Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze swiata gry.
 

obozy
 
Nowość!

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:






 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Mury Caer- Artur Teodorski
 
Aries popędził wierzchowca. Dniało. Odkąd rozstał się z braćmi i siostrami minęły trzy dni. Był z nich najszybszym jeźdźcem, a wieści, które wiózł ze sobą nie mogły czekać. Norima były niezwykle wytrzymałe w biegu, ale Aries czuł, że jego wierny kompan długo już nie wytrzyma. Pogładził go po szyi. Byli już blisko, musiał wytrzymać jeszcze trochę.
Stopniowo zarośla mokradeł robiły się coraz rzadsze, aż wreszcie oczom elfa ukazał się jego cel, białe mury i czerwone wierze dumnie górujące nad krajobrazem Morein. Port Leth Caer, ostatni bastion Północy pośród chaosu Za – południa. Drzewa przed miastem wycięto na odległość strzału z łuku. Były potrzebne przy wznoszeniu miasta, lub też usunięto je by nie dawać osłony nacierającym Qa. Na uzyskanym w ten sposób miejscu mieszkańcy utworzyli poletka ryżowe. Aries wiedział, że potężne iluzje rzucone na ogromny obszar bagien sprawiają, że atakujący miast otwartej przestrzeni widzą bezpieczny las ciągnący się aż do murów. Jego jednak zaklęcia nie dotyczyły, on widział uchylone wrota masywnej bramy, obietnicę odpoczynku i bezpieczeństwa.
Strażnicy nie zatrzymywali jeźdźca, wystarczyło jedno spojrzenie by wiedzieli kim jest. Aries szybko pokonał przestronną aleję wzdłuż której wznosiły się eleganckie, smukłe domy. Domy miały podmurówkę z białego kamienia i czerwone dachy, ozdobne fasady i wysokie okna upiększały budowle doskonale komponując się z rosnącymi wzdłuż alei kwitnącymi drzewami.
Aries nie miał jednak czasu na zachwyty, szybko przebył aleję i znalazł się na placu pod wschodnim skrzydłem Domu Caernothów, centrum miasta. Dom składał się z czterech skrzydeł okalających wewnętrzny, kwadratowy ogród. Wschodnie skrzydło było najbardziej warowne, dwie okrągłe baszty w rogach budowli broniły solidnych wrót. Przed bramą stał młody elf w białej tunice i lekkim, czerwonym płaszczu. Nie mógł mieć wiele więcej ponad trzy loa. Aries zatrzymał się przed nim.
- Przynoszę wieści z Fortu Estel.
- Cesarz będzie chciał cię widzieć. Odprowadzę twego wierzchowca – Aries zszedł z grzbietu jelenia, chłopak wziął lejce.
Aries przeszedł pokonał podwójne wrota i znalazł się w wewnętrznym ogrodzie. Choć pozornie wyglądał na dzieło natury ogród był dokładnie zaplanowany, każda ścieżka, drzewo, staw i kaskada miały swoje miejsce. Elf nie zwracał jednak uwagi na piękno ogrodu, czy ukrytych za roślinnością krużganków i wierz Domu. Szedł do najwyższej wierzy, znajdującej się naprzeciw wejścia w skrzydle zachodnim. Wmaszerował do mieszczącej się na parterze przestronnej sali audiencyjnej. Przez wczesną porę nie było tu zbyt wielu elfów. Tron wyobrażający słońce, którego promienie splatają się w siedzisko stał pusty. Jeden ze strażników podszedł do Ariesa.
- Pan Elidis czeka na ciebie w gabinecie.
- Prowadź.
Weszli na jedną z dwóch klatek schodowych znajdujących się przy wejściu. Zatrzymali się na pierwszym piętrze, Strażnik wskazał jedne i odszedł. Aries odczekał chwilę i wszedł do środka Gabinet był urządzony prosto i ze smakiem, jak cała reszta wnętrz. Od podłogi do połowy wysokości białe ściany przykrywała ciemna, drewniana boazeria pełna płaskorzeźb przedstawiających założenie Leth Caer. Na zachodniej ścianie znajdowały się trzy wielkie, ciągnące się niemal do sufitu, zwieńczone ostro łukiem okna. Na środku pokoju długiego na dziesięć metrów znajdowało się szerokie biurko wykonane z tego samego drewna co boazeria. Za biurkiem pysznił się skórzany fotel, a przed stołem trzy inne krzesła. Przed biurkiem były dwuskrzydłowe drzwi, po bokach których nie było boazerii, a wysokie na trzy metry regały pełne ksiąg.
Za biurkiem siedział elf w prostej tunice przewiązanej szerokim pasem, na ramiona narzucił czarny płaszcz. Lekko podkrążone oczy zdradzały stres i brak snu, jednak wyprostowana sylwetka i delikatny uśmieszek zdawały się przeczyć temu wrażeniu. Aries uśmiechnął się, wygląd Elidisa był odbicie jego ludzi, dumni i silni na zewnątrz, zmęczeni wewnątrz. Wciąż jednak z podniesioną głową.
- Powiedziano mi, że niesiesz wieści z Estel. Usiądź proszę – wskazał jedno z krzeseł, rozparł się wygodniej w fotelu. – Zatem?
- Zacznijmy od tego – Aries uśmiechnął się, – że kasztelan Szrapnel przesyła pozdrowienia. Kazał ci powiedzieć, panie, że jak jeszcze raz przyślesz mu takie racje żywnościowe to przyjedzie tu i każe ci je zeżreć – Elidis wybuchnął śmiechem.
- Przekaż kasztelanowi, że jak mu się nie podobają warunki to może w każdej chwili udać się piechotą na północ. Krzyżyk na drogę. A teraz, co tak naprawdę miałeś mi przekazać? – Areis bez słowa wyjął zza pazuchy zwinięty papier i podał Elidisowi.
- To raport sprzed sześciu dni, przewidywana odległość pokonana w tym czasie jest na dole.
- Na miłość... – szepnął mag, podniósł oczy znad liter, stały się teraz dziwnie głębokie i nieobecne, jakby umysł elfa był gdzieś bardzo daleko stąd. – Dacie radę ich spowolnić? Czy znajdą drogę do Estel?
- Podjęto już działania. Jest bardzo mała szansa, że znajdą właściwą ścieżkę, jeżeli tak ludzie Szrapnela się nimi zajmą. Moi bracia i siostry wracają powoli do Caer, przybędą tu na dwa dni przed nimi – Elidis skinął głową.
- Dziękuję. Idź i odpocznij, służący zaprowadzi cię do komnaty – Aries wstał i skłonił głowę. – Wychodząc powiedz by posłano po mojego brata. Mamy dużo do omówienia.
Aries wyszedł z gabinetu zostawiając Elidisa z raportem. Stojąc w drzwiach dostrzegł jak elf wyjmuje jakieś kolejne papiery z szuflad biurka i przegląda pośpiesznie.

*

Ostry niczym grot włóczni głos dowódcy wyrwał Neldena z drzemki. Wyskoczył z pryczy jak oparzony. „Alarm, alarm...!” niosło się po pogrążonych jeszcze przed chwilą koszarach. Elf uwijał się jak szybko mógł, w pełnym rynsztunku był w mniej niż dwie minuty, w ciągu kolejnych dwóch stał już wraz z towarzyszami na ich odcinku muru.
- Żałosne – skwitował dowódca. – Potrzebowaliście aż czterech minut, by tu się znaleźć. Musimy zejść co najmniej poniżej trzech!! Dużo jeszcze pracy. Rozejść się!
- Cholera kolejny fałszywy alarm – mruczał pod nosem Kaleth. – Jak tak dalej pójdzie to nigdy się nie wyśpię.
- Daj spokój Kal.
- Nie dam. To już trzecie takie ćwiczenia w tym tygodniu!
- Zachowujesz się jak rozpieszczony Wergund. Daj spokój.
Wrócili do koszar, rozebrali się i poszli dalej spać. Choć Nelden nie komentował próbnych alarmów nagłe zaostrzenie musztry go zastanawiało. Myślał już, że to uch przełożony jest takim dupkiem, ale koledzy z innych odcinków muru uświadomili mu, że tak było wszędzie. Coś się zbliżało do Caer i Neldan był przekonany, że wcale nie chce się przekonywać co to jest.
Trzy kolejne dni upłynęły pod znakiem wytężonych treningów. Raz zmobilizowano nawet całą obsadę wschodniego muru. Działo się jednak dużo więcej, wystarczyło się rozejrzeć. Wyraźnie było widać, że miasto zbiera zapasy. Wędzarnie pracowały bez ustanku, zwiększono tempo zbiorów ryżu i patatów. Najdziwniejsza była jednak coraz częstsza obecność hierofantów na murach. Magowie światła często przybywali porozmawiać z żołnierzami, ale tym razem nie byli zainteresowani garnizonem, ale samymi murami. Neldan mógłby przysiąc, że kilka razy widział, jak rzucają jakieś zaklęcia na fortyfikację. Wszystko to podsycało jego złe przeczucia.
- Czy to nie oczywiste? Zbliża się najazd Qa.
Ylwen, alchemiczka, była szeroko znana ze swojej bezpośredniości, był to jeden z powód, dla którego Nelden tak ją cenił. Znajdowali się na zacisznym, okrągłym placu, którego centralny punkt stanowiło wielkie drzewo przykrywające swymi konarami całą przestrzeń placu. Ylwen siedziała na oparciu drewnianej ławki naprzeciw jej domu. Miała na sobie fartuch roboczy, jego biel zdobiło kilka kolorowych plam, niektóre dość świeże. Z chaosem ubrania kontrastowały idealnie ułożone blond włosy.
Wyrwana ze swych codziennych zajęć wyglądała urzekająco. Po zastanowieniu Nelden doszedł do wniosku, że zawsze tak wygląda. Z trudem skupił się na rozmowie.
- Bzdura, powiedzieliby nam.
- Tak? To zaowocowałoby paniką, niekorzystne. Powiedzą, ale na krótko przed atakiem. Tak tylko stworzyliby napięcie.
- I w ogóle ci to nie przeszkadza?
- Nie. To rozsądne z ich strony. Pomyśl, siedział być tu i pił ze mną czekoladę gdybyś wiedział o ataku?
Nelden nie odpowiedział. Ylwen miała niezwykle przenikliwy umysł, czasem nawet aż za bardzo. Nie wiedział co myśleć o jej słowach. Miała dużo racji, ale to wcale go nie uspokajało. Zaśmiał się w duchu. Elfa miała rację, teraz gdy rozważał możliwość ataku nagle cały świat stał się ponury, a jego serce niepewne. Odgonił te myśli. Jednym haustem dokończył kubek słodkiego napoju.
- Choć – podał jej rękę.
- Gdzie? – zeskoczyła zgrabnie chwytając jego dłoń, zaśmiał się.
- Na spacer, nie wiem czy pamiętasz, ale jest teraz na patrolu.
- Ah, tak – uśmiechnęła się. – Zatem prowadź.
Ruszyli ścieżką prowadzącą do murów. Musieli pokonać kilka zakrętów by wejść na drogę wiodącą wokół muru. Szli wzdłuż fortyfikacji rozmawiając. Nelden zawsze cieszył się z towarzystwa Ylwen, dzięki niej patrole przestawały być tak diabelnie nudne. Po kilkuset metrach pokonanych w spacerowym tempie usłyszeli, że ktoś biegnie w ich stronę. Odwrócili się by zobaczyć pędzącego w ich stronę Kaletha.
- Coś się stało? – zaczął Nelden.
- S – s – stało? – wysapał. – Jak co się... się stało!? Gdzie ty się psia mać podziewasz!?
- Mam patrol...
- Miałeś patrol, miałeś. Teraz powinieneś być w koszarach, szukają cię. Podobno przyszył rozkazy, ale nie chcą ich odpieczętowywać bez kompletu. Idziemy.
- Pójdę z wami – powiedziała Ylwen. – Wyjaśnię twoim przełożonym w jak ważnej pracy mi pomagałeś w tym czasie – kolejny powód dla którego lubił tę dziewczynę.
Droga do koszar zajęła im kilkanaście minut szybkiego marszu. Przed wejściem do budynku na baczność stała jednostka Neldena. Przed idealnie równym szeregiem stał ich dowódca, Maldor. Jedno spojrzenie na wyraz twarzy przełożonego uświadomiło mu, że jest źle, w porywach do bardzo źle. Maldor miał mocno zaciśniętą szczękę, wręcz zgrzytał zębami. W ręku trzymał zapieczętowany list. Utkwił spojrzenie przenikliwych oczu w nadchodzącym elfie. Otworzył usta, zapewne by wydrzeć się na Neldena, ale zanik zdołał to uczynić odezwała się Ylwen.
- Chciałabym tylko powiedzieć panie... – Maldor błyskawicznie przeniósł na nią wzrok, jakby dopiero teraz ją zauważył.
- Cisza – syknął, a zdziwiona dziewczyn a przestała mówić. – Nelden do szeregu. A teraz... – rozpieczętował wiadomość. – Ogłasza się...
- Sir, czy ta pani powinna tu być?
- Wszystko jedno – machnął ręką. – Ogłasza się, że w stronę Leth Caer zbliża się ogromna masa Qa. Dokładna liczebność wroga nie jest znana, ale szacuje się ja na kilka tysięcy. Wróg został spowolniony i osłabiony na drodze do miasta, ale to na nas spada obowiązek zatrzymania jego pochodu. Siły Qa będą tu za trzy dni, a wtedy rozbiją się o nasze mury, niczym fale o dziób okrętu. prymarcha Telanar Caernoth – odczekał chwilę, powiódł po zebranych wzrokiem upewniając się, że znaczenie słów do nich dotarło, Nelden złowił znaczące spojrzenie jakie posyłała mu Ylwen, mieszanina „a nie mówiłam!?”, strachu i troski. – Żołnierze, prymarcha pokłada w nas wiarę, wiarę, że damy odpór fali Qa. Ja też podzielam jego wiarę. Znam każdego z was i wiem, że nie tylko powstrzymamy najeźdźcę, ale tak mu nakopiemy do rzyci, że dupa zacznie go boleć na samą myśl o wejściu na teren Morein! Świt!
- Świt – zawtórowali wojownicy, Nelden miał wrażenie, że słyszy okrzyk dobiegający z różnych części miasta, ale może była to tylko jego wyobraźnia.

*

Aries przechadzał się po bocznych uliczkach miasta. Lubił te części Caer, zawsze były ciche, oddalone od zgiełku targu. Mimo to zwykle było tu widać mieszkańców. Rozmawiających na progach swych domów, udających się za sprawunkami, suszących pranie. Samo życie. Kojący widok codzienności.
Teraz jednak miał wrażenie, że przez miasto przetoczyła się jakaś zaraz, która wybiła ludność. Na ulicach nie było żywej duszy. Pustak. Było to zrozumiałe, atak Qa maił nastąpić już jutro. Elfy udały się do portu, położnego na przeciwnym krańcu miasta. Byle dalej od murów. Jednak wszyscy mieszkańcy Caer wiedzieli, że jeśli zajdzie taka konieczność cesarz powoła ich pod broń. Mieli obowiązek nosić przy sobie oręż własnego wyboru właśnie na taką okazję i choć rozważano pełną mobilizację Elidis stanowczo odrzucił pomysł, twierdząc, że takie posunięcie spowodowałoby wybuch paniki. Aries nie był jednak taki przekonany. Miał wrażenie, że wielu elfów wręcz czekało na rozkaz by stawić się na murach.
Nie jego decyzja.
Nawet nie zwrócił uwagi kiedy trafił pod umocnienia. Ocenił je krytycznym wzrokiem. Mury miały wysokość dziesięciu metrów i szerokość trzech, zbudowano je z drewnianych skrzyń wypełnionych twardą bagienną gliną i kamieniami, a następnie pobielono. Były solidne, mogły oprzeć się ogniowi i machinom wojennym. Krążyła też plotka, że znajdujące się w mieście Tawanien za wstawiennictwem Silvy złączyły boki skrzyń, jakby wyrosły jako całość i zwiększyły wytrzymałość drewna.
Areis znalazł najbliższe schody i wspiął się na szczyt fortyfikacji. Przeciwnie jak opustoszałe ulice mury tętniły życiem. Wojownicy chodzili wzdłuż nich roznosząc wiadomości, lub też obserwowali pola ryżowe ze szczytu baszt. Napięcie było wyraźnie wyczuwalne. Przechadzając się po murach Aries trafił na grupkę wojowników zebranych wokół maga światła siedzącego na blankach.
- Miejcie odwagę bracia i siostry. Nasza Ścieżka jest waszą opoka i otuchą, gdyż póki wierzycie jej słowom póty nie stajecie sami. A jakaż siła może nas zatrzymać, gdy prawdziwe wkroczymy na Ścieżkę, czy jest coś, co oprze się całkowitej jedności i zaufaniu? Nie. Żaden mąż, ni żaden oręż nie pokona harmonii.
Aries przysłuchiwał się w ciszy. Żołnierze także milczeli wpatrzeni w maga. Biło od niego to niezrozumiałe ciepło, które towarzyszyło wszystkim Hierofantom, jakby ich ciała skrywały promienie Słońca. Mag zauważył nowo przybyłego słuchacza.
- Ah. Oto i jeden z naszych braci z Fortu Estel, nie wyruszyłeś dziś na łowy razem z innymi?
- Nie wiedzący. Postanowiłem, zostać w mieście, brakowało mi jego spokoju.
- Spokoju? Miasto jest teraz jednym wielkim kłębkiem nerwów.
- W porównaniu ze służbą wokół Estel nawet ten stan jest relaksujący – mag położył rękę na ramieniu wojownika. - Uwierz mi Neldenie. Jak ci na imię bracie?
- Jestem Aries.
- Ja zwę się Mathlan Zawsze gdy spotykam jednego z was zastanawiam się jak mieliście na imię zanim staliście się gwiezdnymi łucznikami...
Błysk. Oczy wszystkich zwróciły się na wschód gdzie pojawiło się światło. W niebo wzbiła się migocąca, czerwona kula. Chwilę krążyła po niebie co chwila zmieniając trajektorię w nieskoordynowany sposób. Wreszcie bezgłośnie wybuchła zmieniając się w obłok czerwonego blasku. Rozmowy na murze ucichły, elfy patrzyły się w ciszy na świetlny spektakl. Nie każdy rozumiał, ci którzy wiedzieli wypowiadali ciche przekleństwa, lub też szeptali modlitwy, część zaczęła gdzieś biec. Mathlan wpatrywał się w horyzont, jego wzrok pozostawał nieodgadniony.
- Co to znaczy wiedzący? – zapytał niepewnie jeden z żołnierzy, zanim mag odpowiedział zrobił to Aries.
- Wiadomość z Fortu Estel. Wróg u bram.
- Znaleźli fort...? – ktoś powiedział zduszonym głosem.
- Powinniśmy ich wesprzeć...
- Nie – Areis pokręcił nieznacznie głową. – Gdyby prosili o pomoc flara byłaby pomarańczowa. Wytrwają. Kasztelan Szrapnel to wybitnie twardy sukinsyn – uśmiechnął się wrednie wspominając dowódcę fortu.
Odszedł nieco i stanął na uboczu, wolał nie przeszkadzać hierofancie. Słuchał jak Mathlan znów odnosi się do Ścieżki by podnieść na duchu żołnierzy. Na murach zaczęła się prawdziwa bieganina. Kurierzy roznosili wiadomości, a żołnierze rozmawiali niespokojnie. Nelden rozglądał się niespokojnie na swoich towarzyszy. Miał dziwne przeczucie, że zagrożenie o którym nieustannie szeptano przybrało bardziej materialną formę. Wszyscy musieli poczuć jak blisko jest starcie z Qa. Nawet Aries pouczył jakąś zmianę, jakby wróg nagle był o wiele bliżej niż sądzili, jakby bitwa miała się zaraz zacząć.
Ukłucie intuicji. Spojrzał na linię drzew. Gdzieś z lasu dobiegło melancholijne zawodzenie cesarskiego rogu. Chwilę potem dostrzegł grupę jego barci prowadzonych przez Nyar’yaro. Biegli przez las. Wiedział co to oznacza. Po chwili ozwały się kolejne rogi. Jednakże nie grały już acapella. Towarzyszyły im miaro uderzenia bębnów wojennych Qa. Mnóstwa bębnów.

Obrońcy zareagowali natychmiast. Dzięki wytężonym treningom żołnierze nie zaczęli się miotać w nieładzie, lecz płynnie zajęli swoje pozycje. Wszelkie niedociągnięcia szybko poprawili oficerowie. Rzędy łuczników stanęły na murach, baszty wycelowały swoje balisty w wyznaczone strefy ostrzału, magowie pilnie obserwowali przedpole. Gwiezdni łucznicy wycofali się za mury i także zajęli swoje odcinki. Zamknięto bramy pod którymi już szykowali się falangiści i strażnicy brzasku.
Caer czekało.
Kilka następnych minut zdawało się być wiecznością, mimo to Nelden miał wrażenie, że w ich trakcie wszyscy wstrzymali powietrze, jak przed skokiem na głęboką wodę.
Wreszcie zza linii drzew wyłonił się pierwszy wojownik. Odziany już nie w proste łachmany, ale w zdobną zbroję z szerokim kołnierzem, przykrywającym ramiona. Jego hełm był wystylizowany na ptaka z wielką grzywą barwnych piór. W dłoni dzierżył miecz z połyskującego obsydianu. Za nim pojawili się następni wrogowie. Było ich nieprzeliczone mrowie. Nie szli jednak jedną falą, ale podążali jakby niewidzialnymi ścieżkami, jeden za drugim. Nelden omal się nie roześmiał, rozejrzał się i zobaczył Aries uśmiechającego się pod kapturem. Wiedzieli co to znaczy, iluzje wokół miasta działały i Qa widzieli grząski las sięgający niemal samych murów. Myśleli, że mają osłonę drzew, podczas gdy szli po otwartym terenie.
Nelden nałożył strzałę na cięciwę, to samo uczynili jego towarzysze. Czekali na rozkaz. Dowódcy pozwolili Qa przebyć połowę dystansu dzielącego ich od murów. Wtedy padł rozkaz otwarcia ognia. Setki elfów podniosły napięte łuki, dziesiątki balist wycelowały swoje bełty, magowie szeptali zaklęcia. Cisza, nagle przerwana hukiem setek jednocześnie puszczonych cięciw. Strzały świsnęły w kilkusekundowym locie. Pośród Qa zapanował chaos. Wielu padło od celnych strzałów, reszta rozbiegła się szukając schronienia pod nieistniejącymi drzewami, krzycząc w niezrozumiałym języku. Z niemym zacięciem elfy jeszcze raz naciągnęły cięciwy.
Kolejna salwa rozdarła powietrze.
Kolejni Qa padli na ziemię.
Hierofanci czekali, ich zadnie nie polegało na eliminowaniu prostych wojowników, mieli ważniejsze cele. Po trzeciej salwie z lasu zaczęły wyłaniać się postacie w długich szatach pokrytych jarzącymi się symbolami. Kapłani. Wyciągnęli przed siebie ramiona tworząc wielką, migoczącą kopułę. Oficerowie dali znak do zaprzestania ostrzału, nie było sensu marnować strzał. Na pierwsze miejsce wysunęli się magowie. Niczym w synchronicznym tańcu wysunęli się przed łuczników. Wypowiedzieli swe inkantacje i powietrze zadrżało od mocy i gorąca. Słup złotego światła uderzyły w tarczę Qa. Kapłani zwolnili marszu, kilku się zatrzymało. Tarcza zafalował, lecz pozostała nienaruszona. Qa parli dalej. Przy kolejnej salwie magowie połączyli swe siły, uderzając dwójkami i trójkami na pojedynczych kapłanów. Wysiłek opłacił się. Jeden z kapłanów zatrzymał się pod naporem mocy, widząc to kolejni dwaj magowie skierowali w niego atak. Tubylec z całych sił starał się utrzymać, upadł na kolana, wreszcie z potwornym skowytem uległ. Tarcza zafalowała i zniknęła, a kapłan wyparował od ciepła pięciu wiązek. Dowódcy dali natychmiast znak i kolejna salwa zabójczych strzał poleciała we wroga. Hierofanci także zaatakowali posyłając pociski skumulowanej mocy, które wybuchały słonecznym ogniem na promieniu dziesięciu metrów i płonęły przez niecałą minutę.
Mimo dotkliwych strat Qa parli nieubłaganie, cały czas wychodząc z lasu. Szli już nieprzerwaną falą, wiedząc, że oczy ich zwodzą. Pojawiło się też więcej kapłanów, którzy zaczęli ciskać w obrońców ogniem. Prócz prostych, zbijanych na szybko drabin nie widać było machin oblężniczych. Wynikało to z ukształtowania terenu, nie było jak przetransportować machin. Jednak sama magia Qa wystarczyła by dostarczyć obrońcom powodów do zmartwień.

Nelden z wrzaskiem bezsilnej złości schował się za mur. Kula ognia rozbryzgała się o ścianę fortyfikacji. Gdzieś na granicy widzenia dostrzegł elfa, który miotał się w przerażeniu gdy ogień począł trawić jego plecy. Spadł z murów, przynajmniej nie cierpiał długo. Nelden podniósł się z klęczek z naciągniętym łykiem. Zobaczył kapłana cofającego rękę do kolejnego zaklęcia. Niewiele myśląc wstrzelił w jego stronę. Promień strzały wyrósł z ciemności kaptura. Niewierząca w swoje szczęście Nelden naciągnął kolejną strzałę i wypuścił ją w jednego z wojowników niosących drabinę. Nie zabił go, lecz strzała utkwiła w brzuchu wroga, który puścił drabinę. Ciężka konstrukcja spadła przygniatając kilku kolejnych wrogów.
Ktoś go złapał za kołnierz i pociągnął w dół. Nelden w przerażeniu sięgnął po sztylet przypięty do łydki, przekonany, że to wróg. Ulżyło mu gdy ujrzał nad sobą Areisa.
- Po jaką cholerę...!? – nie zdołał dokończyć.
Świst wybuchającej na murach kuli ognia ciężko jest do czegoś porównać, to jakby cały świat nagle zamknął się w tym jednym dźwięku, jednocześnie wysokim od pisku uciekającej wilgoci i niskim od huku płomieni.. Ktoś wrzasnął gdy jęzor ognia trafił go w twarz. Ktoś inny zaklął gasząc spodnie munduru.
- Dzięki – Aries skinął głową.
Podnieśli się razem. Ich odcinek muru był blisko głównej bramy, a co za tym idzie był narażony na silny atak. Nelden rozejrzał się, wielu z jego towarzyszy było rannych, z dziesięcioosobowego oddziału jeden nie żył, a trzech miało dość poważne oparzenia a jeden walczył z ułamaną strzałą wystającą z łydki. Pozostałe oddziały miały się podobnie.
- Znieść rannych!! Uważać na ostrzał! Kaleth, Yrwin, Jelta osłaniać basztę!! – Maldor wywrzaskiwał rozkazy czasem przerywając by posłać celną strzałę, to on dowodził ich odcinkiem muru. – Lewren da...
Maldor przerwał w pół słowa i zagulgotał w odrażający sposób. Z ust Maldora pociekła krew. Wojownicy, jego podkomendni, utkwili wzrok w strzale wystającej z gardła dowódcy. Jej grot mienił się czernią obsydianu i czerwienią krwi. Elf wybałuszył oczy, powoli podniósł rękę by dotknąć strzały i w tej samej chwili padł na ziemię. Nagle mur stał się dziwnie cichy.
- Nie stać tak! Ruszcie się! – Areis krzyczał na wojowników posyłając kolejne strzały w atakujących.
- Tak... Dalej, zrzucić jego ciało! – komenderował Neldern.
- Ale...
- Już!! Potrzeba nam miejsca!
Choć z obrzydzeniem jeden z łuczników zepchnął ciało Maldora z muru odblokowując korytarz.
- Teraz ranni zabrać ich stąd, Lewren, Najira, zajmijcie się tym! Jazda!
- Drabiny – powiedział dziwnie spokojny Aries.
Nelden wyjrzał przez mury. Kolejna fala atakujących parła na mury. Nelden przez ułamek sekundy zastanawiał się czy cały świat nie zmienił się nagle w nieustający pochód Qa, ilu ich jeszcze tam mogło być!? Ilu już zabili? Ilu z nich poległo w obronie murów...? Te myśli były tylko iskrami, zapłonęły i zgasły.
- Zabić niosących! – ryknął wyjmując strzałę z kołczanu.
Wojownicy na powrót ustawili się przy blankach i zaczęli prowadzić regularny ostrzał. Kilka drabin upadło. Jedna z nich zaklinowała się o drabinę idącą z tyłu, w konsekwencji przewracając obydwie. Sytuacja zaczęła wyglądać znacznie lepiej. Aries strzelił nieco pod kątem by zdjąć jednego z kapłanów. Zauważył wtedy, że kilkanaście metrów dalej Qa udało się oprzeć drabinę. Wojownicy już wchodzili po jej stopniach. Łucznicy szybko ustąpili tam miejsca strażnikom brzasku. Starcie zrobiło się krwawe.
Aries obrócił się by dalej razić wrogów z drabinami. Zmarszczył czoło. Coś było nie tak. Nacierający do tej pory bez przerwy Qa zaczęli się cofać, ich pochód zwalniał, wytracał prędkość. Czemu? Byli blisko przełamania obrony, mieli już jedną drabinę na murach, czemu tego nie wykorzystać? Mieli za durze straty? Nie wydawało się to wiarygodne, gdyż jak do tej pory parli naprzód nie przejmując się stratami. Musieli coś szykować.
Ostrzegł go huk dobiegający spod granicy drzew.
- Kryj się! – wrzasnął odskakując od murów.
W stronę umocnień poszybował wielki kawał skały, najpewniej wystrzelony z katapulty. Leciał prosto na pozycję Neldena i Ariesa. Wojownicy uskoczyli na boki. Jednakże Nelden nie zauważył zagrożenia, skupiony na celowaniu do wojownika, który zdawał się wydawać rozkazy innym Qa. Gdy wypuścił strzałę doszły do niego krzyki jego towarzyszy, podniósł wzrok by zobaczyć wielki głaz lecący w jego stronę. Zdawało się, że leci niesamowicie powoli, Nelden był pewien, że przednim uskoczy, ale jego mięśnie były jak z ołowiu, jeszcze wolniejsze od kamienia.
Krzyk. Słowa.
Coś zmusiło głaz do zmiany trajektorii, zamiast lecieć dalej na mury spadł tuż przed nimi, jakby ktoś go popchnął od góry. Nelden zauważył Mathlana biegnącego w jego stronę. Głaz uderzył o ziemię roztrzaskując się. Woda z mokradeł i masa skalnych odłamków poszybowała do góry.
Nelden poczuł tępe uderzenie gdzieś w okolicy mostka i uda. Nie bolało, ale świat nagle zaczął tracić kolor. Mathlan stał tuż przed nim. Rozkładał ręce coś krzycząc, a wokół niego powstawał sfera spleciona ze złotych pasm. Sfera migotała gdy zderzały się z nią skalne igły, parując z sykiem.
- Szybciej! – mag krzyczał do kogoś za Neldenem, wojownik chciał się obrócić, ale jego kark był zbyt ciężki, nie dał rady. – Zanieście go do... – głos stawał się przytłumiony, daleki. – Wesprzyjcie...
Ostatnia rzecz jaką zapamiętał Nelden to dotyk wojskowych rękawic łapiących go za ramię i majaczący gdzieś niezwykle daleko od jego świadomości bury jasnobrązowy mundur.

*

Bolało. Bolało jak jasna cholera. To pewnie znaczyło, że żył. Spróbował otworzyć oczy. Syknął z bólu gdy intensywne światło wlało się mu do oczu. Głupi pomysł. Dobra pomału. Przyzwyczajenie się do światła zabrało mu trochę czasu. Było ostre, wyglądało na nienaturalne.
Leżał na plecach. Czuł, ze ma bandaże na piersi i nodze. Noga bolała nawet bardziej niż pierś. Miał też bandaż wokół głowy. Wokół leżeli inni elfowie. Znał ich, to byli żołnierze, część z jego oddziału, część z sąsiednich odcinków obrony. Pomiędzy nimi krzątały się ubrane na biało, zielono i czerwono postaci. Z sufitu zwieszały się lampiony z tańczącymi wewnątrz świetlnymi kulami. Zatem musiał być w lazarecie.
Zaryzykował poruszenie głową. Brak paraliżującego bólu uznał za pomyślny i rozejrzał się już pewniej. Obok jego pryczy stał wysoki stolik z miską, w której była jakaś ciecz i coś, co wywołało w Neldenie całą falę dziwnych uczuć. W misce leżało kilka ostrych skał. Sądząc po czerwieni na ich końcach skały musiały pochodzić z jego ciała i musiały tam być jeszcze dość niedawno. Wzdrygnął się w duchu, zwłaszcza widząc największy blisko pięciocentymetrowy odłamek. Przy jego pryczy stało też krzesło na którym siedziała Ylwen.
Spała z pochyloną do przodu głową. Jej biały fartuch roboczy zdobiła cała gama czerwonych plam. Ręce dziewczyny też były gdzieniegdzie ubrudzone krwią. Jej skóra wydawał się szara, a burza złotych włosów zasłaniających twarz straciła blask. A mimo to wyglądała pięknie. Ile już czasu tu siedzi?
- Ylwen... – wychrypiał.
Natychmiast podniosła głowę. Jej szare oczy były sine i podkrążone. Przez sekundę Nelden miał wrażenie, że dostrzegł w nich łzy.
- Ty kretynie...! – wysyczała. – Wiesz ile różnych substancji kosztowało mnie składnie cię do kupy!? A to wszystko przez twoją pieprzoną nieuwagę!
- Ja też się cieszę...
- Następnym razem...! – opadły na krzesło. – Następnym razem staraj się tu nie trafić. Nie mam na to sił. Na ciebie – dodała już ciszej.
- Jak poszło?
- Łatanie ciebie? Ciężko, z porywami do denerwująco. Miałeś w sobie więcej tych skał niż sądziłam – skinęła w stronę misy. – To jest druga partia odłamków. Kiedy nie obudziłeś się po wyjęciu pierwszej – zwiesiła głowę. – Te były głębiej w ciele – przerwała na chwilę. - Jeśli zaś pytasz o bitwę to dobra wiadomość jest taka, że udało się ich odeprzeć. Zła, że zmontowali katapulty. I jeszcze jakbyś był ciekawy, to wszystko było wczoraj za dnia, a teram mamy dzisiaj w nocy.
- Kto mnie...
- Kto cię tu przyniósł? Nie znam jego imienia jakiś Styryjczyk, skierowano ich do pomocy przy bramie. Nieźle wam tam wkopali – powiodła spojrzeniem po sali. – No, ja mam jeszcze robotę. Kiedy kończą wojownicy zaczynają lekarze. Wracaj szybko do zdrowia. Qa wciąż siedzą w lesie, jeszcze daleko do końca – odeszła szybkim krokiem, a Nelden odpłynął w sen.

*

Sala audiencyjna Domu była cicha, wokół Caer panowała noc. Przed tronem ustawiono stół z rozłożoną mapą okolicy Caer, kilkoma kartkami i drewnianymi figurkami przedstawiającymi oddziały. Stół oświetlały liczne pochodnie, a nad mapą pochylało się pięć postaci, Elidis i Telanar Caernoth, admirał Harfena, oraz oficerowie wergundzkiego i styryjskiego garnizonu, Larin dar Hawern i Gavreil Korda.
- Poszło lepiej niż się spodziewałam. Qa nie zajęli nawet kawałka muru, jestem pod szczerym wrażeniem – wergundzka decurion była dla Elidisa ciekawą kobietą, była zdecydowanie zbyt miła jak na osobę potrafiącą wyciągnąć komuś wątrobę przez oko i to na odległość za sprawą swoich ludzi.
- Nie powiedziałbym pani dar Hawern. Nie kwestionuję wyszkolenia cesarskiej armii, ale straciliśmy sporo ludzi – ton Gavreila był wiecznie zimny i ponury, zabawne przy ogólnie wesołym usposobieniu Styryjczyka oraz świetnie komponujące się z jego sarkazmem.
- Qa stracili więcej ludzi panie Korda.
- Proszę – przerwał Telanar. – Straty zostały podliczone, raporty są przed nami. Nie tym mamy się jednak zajmować, a usunięciem Qa z naszych pól ryżowych.
- Wyjątkowo celnie – powiedział. – Nie my już dużo zapasów, a to dopiero trzeci dzień oblężenia. W tym tempie wygłodzą nas za dwa, może trzy tygodnie. Pomijając fakt, że armia straci przydatność bojową za tydzień.
- Prościzna, trzeba ich tylko stąd wywalić na kopach – Gavreil wzruszył ramionami.
- Konkrety – upomniał Telanar. – Z naszych informacji wynika, że jutro przypuszczą kolejny szturm. Będzie trudniejszy bo mają teraz te cholerne katapulty.
- Skąd je mają? Przecież nie przytargali ze sobą, muszą mieć gdzieś główne obozowisko.
- Słusznie pani dar Hawern – talsosika admirał włączyła się do dyskusji. – Jest tylko jedno miejsce w tej delcie dość bliskie Caer na takie obozowisko. Tu – wskazała miejsce oddalone na wschód od Caer o kilkanaście minut drogi, u północnego brzegu Yro. – jest tu polana dość duża na taki obóz, tam też pewnie zmontowali machiny.
- Czemu tam? Ja bym się rozłożył obozem dookoła miasta – mówił Styryjczyk.
- Rzecz jasna, ale jest jeden problem – mówił Elidis. – Cała reszta terenów wokół Caer jest pokryta gęstą siecią iluzji, ergo, jeżeli rozłożą tam obóz to każda wycieczka do latryny może potencjalnie zakończyć się śmiercią w paszczy krokodyla, lub na dnie trzęsawiska.
- A na tej polanie nie ma iluzji? Nie sądziłem, że popełniacie takie niedopatrzenia, panie. Chyba, że ... to celowe?
Elidis i Telanar spojrzeli się po sobie wymieniając wredne uśmieszki, pozostałych uczestników konwersacji uderzyło jak ci dwaj skrajnie różni elfowie wydali się w tym momencie identyczni.
- Tak celowe, jeżeli mają nas oblegać, chcieliśmy wiedzieć gdzie się rozłożą. Są cały czas na naszych warunkach – rzekł mag.
- Dzięki temu możemy dokonać następującego ataku – Telanar sięgnął po modele, rozstawił Qa na polanie, następnie sięgnął po modele jeźdźców. – Nasza kawaleria uderzy na nich od północy spychając ich w stronę rzeki – ustawił modele statków elfów po drugiej stronie oddziałów Qa. – Atak jazdy zapewni dywersję dla kanonierek, które zajmą pozycję na rzece i zasypią Qa ogniem. Gdy dzikusy się już pozbierają z Caer uderzy na nich piechota wszystkich trzech sił – przesunął odpowiednie modele. – Tym uderzeniem zmiażdżymy Qa.
Zebrani milczeli. Pierwszy odezwał się Gavreil.
- Co z Caer, zostawimy je samo?
- Powołamy pod broń obywateli – powiedział Elidis spuszczając głowę, nie wydawał się przekonany do tej decyzji.
- To szaleństwo... Podoba mi się – Gavreil zaśmiał się.
- Ryzykowne, ale obrona tego miasta to zawsze była gra vabank – westchnęła Larina.
- Dobrze – rzekł Elidis prostując się. – Przejdźmy do jutrzejszego szturmu.

*

Nelden przechadzał się wokół murów. Udo wciąż go bolało, ale magiczno alchemiczne leczenie szybko działo. Był w zasadzie sprawny, tylko ból był nieprzyjemnym świadectwem odniesionych ran.
Ściskał w ręce zwinięty list. Atak pozostawił żywe rany na ciele Caer. Kilka domów zostało zniszczonych pociskami z katapult. Mury w większości się trzymały, ale w niektórych miejscach ostrzał je naruszył. Z kilku baszt zostały sterty ziemi, drewna i sterczące w niebo osmalone kikuty, tlące się jeszcze gdzieniegdzie. Smutny widok. W wielu miejscach chodnik był ciemnoczerwony od zakrzepniętej krwi. Paskudne wspomnienie walk sprzed dwóch dni. To była krew obrońców. Krew Qa była po drugiej stronie murów, w wodzie. Gdy wyjrzeć za mury widać było wiele leżących w płytkiej wodzie ciał. Qa uprzątnęli tylko część z nich, bojąc się wejść w pole rażenia łuczników. Choć część elfów chciała usunięcia ciał prymarcha się nie zgodził. Śliskie trupy stanowiły dodatkową przeszkodę dla atakujących. Obrzydliwe.
Ale znacznie gorsze były lazarety. Były pełne elfów o najrozmaitszych obrażeniach. Wielu odniosło rany od magii Qa. Odmrożenia od lodowych pocisków, połamane kości od magii ziemi, czasem do głazów. Qa ładowali kamienie wielkości głów do katapult, nie po to by uszkadzać mury, ale obrońców. Cholernie skuteczne. Ale najgorsze były poparzenia, od ognia i piorunów. Skóra poparzonych dosłownie odpadała płatami. Nelden widział jak jedna z pracujących w lazarecie Tawanien pośliznęła się na skórze opadłej z ręki pacjenta.
Na samą myśl chciało mu się wymiotować. A do tego wszystkiego dochodziły jeszcze jęki bólu. Nieustanne zawodzenie. Raz nawet zapytał Ylwen dlaczego ich nie uśpią. Ona spojrzała mu głęboko w oczy i powiedziała, że wielu z nich by się już po tym nie obudziło, że są za słabi.
Obrócił w rękach zwinięty list z pieczęcią prymarchy.
To wszystko było straszne, ale Nelden wiedział, że prawdziwy horror zacznie się dopiero przy walce wręcz. Widział rannych strażników. Broń Qa nie cięła, jaj obsydianowe zęby wyrywały mięso. Strażnicy wyglądali, jakby pokąsała ich gigantyczna bestia.
Doszedł do miejsca, w którym wystawiono listy poległych. Wielu elfów przychodziło tu szukać swych bliskich. Nie chciał tam podchodzić, było zbyt wcześnie. Widział tylko z oddali jak ciemnowłosa elfka podchodzi do tablicy z nazwiskami, chwilę ją czyta, a następnie osuwa się na kolana zanosząc rozdzierającym płaczem. Wpiła palce w jedno nazwisko na liście i płakała. Nelden odwrócił wzrok, czując, że i jemu się zbiera na łzy.
Ta lista miała się wkrótce znaczenie wydłużyć, gdyż jutro miał nadjeść kolejny szturm. Spojrzał na trzymany papier, a jego awansowano w miejsce Maldora.

Drugi szturm Qa zaczął się późnym popołudniem. Wróg rozpoczął starcie od ostrzału artyleryjskiego spod linii drzew. Wielkie głazy i kaskady mniejszych kamieni poszybowały w stronę obrońców, jednak tym razem magowie Caer byli lepiej przygotowani.
Kiedy hierofanci utrzymywali barierę wokół murów grupa okrytych iluzją magów morza zebrała się pod murami. Wykorzystując wspólną moc, oraz wody wokół miasta stworzyli potężną falę, która uderzyła w machiny wojenne posyłając je na drzewa. Wiele katapult zostało rozbitych, a część wojowników Qa zaczęło w panice uciekać przed falą niosącą rozdęte ciała ich dawnych towarzyszy. Fala uprzątnęła wiele ciał z pola przed miastem, tym samym ułatwiając do niego dostęp, jednak zniszczenie wielu machin wojennych było tego warte tej ceny.
Rozjuszeni zuchwałością zaklęcia Qa uderzyli ze zdwojoną siłą. W porównaniu z pierwszym szturmem drugi był znacznie lepiej zaplanowany. Wyglądało na to, że dowódca Qa nie docenił siły Caer i nie zamierzał popełnić tego samego błędu.
Na przedzie armii szły wysokie tarcze oblężnicze, za którymi kryli się łucznicy Qa. Za nimi szły drabiny i oddziały wojowników. Kapłani szli razem z oddziałami wojowników, by móc ich chronić przed ostrzałem i wspierać magią bojową. Za całym tym morzem żołnierzy stały ocalałe katapulty, które wraz z kapłanami stanowiły artylerię Qa. Wystarczyło jedno spojrzenie na regularny i przemyślany szyk wrogiej armii, by wiedzieć, że starcie nie będzie łatwe.
Przez długie pierwsze minuty wrogie armie ostrzeliwały się nawzajem. Elfy próbowały odepchnąć wroga od muru deszczem strzał. Qa chcieli przygwoździć obrońców by móc podprowadzić drabiny pod mury. Strzały mknęły w powietrzu przebijając ciała walczących, mordercze zaklęcia z sykiem i hukiem uderzały w wojowników. Wyglądało na to, że bitwa na wieczność pozostanie w tym martwym punkcie. Do czasy gdy Qa udało się doprowadzić taran do bramy głównej. Magowie światła próbowali spalić machinę i choć kilka razy podpalili załogę wewnątrz sam taran był chroniony zbyt potężną magią.
Wreszcie brama została wyłamana. Wojownicy Qa z dzikim wrzaskiem wpadli do miasta. Ich fala rozbiła się o szereg strażników brzasku i falangi. Walka była długa, dość długa, by zabici Qa utworzyli wał prze linią straży. Jednak elfy nie mogły wytrzymać naporu i linia zaczęła się cofać. W kilku miejscach na murze udało się oprzeć drabiny. Coraz więcej Qa wpadało do miasta.
Bitwa trwała już trzecią godzinę gdy strażnicy wycofali się spod bramy. Qa rzucili się w pogoń główną aleją. Jednmak w połowie ulicy obrońcy rozpierzchli się po bocznych uliczkach. Na zdezorientowanych Qa uderzyli lansjerzy na Norimach prowadzeni przez Telanara. Kontratak przetoczył się przez aleje, aż za bramę. Tuż za kawalerią elfów podążała ciężka piechota wergundów wspomagana przez nieliczne kamienne ulundo z garnizonu Styrii. Uderzenie odrzuciło Qa, którzy wytracili cały impet natarcia.
Choć nieliczne oddziały wciąż pozostawały na terenie Caer, jasne było, że bitwa się skończyła.

*

Nelden wpadł do lazaretu z mieczem w dłoni. Wojownik Qa, który nie zdołał zbiec wraz z pobratymcami rzuciła się na niego z wrzaskiem. Był młody i niedoświadczony, uniósł miecz za wysoko nad głowę. Nelden po prostu wraził własne ostrze w jego trzewia. Qa zacharczał i znieruchomiał, elf kopnięciem uwolnił ostrze.
Zajęty przez wroga lazaret wyglądał jak rzeźnia. Białe płótno namiotu było poplamione strugami krwi. Większość rannych została zaszlachtowana na pryczach. Nelden chodził między pryczami, szukał. Spojrzał w kąt namiotu i znieruchomiał.
Oparta plecami o ścianę siedziała Ylwen. Z kącików ust wypływały jej stróżki krwi. Trzymała się za brzuch, pod fartuchem rozlewała się wielka, lepka plama krwi. Nelden upuścił miecz. Podbiegł do niej.
- Nelden...? To ... to ty...? – miała słaby głos, wodziła oczami jakby go nie widząc. – Znów ober – wałeś? – chciała się zaśmiać, ale tylko się rozkaszlała.
- Cicho. Medyk!! – pogładził ją po głowie. – Będzie dobrze.
- Nie umiesz kłamać – szepnęła. – Szkoda, chciałam...
Westchnęła i jej ciało zwiotczało, głowa bezwładnie opadał do tyłu. Neldern przytulił ją do piersi. Towarzysze z oddziału znaleźli kilka minut później. Długo zajęło, zanim się ruszył.

*

Dniało. Od ostatniego szturmu minął jeden pełen dzień. Caer było już wyczerpane. Elidis idąc do portu rzecznego widział jak elfy obracają na niego wzrok. Spodziewał się złości, lecz zobaczył nadzieję. Wciąż jeszcze ufali w jego zdolności. Nawet kiedy kazał im stanąć na murach miasta. Być może na wpływała na to zielona flara wystrzelona wczorajszego wieczora z Fortu Estel. Jej znaczenie było proste „Wróg odparty, stacja normalna”, pomyślny znak.
Przy wejściu do portu zastał Telanara. Obydwaj bracia byli odziani w zbroje, choć rzecz jasna Telanar miał cięższy pancerz od Elidisa.
- Widzę, że nie zmieniłeś swojej decyzji? – zaczął Telanar.
- A czy ty zmieniłeś swoją?
- Słuszna uwaga, wciąż uważam, że to nie rozsądne.
- Będę im potrzebny.
- Wiem. Po prostu uważaj na siebie – uścisnęli ręce. – Nie chcę być zmuszony przejąć twojej roli. Top strasznie ciężka praca.
- Ja nie chcę przejmować twojej z tego samego powodu.
- Tak, tylko, że ty byś mnie nie zastąpił, a ja ciebie tak – obaj wybuchnęli śmiechem.
- Idź już – Telanar skinął głową i odszedł w stronę szykujących się lansjerów.
Elidis wszedł na pokład. Płaskodenne statki o smukłych kadłubach były napędzane siłą mięśni, na pokładzie ustawiono dwa rzędy balist, po cztery na burtę. Na dziobie i rufie wznosiły się niewielkie wierze dla magów. Mobilne platformy artyleryjskie, do tego zostały stworzone te statki.
Na pokładzie krzątała się załoga, obsługa balist, magowie i łucznicy. Elidis wszedł na szczyt wierzy. Płynął na pierwszym okręcie. Na dziobie stanęło dwóch oarni. Zaczęli ciche inkantację. Elidis czuł przebiegającą przez powietrze moc, która wreszcie uformowała fizyczne pasma mgły wokół statku. Gdy gęsty opar połączył się z chmurami otaczającymi pozostałe cztery okręty ruszyli w górę rzeki. Wiosła powoli pchały statki. Przepływając przez główny kanał Caer Elidis patrzył na liczne zniszczone domy, efekt ostatniego szturmu.
Wzdłuż brzegów rzeki stali mieszkańcy, rzucali na pokłady okrętów kwiaty. Wielu żegnało w ten sposób swoich bliskich. Elidis poczuł ukłucie żalu, ale szybko je zdusił. Musiał być pewny tego co robi. Wypływając z miasta widział jeszcze wielki tuman szybko przymieszającej się mgły wypadający z Caer i mieszający się z obłokiem zalegającym bagna. Lansjerzy. Teraz już nie było odwrotu.
Rejs niesamowicie się dłużył, zwłaszcza od momentu, gdy zaczęły ich dobiegać odgłosy walki. To musiała być jazda Telanara. Elidis wiedział, że jeżeli jest w stanie ich usłyszeć, to muszą być blisko, lecz wciąż miał wrażenie, że minuta trwa kilka dni. Narastało napięcie, widać to było zwłaszcza po łucznikach zwróconych na północ. Część z nich już napięła cięciwy i rozglądała się za celami.
Odgłosy bity były coraz głośniejsze, aż wreszcie wpłynęli na wody przy brzegu polany. Widoczność sięgała tylko kilku metrów, widzieli brzeg, lecz nie wiedzieli czy stoją na nich ich bracia, czy może Qa. Na plecenie Elidisa oarni unieśli zasłonę z mgły. Polana na brzegu była pełna namiotów i biegających pomiędzy nimi Qa, dalej na północy, pod linią drzew, majaczyły szlachetne sylwetki Norimów. Elidsi z zasadzie nie potrzebował dawać rozkazu
- Zapalające! Ognia!! – ryknął z wierzy, by zaraz potem wystrzelić w Qa promień złotego światła.
Trzasnęły cięciwy, z czterech okrętów poleciała salwa zaklętych przez gwiezdnych łuczników pocisków, które eksplodowały płomieniami uderzając w cel. Magowie dopełniali dzieła destrukcji najpotężniejszymi czarami.
Pośród Qa zapanował chaos. Wojownicy miotali się w różnych kierunkach. Telenar wykorzystał zamieszanie by wedrzeć się jeszcze głębiej w szeregi Qa, co jeszcze bardziej spotęgowało zamieszanie. Atak szybko przerodził się w rzęź. Kapłani Qa w większości zostali spaleni w swoich namiotach, nieliczni pozostali przy życiu padli ofiarą magów światła. Zaklęte pociski elfów zdołały w pewnym momencie podpalić trawę co wywołało panikę pośród Qa. Przybywająca z zachodu piechota Caer ostatecznie dopełniła dzieła.
Armia Qa rozpierzchła się po lesie, by zapewne wpaść w jedną z pułapek sieci iluzji.

Tego wieczora mieszkańcy Leth Caer zebrali się na placu przed domem Caernothów. Byli tam wszyscy mieszczanie, obrońcy, ludzie, wieli z nich stało na głównej alei i okolicznych uliczkach. Zebrali się wokół Elidisa i ambasadorów Styryii i Wergudnii. Ubrany w czarną szatę z białymi obszyciami cesarz stał pośród swoich ludzi.
- Dziś dokonaliśmy wielkiego czyny. Dziś odegnaliśmy najeźdźcę Qa. Jednak nie uczyniliśmy tego bez strat. Stoimy tu zjednoczeni, nie ma już pośród nas ludzi, elfów, czy uludno. Dziś te podziały nie mają znaczenia, zacierają się. Jest tak, ponieważ mury Caer spłynęły krwią wszystkich naszych ludów i nie da się odróżnić, czy jest to krew elfa czy człowieka. Tak samo nasi zmarli, za zgodą ambasadorów, zostaną pochowani razem. Pójdźcie ze mną do portu, by posłać ich w ostatnią podróż.
Niezliczona procesja niosących świece postaci ruszyła ulicami Caer. Ambasadorka Styrii, uzdrowicielka imieniem Convolve zaczęła nucić elfciką pieśń pożegnalną. Wkrótce dołączyli do niej inni, aż cała procesja zanosiła się śpiew. W porcie stały liczne barki na których ułożono ciała poległych przykryte czarną tkaniną. Nie dało się odróżnić, gdzie leżą ludzie, a gdzie elfy. Barki zepchnięto na wodę, a gdy się oddaliły, Elidis, Telanar, dowódcy garnizonów i ambasadorowie wystrzelili salwę płonących strzał. Barki zalśniły ciepłym blaskiem.
Mieszkańcy miasta jeszcze długo stali na nadbrzeżu, modląc się, lamentując, pocieszając. Odchodząc puszczali na wodę świece w drewnianych czółnach, lub też puszczali lampiony. Delta Yro lśniła tej nocy złotym blaskiem obwieszczając światu wydarzenia w Lethc Caer.
Od tamtej pory co roku w dzień, w którym odbył się ceremonia mieszkańcy miasta zbierają się by o zmroku puścić na wodę czuła ze świecami, lub lampiony.
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.