Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Mała Laro w Podziemiach- Marysia Lantanowicz
 
Było ciemno. Nie do końca, bo coś tam widziałam, ale tylko delikatna poświata padająca z prawej określała zarysy przedmiotów. Jaskinia była pełna, od początku do końca, różnokolorowych kamieni. Jedne były niebieskie, inne zielone, inne zupełnie kolorowe, kolejne po rozłupaniu miały migotliwe wnętrze. Kucałam sobie w ciemnym kąciku, ale wcale nie był najciemniejszy z całej jaskini. To znaczy, był prawie najjaśniejszy. Nie lubiłam ciemności.
Teraz w nim siedziałam i cieszyłam się, bo wiedziałam, że minie sporo czasu, zanim Mun, Svell i Akvim mnie znajdą. Bawiliśmy się w chowanego niedaleko lasu rosnącego przy górach, tych najbardziej na wschód. Nie pamiętam nazwy, czy to ważne? Svell krył, więc się rozbiegliśmy szybko i poszłam na południe, koło tej samotnej góry w lesie. Przy niej samej się trochę zgubiłam i chciałam wejść wyżej. Gdy doszłam tam, gdzie nie rósł las i wyjrzałam ponad nim, zobaczyłam nasz dom. W sensie wioskę. Była niedaleko, zatem zeszłam z kamienia i gdy go okrążyłam, by zobaczyć, gdzie jest dobra kryjówka, zauważyłam dziurę. Zrobiłam jedyne, co się wydawało naturalne, czyli w nią wlazłam. Znalazłam się w jaskini pełnej kamyków, co strasznie mi się spodobało, bo nikt o niej poza mną nie wiedział, i usiadłam po lewej stronie wejścia. Od tamtej pory siedzę i rozmyślam, czekając, aż mnie znajdą. Wiedziałam, że się nie martwią, znałam te góry a poza tym mama byłaby mocno zaniepokojona – na pewno by mnie znalazła. Pocieszając się pozytywną obecnością wszystkich w mojej głowie, usiadłam i pobawiłam się trochę kamykami. Znalazłam taki fajny, czerwony, z niebieskimi brzegami. Szarym dużym rozwalałam inne, odkrywając piękne kolorki, z których układałam wzorek. Chłopaków długo już nie ma, trochę to nudne, ale nie mogę wyjść, zanim mnie nie znajdą, bo zabawa będzie bez sensu.
Siedziałam już trochę długo, oczy mi się zamykały. Raz czy dwa zdawało mi się, że widzę, jak coś lub ktoś porusza się po drugiej stronie jaskini, ale pewnie to nieprawda…Na wszelki wypadek wstałam jednak, przeszłam dokładnie całą jaskinię i obejrzałam ze wszystkich stron. Za dużym kamieniem po drugiej stronie odkryłam jeszcze jedną dziurę, już trochę większą, jednak nie przeszkodziło mi to i poszłam ją zbadać. Po drugiej stronie zauważyłam, że podarłam sobie moją spódniczkę. Nie szkodzi, mama mi ją zszyje, szkoda tylko, bo to mój ulubiona. Korytarz, w którym się znalazłam, był na tyle wysoki, że mogłam w nim stanąć, zrobiłam więc to i otrzepałam się. Przesunęłam się na bok, by więcej małego światła wpadło do tej dziury i mrużąc oczy, rozejrzałam się. Korytarz był też wysypany kamyczkami, ale te były inne, bardziej kanciaste, prześwitujące i przeźroczyste, lecz miały ciemne kolory. Zebrałam kilka z podłogi i włożyłam do woreczka, który miałam przy pasie. Mama mówi na niego „sakiewka”. Dziwne słowo. Chciałam iść dalej, ale nic nie było widać. Stwierdziłam, że będę trzymać się ścian i iść dalej, więc ostrożnie przesunęłam się jeszcze 20 kroków naprzód. Korytarz trochę zakręcał a w końcu jednej ściany nie mogłam już dotknąć ręką, mimo że wyciągałam ją jak najdalej się da. Było tu absolutnie czarno, nic nie widziałam i zaczęłam się bać. Zgadłam, że trafiłam do kolejnej jaskini i wymyśliłam, że jeżeli będę się trzymać jedną ręką ściany, to obejdę jaskinię dookoła i trafię znów do korytarza, z którego przyszłam. Ruszyłam do przodu, prawą ręką trzymając się ściany a lewą wyciągając przed siebie. Kilkanaście razy się potknęłam o kamienie, raz się nawet przewróciłam i skaleczyłam w nogę. Zabolało i krzyknęłam, ale po chwili znów ruszyłam do przodu, starając się nie dotykać bolącą nogą niczego. Kilka kolejnych, chwiejnych kroków i znów się przewróciłam. Wstając, otrzepałam się i wyciągnęłam ręce, by znów dotknąć ściany. Dotknęłam jej szybciej, niż powinnam, w dodatku z lewej strony. Zmarszczyłam brwi w całkowitej ciemności. Przecież poprzednio ściana była po prawej! Po chwili jednak wyciągnęłam prawą rękę i również dotknęłam ściany po drugiej stronie. Chyba znowu jestem w tunelu prowadzącym do wyjścia, a to bardzo dobrze, bo tunele zaczęły być nudne i przestawało mi się to podobać. Ucieszyłam się i, utrzymując równowagę, szybko poszłam do przodu, bo już chciałam być na zewnątrz i popatrzeć na słońce i las, w dodatku było zimno. Przeszłam 20 kroków i nic, nadal ściana. Pewnie mi się pomyliło, więc znów poszłam dalej i nadal nic nie poczułam. Pełna złości odkryłam po chwili, że ściany przestają być blisko siebie i oddalają się trochę. Zmarszczyłam brwi. Tam przecież była dziura! A nie takie szerokie przejście. W dodatku nadal było strasznie czarno, mimo że przy wyjściu już powinnam coś widzieć…
Podejrzewając, że coś nie wyszło i że nie jest fajnie znów zrobiłam kilka kroków do przodu i nagle ściany znikły, już ich nie czułam, nawet jak macałam bardzo daleko. Idąc dalej do przodu, zaczęłam wątpić w to, gdzie jestem i o co chodzi. Nagle niespodziewanie bardzo mocno uderzyłam całym ciałem w ścianę, która była się na mojej drodze a ja o niej nie wiedziałam. Upadłam na ziemię, dodatkowo kalecząc sobie dłonie i krzyknęłam. Na twarzy miałam coś lepkiego i poczułam ból nad okiem. Zrobiła mi się rana od tego uderzenia.
Chlipnęłam parę razy a potem rozbeczałam się na dobre. Byłam sama gdzieś pod ziemią, gdzie było równie czarno jak u Klyfty w świątyni i tak strasznie.. Zaczęłam się bać, że nigdy nic nie zobaczę. Nie wiedziałam, gdzie jest wyjście no i mama mnie tu nie znajdzie. A tata wyjechał walczyć, więc też po mnie nie przyjdzie. Wymacałam tą ścianę, o którą się uderzyłam i oparłam się o nią plecami. Włożyłam głowę między ramiona i, wciąż płacząc, nie zwróciłam uwagi, kiedy zasnęłam.
Gdy się obudziłam, nie wiedziałam, gdzie jestem. Przeraziłam się, że straciłam wzrok. Pomacawszy szybko panicznie dookoła, przypomniałam sobie o jaskini i skuliłam się. Jedyne, co chciałam zrobić, to być w łóżku u mamy. Poczułam głód no i było tu zimniej niż wcześniej. Tak zimno, że dostałam dygotek. Coś zimnego i zaschniętego miałam na ręce – po dotknięciu przypomniałam sobie, że to krew z mojej ranki nad okiem. Przyłożyłam do niej rękę i na szczęście krew już nie płynęła.
Ostrożnie wstałam i pomyślałam, że te tunele nie mogą się ciągnąć milami, przecież to niemożliwe. Dotykając wciąż ściany przebiegłam po niej rękoma i odkryłam dwie krawędzie z obu stron, więc zgadłam, że ta skała rozdziela jeden tunel na dwa. Próbowałam sobie przypomnieć, jak tu trafiłam, ale byłam zbyt przestraszona i było zbyt zimno. Znów zachciało mi się płakać.
W momencie, w którym chciałam się poddać i zacząć krzyczeć i siedzieć w tej upiornej ciemności wiecznie, usłyszałam szelest z prawej. Odwróciłam się szybko, choć i tak nie mogłam nic zobaczyć i nabrałam rozdygotany oddech. Po chwili zza moich pleców też coś usłyszałam i przywarłam plecami do ściany.
-K-k-k-toś tu jest….? – zapytałam cichutko i próbowałam powstrzymać trzęsienie się rąk. Nikt nie odpowiedział a szelest powtórzył się jeszcze kilka razy. Potem zrobiło się cicho.
Stałam jeszcze długą chwilę opierając się o ścianę między dwoma (prawdopodobnie) korytarzami aż uświadomiłam sobie, że coś się zmieniło. Zmarszczyłam brwi. Ciemność nie była taka ciemnościowata, zrobiła się bardziej…niebieska..?
Znów się przestraszyłam i kilka łez mi popłynęło po twarzy. Wytarłam je ręką i przypomniałam sobie słowa mamy. „Laro nigdy się nie poddaje. Każdy, duży czy mały, walczy do końca i może jedynie uznać swoją porażkę gdy absolutnie nie ma wyboru. Pamiętaj o tym”.
Nadal czułam innych w sobie, stwierdziłam więc, że wstanę. Jak ich czuję to chyba nie jest źle? Wychyliłam się to korytarza po lewej i pomacałam kawałek ręką. Na ścianie rosły jakieś grzybki i chyba roślinki, więc natychmiast schowałam rękę. Totalnie nie widziałam miejsca, z którego przyszłam, zatem „spojrzałam” w tunel po prawej i, ku mojemu największemu zdumieniu, zobaczyłam niebieskie światełko.
Zaciekawiłam się i ucieszyłam, jednak widzę! Nikłe światełko było oddalone ode mnie o dziesięć metrów i wyglądało, jakby nie miało źródła. Ukazywało dno tunelu (bo dopiero teraz zauważyłam, że to faktycznie tunel) w okolicy około dwóch stóp. Podreptałam bliżej, całkowicie pochłonięta nowym odkryciem. Pomiędzy kamieniami leżała mała, pulsująca lekko, niebieska kulka. W momencie, gdy wyciągnęłam rękę, żeby ją złapać, zgasła, pogrążając wszystko w jeszcze większej ciemności a mi zostawiając plamy przed oczami.
Potarłam je uważając, by nie dotykać ranki, a gdy znowu otworzyłam, kilka stóp dalej świeciła zielona kulka. Ostrożnie, na palcach podeszłam do niej i znów próbowałam ją dotknąć. Ta też zgasła, tylko że równo z nią pojawiła się różowa kilkanaście kroków dalej. A po próbowaniu złapania różowej pojawiła się czerwona.
Zastanowiłam się. Skąd biorą się te śliczne kuleczki? Postanowiłam, że za wszelką cenę muszę poznać ich źródło i mieć jedną z nich. Zapomniałam całkowicie o moich problemach i ruszyłam, chcąc łapać kolejne.
Straciłam poczucie czasu, bawiąc się w łapanie kulek czy też raczej próby ich złapania. Jednocześnie nie zwróciłam uwagi, że kulki prowadzą mnie głębiej w tunele…
Następna kulka była pomarańczowa. Zorientowałam się już, że jeśli nie przybliżę się bliżej niż pół metra to kulka nie znika, zatem obejrzałam ją. Była malutka, około pół centymetra szerokości, i nie miała jednolitego koloru, wyglądała, jakby coś się w niej przewalało. Szybko machnęłam ręką, żeby ją złapać, ale tylko obiłam sobie palce, bo natychmiast zniknęła.
Następne cztery kulki były kolejno fioletowe, żółte, brązowe i seledynowe. Po złapaniu seledynowej usłyszałam cichy szum i przez dłuższy czas nie pojawiała się kolejna. Zrobiłam dwa kroki do przodu i w odległości pięciu metrów przede mną pojawiła się biała kulka, trochę większa. Dawała też więcej światła.
Podeszłam bliżej, zafascynowana i zobaczyłam, dlaczego jest większa. Spoczywała na wgłębieniu kamienia, który leżał nad wąskim strumyczkiem. Przeskoczyłam go i dopadłam do kulki, ale jej już nie było i dopiero kawałek dalej widniała granatowa. Pomacałam ręką tam, gdzie była biała kulka. Okazało się, że kamień jest lekko ciepławy, ale nic tam więcej nie było. Za sobą usłyszałam szelest.
Odwróciłam się gwałtownie, ale nic nie zobaczyłam – granatowe światełko nie dawało aż tyle światła, by rozjaśnić ciemność za moimi plecami. Znów się zainteresowałam, ale po chwili granatowe światełko znów mocniej przykuło moją uwagę. Podeszłam do niego i kucnęłam. Niemal hipnotyzująco migocząc kulka unosiła się około 5-7 centymetrów nad ziemią. Położyłam się na kamieniu i podziwiałam ją.
Po kilku minutach kulka chyba się znudziła, bo uniosła się trochę wyżej i przesunęła leciutko, niemal niedostrzegalnie w lewo. Zmieniłam pozycję i bardzo powoli przysuwałam rękę do kulki. W końcu była od niej oddalona o niecałe 15 cm. Gdy przysunęłam dłoń bliżej, kulka zrobiła się jaśniejsza. Gdy cofnęłam, znów się ściemniła. Przysunęłam rękę z powrotem i kulka znów pojaśniała a następnie znikła. Uniosłam wzrok i trzy metry dalej zobaczyłam wiśniową. Wstałam powoli i podbiegłam do niej, chcąc ją dotknąć i znów mi się nie udało.
Kolejne kulko były beżowe, zielone, fioletowe i szare. Po pewnym czasie ściany tunelu się od siebie oddaliły a potem straciłam je z pola widzenia. Po chwili znikł też sufit. Na oba fakty nie zwróciłam uwagi, światełka były zbyt ciekawe, otoczenie natomiast nudne. Co jakiś czas dobiegały mnie szmery i szelesty, przez co na początku odwracałam się z ciekawością a potem się przyzwyczaiłam.
Gdy byłam strasznie blisko złapania bladożółtej kuleczki, dalej niż zwykle przede mną pojawiła się taka złota. Była większa niż inne i unosiła się pół metra nad ziemią, rzucając więcej światła. Dzięki temu miałam okazję rozejrzeć się dookoła i spostrzegłam, że nie jestem już w tunelu, ale w jaskini tak wielkiej, że nie widać ani ścian ani sufitu. Złota kulka rzucała światło na odległość pięciu metrów w każdą stronę, oświetlając trochę wystających skał, kamienie i kolorowe kamyczki i bardzo nierówną ziemię. Potykając się, podeszłam do niej bliżej. Pulsowała łagodnym światłem i miała na sobie nawet jakieś takie wiry. Usiadłam przy niej tak, by nie zgasła i ją obserwowałam.
Po kilku czy nawet kilkunastu minutach pomyślałam, że chcę ją dotknąć. Ledwo wyciągnęłam rękę w jej kierunku, tak delikatnie…i nagle rozległ się hałas za moimi plecami a gdy gwałtownie się odwróciłam, ujrzałam kamień pojawiający się w zasięgu światła.
Drżąc z zimna, rozglądałam się dookoła i wydawało mi się, że coś zobaczyłam. Jakiś zarys kogoś. Ale po chwili poza zmieniającymi się wirami na powierzchni kulki nic się więcej nie poruszało. I gdy tak siedziałam, niechcący osunęłam się z kamienia się do tyłu, przez co złota kulka błyskawicznie zgasła, pogrążając wszystko w ciemnościach. Natychmiast po tym znów usłyszałam kilka szelestów.
Siedziałam dalej, bo w sumie co mogłam zrobić? Wszyscy w mojej głowie nadal byli uspokajający. Szkoda tylko, że teraz naprawdę nie znałam drogi wyjścia. Szelesty wciąż się powtarzały a w końcu, gdy zdawało się, że ucichły, gdzieś z oddali usłyszałam wysoki, kobiecy głos. Śpiewał wysoko, ale musiał być gdzieś dalej, bo był bardzo cichy. Wsłuchałam się w słowa, lecz nie rozpoznałam ich. Brzmiały jak te, które nasz wioskowy uzdrowiciel szeptał nad rankami. Po chwili nad moją dłonią rozbłysło nikłe światełko w kolorze białym, tak malutkie, że niemal nie dostrzegłam kuleczki, która je rozpraszała. Dawało niewielką możliwość rozejrzenia się. Kiedy chciałam je chwycić drugą ręką, przeszła przez kulkę ja przez wodę. Była niedotykalna. Gdy przesuwałam prawą rękę, kulka przesuwała się wraz z nią. Przez to światło widziałam może trzydzieści centymetrów dookoła mnie.
Cichy głos kobiety ucichł, zamiast niego dostrzegłam poruszenie na skraju zasięgu światła.
-Kim jesteś?
Szybko odwróciłam głowę w kierunku głosu. Dobiegał z miejsca, w którym poprzednio się coś ruszyło i brzmiał tak, jakby mówiący dawno nie używał języka.
-Khati. – Odparłam bez chwili namysłu a potem dodałam, marszcząc czoło i próbując sobie przypomnień. – Córka Mahual…. Witur, z huanu Kohatu.
Z ulgą stwierdziłam, że umiem się przedstawiać tak, jak mama mnie nauczyła. Zrobiła to niedawno, twierdząc, że elf, który niedługo będzie miał 3 loa musi się nauczyć przedstawiać tak, jak na Laro przystało.
-A ty? – Spytałam ciekawie, patrząc w kierunku, z którego wydobył się głos.
-Muhu. - Odparł głos po chwili. Zgadłam, że jest taki jak tata, to znaczy jest mężczyzną.
-Czy przerwa światło..?…Nie, czy stop…znaczy brak… - głos ewidentnie miał problem z mówieniem. Pomyślałam przez chwilę i podpowiedziałam:
-Zgasić?
-Nie. – Odparł. – Żeby było, ale….yyy…mniej?
-Mam je przysłonić? – Zapytałam z ciekawością.
-Tak. – w głosie słychać było ulgę. – Za jasne.
Przysłoniłam kulkę dłonią i popatrzyłam na nią. Dawała trochę ciepła. Po chwili usłyszałam grzechot i w polu widzenia pojawiła się kamienna miska, ale z innej strony niż głos. Spojrzałam i zobaczyłam bardzo białą dłoń pokrytą czarnymi tatuażami, która dołożyła koło miski łyżkę. Dłoń jakby wyczuła, że jest obserwowana, bo szybko cofnęła się mrok.
-Jedz.
Spojrzałam ze zdumieniem na kamienną miskę. W środku było coś na kształt zupy.
-Ile was tu jest? – Zapytałam, sięgając ręką ze światłem po miskę. Zauważyłam, że właściciel głosu nie spodziewał się tego, bo kawałek jego stroju szybko zniknął z pola widzenia, jakby właśnie się szybko cofnął.
Głos zaczekał, aż spróbuję zupy. Okazała się całkiem smaczna, więc z apetytem ją spałaszowałam. Przez chwilę trzymałam miskę w ręku.
-Odłóż. – polecił głos. Wykonałam jego polecenie i instynktownie cofnęłam się na swoje poprzednie miejsce.
-Więc… - zaczął głos. – Co tu robicie…znaczy robisz?
-Nie umiesz gadać po naszemu. – zauważyłam. – Kim jesteś?
-Co tu robisz? – powtórzył głos z nutą zniecierpliwienia. Wpatrywałam się z uporem w ciemność.
-Ty mi nie odpowiadasz to ja tobie też nie. – odparłam buńczucznie. Usłyszałam szelest zniecierpliwienia.
-Co chcesz znać?
-Chyba wiedzieć – poprawiłam. – Cały czas szliście za mną?
-Tak. Co tu robisz? – tym razem w głosie czaiła się groźba.
-Zgubiłam się. – odparłam niepewnie. Dostrzegłam, że osoba, która mówi, siedzi po turecku na skraju zasięgu światła tak, że mogłam ją wytężając wzrok zobaczyć. Albo też światełko daje więcej światła. Po chwili przyglądania się widziałam wszystko wyraźniej – kulka się rozgrzewała.
-Nikt cię tu nie…pokazał?
Zmarszczyłam brwi.
-Nikt mi się tu nie pokazał czy nikt mi tego miejsca nie pokazał?
-Oba.
-Oba nie.
Głos umilkł. Pobawiłam się światełkiem i ukradkiem zerknęłam na osobę na skraju. Najdziwniejsze jest to, że wyraźne były fragmenty ciała, które były nieosłonięte, gdyż obcy miał białą skórę pokrytą tatuażami, w tym twarz.
-Nie…dużo was tu?
-Nie, nie przyjdziemy tu. Do góry jest tylko jedna wioska…O nie!
Zerwałam się na równe nogi i chwyciłam za głowę.
-Mama! Mama będzie się martwić! A ja nie wiem, jak stąd wyjść…o nie! Nie nie nie! Przecież mnie tu nie znajdzie…
Podbiegłam do właściciela głosu i zdążyłam zauważyć, że ma bardzo dużo tatuaży na twarzy i jego zaskoczone spojrzenie nim kulka zgasła a ja się o niego przewróciłam i uderzyłam w głowę.
* * *
-Khati? Khati, obudź się. – głos mamy powoli docierał do mojej świadomości. Jęknęłam.
-Co się…
-Spokojnie. – odparła mama i pogłaskała mnie po głowie. Zauważyłam, że ma czerwone oczy.
-Czemu płaczesz?
-Już nie płaczę. – odparła stanowczo.
Rozejrzałam się po pokoju. Byłam u uzdrowiciela w domu. Sam uzdrowiciel krzątał się przy kimś z raną po treningu.
-Co się stało?
-Zniknęłaś, gdy bawiłaś się w chowanego. Nie było cię aż do nocy następnego dnia, kiedy Quinar znalazł cię leżącą na trakcie prowadzącym do Laromantonu. Tym kawałek stąd, za lasem. Byłaś nieprzytomna bądź spałaś. Na szczęście nic ci nie jest. – mama mnie znów przytuliła.
Zaskoczona, przemyśliwałam to, co mi powiedziała. Pamiętam, że byłam w jaskini i jak do niej trafić…ale tyle czasu? Pamiętam też światełka…Mama mnie odsunęła od siebie i popatrzyła mi w oczy.
-Coś pamiętasz? Ktoś cię napadł?
-Nie.. - odszepnęłam. – Byłam w jaskini…
Nagle przypomniałam sobie o moim woreczku. Nadal miałam go przy sobie więc szybko sięgnęłam do środka i wyjęłam kamyczki. Teraz, w środku dnia, miały o wiele ładniejszy kolor i błyszczały. Mama wytrzeszczyła oczy.
-Skąd to masz?
Spojrzałam na nią zdumiona.
-To moje kamyczki, znalazłam je w jaskini. Było ich tam mnóstwo. ]
Maryjka przyjrzała mi się uważnie a następnie wzięła jeden z kamyczków – ten czerwony – i podeszła do uzdrowiciela, który miał na imię Ravni. Zaczęli coś między sobą szeptać a ja w tym czasie przypomniałam sobie, że miałam rankę na nodze od tych kamyczków. Spojrzałam więc na nią i zobaczyłam biały materiał. Następnie pomacałam rankę na czole i wyczułam kolejny materiał.
-Mama, co mi jest?
Mahual oderwała się od rozmowy z uzdrowicielem i spojrzała na mnie roztargniona.
-To nic takiego, masz drobne skaleczenia.
I natychmiast wróciła do szeptania. Ja tymczasem spojrzałam zdziwiona na nią – jak może się nie przejmować dzieckiem! – i usiadłam. A następnie stwierdziłam, że jest tu nudno i chciałam wyjść, jednak mamie się odwidziało i kazała mi usiąść w łóżku, nie zważając na moje protesty.
Łącznie spędziłam w łóżku uzdrowiciela cały tydzień. Było tu śmiertelnie nudno, poza tym, gdy ktoś przychodził do niego, bo miał skaleczenie, rankę lub coś innego i opowiadał fajne historie. Mama często ze mną siedziała, ale miała też treningi, obowiązki w domu (bo jak tata wyjechał to przecież sama wszystko robiła) oraz pomagała innym. Moje rodzeństwo czasem do mnie wpadało ale byli na tyle duzi, że przeważnie na pięć minut. Z ciekawszych wydarzeń po trzech dniach od powrotu odwiedził mnie ma’tui naszej wioski. Usiadł na skraju łóżka i długo się we mnie wpatrywał. Po pewnym czasie poczułam zniecierpliwienie ale nie mogłam go okazać, bo Laro panują nad swoimi emocjami, jak uczyła mnie mama. W tym momencie ma’tui się uśmiechnął i chwycił mnie za rękę. Był naprawdę stary, mógł mieć około 47 loa. Zaczął śpiewnie mamrotać jakieś słowa i poczułam, jak mentalnie we mnie wlewa spokój, wyciszenie i cierpliwość. Uśmiechnęłam się do niego a on odwzajemnił.
Atamarie, mała Khati.
-Atamarie, ma’tui. – po tych słowach położyliśmy prawe ręce na ramieniu drugiej osoby i spojrzeliśmy na siebie, po czym wróciliśmy do poprzedniej pozycji. Mama mnie dobrze nauczyła, bo stary wojownik się ponownie uśmiechnął.
Jak się czujesz?
-Do-obrze. Znaczy nic mnie nie boli.
Chwilę milczał. Znaczy nie wysyłał żadnych myślowych sygnałów.
Czy pamiętasz cokolwiek z twojej małej, powiedzmy, wyprawy?
Zawachałam się a on ścisnął mi zachęcająco dłoń. Stwierdziłam jednak, że lepiej zacząć mówić. Pierwsze kilka zdań było niepewne, ale potem się rozkręciłam i całe napięcie ze mnie uszło. Z entuzjazmem opowiedziałam o tym, jak znalazłam jamę, jak się w niej zgubiłam i o tunelach. W miarę mówienia przypominałam sobie więcej. Opowiedziałam z podnieceniem i zachwytem o kuleczkach, które świeciły i o tej ostatniej, największej. Doszłam do fragmentu z dziwnym kimś na skraju światła i tego, gdzie dali mi jeść.
-A potem zapytał mnie o wioskę…i ja sobie przypomniałam o mamie…i wstałam i chyba na niego wpadłam…i dalej nie pamiętam. – zakończyłam. Ma’tui pogłaskał mnie po ręce a potem spojrzał za okno. Bardzo, bardzo długo siedział w tej pozycji. Zgarbiłam się i westchnęłam ze zniecierpliwieniem. Wtedy się ocknął i spojrzał na mnie z uśmiechem.
Dziękuję ci za twoją historię, Khati. Przepraszam, że zająłem ci czas.
-Nic się nie stało. I tak jest tu nudno. – odparłam bez namysłu a potem zatkałam sobie ręką buzię, przypominając sobie, z kim rozmawiam.
Cieszę się, że nie zmarnowałem twojego czasu. Odparł z cieniem uśmiechu na twarzy. Enohora, mała Khati.
-Enohora, mistrzu.
Wówczas on wstał i wyszedł. Zaraz za zasłoną z koralików, które zawsze mi się podobały, podeszła do niego mama i zaczęła z nim szeptać. Nie zwróciłam na to uwagi, bo oczy same mi się zamykały i poszłam spać.

Kiedy dziś się obudziłam, niewyraźne szepty mamy docierały do moich uszu.
-…przecież mogli ją zabić, czemu tego nie zrobili…
Chwila ciszy.
-Ale..
Znów cisza.
-Podziemne nie są łagodne. W żadnym razie. Pamiętasz chyba przecież niektóre zdarzenia?
I znów cisza. Stwierdziłam, że to ciekawe i zacisnęłam mocno oczy, żeby nie było widać, że wstałam.
-Khati, wiem, że już się obudziłaś.
-No alee noo – zaprotestowałam. – To, o czym mówisz, jest fajne…
Po czym zauważyłam, że obok mamy stoi ma’tui i zaczerwieniłam się po czubki uszu. Jednak on uśmiechnął się i puścił do mnie oczko.
-Kochanie, ja i kilka innych osób chcemy zobaczyć, gdzie jest ta jaskinia… Zaprowadzisz nas tam?
Nadal czerwona skinęłam głową i wstałam z łóżka. Przeszłam przez Domek uzdrowiciela i zobaczyłam, że stoją tam konie. Jakiś wojownik wskazał mi łaciatą. Wsiadłam i przyjrzałam się osobom jadącym z nami. Mieli na sobie pancerze i miecze a jeden łuk. Zdziwiłam się lekko. Po chwili mama wsiadła na konia za mnie i razem pogalopowałyśmy do samotnej góry w lesie. Trochę czasu mi zajęło przypomnienie sobie, gdzie to było, ale znaleźliśmy ten kamień, z którego widać wioskę.
-To tu. – stwierdziłam i zaczęłam szukać dziury. Nie było jej
-Kochanie? – spytała mama. Spojrzałam na nią rozpaczliwie.
-Ta dziura tutaj była, przysięgam. Właśnie w nią wlazłam.
-Tu nic nie ma. – wojownicy połazili konno po wzgórku i zaglądali wszędzie. Następnie spojrzeli z ulgą mieszaną z irytacją na ma’tui i moją mamę.
-Dzieciak kłamie. Tu nic nie ma.
Ma’tui spojrzał na niego. Po chwili wojownik lekko zbladł, zaczerwienił się i znów zbladł. Zeskoczył z konia i dotykając ręką ziemi, wymruczał zaklęcie. Przez chwilę nic się nie działo a potem gwałtownie wstał i pokazał na miejsce, w którym powinna być dziura.
-Tam jest coś. Tam szukamy.
Spojrzałam na niego z irytacją. Przecież to właśnie mówiłam! Wojownicy spojrzeli bezradnie na siebie i zaczęli rękoma odkopywać dziurę. Chwilkę potem okazało się, że dziura faktycznie istnieje, zatem się w nią zagłębili. Albo raczej próbowali, bo dziura była ciasna. Musieli ją trochę rozkopać, przez co zachichotałam a mama spojrzała na mnie surowo. Jednak udało im się wejść i usłyszeliśmy kilka przekleństw, gdy ktoś się nabił na kamyczki. Znowu zachichotałam. Chwilę później jeden z nich się wyłonił i pokazał reszcie Laro stojących na zewnątrz te fajne kamyczki, które znalazłam wcześniej. Okazało się, że nagle wszyscy chcą wejść i tak też zrobili. Na powierzchni zostałam tylko ja i moja mama oraz, oczywiście, ma’tui. Jeden wojownik stał w miarę blisko przejścia i mówił nam krótko, co się dzieje.
-Przegląd jaskini. Część zbiera, część szuka przejścia.
I tak chwilę to trwało. Dwóch wojowników wyszło na zewnątrz z pełnymi sakiewkami, wsiadło na konie i pogalopowało na trakt wiodący, do Laromantonu. Reszta nadal w środku. Po chwili ten, co twierdził, że nie ma dziury, wychylił się znowu, cały zapylony i z ranką na policzku i spojrzał na mnie. Wziął głęboki oddech i zapytał:
-A tu gdzie jest przejście?
Spojrzałam pytająco na mamę, która skinęła głową. Zeskoczyłam z konia, przez co zabolała mnie noga i podeszłam do dziury, w którą bez problemu się wślizgnęłam. Przez to, że stało tam teraz kilkunastu wojowników, zrobiło się ciasno. Jeden trzymał pochodnię i przez to mogłam się swobodnie rozejrzeć po jaskini.
Była średnich rozmiarów i miała kolorowe ściany, takie jak kamyczki na ziemi. Poza wielkim głazem było to kilkanaście innych dużych kamieni, jednak ja bez wahania skierowałam się do tego największego i za nim wskazałam na ścianę.
-Tu było. Zasypali. – stwierdziłam z przekonaniem.
-Czemu? – wydawał się zaskoczony. Spojrzałam na niego z politowaniem.
-Może nie chcą gości?
Zastanawiał się chwilę nad moimi słowami.
-Masz rację. Odsuń się, a my to odkopiemy.
Posłusznie odsunęłam się na bok, patrząc, jak ręcznie pracują. W ciągu kilku sekund cała jaskinia była zapylona, co jeszcze bardziej ograniczyło widoczność. Jednak w momencie, gdy odkopali mama i ma’tui zeszli na dół a jeden wojownik wyszedł, bo strasznie kichał i miał pilnować koni.
-Tak, Hvirny, właśnie idziemy. – odparł grzecznie ten z przodu, kierując słowa do ma’tui. On ma na imię Hvirny?? Dziwne imię. Zmarszczyłam nos i wlazłam w kolejną dziurę, zanim ktokolwiek mnie powstrzymał. Znowu sobie podarłam spódniczkę ale tym razem widziałam, jak wygląda ten tunel.
Jego ściany też były kolorowe ale mniej, za to całkiem okrągłe. Na ziemi były kolejne kamyczki, więc szybko trochę zgarnęłam i wsadziłam do woreczka, zanim kolejny przechodzący zauważył.
-Chciało ci się tu wchodzić? – mruknął. Wziął pochodnię od tego z tyłu i idąc powoli, uważnie wbijał wzrok w to, co ma przed sobą, żeby nie umknął mu żaden szczegół. Po moich dwudziestu krokach tak, jak pamiętałam, korytarz się rozszerzył i zamienił w kolejną jaskinię. Ściany miała w różnych miejscach wypukłe i wklęsłe, ale żadnej dziury, nawet najmniejszej. Zatrzymaliśmy się na środku.
-A teraz gdzie?
Spojrzałam na niego lekko zdenerwowana.
-No…tu się właśnie zgubiłam…
Spojrzał na mnie, unosząc brwi.
-Czym się denerwujesz?
-Nie jestem tak odważna jak ty, kiedy pokonywałeś Divlana z huanu Ahi. – odparłam grzecznie, przypominając mu jego niedawne zwycięstwo. Mama mnie tego nauczyła, tak jak wiele innych rzeczy. To pomaga w rozmowach. I rzeczywiście, uśmiechnął się lekko i potarł swój nowy tatuaż nad okiem, który je oznaczał.
-Od tego miejsca szukamy. – zarządził i zaczął obmacywać ściany. Dołączyła do niego reszta.
-I nic.
-Może magia? – zasugerował któryś, przez co ten znów musiał szukać dziury magicznie.
-Tam – wskazał na ścianę po lewej stronie dla tych, co wchodzili i znów wszyscy kopali. Tym razem przejście otworzyło się zaskakująco szybko i wojownicy szybko zebrali się, żeby wejść. Byłam druga w kolejce zaraz za tym głównym. Który zamarł po drugiej stronie dziury. Gdy się ciekawie wychyliłam, ujrzałam wyłaniający się ciemności długi, jasny miecz, który celuje w tego, co wszedł. Osoba, która go trzymała, w drugiej ręce miała drugi miecz. A za nią widać było niewyraźnie inne postacie.
-Stop.
To jedno słowo wystarczyło.
-To on. – oznajmiłam temu przede mną. – Ten, co tam ze mną gadał. – Byłam bardzo zadowolona z siebie. Najwyraźniej jednak on nie był, bo mnie odepchnął do tyłu, co mi się bardzo nie podobało. Zaparłam się, żeby zostać po tej stronie dziury, gdyż robiło się tu interesująco. Osoba stojąca z mieczami na widok pochodni, która usiłowała tu wejść, podeszła bliżej i powiedziała:
-Ogień nie.
Spojrzałam na niego i zobaczyłam, że to jest elf. Był bardzo biały i miał krótkie białe włosy, natomiast jego ubranie było ciasne i przylegające i całe czarne. Jego twarz, dłonie, ręce i w ogóle całe ciało pokrywały tatuaże takimi fajnymi, kanciastymi i pajęczymi wzorkami. Natychmiast stwierdziłam, że sobie takie zrobię. Celował w nas z dwóch mieczy, tych, których się używa jedną ręką, jak mój tata, i wyglądał bardzo groźnie. Za nim stało kilkanaście lub więcej elfów, dokładnie takich jak on. Były tam też dwie elfki.
-Podziemne! – Krzyknęłam z zachwytem i natychmiast się uciszyłam pod ostrzałem conajmniej dziesięciu ostrych spojrzeń.
-Witaj. – skwitował krótko elf na przodzie.
-Atamarie Muhu. – odpowiedziałam zadowolona. Wreszcie mogli mi uwierzyć! Podziemny roześmiał się tylko. I zwrócił do wojowników Laro.
-My..ją – wskazał na mnie – daliśmy wam…całą. Czego wy chce?
Przez chwilę panowała cisza.
-Byście odeszli stąd. – odparł powoli i dobitnie jeden z wojowników. Zauważyłam, że ma’tui przepchnął się niemal na przód grupy i wsłuchiwał się w każde słowo. Pochodnia została w poprzednim pomieszczeniu, by nie prowokować.
I ja i podziemny spojrzeliśmy na niego, tylko że ja z oburzeniem a podziemny bez wyrazu.
-Czemu?
Proste pytanie sprawiło, że Laro spoglądali na siebie.
-Nie chcemy konfliktu. – odparła w końcu moja mama.
-Nie ma.
-Ale może być. Nie wiemy, czego chcecie…
-Więc broń? – Przerwał jej niemiło.
-Odejdźcie, póki możecie. – Odparł wojownik.
-Czemu? – Zapytał znowu tamten.
-No i dokąd? - Wtrąciłam się. – Myślisz, że gdyby tobie powiedzieli, że masz opuścić wioskę, bo tak to miałbyś gdzie pójść i chciałbyś tego?
Podziemny i Laro spojrzeli na mnie, potem na swoje miecze, a potem na siebie. Laro pierwszy opuścił broń. Podziemny dopiero po chwili się wyprostował.
-Ciesz się, że rozmowa. Nie byś żył. My zamkniemy tunel.
-Cieszę się – odparł krótko Laro i dodał. – Dziękuję za to. My też zamkniemy. I jeżeli cokolwiek zrobicie w naszej okolicy bez powodu, rozpoczniemy wojnę.
Tamten skinął głową a potem nieruchomo stał i patrzył ze swoją świtą, jak opuszczamy jego tunele.
***
-Tata przyjeżdża! Tata! Jak fajnie! – Krzyczałam i skakałam po całym domu.
-Khati! Uspokój się! – Krzyknęła mama. Postarałam się trochę uspokoić. – Nie wiesz, że bardzo źle są widziane takie emocje? Już dość przy podziemnych wyskoczyłaś, co sobie oni pomyślą.
-Muhu myśli, że jestem fajna. – Zaprotestowałam. Mama uśmiechnęła się lekko.
-Tego nie wiesz. W ogóle, czemu go tak nazywasz?
-Powiedział, że ma tak na imię. – Odpowiedziałam. Tym razem mama się zaśmiała.
-Czemu się śmiejesz? – Zapytałam obrażona. Uspokoiła się i przytuliła mnie.
-On sobie z ciebie zażartował. – Odpowiedziała. – Muhu znaczy dosłownie „nieważne”. Ale się tym nie przejmuj.
Patrzyłam na nią szeroko otwartymi oczami.
-Ale jak to?! – wrzasnęłam z całej siły. Łzy stanęły mi w oczach. – Okłamał mnie? Przecież to jego imię! To tego nie znaczy, nie, wcale nie!
Wyrwałam się mamie z objęć i uciekłam do siebie do pokoju. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam płakać. Po chwili usnęłam.

-Khati?
Mruknęłam, nie chciałam wstawać. Ale głos brzmiał znajomo. Otworzyłam jedno oko.
-Tata! – Krzyknęłam i rzuciłam się mu na szyję. – Wróciłeś!
Roześmiał się serdecznie i poczochrał mi włosy. Popatrzyłam na jego twarz, szukając nowych tatuaży i znalazłam aż cztery.
-Wróciłem. – Potwierdził. – Zostałem ranny na tyle, że stałem się ciężarem, zatem dowódcy oddelegowali mnie do domu.
Pokazał mi swoją zabandażowaną nogę i powiedział, że nic mu nie będzie, więc byłam spokojna. Opowiedziałam mu całą moją historię, której wysłuchał z zainteresowaniem a na koniec stwierdził:
-Jak dobrze, że nic ci się nie stało. Cieszę się.
Pocałował mnie a następnie ostrożnie zszedł do kuchni. Stwierdziłam, że pójdę za nim, ale nie będę wchodzić, bo usłyszałam kawałek rozmowy rodziców.
-Tubylcy są strasznie silni, ale jakoś dajemy radę. Ciężko jest.
-Bardzo źle?
-Z ludzkich padła Styria i Wergundia, doszli aż pod góry Maegros.
Brzęk tłuczonego naczynia.
-To straszne!
-Ano tak – potwierdził tata. – Ale tutaj nie mają po co przychodzić. Jesteśmy zbyt daleko na wschód by ich to interesowało. Więc się nie martw.
-Czemu są tacy silni?
-Mają broń…
Dalej mnie to nie interesowało, więc weszłam do kuchni i rodzice natychmiast przerwali rozmowę. Uśmiechnęłam się i zaczęłam pomagać mamie w kuchni a tata się przyglądał. Znów byliśmy razem.

Wieczorem, po umyciu się, poszłam szybko spać. Miałam fajne sny, ale w nocy coś mnie obudziło. Poszłam na chwilę do rodziców, żeby się przytulić i wtedy usłyszałam cichy szmer z mojego pokoju. Tata też, więc wstał i poszedł ze mną sprawdzić, o co chodzi. Mój pokój jest mały, ma łóżko, szafkę, która jest moją dumą, bo jest z drewna, oraz coś na kształt stołu. Tata przejrzał wszystko, czy czegoś gdzieś nie ma, łącznie z szafą, skrzywił się na widok bałaganu w niej, pogłaskał mnie i poszedł spać. Podeszłam do łóżka i zauważyłam, że kołdra jest ułożona inaczej, niż ją zostawiłam. Odkryłam ją z ciekawością i zauważyłam zawiniątko, zrobione z szarego materiału. Po otworzeniu go ujrzałam prześliczną broszkę z wprawionymi kamyczkami, która służyła chyba do przytrzymania płaszcza. Obejrzałam ją ze wszystkich stron a potem dopiero zauważyłam karteczkę do niej przypiętą. Pisało na niej „Dziękuję, Muhu.„.Uśmiechnięta, położyłam broszkę koło łóżka, przykryłam się kołdrą i zamknęłam oczy. Dziękuje mi chyba za to, że przyszłam ich odwiedzić. Po chwili przypomniało mi się coś jeszcze.
A jednak miał na imię Muhu.



 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.