Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Áni apsene - Powój
 
“Cenin ruinë, hanyal, sa cennen ustala osto
Ar cenin ruinë, felin urë halmanyassë”
Odkąd pamiętam, widok letniego nieba przywoływał uczucie bezpieczeństwa. Nie ważne czy obserwowałem je na szlaku, czy też przedzierając się przez piaski Asury. Nasączone ciepłem promienie słońca pieściły skórę twarzy, przywołując to, co najlepsze. Delikatny las kolumnady w Ando Tasar, szum strumienia wijącego się poprzez świątynny ogród. Spokój i bezpieczeństwo murów Aenthil.
Ale Aenthil już nie ma.
Spłonęło.
Tak jak nasze marzenia.
Prawda Ethelien? Ty jesteś imbë… pomiędzy. Teraz, a wtedy. Już mnie nie rozumiesz.
***
To było jeszcze wtedy, gdy mleczne kamienie domów nie zostały osmalone, a miasto należało do elfów. Ile loa temu? Ponad pięć, na ludzkie to wiele dni i nocy umykających pod ramionami śmierci. Wtedy nikt nie pamiętał o bogini odzianej w krwawy płaszcz, nikt nie obawiał się utraty dziedzictwa pamięci, jakim zostali obdarzeni.
Właściwie, mało kto pamięta też dwójkę rozrabiaków o obliczach chochlików. Zawsze razem, wspólnie, nierozłączni. Ona, o włosach niczym sploty bluszczu o księżycowej barwie. On, całkowite przeciwieństwo. Ciemnowłosy, z gwiazdami ukrytymi w oczach. Zawsze razem, zawsze obok. Zawsze.
Złapał ramię dziewczynki pomagając jej wślizgnąć się na gałęzie śliwy. Stąd wszystko było lepiej widać. Przytuleni do drzewa obserwowali z rozchylonymi ustami pochód idący ulicami. Odziane w szare płaszcze sylwetki, kobiety śpiewały pieśni opowiadające o Cuivea, Przebudzeniu. To było jakieś święto, o którym teraz się nie pamięta.
Ważne było wtedy, nie teraz.
Ważne było to, co się stało.
Ważne tylko dla dwójki utkwionej na śliwie.
Nikt inny nie potrafił dostrzec, jak wśród kwiatów tańczą wróble. Jak unoszą się, zataczając kręgi, i ze świergotem opadają w dół, beztrosko oddając się zabawie. Nikt nie dostrzegł jak dziewczynka o ciemnych oczach sięga w kierunku jednego ptaków i chwilę później spada w towarzystwie przerażonego krzyku ciemnowłosego.
Spada wprost w wyciągnięte ramiona jednej z odzianych w szarość kobiet.
- Ile razy ansaira Lirwen ma wam powtarzać, żebyście tam nie wchodzili?– Aerlinn pogładziła dziewczynkę po jasnych włosach stawiając ją na ziemi.
- Przepraszamy. – Odparła elfka ucząca się do niedawna latać. – Nie będziesz na nas zła, prawda?
Oczywiście, że nie. Sama przecież też zbierałam za to reprymendy.– Zaśmiała się po czym jej spojrzenie zatrzymało się na milczącym chłopcu. – Złaź stamtąd Tamarion. Nie jesteś Nyar, żeby znikać pośród kwiatów z tą czupryną.
Chłopiec zacisnął usta w wąską kreskę i zaszeleścił gałęziami zsuwając się po pniu. Nie bał się upadku, w końcu to nic wielkiego. Stłuc sobie tyłek, albo łokieć o płyty z trawertynu. W końcu to nie byłby pierwszy raz gdyby zrobił sobie krzywdę. Opadł miękko na ziemię, zadzierając głowę, by móc spojrzeć na twarz młodej kapłanki.
- Panienko Aerlinn? – Spytał mrużąc oczy.
- Słucham? – Przyklękła obok niego, by nie musiał spoglądać ku górze.
- Ja nie będę Nyar, chcę być Tanwe. – Żachnął się krzyżując ramiona przed sobą w towarzystwie śmiechu adeptki Tawanien.
Jej śmiech rozbrzmiewał pośród śpiewu innych kapłanek. Wtedy wszystko było ważne. I nic.
***
Kochałem Cię jak siostrę. Może nawet odrobinę bardziej. Nie rozumiesz mnie teraz, wiem. Proszę tylko, nie patrz na mnie tak. Nie winię Cię, po prostu próbuje zrozumieć. Pewnie i tak nie będę w stanie. Nawet nie wiesz jak trudno będzie mi ciebie zabić. Już nie jesteś Nyar’yaro, nie jesteś już nawet jedną z nas, nie jesteś już moją Ethelien. Nie tą, o której myślałem idąc z szeregami wojowników. Przyciskałem do siebie torbę oglądając się przez ramię. Stałaś wtedy wpatrzona we mnie swymi ciemnymi oczami i myślałem, że zginę. Bez ciebie. W walce z obcymi.
Ale dałem radę.
***
Drżące dłonie dzierżą rysik na wysokości twarzy mężczyzny. Ten trwał nieruchomo, ze stoickim spokojem, mimo zagrożenia jakie niesie ze sobą błędny wzór. Ręka uniosła się, przesunęła najpierw w prawo, potem w lewo. Opadła. Elf wypuścił trzymane do tej pory powietrze i poruszył nieruchomym do tej pory obliczem.
- Tamarion. Uspokój się. – Głos miał chłodny, odległy. Jego ciemnowłosy towarzysz ledwo odbierał kolejne dźwięki drżąc jak osika na wietrze. – Chłopcze. Skup. Się. Na. Mnie. – Zmusił go do spojrzenia sobie w oczy. Ciemnowłosy zamarł, wystraszone zwierzątko. – Jesteś Tanwe’yaro. Dasz sobie radę, to tylko tatuaż.
- Ale… Ale… Jeśli popełnię błąd, zginiesz. – Wymamrotał gubiąc się wśród własnych słów.
Adeneth odpowiedział mu uśmiechem i wskazał na miecz leżący obok. W tym geście było coś tęsknego, jakby Ohtat’yaro nie mógł się doczekać spotkania z ostrzem.
- Zginę dziś. Jutro. Pojutrze. Czy to ważne, mały Tamarionie? Dziś będę walczył z ludźmi Elmeryka. Jutro może się nie obudzę, albo zawalczę z kimś innym w imię naszego narodu. Po prostu zrób co do ciebie należy, a o świtaniu staniesz obok mnie dzierżąc broń i patrząc jak twoje malunki nam pomagają.
- Mal…
- Nie, nie ma żadnego „ale”. Przed tobą jeszcze wiele loa, sam wybrałeś swoją ścieżkę. – Na jego twarzy zatańczył uśmiech, jakby sforował małe dziecko. – No już, zabieraj się do pracy.
Nie protestował dłużej, unosząc na nowo pędzel umoczony w tuszu. Bał się, każde źle wykonane pociągnięcie mogło ich zabić. Myśl o tym, sprawiała, że jego ręce na nowo zaczynały się telepać.
- Myśl o czymś innym. – Wyszeptał Adeneth.
Więc myślał. O jasnych splotach otulających twarz Ethelien. O jej ciemnych oczach, skierowanych w stronę nieba, gwiazdy odbijały się w orzechowej tęczówce tworząc siateczkę łączeń. Malinowe usta poruszały się gdy szeptała coś doń, ściskała jego rękę, czuł ciepło widzialne przez jej skórę. Przeżyjesz. Wrócisz do mnie. Musisz. Pamiętaj Rion. Musisz wrócić, inaczej nie przeżyję. Obiecaj mi.
Obiecał.
A jego dłoń poruszała się zostawiając na skórze wojownika ciemne ślady, kadzidło wypaliło się otaczając ich kłębem dymu. Pachniał domem. I teraz przelewał to, co dawał dom, w atrament, poczucie bezpieczeństwa, ochronne ramiona matki. Iskierki mocy przeskakiwały pomiędzy jego palcami, jeżąc włosy na karku. Malował dalej. Pory skóry wchłaniały tusz, wciągając go, spijając każdą kroplę. Sczerniałe pnącza rozwijały swe sploty na płótnie, którym było oblicze Othata, barwione nocą liście rozwinęły się ponad oczami. Wykwitły drobne płatki kwiatów, nazywali je silvendë, błyszcząca panna, jednak na skórze przybrały one nie barwę złota, lecz posmakowały węgielnego barwnika. To te same kwiaty, które kwitły w noc ich pożegnania.
Gdy skończył uświadomił sobie, że Ohtat znów spogląda na niego swoim przeszywającym wzrokiem. Przypominał w tym trochę jastrzębia, albo innego drapieżnego ptaka. Jego tęczówki były delikatnie żółte, we wnętrzu będąc brązowe.
- Gdy nastanie pokój, będziesz wielkim tatuażystą, Tamarionie.
Pokój… Sérë… Wątpił by miał kiedykolwiek nastąpić.
***
Wtedy też, stojąc naprzeciw wergundzkich oddziałów, znów myślałem o Tobie. Nie skończyłaś jeszcze treningu, nie pozwolono Ci stanąć wśród nas – walczących. Zostałaś w ojczystym mieście, ucząc się swojej ścieżki. Ale byłaś tu, przy mnie. Byłaś w moich myślach, gdy wyciągałem miecz. Pamiętałem o Tobie wtedy. No nie patrz tak! Byłem zakochanym po uszy młokosem. I nie, już nie jestem. Ale… Dom, pamiętasz go jeszcze?
***
To był dzień jej wyjazdu, oboje skończyli nauki, próbowali ułożyć sobie życie. Przyszła rano, wraz ze świtaniem odnajdując go w pracowni. Jak zawsze pochylony nad zwojami, malujący w swojej księdze kolejne wzory. Opisywał właśnie jeden z nich gdy ze śmiechem złapała go za ramiona, oplatając dłońmi jego barki.
- Rion! Taki piękny dzień, a ty już pracujesz? – Oparła się podbródkiem o jego ramię, zerkając do księgi.
- Co… Ranek? Chwila.. Jak to ranek? – W głosie elfa brzmiało zdziwienie, jakby dopiero się ocknął. – Przecież chwilę temu dzwonili na wieczorne modlitwy w Ando Tasar… Wróć! – Poderwał się z miejsca potrącając stół, kałamarz, zatoczył się, lecz dziewczęca dłoń pochwyciła go z szybkością atakującego węża i uratowała notatki. – Jeśli jest ranek, to ty już jedziesz? – Spytał z przerażeniem w oczach.
- No nie mów, że pracowałeś całą noc? – Pokręciła głową z dezaprobadą. – I właśnie przyszłam się pożegna… - Przerwały jej ramiona miażdżące płuca, pozbawiające oddechu. Jednak były one znajome, bliskie. Poddała się temu dotykowi, jednak chrząknęła znacząco. – Rion. Zabijesz mnie. – Wyszeptała z trudem.
- Ach.. Wybacz. – Cofnął się z widocznym na obliczu zmieszaniem.
- Wy, Tanwe, tak bardzo nie umiecie ukrywać emocji… - Mimo tej reprymendy zdawała się być szczęśliwa, jego obecność działała kojąco.
- Odezwała się. – Odburknął, jednak prawie od razu pojaśniał na obliczu. – Wiesz już gdzie jedziecie?
- Puszcza. Potrzebują dodatkowych jednostek. – Słysząc odpowiedź kobiety od razu spochmurniał. – Nie frasuj się. To nic takiego. Pewnie moc uwolniła się z intersekcji, to wszystko.
Potrafiła czytać z jego twarzy niczym z otwartej księgi. Martwił się, jak jasna cholera. Miał złe przeczucia, jednak jak zwykle wykpiła go, nie dowierzając. Czego mógł się spodziewać, no, ale paranoja rządzi się swoimi prawami.
- Wrócę, nie martw się. Ciebie nie powstrzymały ludzkie tymeny, to ja dam sobie radę z kilkoma zbuntowanymi krzakami.
- Obiecujesz? – Pytanie zawisło między nimi, na długo.
Słońce w tym czasie wspięło się ponad linię budynków. Żegnali się w wejściu do budynku, nie zwracając uwagi na otaczających ich elfów.
- Obiecuje Rion. Wrócę. Nie martw się.
***
Tak, dalej mam tą chustkę, którą zostawiłaś na stole. Jestem sentymentalnym głupcem. Chociaż nie tylko ja, znów się spotykamy. Tutaj, w domu. Wiesz, że ta śliwa na którą się wspinaliśmy wciąż rośnie przy bibliotece? Ethelien? Słuchasz mnie? Ach, powinienem Cię zabić. Wtedy, przy bibliotece. Bo to byłaś Ty? Pomiędzy Vayle? Chociaż nie, nie odpowiadaj. Pamiętam, że to byłaś Ty. Dowodziłaś innymi, podczas gdy ja próbowałem ratować zawartość biblioteki. Nawet nie wiem czemu, poprzednio nic nie zniszczyliście. Ale może to odruch? Bronienie wiedzy przodków, by nie wpadła w brudne styryjskie łapy. Co z tego, że nasi bracia i siostry już i tak przekazali większość do uszu kapłanów Bogini. W końcu tak wielu z was stało się potworami. Finiel powtarzała mi, że tak naprawdę jesteście pomiędzy. Nie jesteście już jednymi z nas, ale… Ale wciąż pamiętacie. Tęsknisz za tym? Wtedy, w białych uliczkach, wydawało mi się, że tęsknisz.
***
To było drugie natarcie na Aenthil. Gdy po trzech miesiącach spokoju, Styria upominała się o swoją zdobycz. Zwoje wysypywały mu się z rąk, gdy próbował zgarnąć je do siebie. Jeden z nich potoczył się po bruku w stronę inkantujących zaklęcia magów, jednak nie ośmielił się poń sięgnąć. Bał się im przerwać, tak często się bał od kiedy ją stracił. Bał się, że ją spotka. I gdy tak podążał wzrokiem za utraconymi zapiskami dostrzegł jej ciemne oczy. Zmieniła się, cała, teraz nie była Nyar’Ethelien, teraz była częścią przeklętego umysłu bogini w krwawym płaszczu. Jego Lien. Tylko oczy miała te same. Ogromne, orzechowe o gwiazdach zaklętych w tęczówce.
Otaczały ją liście… Nie, to ona była ich częścią. Wypływały spomiędzy jasnych splotów, czy zielonej szaty. Jej ramiona przywodziły na myśl gałęzie, gdy wznosiła je wydając rozkazy. Gdzieś przed nim majaczyły sylwetki magów próbujące odeprzeć nadciągającą falę ulundo. Nad jego uchem przeleciał pocisk puszczony przez jednego z potworów o równie znajomej twarzy. Nie, nie chciał jej rozpoznać, skupiał się tylko na jej oczach. Tak bliskich.
- Ethelien… - Wyszeptał, lecz jego głos został zagłuszony przez odgłosy bitwy. Za jego plecami ktoś darł się w niebogłosy.
- Tamarion! Wycofujemy się, błękitny ruszył spod miasta godzinę temu. – Darła się za nim Keireen z rodu Maranier, siostra Dolien, przywódczyni kasty. – Teive’rel padło, kondotierski zmiotły ulundo.
Nie mógł oderwać wzroku od tych orzechowych oczu. Znajomych, bliskich… Keireen szarpnęła go za ramię, jak przez mgłę dostrzegł strużkę krwi ściekającą po jej skroni, znaczącą czarne wzory tatuażu.
- Nie zostawiaj mnie tu samej Tamarion… Błagam. – Szeptała, jednak w jego umyśle panował ktoś inny. Inny głos, składający obietnicę.
Obiecuje Rion. Wrócę. Nie martw się.
Kolejny pocisk przeciął powietrze wraz z trzaskiem łamanej bariery, oślepiło go białe światło i chwilę później uderzył smród palonych ciał. Ciemnowłosa elfka krzyknęła dławiąc się dymem i pociągnęła go za kamienie ostatkiem sił. Kremowo-białe kamienie trawertynu osmaliły się pod wpływem magicznych płomieni. Ktoś darł się potępieńczo. Ogarnęło ich piekło, by po kilku sekundach wszystko zgasło.
***
Tyle czasu minęło od kiedy cię tam widziałem… Byłaś silna. Potężna. Nie byłaś już moją Ethelien. Szkoda. Wiesz, czasem żałuję. Że to nie to, co dawniej. Że nie jesteśmy znów dziećmi siedzącymi na śliwie pod czujnym okiem tamtej córki kapłanki. Jak ona się nazywała… Lien, jak ona miała na imię?
***
Krew zbryzgała kamienne płyty świątynnego dziedzińca, gdy zaniósł się kaszlem. Trwająca obok niego na klęczkach ulundka drgnęła, chwytając w swe chropowate dłonie jego ramiona.
- Spokojnie. Pamiętam… Nic już nie mów. – Głos, który wydobywał się z jej krtani bardziej przypominał szelest liści, niźli natrualny dźwięk.
- Ni… Nie rozumiesz. Ethelien. Musicie uciekać. – Wycharczał z trudem chwytając się za przebity włócznią bok. – Musicie… Uciekać. Kolejnego natarcia nie przeżyjecie. Proszę Cię… Lien. Błaga…m. - Znów zaniósł się kaszlem.
- Ciii… już spokojnie. Nie zostawię Cię. Nie teraz. – Szeptała przytulając się do jego opartego o pień śliwy korpusu.
- Ty… Nie… Nie, rozumiesz… - Przerwał łapiąc powietrze niczym ryba wyciągnięta z wody. – Oni idą… nie przestaną… - Zacharczał znów. – Północ… Północ stracona. – Zamknął oczy, gdy odgarniała ciemne kosmyki z jego czoła. – Księżn…
- Nie mów. Nie musisz nic mówić. – Przerwała mu, drżąc, gdy ziemią targnął wstrząs. Kilka ulic dalej jeden z budynków zawalał się pod własnym ciężarem.
I faktycznie w tym samym momencie mężczyzna zamilkł, wyginając się, drapiąc palcami kremowobiałe płyty. Kobieta zaś chwyciła go mocniej, jej twarz wykrzywiła rozpacz. Elf walczył długą chwilę o oddech, z jego ust wylewała się gęsta krwawa maź. Skonał kilka minut później zaciskając na jej chropowatej dłoni palce. Umarł z ufnością wtulony w ramiona ulundo.
- Áni apsene. – Wyszeptała gładząc go po policzku. Tęskniąc za czasami gdy wszystko było prostsze.
Zigira’Akhala’beth, khorani drugiego hurdutentarakedua zwana dawniej Nyar’Ethelien z rodu Aiwë po raz ostatni obejrzała się na płonące za jej plecami miasto. To był ostatni raz, gdy widziała Aethill. Gdy żegnała się z ojczyzną, po jej policzkach płynęły bursztynowe łzy, do ułudy przypominające żywicę. Gdy odeszła, jedynym śladem jej obecności była kwitnąca wiśnia.
To była zima w którą elfy na nowo odzyskały ojczyznę.
Nai enyaluval ní, Ethelien.
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.