Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze swiata gry.
 

obozy
 
Nowość!

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:






 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Opowieść dziadka - Magdalena Czarnota
 
„Opowieść Dziadka”


Małe stópki znaczyły grząską ziemię porośniętego bukami i dębami wzgórza. Tuż pod nimi opadłe, czerwonozłote liście złowróżbnie szeleściły, próbując jak gdyby odwieść wędrowca od upragnionego celu- małej polanki na szczycie. Niziołek biegł żwawo, przebierając krótkimi nóżkami, które zapadały się raz po raz w miękkim gruncie. Kilka razy nadepnął na szyszkę, która wbita mocno w śródstopie, zadawała przeszywający ból. Jednakże ignorował go. Nie on był teraz ważny...nie on...
Z każdym kolejnym krokiem liście i drzewa..umierały. Kolorowy dywan, zaczął się zmieniać w ziemię pokrytą warstwą popiołu, a buki i dęby, w najpierw pokryte czarnymi znamionami rośliny, a potem- w dowody niszczycielskiej działalności ognia. Szczyt był coraz bliżej...
Przedarł się przez ostatnie spalone pozostałości dawnych dumnych dębów i zobaczył Łąkę.
Wielka Łąka, która rosła na szczycie wzgórza nieprzerwanie od kilkuset lat, i którą pamiętały najstarsze niziołki w okolicy- teraz była jedynie szarym skrawkiem ziemi z wielkim kraterem pośrodku, niczym centrum wielkiego słońca. A jego promieniami okazały się ciała poległych, rozrzucone wokół... Niektóre spopielone, niektóre po prostu zastygłe,a te na obrzeżach jeszcze tlące się iskierką życia i ducha. Lecz szukał jednego. Najważniejszego. Ubranego w szafirowe butki i z czerwoną wstążką we włosach.
Zaczął przedzierać się przez pole, bacznie rozglądając się wokół. Nie było to łatwe, ani przyjemne. Widział zastygłe twarze swych dawnych przyjaciół: Droga, Bunga, Otha, Adaldridy... Przed oczami stanęło mu wspomnienie ostatnich, wspólnych chwil, przy wczorajszym kuflu w gospodzie. A teraz...teraz już ich nie ma...i nie będzie. Jakby ich nie było. Los już ich nie chciał na tym świecie: nie chciał żartów Droga, piosenek Bunga, barwnego narzekania Otha, czy szerokiego uśmiechu Adaldridy...Który zastygł po raz ostatni na jej twarzy.
Nie, musi znaleźć jeszcze jedno ciało. Tym razem skierował się ku granicy pola. Tam, gdzie rosły jej ulubione maki. Przed oczami mignął mu czubek szafirowych bucików. Podbiegł w tamto miejsce. To ona! To ona!
Dopadł ciała, posłuchał bicia serca- żyła! Wstrząsnął nią lekko:
- Rozalindo! Rosy! Rosy! Obudź się, proszę! Obudź! - zawołał błagalnym głosem
Hobbitka uniosła powieki, ukazując zielone, jak trawa oczy. Wykrzywiła twarz z bólu i rzekła:
- Ach, Blanco...Ty tutaj? Myślałam..ach..myślałam, że Cię oddelegowali..
- Rosy... nie mogłem tam zostać. Widziałem..widziałem.. co się stało. Co zrobiliście, Rosy?
- Ach, to było piękne..- jej rozmarzone oczy wzbiły się w niebo- przekierowaliśmy swoją Moc..wysadziliśmy ich w powietrze Blanco.. Te błyski..były przepiękne..jak tęcza, Blanco..jak tęcza, którą widzieliśmy kiedyś nad Doliną..
- Rosy...czy Ty? - spytał drżącym głosem
- Tak, Blanco... Ale tak trzeba..Tak trzeba..Jesteście bezpieczni...- odpowiedziała, powoli zamykając oczy
- Nie, Rosy! Rozalindo! Rosy! Nie możesz! Rosy! Zostań ze mną!

Rozalindo! Rosy! Rozalindo!

-Dziadku! Dziadku! Obudź się! Znowu mówisz przez sen!
Otworzył zaspane oczy. Zza poręczy bujanego fotela, umieszczonego na trawie, przed norką, spod rozwianej, rudej czupryny z warkoczykami patrzyła na niego para wielkich, zielonych oczy. Zaraz za pierwszą, wychyliła się druga czupryna, a potem trzecia, czwarta, piąta...Każda bujna, i spod każdej patrzyły na Dziadka Greed'a ogromne, zaciekawione oczy dziecka.
- Dziadku? Dlaczego mówiłeś przez sen?- zapytała pierwsza czupryna
- Co Ci się śniło?- spytała druga, opierając malutkie rączki o bujany fotel
- Nic ważnego, kruszynki, takie stare dzieje..- odparł starzec, przecierając okulary i zaspane oczy- Poza tym... nic nie mówiłem. Na pewno wam się zdawało.
– O, nie! Słyszeliśmy wyraźnie dziadku! Mówiłeś: „Rozalindo..Rozalindo”. Kto to Rozalinda, dziadku?- oburzyła się trzecia, czarnowłosa czuprynka
– Porządne niziołki nie powinny wtykać noska w nie swoje sprawy.- odpowiedział karcąco dziadek, lecz zaraz się uśmiechnął- Zatem chcecie wiedzieć, kto to, hm? Wy małe nicponie? Ale ostrzegam was, że będę wam musiał opowiedzieć caaaaałą historię...
– Tak, opowiedz nam! Opowiedz!- odezwała się czwarta czupryna w kolorze miedzi
– A obiecujecie, że będziecie pilnie słuchać?
– Obiecujemy! Obiecujemy!- przekrzykiwały się czupryny jedna przez drugą, podskakując wokół bujanego fotela
– Dobrze zatem..- zamyślił się przez chwilę, przebiegając oczami po krajobrazie wokół. Słońce już zachodziło, a przebijając się przez żółtoczerwone korony drzew, zalewało Dolinę złotym światłem jesiennego wieczoru. Wreszcie wzrok dziadka dosięgnął upragnionego punktu- Czy wiecie, co tam się znajduje?- spytał, wskazując ręką w tym kierunku
– Wzgórze.... To wszyscy wiedzą. Na jego szczycie rośnie wielki dąb, a przed nim tablica, upamiętniająca dwudziestu dwóch magów- wojowników, poległych podczas ostatniego dnia Wielkiej Wojny.- wyrecytowały chórkiem dzieciaki
– Nie tylko magów.. Druidów, szamanów, czarowników.. wszystkich, którzy w owych czasach mieli w sobie choć cząstkę Mocy..- dziadunio znów zamyślił się przez chwilę- Dziś mija pięćdziesiąt lat od tych wydarzeń...- a widząc zaciekawione i błyszczące oczy niziołków, dodał- Zatem posłuchajcie Moi Mili historii o Ostatniej Bitwie Wielkiej Wojny...

Było to dokładnie pięćdziesiąt lat temu. Lekki, jesienny wietrzyk poruszał złotymi liśćmi, które opuszczając koronę drzewa, spadały swoim własnym, pełnym gracji tańcem na gościniec. Dzieci bawiły się w ogródkach i polach, dorośli zaś przygotowywali kolację. Zewsząd dało się wyczuć woń zupy grzybowej, jednej z ulubionych, niziołkowych potraw.
A wokół szalała wojna.
Spokojne niegdyś Kraje Wschodu zaatakowali Najeźdźcy z Północy. Pustoszyli ziemię za ziemią. Gwałcili, rabowali, a na końcu podpalali wszystko, co spotkali na swej drodze. Okoliczne państwa wypowiedziały im opór zbrojny, lecz dalej były w fazie przygotowań do wymarszu, który miał nastąpić za dzień, lub dwa. A Najeźdźcy byli coraz bliżej Doliny... ostatniej ziemi Meridionu, która nie została splądrowana. I podczas gdy hobbici w swych norkach spokojnie zajadali się kolacją, wojska Północy szykowały się do zadania ostatecznego ciosu.
Zupełnie nic nie wiedzieliśmy o tym wszystkim, żyliśmy w ukryciu, harmonii, odizolowaniu od reszty ziem Meridionu. Dopiero ten dzień, gdy przybył do nas Godryk, uświadomił nam, jak bardzo myliśmy się myśląc, iż świat o nas zapomniał, że jesteśmy bezpieczni...
Właśnie kończyłem swoją kolację, gdy przed nasz dom zajechał na karym koniu człowiek w lamelce. Zeskoczył z niego i zaczął rozglądać się wokół. Ja, młody, niecierpliwy hobbit wybiegłem mu naprzeciw i spytałem:
- Witaj. Kim jesteś? Co tu robisz?
Człowiek odwrócił się do mnie. Zobaczyłem miecz, połyskujący przy jego boku.
- Witaj- odpowiedział- Nazywam się Godryk. Jestem...a raczej byłem rycerzem 11 pułku Meridionu. Przyjechałem, by Was ostrzec. Musicie uciekać albo stanąć do walki. A jak widzę...- rzekł, spoglądając na moją lekką koszulę- raczej tego drugiego nie zrobicie. Musicie zatem opuścić Dolinę. Bo może i my szanowaliśmy waszą neutralność. Lecz Oni tego nie zrobią.
- Jacy Oni? O kim mówisz?
- Nie wiesz, chłopcze? A tak...skąd możesz wiedzieć- zmierzył mnie wzrokiem- Panuje wojna. Najeźdźcy za dzień, dwa tu będą. Jesteście ostatnią niepodbitą ziemią Meridionu. A oni nie spoczną, póki i Doliny nie spalą...
- Jak to? Wojna? To nie może być prawda... Kłamiesz!- zakrzyknąłem w trwodze, myśląc, iż jestem obiektem jakiegoś niewybrednego żartu- Kłamiesz!
Moje krzyki sprawiły, iż część rodzeństwa zaczęła wyglądać z ciekawością przez okno. Przed dom wyszła Rozalinda- ma ukochana siostra. Druidka. Zmierzyła wzrokiem przyjezdnego i spytała:
- Jakie wieści przynosisz, Panie?
- Niezbyt wesołe- odpowiedział jej Godryk- Najeźdźcy niedługo tu będą. A Wy jesteście jedynymi, tfu!- tutaj splunął porządnie na ziemię - „bohaterami”, którzy mogą ocalić kraj. Wy, niziołki, które zachowując swą odwieczną neutralność, postanowiły się biernie przypatrywać, jak Meridion płonie i skomle o ratunek.
- Jak na kogoś, kto przybył po pomoc, zachowujesz się jak gburowaty i niewychowany dziad - powiedziała bez ogródek moja siostra. Zawsze miała dar wypowiadania się z bezlitosną szczerością.
- A skąd wiesz, że właśnie po to tutaj zawitałem?- wysyczał z wściekłością Godryk- A może teraz was zostawię? I teraz to ja będę się biernie przypatrywał, gdy wasza słodka, spokojna Dolina płonie tysiącem ogni?
- Jeśli nie przybyłeś po pomoc, w takim razie powiedz mi, czemu zatrzymałeś się przed jedynym domem w Dolinie, na bramie którego wyryty jest tajny, druidzki znak? - zapytała z drwiącym uśmiechem Rozalinda.
Godryk odetchnął głęboko raz i drugi, uspokoił pooraną zmarszczkami, czerwoną twarz. Otarł czoło wierzchem dłoni i rzekł:
- Tak, masz rację. Potrzebuję pomocy. Mój oddział stacjonuje niedaleko. Jesteśmy ostatnimi obrońcami Meridionu. - uderzył w pierś- I albo powstrzymamy Najeźdźców, albo oddamy swoje życie. Ostatnia bitwa Wielkiej Wojny.
- Jak zamierzasz ich powstrzymać? Wojska Północy są rzekomo niezwyciężone...- spytała moja siostra
- Jak to? Wiedziałaś?- dopiero teraz otrząsnąłem się z oszołomienia i spytałem Rosy, lecz uciszyła mnie ruchem ręki
- Jest jeden, jedyny sposób. Ja bronię swojego kraju, wy bronicie swoich rodzin i ziem. Krąg mocy.
Zapadła głęboka cisza. Rosy zamknęła oczy.
- Matka Natura wiedziała. Dobrze. Spotkamy się za godzinę w gospodzie. Wezmę wszystkich, posiadających Moc.
Godryk spojrzał na druidkę z podziwem. Lecz ta nie otwierała oczu. Łączyła się z Matką Naturą, szepcząc cicho słowa wezwania. Po chwili, nie odmykając powiek, rzekła:
- Matka mówi, że wszystko jest w naszych rękach.
- Dobrze zatem. Niech i tak będzie- rzekł Godryk- Za godzinę. W gospodzie.
Wsiadł na konia i jeszcze raz spojrzał na druidkę. Tym razem złość w jego oczach zastąpiło silniejsze, łagodniejsze uczucie- Dziękuję- szepnął cicho, po czym odjechał
Staliśmy tak chwilę w milczeniu, po czym Rosy odezwała się do mnie swoim stanowczym głosem:
- Blanco, znajdź Droga i Otha. Pewnie gdzieś szamanią po chaszczach. Ja pójdę po Bunga i Adaldridę. I resztę kowenu Dębu. Przyślij ich do gospody i wróć do domu.
- Ale...- zacząłem cicho
- Żadnych „ale”- ucięła- masz wrócić do domu. Ktoś musi zostać z dziećmi na noc.
- Też bym chciał pomóc..-zacząłem już głośniej
- Tak pomożesz najlepiej.- położyła mi rękę na ramieniu- Uwierz. Wszystko Ci wyjaśnię, gdy wrócę. A wrócę późno.- rzekła, po czym w bramie mignęły mi już tylko jej szafirowe butki.
Szamanów znalazłem bez problemu. Znów siedzieli weseli na polanie w pobliskim lasku, paląc jakieś dziwne zioła z fajki. Gdy opowiedziałem im o wizycie Godryka i o zaleceniach Rosy, nie było im już do śmiechu. Zgasili wszystko i pobiegli do gospody. Ja, słuchając zaleceń siostry, udałem się do domu. I zacząłem obrzęd czekania.
Czekałem długo, godzinę za godziną, wpatrując się w jasny ogień kominka i portret tragicznie zmarłych przed rokiem rodziców. Ogień pulsował, zdawał się podtrzymywać swoim światłem moje nadzieje i uwagę. Byłem coraz bardziej senny. Lecz dalej czekałem na Rosy. Przez głowę przelatywały mi tysiące myśli: Wojna? Dlaczego? Z kim? Co to jest Krąg Mocy? I dlaczego Rosy ma w tym uczestniczyć?
Wreszcie moje czekanie zostało wynagrodzone. Usłyszałem szczęk otwieranych drzwi i zobaczyłem Rozalindę. Wyglądała na bardzo zmęczoną i bardzo...starą. Bo choć miała lat zaledwie pięćdziesiąt, to smutek na jej obliczu dodał jej lat i odebrał młode spojrzenie zielonym oczom. Stała tak chwilę wpatrując się we mnie. Odetchnęła i rzekła:
- Blanco, jutro staniemy do walki z Najeźdźcami na Wzgórzu- ręką uciszyła moje pytanie- Tak, wiedziałam o tym, że nasz kraj pustoszony jest przez wojska Północy. A raczej- czułam. Matka Natura zsyłała mi wizje, lecz ja nie umiałam ich odczytać. Popełniłam wielki błąd. Który teraz muszę naprawić. Krąg mocy to jedyne wyjście. Nas jest mało, ich wielu. Ale my mamy Moc. Razem z oddziałem Godryka mamy dwudziestu dwóch ją posiadających. Oni- ani jednego. Będzie to wymagało jednak pewnego...poświęcenia.
- Czy będę mógł iść z Wami?- spytałem niecierpliwie
- Nie, Blanco. Nie możesz. Jeśli...jeśli byśmy zawiedli musisz wziąć nasz lud i uciekać z Doliny. Na Zachód. Tam jeszcze nie dotarli.
- Ale.. to poświęcenie... to oznacza...- zacząłem lękliwie
- Tak, to oznacza, że możemy się nigdy więcej już nie zobaczyć.- poprawiła czerwoną wstążkę we włosach i spojrzała na mnie swoim głębokim spojrzeniem- Dlatego musisz zostać.
- Ale... Rozalindo! Ja Ci nie pozwolę! Nie możesz tam iść!- wybuchłem- Nie zostawiaj mnie!
Rosy wzięła mnie delikatnie za rękę i posadziła na fotelu. Natychmiast umilkłem. Kucnęła obok mnie i powiedziała ciepło:
-Nie myśl o tym teraz... teraz jeszcze nie czas...nie czas.. Jeśli wszystko pójdzie dobrze- zobaczymy się przecież jeszcze...- ostatnie zdanie zadrżało w jej głosie- A teraz.. uspokój się i zaśnij. Jest późno, a Ty jesteś zmęczony. Zaśpiewam Ci kołysankę naszej mamy- rzekła, po czym zaczęła nucić:

Uśnijże mi uśnij, małe oczka stuśnij,
Kołysanka płynie w dal, jak po grzbietach fal,
Śnij o polach, lasach, o szczęśliwych czasach,
Gdzie Twych przodków duchy, tulą małe zuchy,
Które w ten kraj marzeń, z chwałą byłych zdarzeń,
Wkroczyć mogą prędko, śniąc dziś pod kołderką,
Zatem śpij maleńki, zaśnij cichusieńki,
Opuść swą Dolinę, wstąp w marzeń krainę...

Głos Rosy stawał się coraz cichszy, daleki. Usnąłem na tym fotelu, przykryty ciepłym, haftowanym kocem.

Gdy zbudziłem się rano- słońce już wstało, a cały dom był pogrążony w wielkiej ciszy. Byłem na siebie wściekły, że też nie pożegnałem chociaż siostry. Założyłem coś szybko na siebie i wybiegłem z domu. Nietrudno było ich znaleźć. Pobiegłem na wzgórza, z których dostrzegałem wyładowania i słyszałem odgłosy bębnów. Wbiegłem na najbliższe i stanąłem jak wryty.
Po jednej stronie polany stał oddział, w którym dostrzegłem Rosy. Mimo iż oddzielała nas spora odległość, poznałem jej szybkie ruchy i charakterystyczną czerwoną wstążkę.
Po drugiej zaś stronie, zobaczyłem coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem. Wielką hordę wojowników w czarnych, okutych zbrojach, ciągnącą się aż po kraniec wzgórza... a potem kolejnego...i kolejnego. Jakby wielki, groźny, czarny wąż nawiedził Dolinę. Jego łuski lśniły w słońcu, a ogon otaczał krainę z każdej strony. Najeźdźcy. Widziałem, jak wysłali mały oddział w kierunku Rosy. Postanowili zabawić się z małą grupą Obrońców Doliny. Ruszyli w ich stronę, szczękając orężem, niczym wysunięty język węża, sięgający po swą ofiarę.
Tamci jednak odepchnęli ich jednym tchnieniem Mocy, ukrytym w inkantacjach druidzkich i szamańskich.
Wysłali kolejny. Wszystko się powtórzyło.
Wiedziałem, że nie można tak robić w nieskończoność, że wkrótce skończy się mana i wszyscy w oddziale Rosy będą bezbronni. Jednakże w chwili, gdy trzeci, największy oddział miał się gotować do ataku, na polanę wbiegł mały pułk żołnierzy pod dowództwem Godryka i zaczął kreślić na ziemi jakieś skomplikowane znaki..jakby koła..rozetki..spirale.
Tamci stanęli jak wryci i nagle w całej Dolinie dało się słyszeć tubalny śmiech.
Jednakże oddział Rosy się tym nie przejmował. Zaczął odprawiać jakiś rytuał. Ustawiali się w kręgu, skupiając coraz większą Moc w jego centrum..Coś tam zalśniło..po czym zaczęło rosnąć. Śmiech ucichł. Najeźdźcy, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, rzucili się ku miejscu, gdzie kumulowała się energia. Godryk ze swoim pułkiem, przeczuwając ich ruch, otoczył ciasnym kręgiem Rosy i jej oddział. To była rzeź. Najeźdźcy w ciągu kilku minut wycięli 11 pułk do gołej ziemi. Sam dowódca, zginął, przyjmując na siebie ciosy czterech wojowników, zasłaniając własnym ciałem jednego z szamanów. A Moc w środku rosła i rosła, stając się coraz jaśniejsza, niczym wielka, biała gwiazda.
Wojsko Północy już podnosiło miecze, by ciąć bezbronnych druidów i szamanów, gdy coś nagle huknęło, odrzucając wszystkich w tył. Fala uderzenia rozlała się na wszystkie okoliczne wzgórza, tak że i mnie zwaliło z nóg. Upadając, zdążyłem zobaczyć tylko jasne łuny na niebie, mieniące się wieloma kolorami. Tańczyły one swój własny taniec wyładowań i wystrzałów, ciągnący się aż po horyzont. Oślepiły mnie one tak, że przez chwilę nie widziałem, gdzie jestem. Ogarnęła mnie jedna, wielka światłość. A potem cisza. Cisza ogarnęła wszystkie wzgórza Doliny.
Z trudem wstałem, i kołysząc się na nogach, spojrzałem w stronę Wzgórza.
Zobaczyłem wielki krater i ciała. Dużo ciał. Zacząłem biec w tamtym kierunku, stopy zapadały mi się w grząskim gruncie i parę razy nastąpiłem na szyszkę, lecz nie to było wtedy dla mnie ważne. Ważna była Rosy. Dotarłem na miejsce, zobaczyłem ciała. Nie mogłem jej dostrzec, wreszcie do niej podbiegłem. I zobaczyłem, że już za późno. Że oddała ducha wielkiej sprawie. Bo potem nadciągnęła odsiecz państw ościennych i wygnała resztki Najeźdźców z naszego kraju. To była Ostatnia Bitwa Wielkiej Wojny. Ostatnia dla Rosy.
Dąb na szczycie wyrósł samoistnie z mogiły, w której pochowano bohaterów. Rozalinda też tam spoczywa. Dąb. Jak członkowie kowenu Dębu, którzy wtedy zginęli.
I tak oto kończy się moja historia....

– ...A teraz- sio! Do łóżek!- dodał dziadek, po czym czupryny zebrały się zza fotela i poszły w milczeniu w kierunku domu. Piękna to była opowieść, ale i tragiczna....
Tymczasem Dziadunio w milczeniu wpatrywał się we Wzgórze...Za którym zachodziło słońce.
– Rozalindo..- wyszeptał- Rozalindo...


– Nie, Rosy! Rozalindo! Rosy! Nie możesz! Rosy! Zostań ze mną!
– Blanco? - zadała pytanie drżącymi wargami
– Słucham Cię, Rosy...
– Zaśpiewaj mi...zaśpiewaj kołysankę- wyszeptała cichutko...
– Dobrze..- odpowiedział, po czym drżącym głosem zaczął śpiewać...

Uśnijże mi uśnij, małe oczka stuśnij,
Kołysanka płynie w dal, jak po grzbietach fal,

Położył się na jej piersi, i słuchał bicia jej serca, które miarowe, stawało się coraz wolniejsze, a oddech płytszy...

Śnij o polach, lasach, o szczęśliwych czasach,
Gdzie Twych przodków duchy, tulą małe zuchy,

Uśmiechnęła się lekko, jej serce zaczęło coraz bardziej zwalniać. Głos zaczął mu coraz bardziej drżeć...

Które w ten kraj marzeń, z chwałą byłych zdarzeń,
Wkroczyć mogą prędko, śniąc dziś pod kołderką,

Ścisnął jej rękę, wpatrując się w jej oblicze, które z każdą chwilą łagodniało. A serce biło coraz wolniej..

Zatem śpij maleńki, zaśnij cichusieńki,
Opuść swą Dolinę..

Serce wydało trzy ostatnie dźwięki.

wstąp w marzeń krainę..




















 

Komentarze
 
Brak komentarzy.
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 

Oceny
 
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.