Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Pęknięty kamień -
 
Pęknięty Kamień
Khazdrag – 724 lata przed dniem dzisiejszym.
Aule Khazdrag trzęsły się i huczały w rytm potężnych eksplozji. Wspaniałe monumenty, kolumnady i pałace budowane przez tysiące lat upadały w ledwie chwilę, pełne gorzkiej hańby dni, kiedy to Krasnoludy, zaślepione furią szaleństwa rzuciły się sobie do gardeł.
Sierżant Gazdrin prowadził swój odział Gwardii, dwudziestu pięciu ludzi w wyśmienitych zbrojach z wielkimi okrągłymi tarczami i solidnymi mieczami. Ich cel był prosty, odbić most z rąk buntowników i otworzyć w ten sposób drogę dla szturmu na ich przyczółek. Gazdrin wyjrzał zza powalonej kolumny. Most miał dobre czterdzieści metrów długości i siedem szerokości. Po drugiej stronie czekały dwie dziesiątki Muszkieterów wroga.
Gazdrin splunął. Tym właśnie się różnili, on i jemu podobni woleli stare, sprawdzone metody. Nie ufali nowinkom technicznym i starali się je sprawdzać jak tylko mogli nim zaczęli ich używać. Ale buntownicy twierdzili, że takie działania spowalniają postęp i sprawiają, że Imperium Klanów coraz bardziej ustępuje przed innymi rasami pod względem technologii. To wywołało wojnę.
Nieistotne. Gazdrin musiał się skupić na zadaniu. Szturm byłby szaleństwem gdyby nie przydzielona im Zamieć. Pod tą nazwą krył się potężny, napędzany parą ciężki Wojmech. Pięciometrowa maszyna z młotem w prawej ręce i ciężkim, sześciolufowym dziełkiem automatycznym zamiast drugiej w pełni zasługiwała na tę nazwę. Gazdrin serią szybkich gestów wydał mu rozkazy. Maszyna patrzyła przez chwilę, a następnie uniosła swój osadzony między barkami łeb, stylizowany na hełm Gwardii i ruszyła w stronę mostu. Gdy tylko wyszła zza rogu od jej pancerza poczęły dobijać się kule, a następnie na pozycje wroga spadał lawina pocisków.
- Dobra panienki, teraz! Za Króla – Imperatora!!!
Gwardziści ruszyli ze szczękiem metalu, w parę chwil byli na moście. Gdy dognali Zamieć machina zaczęła biec obok nich, zapewniając wsparcie ogniowe. Buntownicy przegrupowali się i ustawili do salwy.
- Tarcze w górę! – ryknął Gazdrin, pociski zadudniły o jego tarczę, kilku krasnoludów zwaliło się na most. – Nie zatrzymywać się zasrańcy! Naprzód!!
Szturm znów nabierał impetu. Kilku kolejnych Gwardzistów poległo. Jednak kiedy dotarli do połowy dystansu sama masa żołnierzy sprawiła, że ich szarży nie dało się już powstrzymać. Wojownicy spadali na pozycje buntowników.
Gazdrin wpadł w szał bojowy. Nie zastanawiał się nad tym co robi. Pierwszego wroga uderzył całą powierzchnią tarczy i odtrącił w lewo. Wykorzystał siłę ciosu i masę tarczy jako przeciwwagę. Wykonał obrót na lewej stopie, miecz ułożył płasko. Ciął. Ostrze gładko przeszło przez skórznię Muszkietera. Zatrzymał się. Przerzucił ciężar ciała na prawą nogę. Robiąc krok naprzód ciął po ukosie celując w głowę. Trafił. Krew wroga pochlapała mu twarz. Jeden z buntowników szarżował na niego. Bagnet błyskał na końcu jego muszkietu. Gazdrin uniósł tarczę, cofnął lewą nogę, nastawił prawą, zakorzenił się. W ostatniej chwili wybił się z prawej nogi. Wykorzystując rozmiary tarczy podniósł na niej wroga i przerzucił przez ramię. Gwałtownie obrócił się na prawej nodze i dobił przeciwnika szerokim cięciem w gardło. Obok niego Zamieć wpadła w grupę pięciu wrogów. Maszyna ustawiła swój młot poziomo, następnie pchnęła w przód i poderwała broń roztrącając wrogów. Raz po raz potężny młot opadał by rozgniatać leżących przeciwników. Dwóch ostatnich, którzy zdążyli się podnieść, maszyna rozwaliła dziełkiem.
Walka się kończyła. Muszkieterowie niebyli w stanie oprzeć się ciężkiej piechocie w walce wręcz. Bitewny szła opadał i dopiero teraz Gazdrin spojrzał na swojego wroga. Młodzik, jak oni wszyscy. Krasnolud potrafił dożyć nawet pół tysiąca lat. Oni mieli po trzydzieści – czterdzieści. Jego wojownicy mieli co najmniej po sto pięćdziesiąt lat. Wszyscy buntownicy byli młodzi. Długi okres życia i metabolizm krasnoludów powodował, że różnice wieku między pokoleniami był jasno widoczne i duże. Każde kolejne pokolenie różniło się mocno od poprzedniego, ale nigdy tak bardzo.
Jak mogliśmy do tego dopuścić!? Nasze własne dzieci sięgają mieczami do gardeł swoich rodziców, a ich ojcowie odpowiadają własną stalą.
- Sir, most zajęty, jakie dalsze rozkazy? – Dogan, jego zastępca i dobry przyjaciel, wyrwał go z zadumy.
- Mamy się tu okopać i czekać na wsparcie. Powinni tu być z kilka minut.
- Tak jest sir! – kiedy Dogan odchodził Gazdrin zauważył za nim balkon, wcześniej zasłonięty sklepieniem korytarza.
- Dogan! Daj rozkaz Zamieci, niech ostrzela tamtą pozycję, węszę kłopoty... – żołnierz potaknął skinieniem głowy i odszedł, Gazdrin jeszcze przez chwilę wpatrywał się w balkon, miał naprawdę złe przeczucia.
*
Pułkownik Hrakin patrzył na holoprojektor w wysuniętym punkcie dowodzenia. Widział na nim rzeź muszkieterów na moście. Zmarszczył brwi, lojaliści mieli teraz dostęp do ich pozycji. Musiał zająć czymś wrogów by mieć czas na odwrót.
- Chciał pan mnie widzieć pułkowniku?
- Starszy chorąży Paodri, mam dla was zadanie. Weźmiesz piętnastu żołnierzy, w tym pięciu Burzycieli i odbijesz most Azdrin. Zajmiesz pozycję tutaj, na tym balkonie nad mostem, jest dobrze osłonięta i powinieneś mieć z niej dobre pole ostrzału. Jakieś pytania.
- Nie sir!
- Więc do roboty żołnierzu! Nasza przyszłość zależy od ciebie! – Paodri zasalutował i opuścił szybko pomieszczenie.
Szkoda chłopaka, pomyślał pułkownik, ale przecież przysięgał poświęcenie dla sprawy. Machinalnym ruchem pułkownik Hrakin wymazał Paodriego z rejestru aktywnych żołnierzy.
*
Droga na wyznaczone miejsce była szybka. Paodri nakazał Burzycielom zając pozycje na balkonie. Ich szybkostrzelne rusznice powinny błyskawicznie roznieść Gwardzistów wroga, ale Zamieć była innym problemem, na nią szykował cały pęk granatów. Reszcie żołnierzy kazał czekać dwa piętra niżej, w załomie z którego mogli szybko zaatakować pozycje wroga. Przygotowywał się właśnie do rozpoczęcia akcji, kiedy zdał sobie sprawę, że Zamieć przemieściła się i mierzy prosto w nich.
- Ognia, ognia, ognia! – wrzasnął do Burzycieli.
Na Gwardzistów pod mostem spadł grad pocisków. W tej samej chwili Zamieć rozpoczęła ostrzał. Paodri wyciągnął zawleczkę i rzucił taśmę z granatami, ale wstrząs wywołany ostrzałem Zamieci zachwiał go na nogach. Granaty upadły tuż obok celu. Chwilę później balkon zatrząsł się i osunął. Paodri dostał w głowę kawałem skały i stracił przytomność.
*
Sierżant Gazdrin podnosił się z trudem z ziemi. Jego instynkt wciąż go nie zawodził. Rozejrzał się. Większość jego oddziału był martwa, lub śmiertelnie ranna. Dogan i jeszcze jeden Gwardzista byli jedynymi na nogach. Cała okolica była zasłana gruzami. Kilka posągów upamiętniających bohaterów dawnych dni spadło z cokołów i roztrzaskało się na kawałki. Piękna rzeźbiona ulica na której jeszcze przed chwilą stali zmienił się w rumowisko.
Usłyszeli ruch po swojej prawej. Unieśli tarcze. Pięciu buntowników przetrwało zawał. Mieli krótkie miecze, solidne pancerze i prostokątne tarcze. Ruszyli na Gwardzistów. Gazdrin i jego towarzysze stanęli plecami do siebie, tworząc pancerny trójkąt. Impet uderzenia spadł na nich, ale formacja zniwelował jego znaczenie. Wytrzymywali chwilę ataki wroga. Dogan zdołał nawet przebić brzuch jednego z nich szybkim wykrokiem. Na dany przez sierżanta znak wybyli się mocno do przodu. Atak powalił trzech wrogów. Dogan i drugi Gwardzista szybko ich dobili. Gazdrin zaatakował błyskawicznie jedynego wroga, który ustał na nogach. Wykonał pchnięcie robiąc krok do przodu, następnie umieszczając ciężar ciała na prawej, wykrocznej nodze, wykonał szybki obrót tnąc płasko. Podszedł do powalonego wroga, okazało się, że cios tarczą pogruchotał mu czaszkę.
- Co teraz sir? – ton Dogana sugerował, że w jego żyłach wciąż krążyła adrenalina po zawale.
- Nie utrzymamy się tu, musimy się cofnąć i...
- Sieee...nt Gazdrin...? Siii....ża...cie, jestee tam? – głos dobiegał z wokalizera Zamieci.
- Tak jest sir!
- Akkieee... stra..y?
- Krytyczne sir. Z nasze oddziału zostało tylko trzech wojowników włącznie ze mną, Zamieć stracił funkcjonalność.
- Ozu...ano. Uda... na fłónąąąąą liiiinię frontuu...uuu. Tam ot...y...acie... dalsz... ...kazy.
- Tak jest sir! Ruszać się chłopcy! – Cofnęli się przez most, który przed chwilą zajęli.
*
- Generale, sierżant Gazdrin przeżył, ale w kontrataku buntowników stracili prawie wszystkich żołnierzy.
- Trudno, to i tak teraz bez znaczenia. Wróg przeniósł już sztab polowy – krasnolud z posiwiałą brodą pochylił się nad holoprojektorem pola bitwy. – Wysłać 3 i 4 Dyzwizjon Piechoty na rynek Jakzar, wróg chyba chce tamtędy objeść nasze pozycje. Niech 1 i 5 Dywizjon Mechaniczny wesprze 1, 9 i 5 Dywizjon Piechoty pod Statuą. Natychmiast! Nie możemy stracić tej pozycji.
- Tak jest!
- Sir, 7, 2 i 5 Dywizja Artylerii donosi, że wróg znalazł obejście pola bitwy i przedostaje się na ich tyły.
- Siła wroga?
- Ciężko stwierdzić sir, podejrzewam, że nie więcej niż dwa bataliony.
- Wysłać 2 Dywizję Kawalerii, skoro wróg mógł tą drogą zajść nas od tyłu, to my możemy zajść ich.
- Tak jest!
- Generale, wróg zajmuje pozycje przed Kongresem.
- Czy 3 Dywizja Kawalerii zakończyła już rajd po Złotej Alei?
- Tak sir.
- Więc wysłać mi ich tam natychmiast i dać wsparcie 4 Dywizjonu Mechanicznego! Kongres musi się utrzymać choćbym miał przez to zdechnąć!
*
Paodri wygrzebywał się spod gruzów. Był poobijany, ale na szczęście nie złamał żadnej kończyny. Wokół niego rysował się obraz jego porażki. Wszyscy jego żołnierze byli martwi, ale Gwardziści też mocno dostali. Znalazł miecz Gwardii, w kaburze wciąż miał wierny rewolwer. Sprawdził broń. Działała ja złoto. Ruszył z powrotem. Musiał donieść o tym pułkownikowi.
Dawny bar przystosowany na dowództwo był pusty. Musiał być ewakuowany niedawno. Paodri był wściekły, on i jego ludzie zostali wysłani na śmierć by dać czas ważniejszym od siebie na odwrót. Chorąży przysiągł w duchu, że jeżeli przeżyje tę bitwę to znajdzie Hrakina i pokarze mu co myśli o takiej taktyce. Teraz jednak musiał odnaleźć drogę do swoich oddziałów.
Szedł przez zrujnowane ulice. Khazdrag było ogromnym miastem, jednym z największych na świecie. Było też cudem inżynierii i sztuki kamieniarskiej. Było. Teraz bowiem jego wspaniałe ulice przywalone były gruzem, a niegdyś dumne płaskorzeźby zostały poorane dziurami po kulach, jakby przedstawieni na nich mężowie i niewiasty chorowali na trąd. Bunt nie zapłonął tylko w stolicy Imperium Klanów, był wszędzie. Ale tu toczono najzacieklejsze walki. Południe Imperium było w znacznym stopniu opanowane przez buntowników, północ należała do lojalistów, a Khazdrag leżało dokładnie pośrodku. Jasne było, że walki szybko skupią się w tym miejscu.
Paodri przystanął na chwilę przed ogromnym pomnikiem trzech krasnoludzkich bogów. Braci Krajolfa i Hagjolfa, oraz ich matki Orzadhary. Wokół nich w okręgu stali Czcigodni Przodkowie, wielcy bohaterowie krasnoludów, którzy swoimi czynami zasłużyli na miejsce pośród bogów. Znał to miejsce, Plac Błogosławionych, niegdyś tętniące życiem duchowe serce miasta, teraz było zasłane trupami po niedawnej potyczce i opustoszałe. Kamienne aule, gzymsy, fasady i kolumnady leżały potrzaskane. Posągi bogów miały poobrywane fragmenty ciał i ubioru, Czcigodni Przodkowie zostali w większości rozbici. Posadzka była lepka od krwi i smaru, ich połączony odór ledwo dało się znieść.
Chorąży buntowników szedł ostrożnie przez pobojowisko, kryjąc się za gruzami i wrakami Wojmechów. Powoli docierał do niego ogrom śmierci i zniszczenia jakie wywołali.
Tyle wspaniałych osiągnięć naszej rasy zostało zniszczonych. Nawet święte posągi bogów! Przecież wszyscy krwawimy tak samo, czemu do tego doszło? ... Czy było warto?
To pytanie już wcześniej zaprzątało myśli Paodriego i wciąż nie mógł znaleźć na nie odpowiedzi. Walczyli przecież o dobro swojej rasy. Postęp, odrzucany przez starsze pokolenia, był jedynym sposobem na zapewnienie krasnoludom przetrwania i bezpiecznej pozycji międzynarodowej. Już teraz Cesarstwo Świtu Wysokich Elfów i Królestwo Dasaru przewyższały ich technologię. Ten stan musiał się zmienić i Paodri wiedział, że robi właściwą rzecz walcząc ze starą władzą.
Jednak jego przekonanie znów zostało zachwiane. Przy zawalonej kolumnie leżało dwóch krasnoludów. Gwardzista lojalistów i Muszkieter buntowników. Z piersi Gwardzisty sterczał wbity bagnet Muszkietera, sam buntownik zginął odwracając się od wroga, który ostatnim zrywem zdołał przebić mu gardło mieczem. Jednak tym co wstrząsnęło Paodrim nie była brutalność starcia, ale fakt, że znał jego uczestników. Byli to Hawdar i Wahar Krazdanowie. Ojciec i syn. Paodri znał dobrze obydwu, nigdy nie widział bardziej szanujących się i kochających krasnoludów. Jaki obłęd ich ogarnął, jak wielka była nienawiść, która popchnęła ich do tego czynu? Nienawiść, która sprawiła, że syn zabił ojca, a ten wykorzystał ostatnie tchnienie by zgładzić syna. Chorążemu zrobił się niedobrze. Zatoczył się. Znalazł oparcie na wraku Wojmecha przywalonego kolumną. Siedział tak oparty przez dobre kilka minut.
- Co się z nami stało!!? – wrzasnął w nagłym przypływie rozpaczy, płacząc zaczął biec w stronę z której dobiegały stłumione odgłosy bitwy.
W jego głowie szalał huragan myśli, złość, przerażenie i żal kipiały w nim w niebezpiecznej mieszance. Był wściekły, wściekły na wojnę, która niszczyła rodziny, wściekły na starców, ślepych na otaczający ich świat, pogrążonych w staromodnych tradycjach, wściekły na swoje pokolenie młodych narwańców które niszczyło tysiące lat pracy ich ludu i wreszcie wściekły na władzę Imperium Klanów, która swoią opieszałością w działaniu pozwoliła buntowi nabrać tępa i doprowadziła do tego potwornego rozłamu. Złość przerodziła się w ślepy szał, pożądał krwi. Huk bitwy był coraz głośniejszy, coraz bardziej natarczywy i ogłuszający. Wreszcie Paodri wbiegł na galerię ciągnącą się wokół gigantycznego Placu Króla – Imperatora, placu, który stał się głównym pole bitwy.
*
Gazdrin i jego dwaj pozostali ludzie wreszcie znaleźli drogę na Plac, tam odszukali jeden z posterunków i dostali wsparcie siedmiu innych Gwardzistów, znów byli pełnym oddziałem. Gazdrin wspiął się na umocniony wał i spojrzał na pole bitwy.
Plac Króla – Imperatora miał dobre pięćdziesiąt kilometrów kwadratowych i znajdował się na skalnej półce nad jeziorem magmy, roztaczał się stąd niesamowity widok na miasto. Przy ścianie za nimi znajdował się Kongres Klanów, oraz Pałac Złotego Kamienia, z którego urzędował władca Imperium Klanów. Na środku Placu znajdowała się wielka Statua Pierwszego Króla – Imperatora, Hagjarfa Dorzarana Jednoczyciela Klanów. Niegdyś miejsce to było centrum podziemnego królestwa krasnoludów, pełne dostojnych dygnitarzy, mądrych urzędników, bogatych kupców i mieszczan. Teraz było jednym z najkrwawszych pól bitew tego świata.
Tysiące wojowników mordowało się na Placu, umieszczona nad Kongresem artyleria lojalistów zasypywała wroga nieustannym ogniem. W odpowiedzi buntownicy wykorzystywali moździerze i karabiny maszynowe ustawione na galeriach otaczających Plac. Raz po raz posiłki buntowników i lojalistów dołączały do walki przechodząc przez liczne mosty i ulice łączące Plac z różnymi częściami miasta. Na zachodniej flance dwie dywizje kawalerii lojalistów przebijały się przez tłumy buntowników, by zaraz zostać powstrzymane przez dywizjon Wojmechów wroga. Powietrze drżało i huczało od salw muszkietów buntowników, przerywanych świstem bełtów z kusz lojalistów. Lewa flanka lojalistów cofała się i załamywała, ale wsparcie magów bojowych powoli odwracało szalę zwycięstwa. Potężni czarodzieje ciskali we wroga wyładowaniami czystej Energii i roztaczali bariery ochronne wokół własnych sił. Na tyłach wroga pojawiła się nagle dywizja kawalerii, która zaczęła regularną rzeź Muszkieterów, w odpowiedzi buntownicy skierowali cztery dywizjony Wojmechów do szarży na główne pozycje lojalistów. Atak powoli przedzierał się do pozycji Gazdrina, więc ten rozkazał swojej nowej drużynie wesprzeć ten odcinek frontu. Ich szarży towarzyszył kontratak buntowników na lewej flance. Grupa wrażych magów rozpoczęła bitwę na oślepiające wyładowania, a na prawej flance Muszkieterowie zaczęli spychać dywizje kawalerii, by zaraz znaleźć się pod ogniem innej drużyny lojalnych magów bitewnych i kuszników. Powietrze było ciężkie od odoru potu, krwi i smaru.
Paodri szybko rozeznał się w sytuacji. Był pewien, że nikt z buntowników nie wie o jego przeżyciu, postanowił więc samemu wybrać sobie stanowisko. Centralna linia, szarżowana właśnie przez Wojmechy jego armii wydawała się obiecywać najwięcej krwi lojalistów. Paodri biegł przez masę szarżujących wojowników. Mijał potężne trzy, pięcio, a nawet siedmio metrowe Wojmechy, które ogłuszały go rykiem swoich motorów, hukiem dział, szczękiem kończyn i ciężkim sapaniem pieców. Wreszcie zaczęli się zbliżać do ściśniętej ciżby walczących. Nie wszyscy buntownicy zdołali usunąć się przed szarżą machin, część z nich została stratowana pod ich potężnymi kończynami. Na pancerze mechanicznych potworów spadła pierwsza salwa bełtów i uderzeń Energii. Paodri zaśmiał się, a przynajmniej tak mu się wydawało, bowiem uszy wypełniał mu niewypowiedziany jazgot pola bitwy.
Przed nim pojawił się pierwszy wróg, stary wojownik o siwej brodzie. Paodri bez zastanowienia wypalił mu w twarz z rewolweru. Wojownik upadł, za nim pojawił się następny. Paodri ciął ukośnie z góry. Miecz odbił się od tarczy. Chorąży pozwolił by jego ciało odgięło się do tyłu od uderzenia. Wróg natychmiast ciął pionowo, ale przechylone ciało Paodrieog było zbyt daleko. Ze wszystkich sił szarpiąc całym sobą chorąży błyskawicznie spadł na wroga i uderzył w odsłonięte ramię. Miecz nie przebił kolczugi, ale siła ciosu odrąbała rękę. Przeciwnik skulił się z bólu. Paodri pchnął prosto w twarz. Rozejrzał się. Wokół niego maszyny robiły prawdziwą rzeźnię. Ich młoty, topory i pięści ciągnęły za sobą długie smugi krwi i poprzylepianego do gorącego metalu mięsa. Obok niego maszyna z dwoma działkami oczyszczała drogę dwóm innym, wyposażonym w młoty i tarcze, tworząc krwawy łuk ciał naprzeciw siebie. W innym miejscu drużyna trzech maszyn z motaczami ognia zmieniała wrogów w żywe pochodnie. Pechowi Gwardziści biegli na oślep ciągnąc za sobą płomienie. Gotowali się we własnych zbrojach, palili żywcem, lub też wpadali na inne maszyny, które kończyły dzieła. Czasem dobijali ich sprzymierzeńcy. Paodri wybuchnął szalonym rechotem.
- Dalej bracia, dalej! Wyżynajmy się! Zabijajmy! Niech nasz lud zdechnie w tej szalonej agonii! Hahahahahahaha! – wrzeszczał na całe gardło strzelając do dwóch kolejnych wrogów; jego głos ginął we wrzawie starcia.
Gazdrin i jego ludzie dostali się pod ostrzał Wojmecha wyposażonego w podwójne działko. W ataku brało udział niewielu buntowników, za to mnóstwo maszyn. Wiele z nich różniło się znacznie od maszyn lojalistów, były nowsze, lepsze. Ich obecność świadczyła o istnieniu fabryk buntowników na długo przed otwartą rebelią. Z gorzkim posmakiem w ustach Gazdrin przyznał, że ich armia potrzebowała modernizacji. Kolejna salwa, kolejni martwi. Patrząc w ich puste twarze i mając naprzeciw siebie te potężne i, bądź co bądź, krasnoludzkie machiny zastanawiał się nad sensem tej wojny.
*
- Sir, szturm buntowników zwolnił, ale znów nabiera siły, nasze linie załamią się za sześć do siedmiu minut.
- Wiem, rozkazać artylerii ostrzelać Plac.
- Ale... Generale, tam są nasi ludzie i ... i Statua.
- Nie słyszeliście co powiedziałem!? Wykonać!
- Tak jest sir...
*
Potworny, niewyobrażalny, niski huk, a potem cisza i ból. Ciemność. Gazdrin i Paodri wygrzebywali się spod gruzów i ciał. Otaczał ich nimb szarego, skalnego pyłu. I ciała. Tysiące ciał i wraków maszyn. Lojaliści i buntownicy, wszyscy padli w bombardowaniu. Obok nich leżał ogromny młot. Spojrzeli w górę i zawyli z wściekłości. Statua była potrzaskana. Pół jej korpusu było oderwane, dumnie uniesiony niegdyś młot leżał na ziemi, a głowa z odstrzeloną twarzą spadła kilkadziesiąt metrów dalej. Krasnoludy zniszczyły swoje dziedzictwo.
Dwaj mężczyźni zauważyli się nawzajem. Mieli już tylko miecze. Z szaloną nienawiścią w oczach rzucili się na siebie. Dzieliło ich dwadzieścia metrów. Gazdrin pchnął z całej siły, Paodri wyminął cios i uderzył w plecy. Miecz odbił się od zbroi. Gazdrin obrócił się na prawej stopie, ciął płasko, oburącz, Paodri odbił cios własną klingą, uderzył od lewej, ukośnie. Gazdrin wyginając nadgarstek ciął z dołu. Miecze znów się spotkały, siła uderzenia odepchnęła walczących.
- Czy warto było niszczyć dorobek swoich ojców i mordować własnych rodziców w imię kilku nowszych trybików zdradzieckie ścierwo!?
- Czy w imię durnych tradycji było warto zabijać swoje dzieci i przyszłość swego ludu tępa kanalio!?
Znów się starli. Paodri ciął wściekle. Na ukos z prawej, z lewej, pionowo z góry. Gazdrin cierpliwie odbijał ciosy, uderzył płasko z lewej, Paodri skontrował, ale Gazdrin był silniejszy, zepchnął złączone miecze na lewo, do ziemi i z całej siły kopnął lewą nogą w pierś chorążego. Ten zatoczył się. Gazdrin ciął płasko i wysoko, w głowę, nie docenił szybkości wroga. Paodrin uderzył wroga głową w pierś, jak byk. Gazdrin stęknął i odrzucił napastnika. Stali w odległości co najwyżej dwóch kroków. Jednocześnie złożyli się do ataku, jednocześnie wykonali krok do przodu i jednocześnie pchnęli. Ohydne mlaśnięcie przebijanego ciała poniosło się echem po sali. Gazdrin i Paodri spojrzeli w dół. Przebijali się nawzajem klingami. Do ich ust napłynęła krew. Krztusili się własnymi płynami. Płakali. Nie dlatego, że umierali i nie z powodu bólu. Ale dlatego, że nie było warto.
Kilka miesięcy później wojna zakończyła się ogłoszeniem Traktatu Pękniętego Kamienia, który podpisano u stóp zniszczonej Statuy, tam gdzie padli Paodri i Gazdrin. Na jego mocy Imperium Kalnów podzieliło się na Stare Imperium, rządzone przez Króla – Imperatora i Kongres, oraz Nowe Imperium, rządzone przez Senat i Kanclerza. Khazdrag zostało podzielone, a nienawiść między krasnoludami trwa po dziś dzień.
 

Komentarze
 
Brak komentarzy.
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 

Oceny
 
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.