrzeni w pozaginane źdźbła trawy. Tu i ówdzie ślady końskich kopyt się wyraźniej odcinały w zmaltretowanej glebie, jednak woda zaczynała wypełniać zagłębienia tworząc kałuże i zacierając ślady. Nie musieli długo czekać.
Zmuszeni przez wojowników z włóczniami by nie unosić głów najpierw dostrzegli kopyta. Aż do stawu bure od rzecznego mułu i czarnoziemu, wyżej znaczone niebieskimi malunkami wyraźnie odcinającymi się na sierści srokacza.
Nemaria, jako jedna z nielicznych, odważyła zerknąć w górę, na oblicze przybysza, i gdy dostrzegła je, doszła do wniosku, że to nie może być dowódca. Łagodne rysy i miedziano-złota skóra nie pasowały jej do wizji potwora. Ten przechylił głowę i zaczął im się przyglądać, w końcu powiedział coś. Odpowiedzieli mu milczeniem.
Zeskoczył zwinnie z grzbietu wierzchowca, bosymi stopami zapadając się w rozmiękłą ziemię. Powtórzył, a oni nadal milczeli. Na gest jego uniesionej ręki jeden z wojowników wbił ostrze włóczni pod łopatki cyrulika, z którym jeszcze godzinę temu kończyła operować jednego z ludzi. Ten zawył i szarpnął się, by po chwili znieruchomieć ze zwiotczałymi mięśniami. Tamten znów powtórzył słowa ze swojego języka. Odpowiedział mu któryś z jeźdźców. Gdy spróbowała skierować spojrzenie w jego stronę, poczuła ból. Któryś z wojowników poczęstował ją ciosem drzewca po potylicy. Lekko. Ale i tak ból sprawił, że oczy zamgliły jej się i musiała zacisnąć wargi.
Padła niezrozumiała wymiana zdań i właściciel drugiego głosu znalazł się w zasięgu ich spojrzeń. W przeciwieństwie do tubylca miał na sobie uzbrojenie do którego nawykł. Spod kółeczek pancerza wyglądała krawędź czarnej tuniki.
- Zacny Quauhtli pyta was, czemu się nie wycofaliście. – Głos dobiegający zza hełmu okazał się należeć do mężczyzny, jednak zagłuszony częściowo przez stal miał niezrozumiały akcent.
Nikt z więźniów nie odważył się odpowiedzieć. Wszyscy milczeli wpatrzeni w ziemię, tylko staruszka dowodząca nimi w lazarecie nie obawiała się unieść głowy i patrzeć na wrogów. Mężczyzna zwrócił się do swojego towarzysza i skinął głową w stronę więźniów, blaszki pancerza zaskrzypiały sprawiając, że do złudzenia przypominał jakiegoś żuka.
- Nie bój się. – Nemaria dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to do niej są skierowane słowa. Mimowolnie obróciła oblicze w bok by zobaczyć kto to mówił, jednak napotkała tylko opuszczone głowy, a odpowiedziało jej kolejne uderzenie.
Mężczyzna w zbroi ponownie odwrócił się do nich po tym jak tubylec wydał jakieś rozkazy swoim ludziom.
- Nie chcecie mówić. Ale my mamy wam coś do powiedzenia. W swej łaskawości Quauhtil postanowił, że ci z was którzy przysięgną nam służyć przeżyj…
- Nikt wam się nie pokłoni, psy. – Warknęła staruszka podnosząc się z błota. Pierwszy cios drzewcem trafił ją w bok, wytrącając z równowagi, ale się utrzymała. Drugi skierowany w jej nogi nie trafił do celu gdy postąpiła szybki krok i splunęła pod nogi zbrojnego. – Zdrajco. To, że ty się wyrzekłeś własnego narodu nie znaczy, że my też to zrobimy. Kurwi synu, myślisz, że bogowie ci to wybaczą? – Warknęła postępując kolejny krok, zachwiała się, gdy jeden ze strażników szarpnął ją za ramię.
Miedzianoskóry tubylec przyglądał się tej scence z ciekawością, Nemaria zaś była gotowa przysiąc, że słyszy jak zbrojny westchnął. Ale nie była pewna, bo w tym samym momencie mżawka przerodziła się w pełnoprawną ulewę.
- Ci z was, którzy zaś się nie zgodzą, zginą. – Podniósł głos tak, aby każdy z więźniów go usłyszał. – Ty już wybrałaś. – Dodał spoglądając na staruszkę. Odwrócił się do swoich. – Przyprowadzić konie!
Najwyraźniej w oddziałach tubylców znalazło się jeszcze kilku zdrajców, a może chciał pokazać co czeka staruszkę. Ta zbladła, chociaż wciąż trzymała dumnie uniesioną głowę. Nemaria zadrżała, czując rosnące przerażenie. Miała wrażenie, że minęły godziny nim przyprowadzili wierzchowce i przywiązali jej przełożoną do lin. Ktoś krzyknął, dając sygnał by zwierzęta się ruszyły, a ona złowiła przerażone spojrzenie kobiety.
- Nie patrz. – I znów ten sam głos. Posłuchała się, starając skupić na grudach rozmiękłej ziemi. Staruszka zakrzyczała. – Nie bój się. Nic ci się nie stanie.
Przy kolejnym krzyku wrzasku zamknęła oczy czując, jak spod powiek uciekają jej łzy. Już nie panowała nad drżeniem ramion, ani urwanym oddechem.
- Nie patrz. Nie słuchaj. – Szeptała jej. – Odszukaj głos wewnątrz siebie, wtedy ona też go usłyszy.
Spróbowała. Ale spotkała ciszę przerywaną tylko przez krzyki umierającej, nie potrafiła się z nią podzielić ukojeniem.
***
Kiedy pozbierano szczątki staruszki, wciąż nie mógł się nadziwić jak uparci potrafią być ci ludzie. Każdego dnia postępowali coraz dalej, zajmując ich ziemie. Oferowali im dołączenie do ich wspólnoty, do poznania ich bogów. Ale oni woleli wzywać swe bożki wierząc w ich siłę. A potem umierali, zdziwieni, że te słabe istoty nie chcą udzielić im swej pomocy. Głupcy, uparci głupcy.
Westchnął i obejrzał się na swego cudzoziemskiego towarzysza. On poznał prawdę i ją zrozumiał. Przyłączył się do nich, stając na równi z innymi. Zyskał nowe imię. Okazał się nawet przydatny, bo mógł tłumaczyć złapanym co ich spotka, jeśli nie przystaną do jego ludu. Jedyną jego wadą było zbytnie okrucieństwo.
- Dość czasu straciliśmy, jedziemy dalej. – Mruknął, chwytając się grzbietu wierzchowca.
- Jak rozkażesz, Quauhtil. – Obrócił się w stronę więźniów. – Zabić. Wszystkich.
Miedzianoskóry zmarszczył brwi przyglądając się związanym ludziom. Nie byli żołnierzami, nie walczyli z nimi. Przynosili tylko ukojenie rannym. Gdyby zechcieli by do nich dołączyć, staliby się ich siłą. Ale nie zechcą. Widać to było w ich oczach i upartej dumie.
- Stać. – Rozkazał w języku północy zatrzymując swych braci jednym ruchem dłoni. – On. – Wskazał na szpakowatego mężczyznę w fartuchu przybrudzonym krwią. – On. – Strażnicy szturchnęli trzonkami włóczni młodziaka z ręką zawieszoną na temblaku. – Ona. – Tu wskazał elfkę o jasnych włosach. – Dać im wodą. Płaszcze. – Zmarszczył brwi odszukując słowa, po czym zwrócił się do wybranych. – Wy pójdziecie. Na drugim brzegu. I powiecie, że mają się wycofać. Do rano. Inaczej oni zginie. Zrozumieli?
Szpakowaty postąpił w jego stronę. Najlepsze lata miał już za sobą, kuśtykał. Kto wie, czy była to świeża rana. Zbrojny, który tłumaczył, spróbował zastąpić posłańcowi drogę, lecz Quauhtil powstrzymał go syknięciem.
- Czego chce? – Spytał łamiąc sobie język na samogłoskach.
- Nie.. Weźcie... Ona… Proszę… - Tylko tyle zrozumiał, spojrzał więc pytająco na swego towarzysza.
- Prosi, żeby za niego poszła tamta dziewczyna. – Wskazał na związanych. Quauhtil potrzebował chwili, by odnaleźć wśród tłumu osobę, o której mowa. Skąd tu się wzięło dziecko? Dziewczynka podniosła głowę, wyczuwając, że ktoś się jej przygląda.
- Wiesz, że ty zginą. Ona przeżyje. – Odpowiedział szpakowatemu. Ten jedynie przytaknął, uśmiechając się lekko.
- Wiem.
Miedzianoskóry przytaknął mu i zaczekał, aż rozwiążą wskazanych więźniów. Cyrulik wrócił do klęczących wśród błota. Gdy posłańcy odeszli skinął na towarzysza.
- Ty decyduj co z nimi. Ja mam ważniejsze sprawy. – Mruknął, wskakując na grzbiet i ściskając końskie boki piętami. Za plecami usłyszał jak dawny wergund wydaje rozkazy.
- Zabić ich! Tak, wszystkich.
Quauhtil spojrzał przez ramię. To była czysta ciekawość. Przez mgnienie oka wydawało mu się, że przy szpakowatym stoi jakaś kobieta. Burza brązowych włosów i łagodne spojrzenie, we włosach wianek z kwietnych ziół. Szpakowaty uśmiechnął się mimowolnie, gdy ona poruszyła ustami. I zniknął. Razem z nią.
***
Zderzyli się w łoskocie, grzęznąc w piasku wyścielającym brzeg rzeki. Ta zakotłowała się od krwi, kiedy ciała tubylców nadziały się na ustawione piki. Niedobitki z czwartej kompanii tentarake’empat dołączyły do ósmej kohorty zielonego, jednak przeważająca masa najeźdźców szybko poradziła sobie z zasiekami i przekroczyła bezpieczne osłony. Wergundowie i Styryjczycy, stojąc ramię w ramię, starali się desperacko odeprzeć atak. Tentarake’empat wzywała imię swej bogini i arcyksięcia, jednak głosy z zielonego zagłuszyły Styryjczyków, imię księżnej zapanowało na chwilę ponad doliną.
Nie ważne jednak co krzyczeli. Ginęli tak samo. A Sankara szeptała za ich plecami.
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.