Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze swiata gry.
 

obozy
 
Nowość!

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:






 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Miejsce PIERWSZE: Serce Pustyni autorstwa Artura Teodorskiego
 
Serce Pustyni
autor: Artur Teodorski



Serce Pustyni

Gorący wiatr wzmógł się nad nieskończonym oceanem pisaków Rajahaanu. Ashyn’Jirra ciaśniej obwiązała twarz pustynnym płaszczem, by uchronić się przed tnącymi drobinami piasku. Była zmęczona. Podróżowała już dobre kilka dni. Ile dokładnie? Tego nie wiedziała. Czas na pustyni zlewał się i nawet licząc dni w końcu zapomina się ile już czasu upłynęło.
Miękkie poduszki jej łap zagłębiały się w gorący piach. Dla innych ras byłby to nieznośny, parzący gorąc, ale ona była Khijiraan. Jej gatunek przypominał koty. Mieli ciała pokryte krótką sierścią, ogony, długie pazury, głowy o wysuniętych pyskach. Nogi Khijiraan były szczególnej budowy. Uda były lekko wysunięte do przodu względem ciała i miały łukowaty kształt. Łydki były ustawione pod kątem, tak aby ich początek był cofnięty względem ciała, a koniec był wysunięty podobnie do ud. Zamiast stóp jej rasa miała szerokie łapy.
Khijiraan mieli wiele typów umaszczeń od jasnego koloru, na podobieństwo pustyni, po ciemne barwy nocy. Pod tym względem Ashyn’Jirra wyróżniała się na tle rasy. Jej sierść była idealnie biała. Nie było na niej najmniejszej plamki, czy prążka innego koloru i tylko jej sięgające do pasa, upięte w warkocz, czarne włosy zaburzały owo morze bieli. Twarz Ashyn’Jirry miała ostre rysy, niewielka szczęka, szerokie kości policzkowe, niewielki nos i czoło nadawały jej wyglądu drapieżnej pumy. Wyglądowi temu przeczyły duże błękitne oczy, pełne ufności i dobra. Za ubiór dziewczynie służył długi pustynny płaszcz w kolorze burego szkarłatu. Na plecach miała wielki, gruby wór, w którym leżało ściśnięte normalne ubranie i mały dobytek. Większość przestrzeni zabierała bowiem życiodajna woda i wysuszone owoce. Człowiek na pustyni potrzebował jej pięciu litrów dziennie, jej wystarczył niecały litr. U pasa miała przytroczone dwie silnie zagięte szable.
Ashyn’Jirra szła i próbowała sobie przypomnieć znaczenie szabli. Wiedziała, że nie były przypadkowe, jedna czerwona, druga niebieska, miały swoje znaczenie, musiały mieć. Ale Ashyn’Jirra nie mogła go sobie przypomnieć. Po prawdzie dziewczyna niebyła w stanie przywołać żadnego bardziej złożonego wspomnienia. Nie pamiętała nic prócz bezkresnych piasków i wydm, oraz tego, że chyba tę pustynię nazywano „Dhafaa Zehrii” – Pożeraczka Pamięci. Gdzie słyszała tę nazwę? Pamiętała twarz mężczyzny o szarej sierści, czarnych pręgach i długich wąsach. Był dla niej ważny, czuła to, a jednak go nie pamiętała.
Padła na kolana i podparła się rękoma. Siłą woli powstrzymywała płacz. Łzy to wilgoć, woda, a tej nie można tracić na pustyni. Jednak chciało się jej płakać. Przed oczyma przelatywał jej korowód twarzy. Wszystkie niosły ze sobą znaczenie, którego zapomniała. Czuła się jakby wyrządziła im jakąś straszną krzywdę przez to zapomnienie. To jednak był tylko moment, po chwili wstała i ruszyła dalej, mimo że nie pamiętała czemu, wiedziała, że musi kontynuować podróż.
Mijała monotonny krajobraz pustyni. Zawało jej się, że ktokolwiek stworzył to miejsce miał bardzo ograniczoną wyobraźnie. Szła pomiędzy kolejnymi wydmami. W jednej chwili wszystko się zmieniło. Stała teraz pośrodku przerażającego pola bitwy. Zza wydmy przed nią wyłaniały się najstraszliwsze potworności jakie było jej dane zobaczyć. Potwory ciała i technologii, pół umarłe, pół żywe horrory jak z narkotykowego snu. Na wydmie za nią stały szeregi istot z czystego światła. Jaśniały, ale nie raziły oczu. Były bardzo różne i nosiły różną broń. Pomiędzy nimi stały też przypominające ludzi napędzane parą i magią maszyny, oraz wielkie monstra z żywego ciała. Koszmary rzuciły się na świetliste istoty, biegnąc prosto na Ashyn’Jirrę. Skuliła się, przerażona ich szarżą. Jednak koszmary ominęły ją. Świetliste byty zasypywały koszmary seriami z broni palnej, jaki bełtami z kusz i strzałami łuków. Pierwsze szeregi świetlistych uzbrojone w tarcze ruszyły na spotkanie wyjącym i miotającym się koszmarom. Wszczepione miast dłoni sierpy, pazury i ostrza uderzyły w jaśniejące tarcze.
Wszystko zniknęło. Ashyn’Jirra stała na piasku pośród morza wydm.
Co to było!? Majaki z odwodnienia, niedożywienia? Nie. To było... znajome.
Dziewczyna niepewnie ruszyła dalej. Nieświadomie przyśpieszyła kroku. Teraz jeszcze bardziej niż przed chwilą czuła, że musi podążać niejasną ścieżką, wyznaczoną w nieznanym celu.
- Po co tak się męczyć?
Ashyn’Jirra stanęła jak wryta. Rozejrzała się. Była sama. Szła dalej.
- Przecież nawet nie wiesz po co idziesz – głos roześmiał się.
Dziewczyna znów rozejrzała się uważnie dookoła i znów nikogo nie znalazła. Serce ścisnęło się jej, ale zaraz rozluźniło napełnione dziwną odwagą.
- Bogini daj mi siłę, spraw bym była jak ogień twego uścisku i lód twego wzroku. Ty, któraś stworzyła pustynię i jej błogosławione oazy, oto idę przez twoje śmiertelne królestwo i staję naprzeciw prób jakie mi wyznaczasz, ale daj mi jedyne czego potrzebuję by je przejść. Odwagę – słowa same spływały dziewczynie z ust, a wraz z nimi wracały urywki wspomnień, przypomniała sobie klasztor, przypomniała sobie wiarę w boginię Khajari i swoją rolę jako jej kapłanki.
- Głupiutki, mały kotek – śmiał się głos gdy Ashyn’Jirra powtarzała Mantrę Wędrowców Piasku, powoli głos się oddalał, by wreszcie całkiem zniknąć.
Zapadał już zmierzch. Noc na pustyni nadchodziła prędko i niespodziewanie. Paradoksalnie upragniony chłód, który ze sobą niosła był równie groźny, jeśli nie groźniejszy, od spiekoty dnia. Dziewczyna wspięła się na najbliższą wydmę. Z jej szczytu dostrzegła kilka kęp pozornie wyschniętych wędrujących krzaków. Pośpiesznie zebrała je i ułożyła z nich niewielki stos po zawietrznej stornie góry piasku. Przystawiła dłonie do stosu. Skoncentrował się. Przywołała gniew związany z utratą wspomnień i niekończącą się wędrówką. Gniew jaki wywoływał wiecznie stały krajobraz, niejasna wizja i drwiący głos. Zawezwała Energię. Uchwyciła ją i skąpała w swoim gniewie. Energia nie opierał się, ale cierpliwie pochłonęła jej emocje, stając się częścią ducha dziewczyny. Ashyn’Jirra przyciągnęła zwinięte w pięści dłonie do piersi, wzięła głęboki oddech i wyrzuciła prawą rękę w kierunku stosu, przesyłając przez nią zmaterializowane emocje. Rozpostarła dłoń. Z jej powierzchni buchnął snop ognia. Normalnie kapłanka starała się wytwarzać tylko potrzebny płomyczek. Długi czas minął odkąd ostatnio używała Magii Ognia i zapomniała już o samo kontroli. Ognista kaskada była na tyle gorąca, że dziewczyna musiała szukać kolejnych kępek krzaków na ognisko. Była jednak zadowolona. Magia Ognia i Wody, dwie święte sztuki Kasty Kapłanów. Dwie sztuki o których sobie dziś przypomniała.
Ashyn’Jirra siadła przy ognisku i zaczęła się zastanawiać. Jeszcze tego ranka nie wiedziała kim była. Pamiętała tylko drogę i swoje imię. Dziś przypomniała sobie, że jest Kapłanką w służbie bogini Khajari oraz znawczynią dwóch sztuk Magii Żywiołów. Przeszukała swoje nowe wspomnienia. Szukała kolejnych śladów i wskazówek dotyczących jej przeszłości. Im bardziej się starała tym mocniej opadał ją sen. W chwili gdy docierał już do upragnionej odpowiedzi, zasnęła.
Świt był taki sam jak zawsze. Paląco ciepły i jasny. Dziewczyna wstała. Pociągnęła kilka łyków ze swego tobołka i ruszyła dalej.
Od samego początku towarzyszyło jej dziwne wrażenie niepokoju. Czuła, że coś w otoczeniu się zmieniło i to na gorsze. Szła dalej raźnym krokiem, jak gdyby nigdy nic, ale jej wyczulone zmysły pracowały najciężej jak mogły. Pierwsze co dostrzegła to maleńkie obsunięcia piasku. Dość małe by wziąć je za wiatr. Jednak kapłance zdały się pojawiać w zbyt regularnych odstępach, kojarzących się z człowiekiem kładącym się na pisaku, który dłońmi chwyta się krańców wydmy i lekko unosi, by skrycie obserwować. Po pewnym czasie Ashyn’Jirra zaczęła dostrzegać małe kropki czerni na granicy widzenia. Pojawiały się by natychmiast zniknąć. Dziewczyna liczyła.
Trzech, najwięcej. Może to też być ten sam, ale wtedy musiałby się przemieszczać niezwykle cicho i szybko. Nie. Nie może być sam, zobaczyłabym go jak schodzi z wydm. Musi być zatem co najmniej dwóch.
Kiedy zdało jej się, że widzi wydłużające się na pisaku sylwetki cieni powolnym, spokojnym ruchem przeniosła dłonie na głowice szabli. Teraz już pamiętał. Czerwona – ogień, niebieska – lód, dwie twarze bogini, Kharia i Jahrai, dwie córki – prorokinie bogini.
Piasek na wydmie po jej prawej stronie spadł lawiną. Na jej falach płynęła pokraczna, odziana w czerń istota. Na chwilę kapłanka straciła odwagę. Był to jeden z wczorajszych koszmarów. Miał nieludzko chudą talię w którą wszczepiono serię dziwnych urządzeń, nogi zakrywała mu gruba czarna szata, miast rąk wszczepiono mu dwa wielkie sierpy. Ale najbardziej przerażająca była twarz, a raczej jej brak. Sponad szyi stwora wyźerała goła kość obleczona pajęczyną naczyń krwionośnych, wysychające gałki oczne były pełne szalonej nienawiści i bólu.
Ashyn’Jirra jednym płynnym ruchem wyciągnęła szable. Koszmar uniósł obydwie dłonie do podwójnego cięcia z góry. Kapłanka wysunęła prawą nogę wzdłuż boku przeciwnika. Wykonując obrót na prawej stopie płynnym ruchem cięła płasko jednocześnie tułów i kark, starając się trafić między kręgi. Od tyłu słyszała nadbiegającą kolejną istotę. Złożyła szable. Przywołała Energię i unurzała ją w bitewnej furii. Szable trysnęły snopem żywego ognia. Zalana płomieniami istot stanęła sztywno, odrzuciła głowę do tyłu i zawyła przez zaciśnięte zęby, nie mając mięśni mogących otworzyć szczęki. Ashyn’Jirra nie wygasiła płomienia. Obracając się na lewej nodze zalała nadbiegającego wroga ogniem. Płomienie łapczywie ogarnęły jego ciało. Mimo to potwór nie zatrzymał się. Jednak znacznie zwolnił kroku. Przez zasłonę huczących płomieni dziewczyna dostrzegła szczypce, które wszczepiono miast lewej dłoni i długą, kojarzącą się ze strzykawką, pikę w miejscu prawej. Koszmar miał też wydęty, przegniły brzuch i twarz zasłoniętą czarnym workiem. Potwór zbliżał się i wyprowadził atak piką. Ashyn’Jirra akrobatycznym skokiem opłynęła pikę i spadła na koszmar. Cięła podstawę prawej ręki. Szable odbiły się z łoskotem od niepojętych mechanizmów. Pika rzeczywiście okazała się być strzykawką; na barku stwora znajdował się pojemnik z fioletową substancją i rurkami biegnącymi do piki. Stwór wyrzucił otwarte szczypce. Złapał za niebieskie ostrze lewej szabli. Wykorzystując wroga jako punkt oparcia Ashyn’Jirra wykonała ślizg pod jego lewą ręką. Rozgrzana czerwona szabla przecięła niezastąpione mechanizmami ciało potwora i uwolniła błękitne ostrze. Stwór wyprowadził kolejny atak piką. Kapłanka odrzuciła go niebieską klingą i cięła w bok opasłego brzucha. Ostrze ugrzęzło we wnętrznościach stwora, napotykając opór licznych mechanizmów. Potwór wydał z siebie jakby rechot, złożył się do kolejnego uderzenia. Ubiegając go dziewczyna sięgnęła po Energię. Brzuch stworzenia wypełnił się płomieniami. Stwór umarł w kilka sekund, jednak nawet przez chwilę nie jęknął z bólu.
Po wszystkim Ashyn’Jirra stała jeszcze długą chwilę z opuszczonymi i rozłożonymi szablami. Ciężko dyszała. Schowała szable do pochew i ruszyła dalej, mając nadzieję, że utrzymuje dobry kierunek.
- No, no, no... Parzcie ją jaka uparta mała kotka... – głos znów pojawił się znikąd. – Ciekawe na ile jeszcze dni drogi wystarczy ci wody co, koteczko? - dziewczyna zaczęła powtarzać Mantrę Wędrowców Piasku i głos odszedł.
Znów przemierzała bezkresne morze wydm, uważając na kolejne zagrożenia. Mimo woli pogrążała się coraz bardziej w rozważaniach na temat własnej przeszłości. Konkretnie najdalszych pamiętanych przez nią wydarzeń, czyli ostatnich dwóch dni. Wczoraj widziała nierzeczywistą bitwę, a sama walczyła z koszmarami. Związek był oczywisty, a jednak wymykał się jej.
Minęła małe poletko zasuszonych roślin o mięsistych liściach. Ich pojawienie się na chwilę ją rozkojarzyło. Instynkt rasy wziął górę i kapłanka zatrzymała się by sprawdzić czy została w nich choć kropla wody. Niestety rośliny były wyschnięte na wiór.
- Przeklęta pustynia!! Raz gorąco jak w piekle, a raz zimno jak na lodowcu! Zero czegokolwiek zjadliwego w zasięgu kilku kilometrów, a wody to nawet mniej... I jeszcze jakieś cholerne wizje postanawiają sobie ożyć i upomnieć się o moją skórę jakby była ich! – Ashyn’Jirra wykrzyczała te słowa w powietrze, sfrustrowana ostatnimi wydarzeniami.
Szybko jednak ochłonęła, stał się wręcz zimna. Dostosowała się do wody, płynnej i dającej się kształtować, ale nieugiętej. Skoncentrował się. Wyczuła obecność wody, jednak nie w liściach, a w kłączach roślin. Wydobyła je spod ziemi. Długo przyglądał się im, wytężając pamięć. Wreszcie przypomniała sobie, że kłącza tych roślin można było jeść na surowo i stanowiły świetny rezerwuar wody.
Szła dalej i kontynuowała swoje rozważania.
Widziałam koszmary i walczyłam z nimi. Muszę być zatem po stronie tych świetlistych istot, a może wkrótce będę? ... Po co idę? Czyżby na końcu drogi czekały na mnie te istoty? Bezsens! Przyszłość to nie linia prosta, a cokolwiek mnie czekało na końcu tej ścieżki przepadło bo przecież zgubiłam drogę!
Ashyn’Jirra stanęła i patrzyła się przed siebie nieobecnym wzrokiem.
- Zgubiłam drogę – powtórzyła te słowa próbując pojąć ich znaczenie i wagę.
Co jeśli to prawda? Jeśli kręcę się w kółko bez celu?
- Ha, ha, ha! Czyżbyś zaczęła pojmować?
- Nie! Bogini zesłała mi właśnie pożywienie i wodę. Nie uczyniła by tego gdybym była zgubiona. Przepadnij wreszcie przeklęte stworzenie!
Ashyn’Jirra zaczęła biec chcąc uciec przed wiatrem brzmiącym jak potworny śmiech oraz przed własnymi myślami. Biegła cały czas przed siebie w głowie migały jej niejasne obrazy. Miasta – ogrody pośród pustyni. Zielone lasy i łąki innych światów. Istoty o gładkiej skórze, nie przystosowane do gorącego słońca pustyni. I czerń. Zalewająca wszystko, obrzydliwa czerń, która niosła ze sobą bezśmiertną zagładę i mechaniczne pół – życie.
- Mówiłem ci długouchy cwaniaku, że się zgubiliśmy – szorstki głos dobiegał zza najbliższej wydmy, kapłanka przystała i powolnym, cichym krokiem zaczęła ją obchodzić.
- Czep się brodaczu. Przecież tysiąc razy mówiłem ci jak jest sytuacja – tym razem głos był melodyjny, lekko niski i głęboki, przyjemny.
- Ile razy jeszcze powtórzysz to samo, co?
- Tyle ile będzie trzeba.
- Zabłądziliśmy psia jucha i kurde koniec tematu, jasne!? Jak by to co mówisz miało się tu stać to by się dawno stało, a wtedy by nas tu raczej nie było.
- Gotarn... – zaczął głos, ale urwał gdy zza wydmy wyłoniła się kapłanka.
Melodyjny głos należał do Wysokiego Elfa o szlachetnych rysach twarzy, fioletowych oczach i srebrnych włosach, zebranych znad skroni i zaplecionych w warkocz i o równie srebrnej brodzie sięgającej do obojczyków i tak samo zaplecionej. Jego rozmówcą był krasnolud. Miał krótkie, rude i potargane włosy, wąsy zaplótł w misterne warkoczyki, oprócz nich miał jeszcze pokaźną kozią bródkę. Oczy zasłaniały mu okrągłe gogle. Ta dwójka wydawała jej się dziwnie znajoma.
- Mówiłem ci brodata pokrako, mówiłem! Wreszcie możemy przestać czekać i ruszać dalej! – mówił elf wyraźnie podekscytowany.
- Czekać na co? – zapytała bezwiednie Ashyn’Jirra, zdziwiona, że powiedziała te słowa zamiast je tylko pomyśleć.
- Nie ładnie, panienko, nie ładnie. Mówi się na kogo – powiedział powoli krasnolud. – A ty, El, powinieneś się uspokoić. Nie wiemy nawet czy to ona.
- No to sprawdź.
- Przecież to robię! Gdzie są te cholerne papierzyska... – mówiąc to krasnolud zaczął przetrząsać kieszenie. – Mówiłem ci elfie żebyś na nie uważał!
- A co ci wystaje z kurty, hę?
- Nie twój interes co mi wystaje...! O matko. Zwracam honor – z wewnętrznej kieszeni krasnolud wyciągnął mały plik papierów, uniósł je tak by móc jednocześnie czytać i przyglądać się kapłance. – Zobaczmy... tak. Wiek się zgadza, wzrost i ... wymiary... też. Dwie szable, wyświechtany płaszcz, rysy twarzy – tu krasnolud parokrotnie przerzucił wzrok z dziewczyny na trzymane papiery – takie same... Ale ten brak poczucia sensu i determinacji. El to nie ona, a przynajmniej jeszcze nią nie jest.
- Nie grymaś! Czemu ze wszystkich krasnoludów trafił mi się najbardziej wybredny?
- Czy ktoś raczyłby mi wyjaśnić co tu właściwie się dzieje!? – głos dziewczyny był pełen irytacji.
- Zadziorna – ucieszył się krasnolud. – Może to jednak ona? Cóż panienko, to się niedługo okaże. Tym czasem musimy ruszać w drogę bo nigdy nie dotrzemy na miejsce!
Więc ruszyli. Kapłanka była całkiem skołowana nagłym pojawieniem się towarzyszy w podróży. Skąd wzięli się na środku pustyni? Zwłaszcza, że nie mieli ani zapasów, ani płaszczy pustynnych. W dodatku czekali na... nią? Co to wszystko miało znaczyć? A co ważniejsze zastanawiało ją...
- Dokąd właściwie idziecie panowie?
Elf i krasnolud popatrzyli na siebie zbici z tropu.
- A dokąd ty idziesz? – zapytał elf.
- Ja pierwsza zadałam pytanie – wykręciła się po chwili zakłopotana Ashyn’Jirra, przecież nie miała pojęcia gdzie idzie.
- Nie wiesz – powiedział elf z lekkim uśmiechem. – I w tym problem. Widzisz my idziemy tam gdzie ty, a właściwie to ty zmierzasz tam gdzie my już dotarliśmy, lub wkrótce dotrzemy.
- Cooo?
- Zastanów się – podjął krasnolud. – Wiesz kim jesteśmy, gdzieś w głębi nas pamiętasz. Wiem o tym, bo inaczej by nas tu nie było.
- Ruszyłaś w tę podróż nie bez przyczyny Ash. Powód dla którego to robisz okazał się na tyle ważny, że ktoś, a może coś postanowiło przeszkodzić ci w tej podróży.
Mówiąc to szli po tym samym piachu co wcześniej. Teraz jednak coś zaczęło się zmieniać. Wydmy przybliżały się do nich, rosły i wyginały się. Zdawało się, że chcą zamknąć się nad ich głowami, pogrzebać ich pod tonami piasku. Ashyn’Jirra jednak nie zwracała na to uwagi. Czuła jakby słowa tej dwójki obudziły jakąś część jej jestestwa. Coś, co było w niej zamknięte, odebrane jej, a co teraz desperacko starało się wydostać. Na szczytach wydm zaczęły pojawiać się postacie odziane w czerń.
- Ja... Pamiętam was, wasze twarze – zaczęła niepewnie kapłanka.
- Tak! Doskonale Kociaku! – krzyknął uradowany krasnolud. – Myśl, jak się nazywamy, no myśl!
- Powoli mój druhu! Przypomnij sobie gdzie się wychowałaś. Jesteś kapłanką, więc...
Koszmary zaczęły zbiegać ze szczytów wydm.
- Klasztor. Byłam... Podrzutkiem, nie znałam rodziców...
- Doskonale! Jaką funkcję tam pełniłaś, szybko?
- Byłam Tancerką Słońca, bogini obdarzyła mnie... chyba, zaraz.
- Szybciej dziewczyno! – krasnolud niespokojnie patrzył na zbliżające się wynaturzenia.
- Bogini zsyłała mi wizje dotyczące ważnych wydarzeń. Pokazywała mi przeszłość i przyszłość – kapłanka czuła jak z głębin jej jaźni wynurza się coś ogromnego i przytłaczającego. Jej przeszłość. – Pamiętam – szepnęła. – Ostatnia wizja, dotyczyła was dwóch. Jesteście Elidis i Gotarn! Pamiętam! – wykrzyknęła uradowana.
Biegnące koszmary zatrzymały się. Odrzuciły głowy do tyłu i zaczęły wyć.
- TAK! Nareszcie! Wiedziałem, że nam się uda. Wie – dzia – łem – elfa przepełniało szczęście. – wreszcie wyrwiemy się z tego więzienia.
Pustynię wokół nich zaczął wypełniać mrok i huk wiatru. Ashyn’Jirze wydawało się, że słyszy w nim ryk jakiejś bestii.
- Co się dziej!? – zapytała zdezorientowana kapłanka.
- Nie bój się Kociaku! Wszystko będzie dobrze – uspokajał ją krasnolud.
- Pamiętaj o tym – elf wskazał całą pustynię. – To cię uczyni silną. A jak nie zapomnisz to może uchroni cię przed powtórką.
- Jaką powtórką, o czym ty mówisz? – ale dziewczyna nie dostała odpowiedzi. Pustynię ogarnął mrok.
*
- Słyszysz mnie? – głos mężczyzny dobiegał jakby zewsząd. – Hej, słyszysz mnie?
Ashyn’Jirra powoli otworzyła oczy. Nad sobą zobaczyła zatroskaną twarz Khijirra o kremowej sierści i dużych zielonych oczach.
- Budzi się! Sprawdź jej źrenice! – tym razem głos był kobiecy.
Ktoś parę razy zakrył i odsłonił światło.
- Reagują normalnie. Masz szczęście siostro! Jedna Kharia wie ile tu leżałaś na słońcu. Powinnaś mieć mózg zesmażony na chrupko, a tobie nic!
- Połóż ją na wóz. Musi ochłonąć.
Ashyn’Jirra poczuła, że jest podnoszona i układana w cieniu na czymś miękkim. Powoli dochodziła do siebie.
- Wody... – wychrypiała i ktoś podał jej bukłak, piła łapczywie, z początku nie mając sił samodzielnie chwycić pojemnik.
- Dokąd zmierzałaś? – zapytał mężczyzna.
- Daj jej spokój!
- Nie możemy zawracać jej ze szlaku, nie?
- Szłam... Z klasztoru – kapłanka powoli przeszukiwała swoje wspomnienia. – Chyba do Beila Shafarii...
- No to masz szczęście siostro bo my też tam jedziemy! Choć trzeba przyznać, że zboczyłaś z trasy i to zdrowo, ale nie bój nic. Na Kaście Kupców można polegać. – wóz powoli toczył się przez pustynię, po chwili mężczyzna podjął. – Musiałaś dostać udaru i zboczyć z drogi, a potem zemdleć. Na szczęście wraz z siostrą...
Ale Ashyn’Jirra go nie słuchała. Była zajęta rozpamiętywanie ostatnich wydarzeń. Teraz już pamiętał. Udar. Udar!? Nie padła ofiarą słońca. Dopadł ja potwór. Drapieżnik umysłu. Dhai’kyr, jak ich zwano. Duchy żywiące się wspomnieniami podróżnych, aż ci zapominali dokąd szli i ginęli w wiecznie głodnych piaskach pustyni. Jednak zwykle mieli problemy ze znalezieniem ofiar, jako że nie byli częścią materialnego świata. Ktoś musiał ich przywołać i wydać im Ashyn’Jirrę.
Wiatr zawył i zawirował za wozem. Kapłance zdawało się, że widzi sylwetkę humanoida pośród kaskad piasku.
„Mistrz cię dopadnie. Dopadnie cię! Ha, ha, ha, ha, ha...”
Potrząsnęła głową i obca myśl opuściła jej świadomość. Cokolwiek się teraz stanie przeszła pustkowie własnych myśli i nareszcie wyruszyła w prawdziwą drogę. Drogę, na której miała spotka elfa i krasnoluda i wspomóc ich w walce z koszmarami. Była to droga wyznaczona jej przez samą boginię i Ashyn’Jirra nie bała się już spełnić jej woli.
Teraz, kiedy przeszła serce pustyni zaczęło ono bić w jej własnej piersi. A było silne i odważne.

 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.