Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze swiata gry.
 

obozy
 
Nowość!

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:






 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Domena - Artur Teodorski
 
Domena



Lucjusz van Drak ocknął się tuż po zachodzie słońca. Wstał z łóżka, rozciągnął się. Już trzeci dzień spał w tej podrzędnej gospodzie, gdzieś na południu Nimirnnen. Prowadził ją przemiły krasnolud, najpewniej z Nowego Imperium, ale wyraźnie brakowało mu środków na poprawienie biznesu. Lucjusz czuł, że tej nocy opuści tę gospodę na dobre. Zebrał swoje rzeczy i zszedł na dół.
W dużej izbie, w której goście jedli, lub raczyli się piwem, siedziało kilku co wytrwalszych miejscowych. Ostatnimi czasy ludzie po zmroku barykadowali się trwożnie w swoich domostwach i modlili się i przetrwanie nocy. Całun strachu padł na wioskę i Lucjusz doskonale wiedział co go wywoływało.
- Pan piękny znów wyrusza na nocne łowy?
- Zgadza się.
- No, życzę zatem powodzenia, może tym razem się uda?
- Taaak... – syknął Lucjusz na myśl o walce, która go czeka.
- Nie, nie chciałem pana urazić! Już zrobił pan więcej niż inni, przynajmniej odkąd pan tu jest we wsi jest znów spokój... – krasnolud go nie zrozumiał, bo i w jaki sposób.
- Nie czuję się urażony. Żegnaj przyjacielu – uśmiechnął się i ruszył do drzwi.
- Żegnaj panie piękny, niech bogowie prowadzą twe ostrze! – usłyszał za sobą.
Piękny, Lucjusz zastanawiał się ile było w tym sarkazmu, ile wpływu magii, a ile prawdy. Wyglądał na młodego człowieka, na oko miał dwadzieścia pięć, trzydzieści lat, ale naprawdę miał około trzysta lat. Wampiryzm jest najlepszym środkiem na starzenie się. Miał ostre, zimne rysy twarzy. Wydatne kości policzkowe, ostry podbródek, dość wąską szczękę. Nad tym wszystkim umieszczony był zgrabny, niewielki nos i duże, jak na człowieka, oczy o czerwonych tęczówkach. Włosy takrze były czerwone, ale ich kolor był tak głęboki, że wydawały się czarne i tylko pozostawały czerwone refleksy. Zresztą i tak na ogół miał włosy związane w harcap, sięgający za łopatki. Nosił długi, sięgający aż do kostek czerwony surdut ze złotymi wstawkami, wysokie, skórzane buty i czarne materiałowe spodnie. U boku miał przypięty swój rapier. Był wysoki i silnej postury, roztaczał wokół siebie aurę majestatu i szlachectwa, które brały się tak z jego wampirycznej natury, jaki z jego wyglądu.
Wyszedł przed gospodę i powiódł wzrokiem po wiosce. Było to niewielkie zagęszczenie kilku chat, rozrzuconych bez ładu i składu. Przy placyku, na którym stał mieściła się gospoda, dom wojewody i lokalny sklepik ze wszystkim oraz cztery ponuro wyglądające chaty. Z placyku odchodziły trzy ścieżki, prowadzące w głąb wioski. Wzdłuż tych dróg dało się zauważyć kolejne chaty, obory i stajnie. Gdzieś za palcem majaczyła miejscowa kapliczka Kethala, bodaj najbardziej wymagającego ze wszystkich bóstw znanych Lucjuszowi. Każdy może dokonać własnego wyboru. Wampir ruszył przez wioskę w poszukiwaniu swojej ofiary, ręka sama powędrował mu w stronę rękojeści broni.
Ruszył najbliższą ścieżką, względnie na południe. Przyglądał się zapuszczonym i nowym budowlom, które mijał. Jak cały Nimirnnen, ta wioska również się zmieniała i przechodziła swoją rewolucję. Lucjusz widział to wyraźnie, coraz więcej nowych domów było murowanych, a za dnia, gdy coś wyrywało go ze snu, słyszał jak ludzie na dole rozważali kwestię wprowadzenia gazu i wodociągów. Świat się zmieniał i należało się do tego przystosować. Jednak teraz Lucjusz nie miał czasu na takie rozmyślania, jego cel był gdzieś tu blisko.
Przystanął, nasłuchiwał. Zwyczajne odgłosy nocy, cykanie świerszczy, popiskiwanie myszy, sowa pohukująca gdzieś w oddali, ale było też coś nienaturalnego, coś ciężkiego, przytłaczającego i złowrogiego, co czaiło się na granicy zmysłów. Czuło się to coś w powietrzu, jak przemykało poza zasięgiem wzroku, zbyt cicho dla uszu, ale się to czuło. Lucjusz wciągnął powietrze nosem by poznać jego smak. Nie musiał oddychać, powietrze nie jest potrzebne trupowi, ale często musiał to robić dla zachowania pozorów przed ludźmi. Teraz jednak robił to dla tropienia. Zapachy przewinęły się przez jego nozdrza, zaczął je identyfikować. W końcu znalazł to, czego szukał. Skręcił w mniejszą ścieżkę prowadzącą na wschód i szedł szybkim korkiem w stronę spichrza. Wciągnął broń.
Wszedł do środka najciszej, jak tylko potrafił. Spichlerz miał dwie antresole, na które prowadziły pochylone drabiny. Lucjusz słyszał parę młodych ludzi, którzy rozkoszowali się sobą gdzieś na górnej antresoli.
Jakże wielkie będzie ich... rozczarowanie. Szkoda. Może jednak uda się temu zapobiec?
Ruszył na górę uważając na każdy krok. Deski spichlerza były więcej niż spróchniałe, a on nie chciał by przypadkowe skrzypnięcie drewna przedwcześnie go wydało. Szedł powoli na górę w stronę młodej pary kochanków. Wszedł już na ostatnie piętro. Młodzi oddawali się rozkoszy na stogu siana w koncie, z tyłu pomieszczenia. Lucjusz wyraźnie widział jak krew pędziła żyłami ich podnieconych ciał. Jak pulsowała i ożywiała członki. Zamknął oczy, oczyścił umysł. Teraz miało się zrobić interesująco, jeżeli oczywiście się nie pomylił. Szedł cicho w stronę śmiertelników, jego wampiryczne zdolności pozwoliły mu zbliżyć się niezauważonym, uniósł rapier.
W tej samej chwili sufit zatrzeszczał i zaskrzypiał pod naporem jakiejś straszliwej siły, Młodzi się przestraszyli i zaczęli się ruszać, ale było już za późno. Drewniany dach trzasnął pękł, posyłając do środka lawinę spróchniałych wiórów i kawałków drewna. Dziewczyna wrzasnęła i próbowała się poderwać, ale mężczyzna wciąż blokował jej drogę i uderzyła tylko o jego pierś, wytrącając go z równowagi. Przez wyrwę w dachu wpadło coś niepojętego, jakieś obrzydliwe monstrum o powyginanych członkach. Spadło prosto na młodą parę. Lucjusz tylko na to czekał. Ukryty w cieniu wampir znalazł się naprzeciw obróconej w dół głowy bestii. Szyja była na wyciągnięcie ręki, jeden szybki ruch ostrza i bestia miała zakończyć swój nędzny żywot. Wampir z całej siły ciął w gardło. Chybił. Bestia rozszyfrowała jego zamiary i sparowała atak swoimi łapami.
Stwór wylądował na ziemi. Dziewczyna znów krzyknęła, a mężczyzna wyglądał jakby miał zaraz zwymiotować. Dopiero teraz było widać kształt stwora. Istota stała na silnych, tylnych nogach, przypominających nogi wilka, ale była mocno zgarbiona i opierała się na ramionach zakończonych szponiastymi dłońmi z nasady których wyrastały długie, nietoperze skrzydła. Tors bestii porastało gęste, brązowe futro, a jej pysk wyglądał jak skrzyżowanie nietoperza z wilkiem. Jednak najgorszy był odór bestii. Smród, który powstał z mieszaniny krwi, potu, zgniłego mięsa i odoru trupa oraz fetoru fekaliów. Z pyska bestii sączyła się gęsta, zielono brązowa maź, która biła tą właśnie mieszanką zapachów. Widok i zapach był przerażający i młoda para niemal zemdlała pod wpływam obecności stworzenia.
Lucjusz skrzywił się z odrazą. Jakaż istota może osiągnąć takie upodlenie. Należało skończyć z jej parszywym życiem tu i teraz. Lucjusz pchnął w głowę. Stwór zanurkował pod ostrze i rozdziawił szczęki. Lucjusz w ostatniej chwili poderwał się z ziemi i wykonując obrót w powietrzu wylądował za stworem. Obrócił się na prawej nodze tnąc poziomo. Stwór także zdążył się obrócić. Gwałtownie się wyprostował, sprawiając, że ostrze przecięło tylko powietrze. Uniósł łapy do góry, przygotowując się do potężnego ciosu, który zwaliłby Lucjusza z nóg. Nie docenił szybkości van Draka. Wychylając nadgarstek w sposób niemożliwy dla normalnego śmiertelnika wampir przeszedł z cięć do pchnięć i postępując krok do przodu wbił ostrze głęboko w pierś stwora, celując w serce. Bestia się wyprężyła i zawyła boleśnie, ale zdołała uderzyć prawym sierpowym wampira odrzucając go w tył. Następnie rzężąc wyjęła rapier z piersi i pokuśtykała kilka kroków bezmyślnie, aż doszła na kraniec antresoli, poślizgnęła się i runęła w dół. Głuche tąpnięcie i dźwięk pękających kości obwieściły jej upadek.
Lucjusz stanął na równe nogi. W głowie mu się kręciło, czuł że kości klatki piersiowej doznały urazu, ale nie odczuwał bólu, był na niego odporny. Oszacował, że jakieś trzy godziny wróci do pełni sił, ale teraz została jeszcze ta niedokończona sprawa. Odnalazł swój rapier. Zobaczył, że młoda para stoi trwożnie na skraju antresoli i przygląda się cielsku potwora.
- Popodziwiajcie go jeżeli chcecie, zaraz trzeba będzie to coś spalić, bo się zregeneruje i ucieknie.
- Co... Co to j – j – jeest...?! – zdołał wybełkotać przerażony mężczyzna, Lucjuszowi się wydawało, że czuje teraz smród odchodów nie pochodzący od zabitej bestii.
- To wampir – powiedział cicho.
- Wampir!? A czy one, nie... Czy oni nie powinni wyglądać jak ludzie? – dziwiła się dziewczyna.
- Większość tak wygląda – mówił schodząc po drabinie. – Jednak w każdym wampirze tkwi wewnętrzna Bestia, której całe istnienie sprowadza się do zaspokajania Czerwonego Pragnienia. Wiele wampirów walczy z Bestią by zachować swoje człowieczeństwo, ale inne rozkoszują się swoim zezwierzęceniem – wampir z obrzydzeniem na twarzy stanął nad ciałem bestii. – Takie stworzenia nazywa się Drapieżnikami, lub Bestiami. Nawet inne wampiry je zabijają, podobno...
- Ohydne stworzenia, wszystkie powinien spotkać oczyszczający ogień! – strach zrodził nienawiść i pewność siebie w mężczyźnie, jakże w porę, ale to była cecha wszystkich ludzi, stawali się butni i odważni kiedy ktoś inny uporał się już z zagrożeniem.
- Tak uważasz...? – powiedział pod nosem chwytając za łapy stora i ciągnąc go na zewnątrz.
Trzeba było go jak najszybciej podpalić. Ogień był jedną z niewielu metod trwałego zniszczenia członków jego gatunku, ale tylko gdy byli młodzi, lub mieli słabą krew. Drapieżcy, którzy poddali się Klątwie, zawsze mieli słabą krew, więc łatwo było się ich pozbyć. Problem stanowił prawdziwy obiekt zainteresowania Lucjusza, ale ten musiał na razie poczekać. Teraz należało spalić tę bestię.
Postanowił zrobić pokaz mieszkańcom wsi, niech odetchną po ostatnich wydarzeniach. Zaraz za wsią znajdował się kamienny słup, który robił za pręgierz. Lucjusz oparł ciało bestii o kamień, a następnie sięgnął do Energii. Jak wielu wampirów praktykował niedostępną dla innych istot Magię Krwi, podobną w wielu kwestiach do jednej z Magii Wyższych, Domeny Cienia, ale posiadającą również odmienną specyfikę. Poczuł jak jego ciało opuszcza pewna ilość krwi. Ta krew została następnie zamieniona na ogromna ilość Energii, wiele istot chętnie płaci wygórowaną cenę, za tę odrobinę śmiertelnego życia. Przekuł moc w rzeczywistość. Krwawe pnącza oplątały łapy i nogi bestii przywiązując ją ciasno do pręgierza. Teraz Lucjusz przyniósł wcześniej przygotowany chrust i drwa i ułożył je wokół słupa, polał oliwą zakupioną w sklepiku.
Zostawił bestię i wrócił do wioski, przeszedł się wszystkimi trzema uliczkami nawołując :
- Bestia została schwytana, wyjdźcie z domów i idźcie pod pręgierz by patrzeć jak zdycha!
Ludzie na początku niechętnie opuszczali bezpieczne, jak im się wydawało, domy, ale z czasem coraz śmielej szli na miejsce kaźni. Wielu z nich straciło inwentarz przez tę bestię, a część z nich także członków rodziny. Wkrótce nienawiść i żądza zadośćuczynienia przezwyciężyły strach i ludzie z całej wioski przybyli na widowisko. Wielu zabrało pochodnie, więc scena została rozświetlona. Wszyscy zobaczyli czym był ich nocny koszmar. Kilku pobiegło ukradkiem na stronę by zwymiotować. Nikt nie miał też odwagi by zbliżyć się do stwora na odległość, umożliwiającą podpalenie stosu. Wreszcie do wampir dołączył do grona ludzi.
- Co, czekaliście specjalnie na mnie? Ja tam się na to napatrzyłem, mogliście podpalać – popatrzyli się po sobie mocno zmieszani.
- Szlachetny, panie, racz nam wyjaśnić, czym była ta... ta rzecz? – zapytał wójt.
- Wampirem, dzikim i wynaturzonym, ale wciąż wampirem – skrzywił się na myśl o łączącym ich pokrewieństwie. – Jednak nie ma co tu gadać, trzeba to spalić! – bezceremonialnie wyrwał pochodnię od najbliższego chłopa i rzucił ją w bestię, wkrótce stos zapłonął.
- Dobrodzieju nasz, jakże mamy ci się odwdzięczyć?
- Myślę, że wasz hrabia zrobi to za was. Czas już na mnie.
- Dobrodzieju zaczekaj! Uwolniłeś nas od tej klątwy, więc na nagrodę zasługujesz! Zabawę ci wyprwaim, zadał i piwa od nas dostaniesz, dziewki ci oddamy! – Lucjusz spojrzał po wieśniakach, wyglądało na to, że ogólnie zgadzają się z wolą wójta, dziewki to nawet już wcześniej mu się same oddały, ale nie po to tu był.
- Wybaczcie mi, ludzie z was poczciwi, ale ja muszę wracać do hrabiego. Moja praca jeszcze nie jest skończona.
- Dobrodzieju...!
- Żadne „dobrodzieju”, żegnam. Było mi miło – ruszył w stronę wioski, ludzie rozstąpili się przed nim i dali mu przejść, wyprowadził swojego czarnego konia ze stajni przy gospodzie, oporządził go i ruszył północno zachodnią ścieżką, która wkrótce zmieniała się w trakt.
Jechał szybko całą noc, chciał możliwe prędko znaleźć się w Hartajn, ale wiedział, że nawet jemu podróż ta zajmie co najmniej dwa dni. Brak sieci kolejowych na Nimirnnen był więcej niż irytujący. Na szczęście ani on, ani jego rumak nie potrzebowali jeść. On pożywił się już na kilka następnych tygodni, a jego koń był nieumarłą Marą i jedzenie, picie oraz zmęczenie nic dla niego nie znaczyły. Jechali dalej.
W końcu zaczęło świtać. Lucjusz zastanawiał się gdzie urządzić sobie postój, ale jako że żadne z mijanych miejsc nie przypadło mu do gustu jechał dalej. Słońce powoli wynurzało się zza horyzontu ale było za wampirem, więc nie oślepiało i Lucjusz widział normalnie. Wreszcie poczuł na plecach pierwsze promienie słońca. Wbrew powszechnym wyobrażeniom ani jemu, ani też innym wampirom słońce nie robiło specjalnej krzywdy. Owszem młodsze, niższe wampiry doznawały poważnego osłabienia kiedy padało na nie światło słońca, jednakże ten wpływ malał wraz z wiekiem krwiopijca, a wampiry Czystej Krwi, tak jak Lucjusz narodzone z dwóch innych wampirów tej generacji, były całkowicie odporne na działanie światła słonecznego. Nawet dla nich jednak jego promienie nie były czymś przyjemnym. U Lucjusza wywoływały poczucie lekkie swędzenia, ale kiedy zignorowało się to wrażenie szybko mijało.
Jechał dalej, czasem mijając innych podróżnych na trakcie. Pozdrawiał ich z daleka nawołując lub dając znak ręką. Część z mijanych obwoźnych kupców zachęcał go do obejrzenia towarów, ale tych mijał krzycząc za nimi odmowę. Ci brali go wtedy za kuriera, zwłaszcza, że jechał w stronę stolicy. Faktycznie był kimś w rodzaju posłańca, ale był raczej takim gońcem jakiego niewielu spodziewało się u swoich bram.
Podróżował nieustannie przez dwa dni, aż wreszcie na horyzoncie zaczęły majaczyć mury i wierze Hartajn. Miasto było duże jak na standardy tego księżyca. Wzniesiono je na Balithańskim Wybrzeżu. Miasto położone było na przybrzeżnej, zatopionej górze, na klifie położonym na południe od góry i na równinie po jej zachodniej stronie. Dla przyjezdnych miasto sprawiało dziwne wrażenie. Wzniosły je ręce elfów z Cesarstwa, ale w przeciwieństwie do ich zwyczaju budowania miast ze świetlistego, białego kamienia mury Hartajn były wzniesione z miejscowego, niezwykle wytrzymałego ciemno szarego kamienia. Sprawiało to przytłaczające wrażenie, które tylko potęgowały czarne i czerwone dachy, oraz czerwone szyby. W dodatku większość zabudowy została już przerobiona przez ludzi i miasto nabierało mocno gotyckiego, niepokojącego, ale jednocześnie dziwnie pięknego wyglądu.
Lucjusz zbliżył się do rozwartych skrzydeł wielkich, czarnych wrót, przed którymi stał najwyraźniej znudzony strażnik z karabinem, odziany w kolczugę i noszący czerwony tabard z emblematami hrabstwa. Złotego lwa na białym tle. Wampir pokazał mu glejt wystawiony przez Hrabiego i wjechał do miasta.
Wampir ruszył przez miasto. Hartajn było złożone z kilku niesamowicie barwnych dzielnic. On wjechał do położonej na klifie dzielnicy Iglic, lub Stare Miasto, miejsca, gdzie architektura elfów została przerobiona na ludzką, ale zachowała wiele ze swoich oryginalnych założeń. Tak więc była to dzielnica przepastnych ulic, wysokich, eleganckich iglic, które, jak rośliny, wyrastały z otaczającego je ogrodu, który rozciągał się na całą dzielnicę. Nie trzeba mówić, że była to ta lepsza dzielnica miasta. Kilka mniej lub bardziej stromych ramp i pochylni prowadziło do Nowego Miasta. Była to dzielnica, w której oryginalna zabudowa została całkowicie zniszczona i zastąpiona ludzką. Mieściły się tu liczne trzy, pięcio, a nawet siedmio piętrowe kamienice, uliczki były ciasne, a pomiędzy wieloma domami po przerzucano kamienne pomosty dla komunikacji bez konieczność wychodzenia na zatłoczoną ulicę. Była to dzielnica rzemieślników, handlarzy i zwykłych mieszczan. Tuż pod murami znajdowały się też pola uprawne, które zapewniały miastu pożywienie w czasie oblężenia. Tam, gdzie ląd przechodził w morze tam Nowe Miasto zmieniało się w Przystań, dzielnicę rybaków, szkutników i marynarzy, oraz wszystkich innych mających związek z morzem, to tam przybijała większość prywatnych jednostek mieszczan. Natomiast statki handlowe i okręty wojenne przybijały w przepastnym porcie, który znajdował się pod klifem. Potężne kolumny wspierały ląd na górze, a pod nim rozciągało się rozległe Elfie Nabrzeże. Wspaniały popis pomysłowości i kamieniarstwa. Tak z ze Starego miasta, jaki z Przystani prowadziły lekkie, kamienne mosty, które pokonywały dystans około stu dwudziestu metrów i łączyły miasto z zatopioną górą. Tu, na wspaniałych kamiennych tarasach, znajdowała się dzielnica Oświecona, tu mieścił się większość teatrów, uniwersytet szkoła wojskowa i zgromadzenie magów, znajdowała się też tu katedra Kethala. W połowie góry z jej stoków w strzelały długie pomosty, które kończyły się w powietrzu. Był to wciąż nieukończony port kosmiczny, którego budowę rozpoczęły elfy, a której, z braku pieniędzy, nie zdołali dokończyć kolejni władcy Hartajn. Na samym szczycie mieściło się potężne zamczysko. Choć zbudowany na Cesarskich fundamentach zamek był całkowicie ludzi i gotycki, wydawał się być ponurym sępem, który przycupnął na skale i obserwuje zwierzynę w dole.
Lucjusz skierował się prosto do zamku. Glejt otwierał przed nim wszystkie kolejne drzwi, aż do sali tronowej. Hrabia Lakrajn siedział jak zwykle skryty za ciężką, złotą zasłoną, która pozwalała dostrzec jego sylwetkę, ale nie pozwalała rozpoznać szczegółów. Nie było tajemnicą, że hrabia cierpi ma paskudną odmianę Trądu, która okazał się być miejscową, niemożliwą do wyleczenia mutacją. Jego życie powoli dogasało i podległa mu szlachta czuła, jak uścisk hrabiego staje się coraz słabszy. W dodatku Lakrajn był bezdzietnym w wdowcem, a jego obecny stan uniemożliwiał mu spłodzenie potomka. I jeszcze te bestie nękające jego poddanych, teraz, gdy już nie miał siły by się z nimi uporać. Wtedy to do jego zamku przybył Lucjusz.
- Hhhheee... Lucjuszu... Czy udało ci iii się...? – stan hrabiego musiał się znacznie pogorszyć od wyjazdu Lucjusza, być może truł go jego głodny zaszczytów brat, trzeba było działać szybko.
- Tak, mój panie, ale obawiam się, że to nie był koniec problemu...
- Jaa aa kże to?
- To była tylko kolejna bestia, stwór, który stoi za ich powstaniem wciąż jest jeszcze na wolności i należy go zabić.
- Byyyyyłeś już we ... wszystkich; moich; włościach... Gdzieżby miał kryyyyć się ... ten stwór?
- Tu – Lucjusz uśmiechnął się, już wcześniej to podejrzewał, - w Hartajn, być może nawet gdzieś na twoim zamku, panie mój.
- Niiieeeeeemożliiiwe!!! Wiedział... bym!
- Ośmielę się nie zgodzić panie, to nie jest zwykły wampir, to Horror, najgorsza z nieumarłych bestii na jaką można się natknąć. Potrafi podszyć się pod wiele osób i ukryć choćby w najmniejszej plamie cienia, czekając na ofiarę – był boleśnie świadom, że wcale nie przesadza, jeżeli Wampiry Czystej Krwi były pierwszymi pośród cywilizowanych krwiopijców, to Horrory były ich odpowiednikami po drugiej stronie.
- Znajdź go zaaaatem i ... i ... zniszcz!
- Czy wtedy nasza umowa zostanie wypełniona?
- ...
- Hrabio?
- Wasza wysokość pamięta o swojej zmarłej żonie, jak znalazł ją w jej komnatach, suchuteką? To jedyna szansa na ulżenie jej duszy... – zwykły człowiek nie posłyszałby słów zakapturzonej kobiety, która stał u boku Hrabiego, ale Lucjusz świetnie ją słyszał.
Brawo Decimo, świetnie.
Zakapturzona kobieta była oddaną akolitką Lucjusza, którą ten umieścił na dworze Hrabiego już trzy lata temu, od tej pory pięła się po szczeblach kariery, by w końcu zostać doradcą władcy, a wszystko to na rozkaz i życzenie jej prawdziwego mistrza.
- Nieeeech więc... tka; będzie – Hrabia jakby wypluł to ostatnie słowo.
- Wiem, że nie czas i miejsce, ale słowo wypowiedziane przez Waszą Wysokość ma wielką wartość, jednak słowo spisane ręką Waszej Wysokości ma jeszcze większą wartość.
- ... – hrabia namyślał się przez chwilę, po czym, widać było jak bierze kartkę papieru i kreśli na niej kilka szybkich znaków, wreszcie podaje Decimie, która wręcza dokument Lucjuszowi.
- Wszystko jest dokładnie tak jak chciałeś panie, zadbałam o to, ale nie łam teraz pieczęci, bo możesz narazić na uszczerbek wagę zapisanych tu słów – mówiła bardzo szybko i cicho, tak, żeby jej słowa pozornie zlewały się w nieład i bezsens, wróciła na swoje miejsce.
- Dziękuję ci Wasza Wysokość, niezwłocznie ruszam na łowy. – ukłonił się i opuścił sale tronową.
Natychmiast skierował się do swojego obserwatora w zamku. Był nim jeden z dowódców warty, który poznał sekret Lucjusza i przysiągł mu swoją służbę. Jego zadaniem było obserwowanie konkretnych komnat w zamku, co do których Lucjusz już wcześniej maił poważne podejrzenia. Wprost biło do nich negatywną Energią, jaką zwykle przyciąga obecność wampira, lub demona. Co więcej, chodziły słuchy o dziwacznych odgłosach, które dochodziły w nocy z owych komnat. Lucjusz był niezmiernie ciekaw, czy jego podejrzenia były słuszne.
- Witaj Amlejn, jak ci idzie w twojej obecnej pracy.
- Gorzej niżbym chciał, panie. Nie udało mis się ustalić, co dokładnie znajduje się w omawianych komnatach, ale jestem niemal pewien, że jest to wampir, ale raczej nie z ten, którego szukasz, panie.
- Skąd takie przypuszczenie?
- Nasłuchiwałem pod odpowiednimi drzwiami i słyszałem, jak ktoś rozmawia z czymkolwiek co jest w środku. To był kobiecy głos namawiający by to coś... jadło.
- Doprawdy, a jaka była reakcja tego czegoś?
- Gniew, ryk, szamotanina, kobiecy szloch.
- Wystarczy, muszę tam wejść i to natychmiast, dasz radę utrzmać innych zdala od tej części zamku.
- Tak panie, ale tak za dnia?’
- To nawet lepiej, mnie to nie zaszkodzi, ale jemu może. Masz klucze do tych pokoi? – potaknął i z dużego pęka kluczy wybrał jeden.
- Otwiera drzwi na tym piętrze.
- Dziękuję – Lucjusz szybko ruszył w stronę wspomnianych drzwi, przed nimi wyjął broń, otworzył je, wszedł i zamknął za sobą.
W pomieszczeniu na pewno był wampir, czuło się to Energii, która wypełniała to miejsce. I po zapachu krwi, był wszechobecny. Wygląda nato, że to coś zaczęło się jednak posilać. To mogło oznaczać, że ma do czynienia z Głodującym pomniejszym wynaturzeniem. Ruszył ostrożnym krokiem przez pokuj. Usunięto stąd w zasadzie wszystkie meble, ściany i podłogi były gołe, okna pozasłaniano grubymi kotarami, jedynie porozstawiane tam i tu lichtarze, oraz zapas świec, świadczyły, że ktoś tu jednak mieszka. Lucjusz dostrzegł pierwsze ślady konsumpcji, wyssane co do kropelki szczury. Szedł dalej, skręcił i wszedł do sąsiedniego pokoju. Tu mieścił się spory kominek z dogasającymi węglami, zapas drewna, mały stolik z jednym krzesłem i nic więcej. Lucjusz zauważył sporą dziurę w suficie nad stolikiem.
Więc to tak się przemieszczasz...
Lucjusz jednym susem wskoczył na górę. Był teraz w okrągłej sypialni. Stało tu jedno, liche łóżko, komódka i półka z kilkom książkami. Ze sklepienia coś skapywało. Lucjusz podniósł głowę, wiedząc co zobaczy. Na belkach pod sufitem siedział Głodujący, w rękach trzymał szczątki ostatniej ofiary, zdaje się kobiety ze służby. Głodujący miał szaro granatową skórę, z groteskowo długimi rękami i nogami, które były zakończone długi szponami. Pyska stora niemal nie dawało się opisać. Złuszczająca się martwa skóra, powykrzywiane zęby, zdeformowane rysy twarzy, puste, nienawidzące oczy. Lucjusz nie czekał, sięgnął do Energii i posłał w stora pocisk z rozgrzanej krwi.
Stwór spadł skowycząc na ziemię, ale zaraz się podniósł i rzucił na Lucjusza. Ten wykonał pełny obrót w miejscu, tnąc z całej siły. Trafił Głodującego tuż pod gardłem, w obojczyki, nadnaturalna siła wampira posłała wynaturzenie na ścianę. Stwór był słaby, miotał się w szaleństwie i furii, ale nie zdawał sobie sprawy ze swojej siły. Lucjusz wykorzystał swoją djableną szybkość i w mgnieniu oka dopadł do stora i przebił jego serce, przyszpilając go do ściany. W tej samej chwili usłyszał za sobą krzyk kobiety.
- Coś ty zrobił mojemu dziecku! – obejrzał się, to była...
- Irin? Bratanica hrabiego? A to ci nowina...
- Co ty mu zrobiłeeeeś... – kobieta się rozpłakała.
- Uwalniam go, ale najpierw, wiesz jak się przemienił – Lujsusz był zupełnie zimy i spokojny, wiedział, że okazuje łaskę tej biednej istocie.
- UWALNIASZ!? Jak śmiesz tak mówić, ty go prawie zabiłeś!
- Nie ma dla niego innej drogi.
- To wszystko przez to, że nie chciał jeść! - kobieta zanosiła się płaczem. – Zamknął się tu i nie chciał jeść, mimo, że dostarczaliśmy mu pożywienie, a potem zmienił się w to... to coś, ale zaczął jeść – w głosie kobiety pojwiła się radość. – Pomyślałam, że jeżeli damy mu dość... ehhe... dość, jedzenia, to że znów... A potem będzie się dało go wyleczyć!
- Jeżeli ktoś raz poczuje pragnienie to nie ma dla niego odwrotu, na zawsze będzie Głodującym, a Klątwa Wampiryzmu nie jest czymś co da się wyleczyć, gdyż nie jest choroba. Jedyne remedium, to śmierć...
- Ona mówiła co innego, mówiła, że jeśli damy jej to krew to ona zwróci nam syna!! Obiecała to nam, OBIECAŁA!!!
- Jak ona!?
- ... Nie powiem, nie mogę – Lucjusz znów sięgnął do Energii, otoczył nią umysł kobiety i zmusił do mówienia. – Alana, mieszka w Nowym Mieście, tam poluje nocą na Palcu Makran, kazaliśmy straży ją ignorować, to ona przemieniła naszego syna i inne wampiry, obiecała, że zwróci na syna, proszę nie zabijaj mojego syna, proszę, proszę...
- Niema dla niego ratunku, to bestia – Lucjusz spojrzał przez okno, pod nim znajdowało się górskie zbocze, kilka półek skalnych i morze, Lucjusz podniósł ciało stwora, podpalił je magia i rzucił celując w jedną z półek, trafił, płonące truchło wylądowało idealnie, puścił umysł kobiety.
Irin usiadł na podłodze i patrzyła się pustym spojrzeniem przez okno.
- Wybacz mi. – wyszedł z pomieszczenia.
- NIEEEEEEEEeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!! – huk, zrozpaczona kobieta musiała skoczyć w ślad za swoim synem, Lucjusz zwiesił głowę, nie chciał żadnej z tych śmierci, mógł tylko zadbać, by nie poszły na marne.
*
Plac Makran był dość ruchliwy, nawet w nocy. Handel trwał bez przerwy, a od palcu odchodziły liczne, małe uliczki, wprost idealne miejsce na polowanie. Lucjusz drapał się na dach jednej z najwyższych kamienic i czekał na swoją zwierzynę. Nie musiał czekać długo.
Horror przyleciał na swoich błoniastych skrzydłach już po kilku minutach, ale najwyraźniej z daleka zwęszyła Lucjusza, bo leciała prosto na niego. Wylądował tuż przed nim. Z pozoru wyglądała tak jak Drapieżca, ale jej twarz nie była wilcza, a raczej nietoperzo – ludzka. Jednak największą jej bronią była znajomość magii.
- Jak to miło, że ktoś się wreszcie mną zainteresował, powiedz „Szlachetny”, chciałbyś dołączyć do moich łowów?
- Raczej nie, stwarzasz zagrożenie dla siebie, śmiertelnych i dla innych wampirów, które chciałyby, żyć w spokoju.
- I dla tych ambitnych, które chciałyby rządzić... Co? Myślałeś, że nie wiem o twoim układzie z tym kawałem zgnilizny na tronie!? Ja też mam swoich szpiegów tu i ówdzie. To jest moja domena, MOJA!
- Już nie długo, czas zaprowadzić tu porządek!’
- Próbuj szczęścia, lalusiu!
Wampiry rzuciły się na siebie nad głowami niczego nieświadomych ludzi. Lucjusz wykonał doskok i pchnięcie, stwór się uchylił, nie zatrzymując się wykonał obrót na wykrocznej nodze i ciął poziomo, rozdarł jej skrzydło, Warknęła. Lucjusz poczuł, jak Horror sięga po magię i w odpowiedzi stworzył barierę, o którą zaraz uderzyła kula zielonej mocy. Horror skoczyła na niego z obnażonym pazurami. Zanurkował pod nią, wyprostował się i błyskawicznie ciął na płask, potem z ukosa i uderzył w nią pociskiem krwi. Stwór się zachwiał, ale to była tylko sztuczka, gdy Lucjusz postąpił krok Horro rzuciła się na niego i złapała za nadgarstki. Zaczęła przybliżać swoje kły do jego szyi. Wspinając się na jej uchwycie kopnął obie nogami w jej tułów, odrzucając stwora. Doskoczył do rapiera. Znów uderzył w Horror magią, tym razem zatrzymał wszystkie płyny w jej organizmie, paraliżując ją. Podszedł do niej i zaczął dźgać ze straszliwą szybkością i furią, zmieniając jej ciało w sito. Horror wiła się pod ciosami, ale powoli nieruchomiała, wyciekało z niej nieżycie. Lucjusz w reszcie odetchnął z ulgą i przysiadł, opierając się o pobliski komin.
- No... To teraz muszę cię tylko przetaszczyć przez pół miasta i tłum gapiów do zamku, pokazać hrabiemu, zaczekać, aż spotka go smutny koniec i objąć MOJĄ domenę. To nie było takie trudne, prawda? I wszystkie działania zajęły mi tylko dziesięć lat. Jakby to się stało wczoraj...
*
Dwa tygodnie później hrabia Lakraj odszedł na wieczne odpoczywanie. Lucjusz udowodnił już wcześniej jego bratu związki z Horrorem i nieszczęśnik został stracony za konszachty z Potępionymi. Tego dnia Lucjusz złamał pieczęć i publicznie odczytał dekret hrabiego, który wyznaczał Lucjusza na swego następcę. Tak wypełniła się pierwsza część planu van Draka. Lata później, gdy został jednym z największych władców na Nimirnnen, wdrożył drugą część planu, ujawniając poddanym prawdę o sobie. Od tego czasu, ludzie i wampiryczna szlachta Księstwa Drakhjan koegzystowali w pokoju jakie ciężko by się spodziewać w takiej sytuacji. Artur Teodorski
 

Komentarze
 
Brak komentarzy.
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 

Oceny
 
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.