Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Na Ścieżce Świtu- Artur Teodorski
 
Wąskie uliczki Ilweranu były jak zwykle zatłoczone, pełne elfów szwędających się po klaustrofobicznej przestrzeni w jakiej przyszło im żyć. Dla obcego widok architektury miasta mógł być przyjemny, nawet piękny. Delikatne łuki i strzeliste wierze z białego kamienia pięknie komponowały się z tarasowanymi zboczami otaczającymi Talsoi.
U Lothela wywoływały tylko niesmak i tęsknotę. Choć jego kasta i rola w społeczeństwie Aenthil sprawiała, że znaczą większość swojego życia spędził w leśnych ostępach, wciąż miał w głowie obrazy niegdysiejszego Aenthil. Aenthil z czasów, zanim Puszcza pożarła jego lud. Pamiętał wspaniałe miasta pośród koron drzew i kryształowych strumieni. Radosne twarze wiecznie młodych, wielowiekowych istot. Co pozostało z tego wszystkiego? Rzędy ściśniętych obok siebie, budowanych w pośpiechu wież, wyglądających jak rachityczne drzewa. Masa zdesperowanych, pozbawionych wszystkiego istot, na których wychudłych twarzach widać tylko beznadzieję.
Zmarszczył brwi w wyrazie złości. Gdzie podziała się godność jego rasy, ich siła!? Czy naprawdę jego pobratymcy wolą lamentować nad swym losem i utraconym pięknem miast działać by je odzyskać? Jednakże co mogli zrobić. To w gestii jego i jego kasty leżało pilnowanie Puszczy, przemierzanie jej, gdy nikt inny nie miał na to odwagi. Lecz pomimo ich starań Aenthil przestało istnieć. Ktoś z zewnątrz mógłby ich obwinić, czasem Lothelowi wydawało się, że tylko ich przydatność powstrzymywała społeczeństwo, przed uczynieniem z nich kozłów ofiarnych.
Prawda jednak była taka, że cała rasa poniosła wtedy porażkę i była tak samo winna.
Nogi same poniosły go na Plac Księcia Adarnila. Spojrzał na górujący nad palcem pomnik księcia. Westchnął. Jego rządy były dobrym czasem dla jego kasty. Teraz praktycznie już ich nie było. Lothel liczył, że zapowiadająca się wojna sprawi, że jego krewniacy odzyskają dawną siłę, że nadejdą długo wyczekiwane zmiany. Niestety, wszystko wskazywało na to, że się pomylił.
- Nie musicie godzić się na ten cień egzystencji, bracia i siostry! – uszu Lothela doszedł głos, wybijający się ponad gwar placu.
Lothel zadziwiony spojrzał w stronę, z której dochodził dźwięk. Zobaczył wysokiego elfa w długiej, czerwonej tunice, spiętej szerokim, czarnym pasem. Na jego piersi wyhaftowany był nieznany Lothelowi złoty symbol. Elf stał przed pomnikiem na prowizorycznym podwyższeniu z drewnianej skrzyni. Jego melodyjny głos wzbijał się ponad szmer zatłoczonego placu, a przed nim zebrała się grupka przechodniów.
- Jesteśmy zamknięci w wiecznie tym samym schemacie życia. Trwamy tacy sami od setek lat podczas gdy świat naokoło nas się zmienia! Czy mamy pozostać głusi na jego wezwanie!?
Ciekawość wzięła górę nad Lothelem. Zaczął przeciskać się przez słuchaczy. Część była żywo zainteresowana, inni byli obojętni, lub wręcz zniesmaczeni. Lothel zauważył, że zainteresowani elfowie są raczej w młodym wieku, za to ci zdenerwowani należeli do starszego pokolenia.
- Nie. Musimy się dostosować do świata, który nas otacza. Podążyć za nim, nie zaś działać przeciw niemu…
- Gdzie? – zapytał Lothel.
Przez krótką chwilę mówca wyglądał na zbitego z tropu, ale szybko się opanował.
- Nasze miejsce spotkań znajdziesz w tym miejscu, bracie – mówca wyraźnie zaakcentował ostatnie słowo, jednocześnie podając Lothelowi niewielki świstek. – Spójrzcie tylko, ten mężczyzna ledwie posłyszał wezwanie, a już poczuł je w sercu! Wy też…
Opuszczający plac Lothel nie dosłyszał reszty. Uśmiechnął się tylko. Stał się propagandowym sukcesem tego czerwonego demagoga. Nie był pewien czemu zainteresował się jego słowami. Może z braku zajęcia i znudzenia zamknięcie w Henatorze, tęsknoty za dzikością lasów? Spojrzał na świstek. Z jednej strony był zapisany adres, zaś z drugiej był taki sam symbol jak ten, który mówca miał na piersi. Dotarcie do wskazanego miejsca wymagało jedynie krótkiego spacerku. Lothel znalazł tam zadbaną, dwupiętrową kamienicę całkiem dużych rozmiarów, jak na standardy Hetanoru.
Przed drzwiami stało trzech strażników. Dwóch, stojących po bokach drzwi, nosiło lekkie pancerze kompozytowe, uzbrojeni byli w długie miecze. Trzeci, stojący dokładnie przed drzwiami, miał na sobie ciężki pancerz i opierał się na imponującym, dwuręcznym ostrzu. Wszyscy trzej nosili pod zbrojami czerwone tuniki, a na mapierśnikach mieli wygrawerowany znany Lotheli z placu symbol.
- Witaj bracie – ozwał się strażnik z dwuręcznym mieczem. – W jakiej sprawie do nas przychodzisz? – Lothel bez słowa pokazał mu świstek z adresem. – Rozumiem. W imieniu Nauczyciela witam cię na Ścieżce Świtu. Pozwól, że spytam bracie, jak cię zwą?
- Jestem Nyar’Lothel
*
Elidis wpatrywał się w mapę świata zawieszoną w jego gabinecie, znajdującym się na parterze jego Ilwerańskiej rezydencji, pełniącej rolę kwatery głównej dla jego inicjatywy. W drzwiach stał jeden z jego Heroldów Świtu, demagogów, którzy na ulicach wielu miast rekrutowali dla niego popleczników. Na pobliskim biurku leżała kartka z raportem, wręczona mu przez herolda.
- Powtórzysz? – zapytał Elidis.
- Tak, Nauczycielu. Do naszego ruchu przyłączył się Nyar. Jeżeli dobrze zapamiętałem jego imię to brzmi ono Lothel.
Elidis uśmiechnął się kącikiem ust. To nie było obce imię. Cichy dźwięk kroków zapowiedział wejście trzeciej osoby. Tylko jedna postać mogła tu jeszcze wejść. Elidis niemal słyszał szelest miękkich włosów.
- Doskonale. To zwiadowcy, prawda? Wolne duchy, które chętnie opuściłyby tę klatkę? – głos kobiety był pewny siebie, mocny, ale przyjemny. – Rozgłoś to i rekrutuj pozostałych.
- Moja kochana Merile, – rzekł Elidis odwracając się do stojącej w drzwiach kobiety - z pewnością to wykorzystamy. W istocie, to dobry znak.
Nauczyciel sięgnął po raport leżący na biurku i przejrzał go raz jeszcze. Było w nim znacznie więcej, niż prosta wieść o zrekrutowaniu Lothela, w istocie, był to ledwie akcent na końcu długiej listy. Jednakże często to właśnie takie akcenty przesądzały o pozytywnym, lub negatywnym wydźwięku całości.
Ten był jednoznacznie pozytywny. Zwłaszcza biorąc pod uwagę resztę raportu.
*
Po wejściu do „Domu”, jak nazywano miejsce spotkań Podążających, Lothel odbył krótką rozmowę z elfem ubranym jak mówca z placu, Heroldem Świtu. Rozmowę przerwano gdy herold dowiedział się o kaście Lothela.
Herold posłał gońca z jakąś wieścią, a zaraz potem goniec zaprowadził Lothela w głąb budynku. Ku jego zdziwieniu poprowadzono go do piwnicy. Sprawiło to, że Nyar sprawdził, czy zdoła łatwo wyciągnąć nóż ukryty w bucie. Piwnica miała dwa poziomy i Lothel wraz z gońcem zeszli na sam dół. Prowadzący Nyara chłopak zatrzymał się przed masywnymi drzwiami. Wskazał je Lothelowi, ukłonił się i odszedł w ciszy. Po chwili zastanowienia Lothel pchnął drzwi i powoli wszedł do środka.
Znalazł się w sześciokątnym pomieszczeniu. Jego wystrój był niezwykle minimalistyczny, wręcz surowy. Jedyną ozdobę stanowiły umieszczone w rogach kolumny i stojące po obu stronach drzwi niepokojące rzeźby postaci w długich szatach, z zaciągniętymi kapturami, spod których wystawały krucze dzioby. Na środku pokoju stał prostokątny stół, ustawiony dłuższym bokiem równolegle do wejścia. Na stole rozłożone były jakieś papiery. Wzdłuż trzech dalszych ścian ciągnęły się regały ksiąg, sięgające sufitu. Pokój oświetlał zwieszający się z sufitu żyrandol.
Po przeciwnej stronie pokoju stał obrócony plecami do wejścia mężczyzna. Nosił długą szatę w głębokim, czerwonym kolorze, szata miała długie, rozcięte rękawy, pod którymi była druga para białych, przylegających do ciała rękawów z ozdobnym, złotym obszyciem. Na plecy elfa spadały długie, włosy. Mężczyzna coś czytał.
- Dokładne opracowanie na temat ziem na południe od naszych lasów znajduje się w dziele „Nad brzegami Yro”, nie będziemy marnować tu czasu na ich opisywanie – elf zamknął książkę z trzaskiem i obrócił się powoli.
- Przyznam, że jestem trochę zaskoczony – powiedział Lothel patrząc w oczy przyjaciela. – Miło cię znów widzieć El.
- Tu nazywają mnie Nauczycielem – mag uśmiechnął się.
- Ah tak? Powinienem był się domyślić. Zatem po co mnie tu przyprowadzono?
- Cały ty, prosto do celu, żadnego „co u ciebie El? Dawno cię nie widziałem stary druhu…”
- Co u ciebie stary druhu – powiedział Lothel z lekkim uśmiechem.
- Ożeniłem się…
- Współczuję.
- I siostra mi zmarła.
- …
- Nieważne – Elidis pokręcił głową. – To bardzo fortunne, że postanowiłeś się zapoznać z naszą sprawą właśnie teraz. Mogę mieć dla ciebie zadanie, to jest jeżeli chcesz się do nas przyłączyć.
- No nie wiem, a w co się tu bawicie?
Elidis westchnął, a następnie streścił możliwie szybko założenia swojego światopoglądu, oraz cele, do których aspirował. O nowej, silnej cywilizacji, o jakiej marzył Elidis – Nauczyciel. Opowiedział mu też o planach co do Lothela i jego funkcji w tworzonym przez maga społeczeństwie. Nyar słuchał, ani razu nie przerywając, nie zadając pytań. Zawsze tak robił. Oboje pamiętali swoje pierwsze spotkanie, blisko siedemdziesiąt lat temu. Wtedy też Elidis mówił, a Lothel słuchał.
Wreszcie Nauczyciel skończył mówić i, ku wielkiemu zdziwieniu maga, zaczął się czas pytań Nyara. Nie były liczne i były bardzo konkretne. Elidis odpowiadał jak mógł, ale nie będąc przekonanym o lojalności zwiadowcy musiał zataić przed nim pewne szczegóły. Obydwie strony rozmowy były w pełni świadome tej konieczności. Na szczęście dla Nauczyciela Lothel uważał go za jedną z najbardziej wartościowych osób jakie spotkał. Co więcej ideały i aspiracje jakie przedstawił Elidis spodobały się Nyarowi, który był więcej niż chętny by znaleźć sobie wreszcie jakiś poważny cel w życiu.
Pierwsze zadanie jakie otrzymał od Nauczyciela było w oczywisty sposób testem jego zdolności i oddania sprawie. Lothel nie zamierzał zawieść jego oczekiwań. Zadanie było proste, miał udać się do Birki i odnaleźć tam herolda imieniem Realon, który ostatnio przestał raportować. Elidis podejrzewał, że herold został zmuszony do wyjazdu z miasta z nieznanych powodów. Lothel miał przybrać tożsamość Nirnela Lathalana, najemnika pochodzącego z kasty Othat. Wkrótce wyruszył do Liryzji najkrótszą drogą, na pokładzie talsojskiego statku handlowego. Podróż była dość szybka acz niezmiernie nudna. Miasto za to tętniło życiem.
Lothel był tylko raz w Birce, blisko trzydzieści pięć lat temu. Był zaskoczony jak bardzo miasto zmieniło się przez ten czas. Wiedział, że Birka stale się rozrasta i powstają w niej nowe budowle, ale nie spodziewał się, że trzydzieści lat wystarczy na taką przemianę. Samo nadbrzeże było znacznie większe, a nad miasto strzelały dachy nowych willi i kamienic. Powstały nawet nowe mury okalające niedawno powstałe dzielnice. Ale nie tylko rozmiary miasta uległy zmianie, sama architektura była inna niż zwiadowca zapamiętał. Domy były wyższe, fasady bardziej ozdobne. Statki w porcie też nosiły znamiona postępu. Ich kadłuby były dłuższe i wyższe, a żagle miały inny kształt. Zaś nad całym krajobrazem górowało potężne Emporium, główna siedziba Ligii Kupieckiej. Patrząc na miasto Lothel coraz bardziej przekonywał się do racji Elidisa. W mniej niż dwa Loa ludzie dokonali postępów jakie w dawnym Aenthil zajmowały dwa razy tyle. Faktycznie ich rasa powinna zrobić krok naprzód.
Nie miał jednak czasu na zastanawianie się nad takimi rzeczami. Miał zadanie do wypełnienia. Ponoć największa społeczność elfów w Birce żyła w pobliżu portu i to właśnie tam najczęściej przebywał Realon. Zaraz po zejściu na ląd Lothel skierował się do elfickiego osiedla. Architektura tam była interesująca, stanowiła połączenie ozdobnego, strzelistego budownictwa elfów z praktycznymi budowlami ludzi. Lothel krążył chwilę po równoległych do siebie uliczkach. Wreszcie natknął się na niewielki placyk. Na jego środku stało małe podwyższenie sklecone z drewna, za którym powiewała chorągiew z symbolem Świtu. Mównica była pusta.
Lothel podszedł do niej. Wokół podestu leżały kartki z adresem miejsca spotkań. Zabrał jedną z nich. Wytarta powierzchnia skrzyni świadczyła o częstym używaniu. Tylko kilka złamanych z boku podestu desek nie pasowało do całego obrazu. Lothel zmarszczył czoło.
- E ty! – zwiadowca obrócił się, w jego stronę szedł młody elf wyglądający na zwykłego pracownika portu. – Czego tu szukasz, co? Chcesz się upewnić, że wam się udało?
- Udało? – Lothel poczuł się lekko zbity z tropu.
- Wsadzić mistrza do paki – elf splunął. – Jeden się nami zainteresował, ale wy, Aenthilskie pokraki, musieliście to zepsuć.
- Nie oceniaj mnie. Chcę odnaleźć Realona, wiesz gdzie on jest?
Elf wzruszył ramionami.
- Straż zabrała go do wartowni portowej, a gdzie indziej.
- Dziękuję – Nyar obrócił się na pięcie i szybkim krokiem odszedł.
Przed wyruszeniem przestudiował mapę miasta. Wartownia była niedaleko, ale nie zamierzał do niej wchodzić. Nie przed zachodem słońca.
*
Był szybki, cholernie szybki i całkiem silny jak na tak kruche ciałko. Cyrid ciął płasko, zmuszając zamaskowanego, ubranego na czarno wojownika do krótkiego odskoku. Spojrzał przelotnie na swoich dwóch kolegów z warty, leżących na ziemi. Nie wiedział, czy byli martwi, czy żywi.
Wojownik skoczył w jego stronę sztychując trzymanym w prawej ręce mieczem. Strażnik wygiął ciało schodząc z linii uderzenia. Ciął potężnie od lewej z góry, po skosie, chcąc przerąbać przeciwnika, ale był zbyt wolny. Przeciwnik niemal niemożliwym ruchem wytrącił mu ostrze z ręki, przy użyciu drugiego miecza. Następnie kopnął go w pierś, posyłając na pobliską ścianę i pozbawiając go tchu. Podszedł i przygniótł go stopą do ściany, przystawił mu miecz do gardła, blokując jednocześnie nadgarstek.
- Gdzie jest Realon? – Cyridowi odebrało mowę, zimny, sykliwy glos bez wątpienia należał do kobiety. – Gdzie!? – wojowniczka mocniej naprała na jego gardło, milczał zbyt długo.
- W wartowni portowej – nie cofnęła się. – Podziemia, cela po środku lochu! Proszę…
Miecz przestał naciskać na gardło mężczyzny. But też zniknął z jego piersi. Strażnik chciał odetchnąć z ulgą, Ale nie zdążył. Zobaczył tylko pięść w czarnej rękawiczce.
*

Wartownia był dobrze strzeżona, jak przystało na jej nazwę. Lothel długo przyglądał się jej w ciągu dnia. Udawał, że kręci się po mieście i zupełnym przypadkiem pojawia się przy masywnej budowli, za każdym razem podchodząc z innej strony. Znalazł kilka potencjalnych wejść. Za najlepsze uznał wejście po murze portowym, w który wartowania była wbudowana. Takie wejście wymagało wspinaczki po przylegających do muru dachach domów i fragmencie muru. Bagatela. Elf udał się do pobliskiej karczmy. Tam zaczekał na zmierzch.
Dwie godziny po zachodzie słońca Nyar wyszedł z karczmy. W zaułku przebrał się w czarny kaftan, do pochew na plecach wsunął dwa krótkie miecze. Był gotów. Wyjął kartkę z adresem, skupił się na niej. Nakreślił krąg, rozmieścił komponenty z kruczych piór. Po chwili w jego głowie pojawiła się krótka wizja. Duchota, ciemności, ciasnota… Podziemia. Wiedział, gdzie ma się udać.
Kryjąc się w cieniach przemknął pod parterowy dom. Jednym susem znalazł się na dachu. Wspiął się po ścianie przylegającego budynku, przytrzymując się ozdobnych gzymsów. Był teraz na wysokości dziesięciu metrów. Zostało pięć. Ten odcinek pokonał wspinając się po wystających kamieniach. Wejście było łatwe. Przy drzwiach drzemał wartownik. Lothel podszedł do niego bezgłośnie i kręcąc z dezaprobatą głową zabrał mu klucze. Wśliznął się do środka.
Sposób wejścia miał poważną wadę, dostał się na górne poziomy, a miał dotrzeć do podziemi. Lothel ruszył w poszukiwaniu schodów. Za sobą usłyszał kroki i stłumioną rozmowę. Skręcił, by zejść z drogi nadchodzącym. Wszedł prosto na innego strażnika, młodego chłopaka. Oczy człowieka rozszerzyły się, rozdziawił usta. Zanim jednak zdążył coś zrobić Nyar przyłożył mu rękę do piersi i uśpił psionicznie. Zaklął pod nosem, przeklinając swoją głupotę. Na szczęście tuż obok znajdowała się klatka schodowa. Ostrożnie kierował się w dół, przystając przed każdym piętrem i obserwując. Wreszcie stanął przed wejściem do lochu.
*
Przed drzwiami stało dwóch strażników. Póki stała na schodach nie widzieli jej. Chwila zastanowienia i skoczyła.
Jednego ogłuszyła magicznie, drugiego podcięła nogą i uspokoiła głowicą miecza. Zabrała im klucze.
Spokojnym krokiem weszła do środka.
*
Coś było bardzo nie tak. Obaj strażnicy przy drzwiach żyli, ale ktoś ich poturbował, w dodatku jednego magicznie. Lothel sięgnął prawą ręką do rękojeści miecza. Pchnął drzwi. Były otwarte. Wszedł do środka.
Wąskie korytarze były skapane w mroku i ciszy. Nieliczne pochodnie rzucały na ścianach tańczące cienie. Po obu stronach korytarza ciągnęły się rzędy cel. Loch nie był zbyt obszerny, ale jego korytarze tworzyły istny labirynt. Z jednego końca dobiegały odgłosy przypominające walkę. Czyżby strażnicy znaleźli tego, kto powalił ich kolegów z warty? Gdzieś z głębi labiryntu dochodził cichy głos. Lothel wyraźnie słyszał dialekt swej ojczyzny. Ruszył w tamtym kierunku.
Drogę zaszło mu dwóch klawiszy. Westchnął cicho. Obaj ludzie rzucili się na niego z obnażonymi mieczami. Jeden z nich skoczył na niego, drugi zastanawiał się chyba, czy nie zajść elfa z drugiej strony. Lothel chciał ich tylko obezwładnić, ale od strony schodów doszły go krzyki. Straż musiał się zorientować co się działo, nie było czasu na subtelności.
Wolną ręką sięgnął do ukrytej kieszeni. W stronę niezdecydowanego wojownika poszybował sztylet. Wbił się w gardło, a mąż upadł. Nacierający strażnik mógł tylko sztychować, jego długie ostrze nie pozwalało na nic więcej w tak ciasnej przestrzeni. Uzbrojony w krótkie miecze zwiadowca miał większy zakres ruchów. Uderzył w ostrze wroga blokując je przy ścianie. Kopnął wciąż blokując ostrze. Wróg uderzył ciężko plecami o ścianę. Lothel błyskawicznie wyciągnął drugi miecz, tym samym ruchem przejeżdżając wrogowi po gardle.
Posłyszane wcześniej odgłosy walki przemieściły się bliżej. Czas się kończył. Na szczęście dźwięki elfiej mowy też się nasilały. Wreszcie stanął przed celą, na środku której siedział elf w czerwonej szacie. I recytował nieznany Lothelowi tekst. Nyar szybko otworzył drzwi. Elf wstał i zmierzył go wzrokiem.
- No nieźle, a gdzie jest… - zaczął Realon.
Przerwał mu wbiegający do korytarza strażnik. Lothel zacisnął miecz, ale w tej chwili z piersi strażnika wyszło inne ostrze. Gdy mężczyzna upadł za jego plecami pokazała się wojowniczka w identycznym jak Lothela kaftanie. Nieznajoma zmierzyła Nyara zimnym spojrzeniem.
- No – herold cmoknął z satysfakcją. - Zbierajmy się dzieci, czas nas nagli.
Pewnym krokiem Realon poprowadził ich do celi naprzeciwko. Przy jej suficie znajdowało się zakratowane okienko. Herold spokojnym ruchem zdjął kraty i wyskoczył przez odblokowane okno. Lothel i nieznajoma popatrzyli na siebie i poszli w jego ślady. Cała trójka rozpłynął się w nocy. Strażnicy, którzy przybiegli kilka minut później zastali tylko pustą celę i ciała.
*
Herold zaprowadził ich prosto do portu, tam weszli na pokład talsojskiego jachtu, który zaraz wyszedł z portu. Sytuacja była niezmiernie dziwna i Lothel miał wrażenie jakby to on i nieznajoma elfka byli ratowani przez herolda. Gdy Birka stała się małą plamką za rufą Realon poprosił ich pod pokład i wprowadził do swojej kajuty.
- Czas na wyjaśnienia. Nie sądzę, żebyście się znali? – pokręcili przecząco głowami. – No to może najwyższy czas? Mam wszystko robić za was?
- Jest Nyar’Lothel.
- Ja zwę się Nyar’Kelnara
- A ja Nyar’Feoron – powiedział „Realon”. – Dobrze się spisaliście i przepraszam was za tę całą szopkę.
- Po co dwoje? – zapytał Lothel.
- By zobaczyć jak działacie. Ty synku jesteś typem skradacza, ty panienko lubisz za to wykopywać drzwi. Musiałem to wiedzieć, zanim wpakujemy się w to, co szykuje dla nas Nauczyciel.
- A co to takiego? – zapytała Kelnara.
Feoron uśmiechnął się tylko w odpowiedzi.
*
- Muszę przyznać, że nie spodziewałem się pomocy z twojej strony.
- Życie jest pełne niespodzianek – mężczyzna zaśmiał się lekko i Elidis odwrócił się w jego stronę.
Ilekroć go widział intrygowało go jak z tak bujną grzywą rudych, kręconych włosów udawało mu się gdziekolwiek dostać niezauważonym. Mistrz wywiadu z płomieniem zamiast włosów.
- Dziękuję ci za okazane nam wsparcie Onfisie, tobie i całej twojej kaście.
- Ależ nie ma za co, Nauczycielu – elf uśmiechnął się lekko i wykonał prześmiewczy ukłon.
- Właśnie, mam nadzieję, że pewne informacje nie staną się teraz wiedzą powszechnie znaną?
- Wywiad Onfisa nic nie zobaczył – tym razem płytki ukłon był szczery.
- Dziękuję. – Elidis także się skłonił, następnie rudy elf wyszedł z gabinetu.
Mag spojrzał na plik papierów otrzymanych od Lomina, można z nich było wyciągnąć tylko jeden wniosek. Szła wojna między Styrią, a Wergundią i Elidis zamierzał to dobrze wykorzystać. Pomiędzy kopiami raportów, jakie znalazły się także na biurku Helethai, znajdowała się pojedyncza kartka z wieściami z Birki. Teoretycznie wszystko było w porządku. Poza jednym drobiazgiem. Domniemanym powodem zatrzymania Feorona.
Należało wreszcie wyjaśnić sprawy z Eailinge.
*
Plan jaki przedstawił im Feoron może nie był skomplikowany, ale z całą pewnością był odważny i trudny do wykonania. Ich zadaniem było zinfiltrowanie miasta Aenthil i pozyskanie pewnych konkretnych tekstów z Biblioteki Wspomnień. Całą podróż do Ilweranu spędzili rozważając różne sposoby na osiągnięcie celu. Lecz sytuacja zmieniła się po powrocie do Domu.
Feoron zarządził spotkanie w tej samej sali, w której Elidis przyjął Lothela przed wyruszeniem do Birki. Na stole leżały karty z zebranymi danymi.
- A więc nadciąga wojna? Kto by się spodziewał – Kelnara była jak zwykle cyniczna. – Nie dostrzegam tylko sposobu na jej wygranie. Ulundo zmiażdżą Wergundów… Jak zawsze.
- Nie czytasz ze zrozumieniem Kel? Przejrzyj to jeszcze raz.
- Dość dzieci. Skupcie się na najważniejszym.
Lothel uśmiechnął się niezauważalnie. Feoron wszystkich w Domu nazywał dziećmi. Miał w końcu sześćset lat. Był najstarszym z nich. Resztę dnia spędzili na rozważaniu nowych możliwości i zagrożeń jakie niosła wojna. Kelnara chciała wyruszyć natychmiast, twierdząc, że szykujący się do wojny Styryjczycy nie zwrócą na nich uwagi. Lothel silnie oponował. Czas tuż przed rozpoczęciem militarnej wojny był czasem wojny wywiadów. Był pewien, że zostaną wykryci. Zaproponował za to by wykorzystali chaos wojny. Był to ryzykowny gambit, gdyż front mógł nie dotrzeć do Aenthil. Jednakże jeśli raporty były prawdziwe istniała duża szansa, że miasto znajdzie się w centrum zmagań wojennych. W końcu Feoron przytaknął Lothelowi. Zaczęły się przygotowania.
Miesiącami powtarzali każdą część planu. Przeglądali po setki razy wszystkie informacje, oglądali mapy, czytali raporty na temat Styryjskich i Wergundzkich przygotowań wojennych pozyskane przez Onfisa, planowali drogi wejścia i wyjścia. Przede wszystkim jednak Feoron i Elidis kładli nacisk by stali się sprawną maszyną, musieli umieć na sobie polegać.
Z dawna wyczekiwana wojna wreszcie wybuchła i to z ogromną mocą. Ku zaskoczeniu wszystkich i potwierdzeniu doniesień wywiadu, Ulundo nie pojawiły się na froncie. Przynajmniej nie w początkowej fazie. Oddział Nyarów wyruszył wraz z rozpoczęciem pierwszych działań wojennych, jednak przed wejściem do miasta zaczekali na ustabilizowanie się frontu, polegając na zwiadzie. Czekanie poważnie ich dobijało.
Wreszcie weszli do miasta. Ponowne zobaczenie ulic utraconego Aenthil było dla nich szokiem. Piękne wierze i kopuły, ostrołukowe portale, komponujące się idealnie z wielkimi drzewami, lub stojące na ich konarach. Najbardziej jednak zadziwiające było, że Styryjczycy nie zburzyli niczego w mieście. Zauważyli nawet, że uszkodzone budowle były naprawiane na elfią modłę, by ubytki nie były widoczne.
- Zachowali miasto jako trofeum – powiedziała Kelnara z pogardą. – Zrobili to z pychy.
- Raczej z szacunku – zaprzeczył Lothel i naciął się na gniewne spojrzenie dziewczyny.
Feoron uciszył ich ruchem ręki. Dotarli do jednego z punktów orientacyjnych, tuż przed granicą Styryjskiej części miasta. Od tego miejsca mieli pójść różnymi ścieżkami. To zwiększało ich szanse powodzenia. Pożegnali się i ruszyli.
Lothel przemykał przez dotknięte wojna, świeże gruzy. Zawalone budowle zmieniały wygląd miasta, ale dla Lothela nie stanowiło to żadnej przeszkody. Doskonale wyczuwał kierunek. Jak do tej pory nie natrafił na żadnych żołnierzy. Przesadził przewalone drzewo zbyt późno uświadamiając sobie, że nie leżało tam przypadkiem.
- Brać go chłopcy! – usłyszał mocny, kobiecy głos.
Niedoczekanie, pomyślał i płynnym ruchem dobył mieczy. Z dwóch stron nacierali na niego wojownicy z mieczami. Lądując nie zatrzymał się, ale przeszedł do płynnego obrotu tnąc naokoło. Wir stali zmusił atakujących do odstąpienia. Poczuł za sobą obecność. Obrócił się gwałtownie i uderzył dwoma mieczami z góry. Prawe ostrze zatrzymało się na okrągłej tarczy, lewe na ostrzu topora.
- Krasnoludka – powiedział raczej ze śmiechem, niż zdziwieniem, zauważył też Wergundzkie oznaczenia na jej naramiennikach, kwintyliona jeśli się nie mylił.
- Elf!? – jego przeciwniczka za to były wyraźnie zdziwiona. – Co tu robisz?
- Chcę wypożyczyć książkę. A co wy tu robicie? Linia frontu jest za wami.
- Linia się przesunęła, zresztą chrzanić front, dwudziesta druga się nie cofa! – uniosła topór, a jej okrzykowi towarzyszyły okrzyki wielu wojowników, w niebo wzniesiono wiele mieczy.
- Miło was spotkać, ale czas nagli. Zostaniecie tu jeszcze na trochę?
- Haha! Tak, pokręcimy się jeszcze trochę po okolicy, moi ludzie twierdzą, że jest tu ładnie…
Gdzieś z północy dobiegł ich głośny trzask i seria okrzyków. Podniosła się wrzawa.
- E! Co się tam dzieje!? – wrzasnęła krasnoludka.
- Zdaje się, że pomiot Tavar znów naciera pani auxilion – odrzekł spokojny, męski głos.
- Dobra Cygan, zbierz kompanie i idziemy. Przyłączysz się elfie?
- Chętnie, przy okazji jestem Lothel.
- Ingeboran Pioc Ark’hant, miło.
Na dalsze grzeczności nie było czasu, gdyż odgłosy walki się nasiliły. Nawykły do walki w pojedynkę Nyar wysforował się przed wojowników kohorty. Atakowało ich około dwudziestu Styryjczyków. Lothel wsunął miecze do pochew, wolnymi rękami złapał ukryte w kurcie sztylety. Wbiegł na kawałek zburzonej ściany, wybił się i wyrzucił sztylety w locie, gwałtownie rozprostowując ręce. Krzyki i gulgot pod nim świadczył, że przynajmniej część pocisków doszła celu. Lądował prosto na twarzy jednego z napastników. Usłyszał obrzydliwe mlaśnięcie i jego but zagłębił się w galaretowatej substancji, Lothel wolał nie patrzeć w co wdepnął. Dobył mieczy. Natychmiast ciął nadbiegającego wroga oboma mieczami, z góry na skos, następnie zmienił uchwyt i ciął od dołu, na zewnątrz. Styryjczyk nie miał szans. Obok siebie Lothel usłyszał coś, co przypominało spadającą lawinę. Nie zdziwił się, gdy zobaczył krasnoludzką oficer. Przerąbała wroga toporem od prawego barku po lewe biodro, następnego powalił tarczą, a głośny trzask, który wydała przy tym szczęka żołnierza sugerował, że już nie wstanie. Nyar obrócił się na lewej nodze. Ciął poziomo lewym ostrzem, wykorzystując pęd obrotu, poprawił sztychując prawym mieczem. Na krawędzi wzroku pojawił się napastnik z kuszą. Kiedy już miał się rzucić do uniku powietrze obok niego eksplodowało grotem długiej włóczni, która sięgnęła piersi kusznika. Włócznia należała do Cygana, elf dopiero teraz zauważył jego oznaczenia dziesiętnika.
Styryjczycy walczyli mężnie, ale nie mieli szans z elitą Wergundzkich najemników. Pierwsza fala kontrataku odepchnęła wroga. W trakcie chaosu walki w zwarciu łucznicy zajęli pozycję na flance, w zgliszczach budowli. Gdy tylko walka wręcz się zakończyła łucznicy zaczęli zasypywać resztki wrogów deszczem strzał. Styryjczycy zostali wyrżnięci w pień, a dwudziesta druga podniosła okrzyki radości.
- Dobrze walczysz długouchu – usłyszał od śmiejącej się oficer, uśmiech na jej twarzy i krew ściekająca z topora idealnie się komponowały w makabryczną groteskę, jak pięknie. – Nie chciałbyś nam tu pomóc?
- Nie mogę. Mam zobowiązania wobec przyjaciela i mych braci – uśmiechnął się uświadamiając sobie braterstwo jakie odnalazł wśród popleczników Elidisa.
- Rozumiem, honor rzecz najważniejsza. Życzę ci szczęścia Lothel.
- Nie potrzebuję go, mam broń.
Przeszedł przez ufortyfikowane obozowisko kohorty i wrócił na swój szlak. Dopiero teraz zaczął się zastanawiać, czy nie zmarnował z Wergundami zbyt dużo czasu. Mógł od nich zwyczajnie odejść gdy zaczął się atak, ale to byłoby niegodziwe. Oni walczyli za ziemię jego przodków. Brzydził się faktem, że ludzie musieli walczyć za jego lud, cóż za upokorzenie. Odpędził te myśli, był już blisko Biblioteki. Musiał być w pełni skupiony.
Gmach Biblioteki był naprawdę imponującym widokiem. Centralną kopułę otaczało kilka pomniejszych w akompaniamencie strzelających w niebo wież. Zgodnie z przewidywaniami gmach został zmieniony w fort. Już samo podejście było trudne, ze względu na liczne patrole. Kilka razy Nyar został niemal wykryty i tylko w porę rzucony sztylet, lub szybki sztych ratowały go z opresji. Długo szukał możliwego wejścia, aż wreszcie odnalazł małe, boczne drzwi, przy których stał tylko jeden strażnik.
Lothel nie ryzykował. Pozostałe patrole były blisko i musiał mieć pewność, że nie zostaną zaalarmowane. Wywołał u strażnika iluzję, tworząc obraz chowającego się za pobliskim gruzem człowieka. Gdy Styryjczyk odkleił się od ściany Lothel zakradł się za jego plecy. Jedną ręką złapał wroga za czoło i czubek głowy, drugą zakrył mu usta i uczepił się szczęki. Gwałtowne szarpnięcie i mężczyzna połączył się ze swoją Panią. Elf bezgłośnie wsunął się do budynku.
Wnętrze Biblioteki było przytłaczające. Sala miała dobre piętnaście metrów wysokości, ciągnęły się przez nią długie kolumnady i piętrowe arkady, zapewniające dostęp do ogromnych regałów. Lohtel doskonale pamiętał nazwę księgi i miejsce, w którym miała być umieszczona. Szkoda tylko, że najwyraźniej dzieci Tavar miały inny system katalogowania. Co więcej Lothel wyraźnie słyszał dobiegające z centrum sali rozmowy. Musiało się tam mieścić serce twierdzy, koszary i zapewne zbrojownia. Na okalających salę chodnikach stali łucznicy, wpatrujący się w miasto przez puste ramy po witrażowych oknach. A on miał znaleźć się w środku tego wszystkiego i jeszcze musiał szukać tej cholernej książki. Westchnął i zabrał się do roboty.
Lothel zagłębił się w istny labirynt regałów i korytarzy. Cały czas patrzył w napięciu na chodniki. Gdzie można wcisnąć tę cholerną książkę? Tytuł ma na „N”, ale czemu do ciężkiej cholery nie ma po prostu działu na „N”!? Skręcił za róg i wpadł na odzianą na czarno postać. Wyciągnęli miecze i zamarli.
- Loth… - była mocno zdziwiona. – Co… Znalazłeś tę księgę?
- Nie, szybko.
Razem przeszukiwali labirynt ksiąg. Lothel szybko przeglądał grzbiety ksiąg, podczas gdy Kelnara zatrzymywała się i dokładnie oglądała tomy. Niektóre nawet wyciągała z regałów. Takie zachowanie było karygodne, nie mieli czasu na takie ceregiele. Chciał ją upomnieć, ale wtedy jedna z ksiąg wypadał dziewczynie przy wyciąganiu i uderzyła o podłogę. Jej okładki były kute z żelaza. Trzasnęło jak wystrzał z katapulty, podniosły się zaskoczone głosy ludzi, a elfka bez słowa uciekał w plątaninę regałów. Lothel pobiegł w przeciwna stronę. Już po chwili natknął się na trzech żołnierzy. Na granicy wzroku dostrzegł obracających się w jego stronę łuczników.
Pierwszy wróg uderzył od góry i Lothel sparował cios, równocześnie tnąc lewym mieczem od dołu po skosie. Przeciwnik sparował. Pierwszy wróg sztychował. Nyar odgiął się w prawo, przepuszczając miecz. Zahaczył stopą Styryjczyka i pozbawił go równowagi. Ten przewrócił się w przód, prosto na miecz elfa. Zwiadowca posłyszał wyciągane z kołczanów strzały. Z pomocą przyszedł mu trzeci przeciwnik. Najpierw jednak musiał poradzić sobie z drugim. Lothel znów ciął lewym ostrzem, tym razem w poziomie, na wysokości głowy. Cios nie miał prawa dotrzeć do celu, ale nie oto chodziło elfowi. Dzięki walce krótkimi mieczami mógł się mocno zbliżyć do wroga i wciąż mieć możliwość manewru, której wróg nie miał. Żołnierz zablokował cios, ale szybki ruch ciężkim ostrzem w okolicy górnej części ciała pozbawił go równowagi i mężczyzna zachwiał się w tył i przewrócił. Lothel doskoczył do trzeciego męża, schował lewy miecz. Skrzypnęły naciągane cięciwy. Sprowokował wroga wystawiając mu prawy, nie osłoniony bark. Wojownik uderzył postępując krok do przodu. Lothel niemożliwie szybkim ruchem usunął się z linii ataku. Wolną ręką złapał wroga za nadgarstek i zmiażdżył mu staw. Broń uderzyła o posadzkę. Uderzając w staw kolanowy pozbawił wroga podparcia, ciągnąc za złamany nadgarstek i wbijając łokieć między łopatki zmusił go do podążenia za ruchem i obrotu. Trzask i świst. Z piersi Styryjczyka wyrosły nagle dwie strzały, ku zaskoczeniu jego i łuczników. Elf znów obrócił dogorywającego wroga i pchnął go na gramolącego się do pionu przeciwnika. Doskoczył do niego i poderżnął mu gardło płynnym ruchem. Zniknął w labiryncie regałów nim Styryjczycy zorientowali się co zaszło.
Bibliotekę ogarnął chaos. Wszędzie słychać było krzyki i dudnienie podkutych butów, co jakiś czas przerywane szczękiem oręża i krzykami bólu. Lothel przebiegł obok biurka i zatrzymał się w pół kroku, tknięty nagłym przeczuciem. Nie wierząc we własne szczęście podniósł z blatu opasły, stary tom. Przeczytał nazwę dwa razy, „Nad brzegami Yro”.
Ukłucie intuicji, schylił się. Sztylet ominął jego głowę o kilka centymetrów. Za nim stał Feoron z wciąż wyciągniętą ręką. Źrenice Lothela zmieniły się w pionowe kreski.
- Uważaj Loth! – krzyknął rzucając się w jego stronę i wyjmując miecz.
Lothel spiął się do skoku, przygotował miecz. Wtedy jego lewy bok eksplodował bólem. Na chwilę pociemniało mu przed oczami. Poczuł uderzenie o podłogę. Świst nad twarzą. Metaliczny klangor i stęknięcie wysiłku. Żadnego bólu. Odzyskał wzrok.
Nad nim stała Kelnara, sztych jej miecza celował w jego serce. Tuz obok stał Feoron, blokujący jej ostrze swoim. Elfka zamachnęła się, ale Lothel kopnął ją z całej siły w nogi. Krzyknęła i odstąpiła. Lothel wstał. Zauważył, że Feoron miał rozbitą głowę, z jego uda sączyła się krew. Pocił się i intensywnie łzawił z oczu.
- Jej sztylety - powiedział tylko, wystarczyło.
- I jak tam zdrajcy! Jak to jest okradać własny lud – elfka zyskiwała czas, wypracowywała sobie pozycję do rzutu, przygotowywała ostrza, zaczęli ją obchodzić, gdzieś z oddali doszło ich coś, co brzmiało jak lawina, dobrze wiedzieli co oznacza, czuli to. – Ta wojna przyniesie nam odrodzenie, nie wasze kłamstwa! – gwałtownie wyprostowała ręce.
Feoron rzucił się w bok. Lothel nie musiał. Zaczął obrót na prawej nodze, zszedł z linii rzutu. Odwróconym chwytem złapał rękojeść sztyletu. Przerzucił ciężar na lewą nogę. Dokończył obrót i rzut. Sztylet utkwił w sercu elfki. Ta splunęła krwią i upadał twarzą na posadzkę.
- A niech to… Szkoda jej – Feoron mówił płynnie, ale widać było, że nie przychodziło mu to łatwo, znajome uczucie narastało. – Dobra młody, zbierajmy się zanim…
Regał obok wystrzelił książkami i przed nimi stanęła wielka, szara, zwalista masa. Khor’gona. Feoron nie zdążył uskoczyć poza zasięg długich rąk stwora. Potwór złapał wycieńczonego elfa i uniósł go w powietrze. Lothel podniósł się. Wycelował rozpostartą dłonią w Ulundo, wypowiedział formułę. Fala czystej many pomknęła przez salę wzbijając fontanny kartek. Stwór zachwiał się, ale nie upadł. Lothel zerwał się i ruszył w jego stronę. Jednak nawet on nie był dość szybki. Elf zaczął krzyczeć pod naciskiem kamiennych pięści. Tytanicznym wysiłkiem Nyar wydobył lewą rękę, wciąż trzymającą miecz i wraził ją w oko potwora. Ulundo zaczął wrzeszczeć, a w jego głosie słychać było huk rozdzieranego kamienia. Elf przekręcił ostrze. Potwór nagle zamilkł i zwiotczał. Wypuszczony z uścisku Feoron upadł bezwładnie na ziemię.
Lothel dobiegł do swego pobratymca. Oddech Nyara był nieregularny, świszczący. Zwiadowca nie potrzebował oględzin by stwierdzić, że miał zmiażdżone płuca i połamane wszystkie żebra, część z nich przebijała skórę inne musiały dziurawić opłucną. Feoron umierał. Ręką robił ruch jakby czegoś szukał. Lothel zrozumiał, podał mu miecz, który wciąż tkwił w głowie Ulundo. Pomógł zacisnąć place, przytrzymał jego dłoń. Ruchem głowy Nyar wskazał leżącą przy strzaskanym biurku książkę. Lothel pokiwał głową ze zrozumieniem, nie mógł wydobyć z siebie słów, zresztą żadne słowa nie były tu potrzebne.
Feoron przestał oddychać.
Lothel jeszcze przez chwilę pochylał się nad jego ciałem. Wreszcie wstał, odciągnięty narastającą wokół wrzawą. Zacisnął palce na rękojeściach mieczy.
Żołnierze, którzy przybyli w związku z alarmem zastali tylko zrujnowaną bibliotekę, i mnóstwo ciał, w tym dwóch elfów.
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.