Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze swiata gry.
 

obozy
 
Nowość!

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:






 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Skład minerału numer 13- Karol Kot
 
Skład minerału numer 13
Artur westchnął w oczekiwaniu. Tunel w którym leżał był chyba najbardziej niekomfortowym miejscem w jakim kiedykolwiek był. Gdy weszli do niego, na oko godzinę temu był jeszcze suchy a jego ubrania były względnie czyste. Teraz jego szaty przesiąkły wodą i błotem zbierającymi się w zagłębieniach i nierównościach podłoża. Prawy rękaw był w strzępach po tym jak musieli przeczołgiwać się przez bardzo wąski otwór, w zawalonym korytarzu jednych z wielu ruin za południa.
Na szczęście ten etap podróży był już prawie za nim. Ze swojej pozycji widział już co było na zewnątrz tunelu, czuł zimny powiew nocnego powietrza za-południa i słyszał szum burzy trwającej na zewnątrz. W świetle pioruna który przeszył niebo zaobserwował że ziemia na zewnątrz tunelu kończy się po kilku krokach… jakby dziura albo przepaść. To było martwiące, zwłaszcza gdy myślał o swoim wygrzebywaniu się z tego wąskiego otworu.
Poczuł stuknięcie w podeszwę swojego buta. Znak że Nirav też pokonał to wąskie przejście o które zniszczył swój rękaw. Znak że mógł ruszać dalej. Wyciągnął lewą dłoń i zaczął powoli pełznąć w kierunku wyjścia, ocierając łokciami o ścianki tunelu.
Doczołgał się przed otwór, do którego wpadał zacinający deszcz. Z ulgą powitał wreszcie zimną wodę na skórze, po godzinie brodzenia w ciepłej i zatęchłej wodzie zbierającej się w tych ruinach. Wyciągnął rękę i schwycił krawędź otworu by się z niego wydostać.
Nim wykonał następny ruch jego ręce zamarły. Lewa trzymała krawędź tunelu zaś prawa była wyciągnięta do przodu. Przestał się ruszać i bezgłośnie wciągnął powietrze. Dopiero z tego miejsca zauważył kształt. Nieregularny, znajdujący się na wprost wyjścia z tunelu. Gdyby nie fakt że w tym miejscu nie przelatywał deszcz pewnie w ogóle by go nie dostrzegł.
Nagle kolejny piorun oświetlił okolicę wraz z wyjściem do którego zmierzał. Podczas tego krótkiego momentu mógł zidentyfikować znajdujący się przed nim kształt. Była to czyjaś goła stopa.
Od razu się domyślił co to takiego. Tylko jeden rodzaj ludzi mógł się kręcić po okolicy bez butów. Widział przed sobą nogę dzikusa. Powoli zabrał swoją dłoń w głąb tunelu i zaczął gorączkowo myśleć.
Nie możemy tu zostać. Tobias będzie na nas czekał, więc nie mogę tu nawet poczekać aż ewentualnie ten prymityw się oddali. Nie dam rady też wygrzebać się bez zwrócenia na siebie uwagi. Za mało miejsca przed wyjściem. Jakieś pół metra, może trzy czwarte i potem ta krawędź… A no właśnie. Krawędź.
Gdyby nie to że tunel był tak wąski odwróciłby się do Nirava i poprosił go o nóż. Zastanawiał się jak to rozegrać. Być może mógłby złapać go za tą nogę i pociągnąć wytrącając go z równowagi. Ale nie miał gwarancji, że wystarczy mu miejsca by ten się przewrócił i spadł. Leżał tak minutę w bezruchu, dopóki nie poczuł kolejnych stuknięć w okolicach buta. Nirav pewnie zastanawiał się czemu ich spowalnia. Cholerny Styryjczyk. Nie widział innego wyjścia jak sięgnąć do magii.
Jak to najlepiej rozegrać… podmuch od strony ściany pod którą jest ten tunel mógłby go zepchnąć. Ale nie mam pewności jak wysoka jest ta ściana. I czy w ogóle tam jest. Za to podmuch który uderzyłby od przodu, tylko w obszarze nóg dosłownie by go ściął.
Zaczął skupiać w sobie energię potrzebną do wykorzystania magii. Podejmował duże ryzyko, bo jeśli nie uda mu się zepchnąć tubylca za pierwszym razem, ten na pewno usłyszy jak wypowiada magiczną formułę i podniesie alarm. Był gotów do rozpoczęcia inkantacji, gdy w ostatnim momencie postanowił ją udoskonalić.
- Xirrit indargari hazea eder.
Poczuł jak zebrana energia uwalnia się z jego ciała wprawiając w ruch powietrze. Potem usłyszał krótki okrzyk, oddalający się i słabnący. Uśmiechnął się pod nosem. Modyfikacja zaklęcia się opłaciła. Nie tylko podciął mu nogi mocnym podmuchem od przodu ale i wprawił ciało w ruch, dzięki skierowaniu drugiej fali powietrza tak by uderzyła w jego plecy. Jak dobrze, że trwała właśnie burza. Dzięki temu łatwiej było manipulować wiatrem.
Chwycił w dłonie krawędzie tunelu i podciągnął się, wydostając się wreszcie na zewnątrz. Uważając by nie skończyć jak zrzucony dzikus wyciągnął z otworu nogi i przysiadł na skarpie, mogąc wreszcie zaciągnąć się świeżym powietrzem. Czekał aż Nirav wreszcie się wyczołga i obserwował otoczenie.
Mimo mroków nocy i zacinającego deszczu, coraz lepiej widział w jakim miejscu się znaleźli. Półka skalna na której przysiadł ciągnęła się w prawo i lewo, zapewniając niewielką przestrzeń między krawędzią a zarośniętym murem. Górna część ściany w całości pokryta była bluszczem, zaś bliżej podłoża dostrzec można było cegły jasnego koloru, gdzieniegdzie wypadające spomiędzy wiekowej zaprawy.
Teren rozpoczynający się za krawędzią wyglądał jak jakaś dolina. Spadek ciągnął się kilkanaście stromych metrów w dół, tylko po to by ustąpić zalesionemu obszarowi ciągnącemu się na dole. Podążając wzrokiem za drzewami ciągnącymi się po horyzont dojrzał wreszcie to czego szukał. Przerwa w drzewach, z której wydobywało się światło. Nirav już prawie wyszedł z tunelu. Artur spojrzał na niego i stwierdził:
-Znaleźliśmy to. Widać światła Sowiogórza.
-Świetnie. Trzymaj, przeszkadza mi w wydostaniu się.
Ciemnowłosy Styryjczyk ściągnął pas dotąd przewieszony przez jego ramię i podał mu. Gdy go pociągnął, z tunelu wypadł metalowy pojemnik w kształcie dużej tuby przyczepiony do pasa. Artur przycisnął go do piersi i czekał aż jego towarzysz wydostanie swoje nogi z otworu w ścianie. W końcu obydwoje przysiedli na krawędzi, pozwalając swobodnie zwisać nogom.
-Długo zwlekałeś z wyjściem. Problemy?
-Jeden dzikus, aktualnie leży o, tam.
Wskazał ręką w dół zbocza. Nirav się roześmiał.
-Kto by pomyślał że z ciebie taki nieprzyjemny typ! Ha, jednak co Wergund to Wergund. No, nie mamy czasu na długi odpoczynek. Tobias z oddziałem pewnie już czekają.
Artur rozejrzał się w obydwie strony, lecz było zbyt ciemno by określić która z nich wiodła na dół.
-Jak zejdziemy po zboczu? Nie mamy czasu latać w obydwie strony i szukać dogodnego zejścia.
Nirav wyszczerzył zęby.
-Wiedziałem, że zapytasz magu.



Wsadził rękę do tunelu z którego ledwo co się wydostali i przez chwilę w nim grzebał. Wyciągnął z niego gruby zwój liny, który następnie zrzucił w dół zbocza.
-Chyba sobie jaja robisz.
Wciąż uśmiechając się pokręcił głową i gestem kazał oddać mu pojemnik. Przewiesił go ponownie przez ramię. Następnie chwycił sznur wystający z tunelu.
-O nic się nie bój. Zadbałem by to porządnie związać tam w środku.
Jeszcze raz spojrzał na Nirava. Ubrany w brązowe spodnie i ciemnozieloną tunikę z nałożoną skórzaną kamizelą mężczyzna właśnie szykował się do zejścia. Z jednego boku zwisała ciemna torba, a z drugiego metalowa tuba. U pasa kołysał się mały zestaw noży wraz dwoma mieczami. Styryjczyk ostatni raz spojrzał w dół.
-Odlicz pięć minut i zacznij schodzić za mną. Do zobaczenia na dole!
Lina naprężyła się gdy mężczyzna zaczął schodzić w dół zbocza, niknąc Arturowi z widoku.
Nie miał nic lepszego do roboty niż siedzieć i cierpliwie liczyć upływający czas. Nie przerywając liczenia w głowie przyjrzał się swojemu prawemu ramieniu, oceniając stan swojego zniszczonego uniformu. W ciemnościach nie było widać koloru jego szat, ale wiedział doskonale że są jasno szare, oznaczające specjalizację w magii powietrza. Coś z czego czuł się dumny, było teraz w dosyć kiepskim stanie. Prawy rękaw był przecięty i postrzępiony od kontaktu z ciasnymi przejściami, a ogólnie pojęta czystość jego stroju pozostawiała wiele do życzenia.
W końcu w myślach dotarł do trzystu. Pięć minut. Spojrzał na napiętą linę. Nie wyglądało na to by Nirav już zszedł. Może powinien zaczekać? Ale nie mogli sobie pozwolić na jakiekolwiek opóźnienia.
Zbliżył się do zbocza ze sznurem i chwycił napięty jego fragment. Nie czuł się przekonany co do swoich umiejętności w takim schodzeniu, ale nie miał wyboru. Powoli zaczął się opuszczać, uważając by nogi stale miały oparcie.
Było to niezwykle stresujące doświadczenie. Cały czas przygotowywał się do rzucenia jakiegoś zaklęcia asekuracyjnego, czegoś co nie pozwoli mu spaść, na wypadek gdyby źle oparł stopę lub zwyczajnie puścił linę z jakiegoś powodu. Na jego oko minęło zdecydowanie więcej czasu niż pięć minut jakie dał sobie na zejście styryjski zwiadowca. Wydawało mu się że schodzi już tak godzinę i zastanawiał się czy przypadkiem Nirav nie przecenił wysokości zbocza. Jednak chwilę później poczuł że coś blokuje mu zejście. Przesuwając stopą po podłożu na które się natknął sprawdził czy ułożenie skał nie płata mu figli, ale wydawało mu się że jest względnie płasko. Gdy trafił butem na kępkę trawy, był pewien że dotarł.
Puścił linę, dotąd mocno napięta teraz zaczęła zwisać luźno. Gdy wreszcie miał to za sobą, poczuł że bolą go dłonie od kurczowego ściskania sznura. Odwrócił się od zbocza. Spodziewał się że Nirav stoi za nim czekając aż ruszą dalej, lecz… nie dostrzegł nikogo. Ze zdziwieniem przyglądał się gęsto rosnącym drzewom które rozciągały się gdzie okiem sięgnąć. Zaczął rozglądać się w poszukiwaniu Styryjczyka.
Na lewo od Artura zalegał jaśniejszy kształt wielkości człowieka. Ruszył w jego kierunku.
O cholera jasna… no nie, nie mógł spaść. Przecież miał doświadczenie w takich akcjach, sam mówił że był w takich zadaniach szkol… Ach.

Na ziemi spoczywało ciało tubylca, z kończynami wygiętymi w nienaturalnych kierunkach. Wyglądało jak lalka, którą ktoś upuścił na ziemię. Stawy powykręcane były w różne strony. Pod ciałem zbierała się mała kałuża, najpewniej krwi. Nie poświęcił jednak wiele czasu na wpatrywanie się w dzikusa. Oderwał wzrok gdy spomiędzy drzew po prawej stronie coś stuknęło.
Gdy spojrzał w tamtą stronę dostrzegł Nirava przyciskającego palec do ust w geście milczenia. Następnie machnął ręką by szedł za nim. Nie patrząc czy spełnił polecenie odwrócił się napięcie i wkroczył dalej między drzewa.
Nie mając dużego wyboru Artur zaczął iść za nim, przedzierając się przez krzaki o które co i rusz zahaczał swoją długą szatą. Patrzył za siebie co jakiś czas, sprawdzając czy dostrzega wciąż zbocze z którego zeszli. W końcu stracił je z widoku, ale oni dalej szli w głąb lasu.
Już miał zadać mu pytanie dlaczego prowadzi go w tą gęstwinę, gdy Styryjczyk napięcie się zatrzymał. Znów przyłożył palec do ust, zaś drugą ręką wskazał w kierunku przeciwnym do tego, z którego przybyli. Przez liście drzew i krzewów przebijało się nikłe światło. Zwiadowca kucnął i zaczął powoli iść w kierunku światła, więc i on tak zrobił. Zeszło mu to zdecydowanie dłużej z uwagi na konieczność trzymania rąbków swych szat by nie szorowały po podłożu, ale w końcu zrównał się z Niravem.
Na niewielkiej polanie znajdującej się przed nimi stała grupa ciemnych kształtów skupiona w kręgu. Wyglądało człekokształtnie i przez chwilę pomyślał że natknęli się na patrol wroga. Jednak wtedy Styryjczyk wolałby uniknąć zbliżania się do nich, raczej obeszliby całą tą zgraję. Artur był prawie pewien że wie kogo widzi na polanie, ale postanowił się upewnić. Po raz kolejny tej nocy skupił się na swych wewnętrznych pokładach mocy i wyszeptał najciszej jak potrafił:
- Hazea indargari muthu xirrit errekorra.
W jego uszach rozległy się głosy, tak wyraźne jakby stał tuż obok tych ludzi i słuchał.
-Jest już grubo po czasie, o tej porze mieliśmy już wysadzać. A tymczasem stoimy tu jak debile w deszczu i czekamy. Długo jeszcze?
-Skąd mam wiedzieć? Dajcie no tu płaszcz i światło, sprawdzę jeszcze raz mapę czy przypadkiem nie jesteśmy w złym miejscu.
-Sprawdzasz ją już trzeci raz Tobias. Nie mogliśmy się pomylić, a tą dwójkę zjadły wilki. Albo dzikusy. Nie wiem co gorsze.
Uśmiechnął się gdy rozpoznał te głosy. Zmodyfikował formułę zaklęcia i wyszeptał:
-Xirrit hazea errekorra. Nadchodzimy z pobliskich krzaków. Powiedz Dyterowi, że wolałbym wilki.
Klepnął Nirava w ramię i pokazał uniesiony kciuk, a następnie wstał i zaczął przedzierać się przez zarośla. Wyszli na polanę i zbliżyli się do grupy ludzi. Teraz gdy wreszcie widział ich z bliska zdał sobie sprawę, że jest ich… mało.
-Gdzie jest reszta? Rozdzieliliście się?
Jednak w chwili gdy zadał pytanie wiedział już że odpowiedź nie będzie twierdząca. Barczysty Wergund o jasnych włosach, ich dowódca Tobias Rastor zaczął mówić.
-Dobrze, że prawdziwy ładunek poszedł z wami. Na naszej drodze spotkaliśmy całą kolumnę tubylców, najpewniej idących jako wsparcie dla tych przy Vekowarze. Zajęli nam jedyną drogę więc musieliśmy przypuścić atak.

Przerwał na chwilę. Spojrzał po otaczających do twarzach.
-Na początku szło dobrze. Egbert spalił żywcem jakiś tuzin, wysyłając kulę ognia prosto przez przekrój kolumny. Reszta rzuciła się z mieczami na niedobitków. Wydawało się że pójdzie gładko i obejdzie się bez strat… I wtedy wyskoczyły Aguary. Pewnie podążały za dzikusami poboczem, wśród drzew. Zanim zdążyłem usiec kogokolwiek padli bracia Ross. Uratowało nas chyba tylko to, że to nie były te tresowane sukinsyny. Były dzikie. Gdy to zrozumieliśmy zaczęliśmy spieprzać w podskokach. Zebraliśmy tylu rannych ilu mogliśmy. Aguary zajęły się tubylcami. Gdyby za nami pobiegły to teraz byśmy tu nie rozmawiali.
Znów zrobił przerwę. Mruknął pod nosem by wszyscy sprawdzili sprzęt, na co cały oddział zaczął sprawdzać kieszenie, torby, kaletki oraz testować czy broń wysuwa się gładko z pochew.
-Bracia Ross. Dwójka styryjskich gwardzistów. Alice. Nasz szurnięty sapientysta Morgan. Kusznik z Ormurinu. Łącznie siódemka ludzi. Teraz gdy do nas wróciliście jest nas trzynaście. Mam nadzieję że to wystarczy.
Zapadła grobowa cisza. Tobias sam zaczął sprawdzać swoje oporządzenie. Po chwili jednak przestał, jakby sobie o czymś przypomniał. Zdjął z ramienia torbę. Wcześniej jej u niego nie zauważył.
-Artur, weź torbę Morgana. Udało się nam ją odzyskać. Uważaj, same fiolki alchemiczne. I pilnuj jej jak oka w głowie. Tylko dzięki tym miksturom odpalimy to maleństwo.
Wskazał na metalowy pojemnik który niósł Nirav. Dodał jeszcze ,,ruszamy za trzy minuty” i oddalił się by skończyć swoje przygotowania.
Spojrzał na skórzaną torbę którą dostał w opiekę. Była dosyć ciężka i sztywna. Z ciekawości otworzył ją by zobaczyć co przyjdzie mu nieść. Była to w zasadzie drewniana rama obleczona skórą, w którą wsadzone były szklane fiolki wypełnione różnokolorowymi płynami. Wszystkie zatkane były korkami i zabezpieczone drewnianą klapą zamykającą ramę od góry. Zamknął klapę i zapiął ją na klamry, a następnie przewiesił całą torbę przez ramię.
Przywitał się po kolei z ludźmi z którymi przyszło mu dzielić los. Nie widzieli się od kilku godzin, gdy zgodnie z planem on i Nirav zabrali ładunek inną trasą, niż ta którą poszła reszta dwudziestoosobowego oddziału. Uścisnął dłoń magowi ognia Egbertowi. Na jego pomarszczonym czole i siwych włosach zawiązany był bandaż, którego nie było gdy ostatnio się widzieli. Pozdrowił ciężkozbrojnych wojowników z Ormurinu, teraz już trójkę gdyż ich strzelec niestety nie przeżył spotkania z dzikimi. Porozmawiał chwilę ze swoimi najbliższymi towarzyszami, dwójką żołnierzy z Zielonego Tymenu, którego częścią on także był. Do rozmowy dołączyła się ostatnia członkini gwardii arcyksięcia oraz Nirav. Dowódca, który stał niedaleko był zajęty rozmową, z wergundzkim inżynierem – Erickiem dar Vaunerem i jego kolegami po fachu – magiem życia Ednitem i maginią powietrza, Dagmarą. Po krótkiej wymianie zdań zwrócił się do wszystkich.
-Panie i panowie. Zostało nam mniej niż trzydzieści minut drogi do magazynu minerału położonego niedaleko Sowiogórza. Nasz cel jest wam chyba znany. Z pomocą prototypowego ładunku wybuchowego skonstruowanego przez styryjskich inżynierów i nieodżałowanego alchemika Morgana, mamy wysadzić składowisko minerału należące do dzikusów. Nasze dowództwo, oraz wasze oczywiście – tutaj zwrócił się do obecnych w grupie Styryjczyków – zgodziło się co do kwestii iż niemożliwe jest przetransportowanie leżącego tam minerału na nasze tereny. Dlatego musimy go zniszczyć.
Wskazał na Nirava.
-Nirav będzie transportował ładunek do głównego magazynu, do którego zna drogę gdyż sam tam kiedyś pracował. Ponieważ straciliśmy naszego alchemika, za proces odpalenia odpowiada od teraz Artur. Gdy dostaniemy się na teren składu minerału podzielimy się na dwa zespoły. Nirav i Artur udadzą się do magazynu, wesprą ich Marwald, Osmund – wskazał na dwójkę z zielonego tymenu – oraz Erick. Reszta zostanie ze mną na głównym placu na wypadek jakiegokolwiek kontrataku. Musimy utrzymać bramę do czasu aż będziemy mogli się wycofać. Wszyscy pamiętają plan składowiska?
Wszyscy przytaknęli. Przed oczami zamajaczył mu rysunek pokazany im jeszcze w Vekowarze. Dawniej kilka przybudówek znajdujących się przed kopalnią minerału. Teraz wycięto drzewa wokół tych zabudowań i postawiono palisadę. Większość dawnych budynków usunięto i w ich miejsce wyrosła wielka przestrzeń magazynowa. Reszta terenu w obrębie palisady stanowiła prowizoryczne obozowisko dzikusów.
Ruszyli w drogę. Na przedzie kolumny kroczyli najemnicy z Ormurinu, przedzierając się przez zarośla z pomocą tarcz. Za nimi odnaleźli miejsce magowie, w tym Artur. Dalej szedł Nirav wraz z Tobiasem i o czymś intensywnie rozmawiali. Erick wraz z chłopakami z zielonego tymenu i styryjską gwardzistką pilnowali ich pleców.
Droga była ciężka. Gdy wydostali się z gęstego lasu, zaczęli wspinać się po dosyć stromym zboczu. Dodatkowo siekący deszcz utrudniał jakąkolwiek wspinaczkę i powodował że ziemia się obsuwała spod stóp. Kilka razy zdarzyło mu się stracić równowagę, co skutkowało kurczowym łapaniem torby z alchemicznymi odczynnikami. W końcu pokonali i ten etap podróży. Wyglądało na to, że dostali się na jakiś szlak. Gdy wszyscy stali już na płaskim gruncie, domniemanym szlaku Tobias sięgnął po mapę. Osłonił ją przed deszczem z pomocą peleryny, zaś Osmund przyświecił mu latarnią. Po krótkim przestudiowaniu planu udali się w lewą stronę, która miała być wschodem. Utrzymywali szyk obrany na początku, z trójką najemników na czele. Szli błotnistą drogą jakieś piętnaście minut. W końcu Tobias rozkazał się zatrzymać. Wziął ze sobą Egberta i ruszyli przodem by przeprowadzić zwiad.
Czekali na nich w ciszy. Przesunęli się bardziej w kierunku skraju drogi, w kierunku stoku po którym niedawno się wspięli, na wypadek gdyby musieli zejść z traktu. Nie było rozmów. Stali ponuro, wszyscy przemoczeni. Im dłużej czekali tym gorsze myśli nachodziły Artura.
Jak dawno temu poszli? Nasz cel nie może być daleko, przynajmniej nie na tyle by tak długo nie wracali. Mam bardzo złe przeczucia.
Nagle coś zachrzęściło na żwirze. W ich kierunku biegł przygarbiony Tobias Rastor, odwracając głowę jakby sprawdzał czy nikt za nim nie podąża. Wszyscy zebrali się przy nim w półokręgu starając się usłyszeć co mówi.
-Znaleźliśmy wejście, ale będzie ciężko sforsować bramę. Egbert stwierdził, że z pomocą Artura i Dagmary mogą spróbować wyrwać ją z zawiasów. Ruszamy, zachowajcie ciszę.
Poprowadził ich skrajem ścieżki. W pewnym punkcie rozkazał zatrzymać się reszcie oddziału, a sam zabrał dalej dwójkę magów powietrza. Przebiegli na przełaj na prawą stronę drogi, a następnie weszli między zarośla i krzewy rosnące przy szlaku. Ich liście były ostre i za każdym razem gdy Artur otarł się o jeden, powstrzymywał się by nie syknąć z powodu ukłucia.

Dostrzegli przed sobą czerwień szaty Egberta. Dowódca klepnął go po ramieniu i zaczął cofać się w kierunku gdzie pozostawił resztę oddziału. Na odchodne rzucił do maga ognia:
-Tak jak rozmawialiśmy, wkroczymy gdy dostrzeżemy płomień.
I zniknął między krzewami. Zbliżyli się do Egberta przywołani gestem i zaczęli słuchać.
-Dzicy zbudowali tu sobie całkiem grubą palisadę. Spodziewałem się tego, ale za nic nie przewidziałem, że będzie tutaj brama. Nie mam pojęcia skąd wzięli do niej zawiasy. W każdym razie nie są to żadne liche drzwi, o nie. To solidny kawał drewna którego nie spalę szybko i niezauważenie, zwłaszcza w deszczu. Więc zrobimy coś innego.
Wskazał za siebie. Gdy usunął się nieco z widoku dostrzegli obwarowania o których mówił. Palisada, wysoka na jakieś trzy metry, w której było wcięcie na bramę. Nie spodziewali się kompletnego muru, plan zakładał przerwę w murze. Tak było jeszcze kilka tygodni temu, gdy przeprowadzano w tym regionie rekonesans.
-Będziemy musieli połączyć zaklęcia. Zaczniecie od wspólnego podmuchu uderzającego w tą bramę. Wtedy ja wplotę w to płomień. Następnie wy zwiększycie moc podmuchu na tyle na ile potraficie. To będzie sygnał dla reszty ekipy by zacząć atak. Tobias chciał przeprowadzić cichszą akcję, lecz warunki nam to uniemożliwiają. Teraz liczy się tempo naszego szturmu.
Jeśli Artur miał przeprowadzić taką operację, będzie musiał odnowić swoją energię. Zużył jej nieco podczas drogi tutaj.
-Poczekajcie chwilę. Muszę sięgnąć po rezerwuar.
Sięgnął do kieszeni w wewnętrznej stronie swoich szat i zaczął szukać gładkiego kształtu. W końcu wyczuł zimny, owalny przedmiot. Nie musiał nawet wyjmować go z kieszeni by zaczerpnąć mocy. Poczuł jak mija zmęczenie gdy energia zmagazynowana w niebieskim kamieniu przepływa i wzmacnia jego własne pokłady.
Spojrzał na Egberta i Dagmarę, czekających aż uzupełni energię. Skinął głową na znak że jest gotów. Przeszli na skraj lasu, na teren który został wykarczowany by zbudować palisadę. Znów poczuł na włosach deszcz, lecz był tak zmoczony że było mu wszystko jedno. Zadał Dagmarze pytanie.
-Gotowa?
-Tak.
Razem zaczęli inkantację. Ich głosy złączyły się w jedną całość gdy wiatr zaczął uderzać w bramę w palisadzie.
-Hazea xirrit eder indargari muthu.
Po chwili usłyszeli jak Egbert dołącza się do ich chóru. Zza palisady dosłyszeli krzyki i wrzaski, gdy dzicy zorientowali się że ktoś ich atakuje. Głos maga ognia urósł w siłę.
-Soru itha indargari xirrit alea!
Gdy starszy mag wypowiedział ostatnie słowo, przez sekundę widzieli małą iskrę która oświetliła ich twarze. A potem rozpętała się pożoga. W miejsce fali powietrza, która naciskała bramę pojawiła się burza ognia, zasłaniając im widok na drewnianą palisadę. Wokół nich zaczęła parować woda, zaś ich ubrania momentalnie zaczęły się suszyć. Czuł jak woda odparowuje z jego ciała. Spojrzał na Dagmarę i skinął głową, dając znak że pora zwiększyć moc. Ponownie można było usłyszeć dwugłos magów powietrza.
-Hazea mehe xirrit indargari eder!
Fala ognia wcześniej rozlewająca się po niewielkim obszarze bramy w palisadzie, teraz obejmowała całą bramę, wraz z częścią palisady i ziemi. Czuć było żar bijący od tego zjawiska, w przebłyskach między płomieniami dostrzec można było zwęgloną roślinność i płonące drewno w murze. Usłyszał za sobą krótki okrzyk i biegnącą grupę ludzi. Egbert spojrzał w tamtą stronę, co nie przeszkodziło mu w utrzymaniu swojego zaklęcia. Skinął głową w kierunku Artura i przerwał swoje zaklęcie. W prawie tym samym momencie on i Dagmara również to uczynili. Po chwili opadł kurz i pył powstały w wyniku ich zaklęcia i mógł dostrzec czego dokonali.
Bramy nie było. Ścieżka stała otworem, zaś w palisadzie wyrwany był prostokątny otwór z oczernionymi brzegami, gdzieniegdzie wciąż płonął ogień którego nie zdmuchnął wiatr. Kilkanaście metrów w głąb zabudowań leżała czarna płyta, która najwyraźniej przeleciała przez składowisko, zabierając za sobą kilku dzikusów. Spod płyty wystawały kończyny, a na ścieżce którą leciała leżało kilka ciał. Gdy przyjrzał się miejscu gdzie znajdowała się brama, zobaczył cztery połyskujące metalicznie punkty. Stopione zawiasy.
Obok niego przebiegł Tobias z wyciągniętym mieczem, prowadzący ich oddział do boju. Poczekał aż wszyscy go miną i wraz z Egbertem oraz Dagmarą pobiegł na końcu pochodu.
Gdy wparowali przez czarne zgliszcza bramy do obozu zaczęła się rzeź. Na swej drodze spotkali niedobitki tubylców spod bramy. Byli oszołomieni i wyraźnie zaskoczeni. Część nie miała przy sobie broni. Szybko zakończono ich żywot. Na chwilę zatrzymali się na placu przed wyważoną bramą. Nie dostrzegli żadnych więcej dzikusów. Ich dowódca natychmiast podjął decyzję.
-Nirav! Bierz dupę w troki i biegnij do magazynu! Artur i reszta ludzi z zielonego wy też! Będziemy pilnować wyjścia. Naprzód!
Styryjski zwiadowca natychmiast rzucił się w prawo, wbiegając między prowizoryczne zabudowania. Nie trudno było dostrzec wystający ponad wszystkimi budynkami kształt magazynu minerału, lecz Nirav wybierał najszybszą ścieżkę jaką umiał znaleźć. Artur przytrzymując jedną ręką torbę z miksturami pobiegł za nim, słysząc zarazem kolejne kroki za sobą. Mijali kiepskiej jakości ziemianki, namioty i domki zbite z różnych rodzajów drewna. Po krótkim acz intensywnym biegu, który wycisnął powietrze z płuc Artura stanęli przed wysoką drewnianą strukturą. Nie czekając ani chwili ich styryjski przewodnik wyważył kopniakiem drzwi i wpadł do środka. Wkroczyli za nim.
Znaleźli się w długim pomieszczeniu oświetlonym kilkoma pochodniami. Przez kiepską konstrukcję dachu, zbierający się deszcz skapywał do środka tworząc gdzieniegdzie kałuże. Podłoga nie istniała, stąpali po gołej ziemi. Gdy rozejrzał się po budynku dostrzegł to czego szukali. Od mniej więcej połowy jego długości rozciągała się niebieska, świecąca własnym światłem góra minerału. Przyciągała wzrok i kusiła, biorąc pod uwagę wartość tego surowca. Jednak najwyraźniej nie dla zwiadowcy, który nie przystanął nawet na chwilę. Zbliżył się do punktu w którym hałda minerału się rozpoczynała i postawił na ziemi metalowy pojemnik.
-Artur, chodź tutaj. Otwieraj tą torbę.
Gdy on mocował się z klamrami spinającymi skórę, Styryjczyk otworzył metalowy pojemnik. Jego twarz oświetlił blado-niebieski blask. Spojrzał na nich zaskoczony.

-To… minerał?
-Chyba tak. – przytaknął Artur.
-To bez sensu, czemu nie wysadzimy tego co tutaj leży?
Wykonał gest ręką, jakby otaczał cały minerał składowany w pomieszczeniu.
-To co tutaj trzymają to surowy minerał, świeżo po wykopaniu. A to co leży w pojemniku zostało przetworzone. Zwróć uwagę jak drobny i czysty jest ten w tubie.
Spojrzał na Ericka. Nie miał pojęcia, że inżynier posiadał tak rozległą wiedzę o tej konstrukcji. Być może nie było to tylko dzieło Sapientii i Styrii. Aż z ciekawości sam się pochylił nad metalowym pojemnikiem by zobaczyć, czy jest różnica między tym minerałem a zalegającą tu górą. Dar Vanuer się nie mylił. Faktycznie była znacząca różnica.
Przy wejściu do budynku stali Osmund i Marwald, pilnując by nikt nie wszedł. Zniecierpliwiony Osmund stwierdził:
-Moglibyście przestać gadać i wysadzać to coś? Słyszę jak nasi ludzie kogoś tam piorą.
I faktycznie, w ciszy jaka zapadła po jego słowach dało się usłyszeć dźwięki walki z kierunku bramy. Artur zaczął powoli wyciągać specyfiki z torby martwego sapientysty i uważnie wlewać je do środka metalowego pojemnika. Pod wpływem kolejnych substancji minerał mienił się wieloma kolorami, zmieniając barwę z niebieskiego, przez fioletowy i kończąc na zielonym. Sięgnął po kolejną fiolkę… i zaklął z bólu. Wyciągnął dłoń z torby. Krwawiła z kilku małych miejsc. Zajrzał do torby i ponownie zaklął, tym razem z wściekłości.
Część fiolek była rozbita. Nie zauważył tego wcześniej gdy pobieżnie przeglądał torbę w ciemnościach. Wlał zawartość ocalałych naczyń i stwierdził.
-Nie mamy jakichś pięciu substancji… Co teraz?
Pytanie zawisło w powietrzu. Patrzyli po sobie, szukając jakiegoś rozwiązania. Czyżby zawiedli? Przedarli się przez tyle przeszkód i teraz mieli się poddać?
Nie. Być może i nie rozumiał jak działać ma ta substancja ale wiedział, że nie porzuci nadziei. Nie upadnie na ziemię czekając na cud. Weźmie sprawy w swoje ręce. Nie wyjaśniając nikomu co ma zamiar zrobić wybiegł z magazynu minerału i zaczął zmierzać z powrotem do bramy.
Muszę tu ściągnąć Egberta. Jeśli cokolwiek może nas teraz uratować to ten sędziwy mag. Ogień na pewno wywrze jakiś efekt na tej mieszance.
Mijał prowizoryczne schronienia dzikusów w błyskawicznym tempie, spiesząc do bramy przez którą się tutaj dostali. Im bliżej był tym wyraźniej słyszał szczęk broni i wrzaski umierających ludzi. W końcu dotarł na miejsce.
Przed nim rozgrywała się rzeź. Tubylcy otoczyli oddział Tobiasa z każdej strony i aktualnie dokonywali krwawej zemsty za wtargnięcie do ich obozowiska. Na ziemi leżały ciała, lecz Artur nie mógł rozpoznać ile z nich było jego towarzyszami. Tłum dzikusów był całkowicie skupiony na resztkach obrony jaką stawiali ocaleli. Nigdzie w tym tłumie nie dostrzegł czerwonych szat maga ognia.
Odwrócił się napięcie. Nie był tchórzem. Równie dobrze mógł teraz usmażyć piorunem część tych dzikich a potem dokonać żywota wraz ze swoim oddziałem. Ale zamiast tego pobiegł w kierunku z którego przybył. Nikt z nich i tak nie przeżyje. Horda tubylców czająca się pod bramą nie pozwoli im opuścić tego miejsca. Ale miał jeszcze misję do wykonania.
Wpadł z powrotem do magazynu, o mały włos nie nadziewając się na wystawiony miecz Marwalda, który pewnie pomyślał że jest przeciwnikiem. Natychmiast spadł na niego grad pytań. Zamiast odpowiadać po kolei po prostu podniósł głos i stwierdził.
-Nasi nie żyją, goni mnie tłum tubylców! Musimy to wynieść na zewnątrz.
Skłamał. Być może ktoś żył. Na pewno żaden dzikus nie dostrzegł jego obecności. Ale nie miał teraz czasu wyjaśniać co zobaczył ani co planował. Podniósł pojemnik i ostrożnie zaczął dźwigać w kierunku wyjścia. Minerał, teraz mający czarną barwę przypominał konsystencją mleko makowe. Uważając by go nie wylać wyszedł na zewnątrz i postawił pojemnik pod gołym niebem. Ulewa nieprzerwanie trwała, a krople deszczu wpadały do metalowej tuby sycząc w kontakcie z płynnym minerałem.
-Rozstawcie się tak by zablokować atak. Muszę się skupić.
Nirav, Osmund, Marwald i Erick wyciągając broń zza pasków ustawili się w półokręgu, odgradzając Artura i pojemnik od ścieżki która wiodła do magazynu. Wciągnął powietrze do płuc i sięgnął do wewnętrznej kieszeni w swojej szacie. Następnie wyprostował ręce i uniósł je w górę, w jednej dłoni trzymał niebieski kryształ. Z jego ust potoczyły się następujące słowa.
-Żegnajcie wszyscy. Eldin behera indargari muthu neratekada esketa eder!
Poczuł jak z jego ciała wypływa energia a on sam słabnie. Wiedział że tym ostatnim zaklęciem przeciążył swoje siły. Upadał na ziemię, obserwując efekt swojej magii. Wszystko odbywało się wolniej, jakby cały świat się uspokoił. W głąb metalowej tuby zaczęły uderzać pioruny, sprawiając że okolicę oświetlił nienaturalny blask. Widział jak jego przyjaciele odwracają się i patrzą z przerażeniem jak potężny błysk zaczyna wydobywać się z wnętrza pojemnika. Ale dlaczego byli tak przestraszeni? Przecież to światło był tak przyjemne i ciepłe…
* * *
Dekurion Brendan dar Khaven siedział przy stole, znajdującym się na balkonie wychodzącym z jego sypialni. Popijał ciepłą herbatę i obserwował nocne niebo za południa.
Pewnie niedługo już sobie tak posiedzę. Na horyzoncie zaczyna się błyskać. Swoją drogą to zabawne, że siedzę tu sobie jak gdyby nigdy nic. W Wergundii trwa teraz zima, nikt o zdrowych zmysłach nie siedziałby sobie na balkonie i nie pił herbaty.
Mimo trwającego wokół Vekowaru oblężenia w ostatnich dniach miał dosyć spokojną pracę, nie licząc jednego incydentu. Gdyby nie ten fakt nie siedziałby teraz tak spokojnie i nie pozwalałby sobie na odpoczynek.
Jego wzrok przyciągnął punkt na horyzoncie. Nienaturalny błysk o barwie niebieskiej który wyróżniał się na tle nocnego nieba. Powoli zaczął rosnąć, teraz można go było zobaczyć bez problemu. Właściwie to błysk zajmował całkiem sporą część horyzontu. Zaraz za nim zjawił się dudniący dźwięk, powodujący lekkie drgania stolika i filiżanki z ciepłym napojem. Dekurion westchnął i powiedział:
-Verg, chodź no tu.
Z sypialni wyszedł żołnierz w mundurze zielonego tymenu i zasalutował.
-Wyślij posłańca do khorani'azirya Ameth. Niech powie jej… niech powie że oddział który wysłaliśmy wykonał zadanie. Chociaż domyślam się, że sama widziała. Niech przekaże jej też że jutro skontaktuję się z nią osobiście w celu wybrania kolejnego celu. Odmaszerować.
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.