Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze swiata gry.
 

obozy
 
Nowość!

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:






 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

ŻYWE CIENIE autorstwa Artura Teodorskiego
 
Żywe Cienie
autor: Artur Teodorski



Słońce leniwie chyliło się ku zachodowi nad Sawanną Środkową księżyca Nimmirnen. Fioletowy olbrzym, Ekrath, wraz ze swymi wiecznie widocznymi pierścieniami jaśniał pośród chmur. Tuż obok niego, niczym syn u boku ojca unosił się księżyc Kilevet, dom dla większości Ludzi, Krasnoludów i Wysokich Elfów. Pod rozłożystymi koronami akacji żerowali parzystokopytni, pokryci szarymi tarczkami kostnymi roślinożercy. Huk. Jeden ze stworów zanosi się przejmującym rykiem i pada. Jego stado spłoszyło się i zaczęło uciekać. Z wysokich traw wyłonił się Myśliwy i podbiegł do zwierzyny.
Spieszył się. Słońce nad Nimmirnen wędrowało powoli i było zawsze wysoko, by nagle runąć w dół i zniknąć za horyzontem w przeciągu kilku minut. Myśliwy szybkimi, wprawnymi ruchami skórował ofiarę. Następnie zawiesił ją za nogi na akacji, podstawiając pod zwierzynę miskę, by nałapać obciekającej krwi. Pod drzewem, z zebranego chrustu zapalił małe, acz jasne ognisko. Tutejsze rośliny dawały nadspodziewanie dużo światła i ciepła. Głównie z powodu wysokiej zawartości węgla we wszystkich rodzimych formach życia. Z żółtych traw wyszedł niemal równie żółty wilk.
- No, prawie się spóźniłeś Kha’r’Anie – powiedział Myśliwy. – Wilkowi nie przystoi spóźniać się na kolację.
Wilk, rozmiarem może i przypominał wilka, ale był znacznie wyższy i miał węższą talię. Oprócz tego z pomiędzy grubej sierści tworzącej gęstą grzywę między łopatkami wyrastały mu dwa szerokie kolce, sięgające aż do zadu. Ale zdecydowanie najdziwniejszą cechą zwierzęcia były cztery szczęki; górna nieruchoma, dolana i dwie boczne ruchome. Wilk, w czym przypominał wilka? Jak taki wilk musi wyglądać? Były to jedne z licznych pytań jakie zadawał sobie Kha’r’An. Kolejnym pytaniem było jego własne imię. Nadał mu je Pan ze swojego języka i Wilk postanowił je przyjąć. Właśnie takie rozmyślania odróżniały go od innych wilków. Osobniki z rasy Seilet byli w pełni rozumnymi istotami. Ich miano pochodziło z języka Leśnych Elfów i oznaczało inteligentny, lub słuchacz, bowiem oprócz rozumu w niepojęty sposób wilki te znały każdy dialekt z jakim miały styczność.
Kha’r’An położył się obok Pana. W świetle ogniska ciemnoczerwona skóra Myśliwego wydawała się jeszcze ciemniejsza. Pan nosił wiecznie rozpięty brązowy płaszcz bez rękawów oraz proste spodnie. Wszystko to było pokryte gęsto białymi wzorami. W blasku ognia twarz o gigantycznych, pozbawionych źrenic, złotych oczach, groteskowo szerokich kościach policzkowych i podłużnych, wąskich szczękach i dwiema pionowymi, wąskimi szparkami zamiast nosa wydawała się jeszcze surowsza niż zwykle. Pan odciął kawałek mięsa, nadział na ostry patyk i piekł nad ogniskiem. Po chwili, nie przerywając pieczenia, sięgnął i powtórzył tę czynność. Wilk przyglądał się z zaciekawieniem ruchom czterech rąk swego Pana. Górne były silniejsze i miały trzy palce i kciuk, dolne były słabsze i krótsze, ale zręczniejsze i miały cztery palce prócz kciuka.
- Ciekawa rzecz, co? – powiedział Myśliwy unosząc dolne ręce by je pokazać. Kha’r’An mruknął przytakująco. – Widzisz, to dlatego, że ja nie jestem stąd. To Słońce które już prawie zaszło, a które świeci dla ciebie co dnia nie jest moim słońcem.
Wilk uniósł łeb i nastawił trójkątne uszy. Cała jego postawa wyrażała zainteresowanie. Seilet uwielbiają dowiadywać się nowych rzeczy. Czteroręki Pan zawsze był zagadką, przez trzy lata ich znajomości prawie nic o sobie nie opowiedział, ale zanosiło się na długo oczekiwaną przez Wilka zmianę.
- Mój lud zwie się Tyr – mówił wpatrując się w ogień. – Jesteśmy niemal wymarłym gatunkiem, a nasz dom jest tak daleko stąd, że nawet nie umiem sobie tego wyobrazić. Pewnie więc zastanawiasz się jak to się stało, że tu jestem? – zrobił pauzę by zjeść kawałek mięsa. – Otóż nasz świat umierał, a właściwie to jego słońce. Stało się gorące i wielkie. Było tak ciepłe, że niemal paliło skały za dnia! Nasi mędrcy powiedzieli też, że niedługo zupełnie zgaśnie.
Kha’r’an zaskomlał cicho by wyrazić swoje współczucie dla Pana, ale także zdziwienie. Nie był w stanie zrozumieć czemu gwiazda miałaby zgasnąć. Jednak nie rozumiał wielu rzeczy.
- Umieraliśmy od gorąca i czegoś jeszcze. Mędrcy mówili, że słońce świecąc wysyłało jakieś promienie, jeszcze gorsze od temperatury, które niszczyły nasze ciała od środka. Sprawiały, że chorowaliśmy, a nasza skóra odchodziła do ciała. Podobno nasz świat miał kiedyś pole, czy coś takiego, które go chroniło, ale gwiazda je spaliła. Nie wiem. Wiem, że budowaliśmy miasta pod ogromnymi kopułami z kryształu, aby powstrzymać te promienie i chroniliśmy je jakimiś tam polami. Ale potem pola przestały działać, a kopuły popękały, bo mędrcy pomarli i nie było już nikogo, kto umiałby dbać o te rzeczy – tu znów zrobił przerwę by wziąć kęs mięsa, wilk uczynił podobnie. – I znów umieraliśmy, aż pewnego dnia smoki postanowiły temu zaradzić.
Wilk zaszczekał z ekscytacji. Był jedynym młodym ze swojej dawnej sfory, który widział smoka. Smukły, acz potężny, o szerokich skrzydłach. Był błękity niczym toń oceanu. Szybował z wdziękiem po niebie i Kha’r’An zazdrościł mu gracji i szybkości. W jego ruchach było coś z ruchów ryb, niezwykła zwinność morskiego stworzenia, które na skrzydła w powietrzu płynie tak samo jak na płetwach w wodzie. Smok, choć piękny wystraszył zwierzynę jego sforze. Wszyscy bali się głodu. Ale nazajutrz smok przybył do nich, trzymając w łapach dwa duże stworzenia z sawanny i przeprosił za zakłócenie polowania. Sfora była syta przez wiele dni. Ten czyn dodatkowo pogłębił fascynację wilka smokami. Toteż Kha’r’An ucieszył się słysząc, że w opowieści Pana będą smoki.
- Zgromadziły nas pod największą kopułą, która jeszcze jakoś się trzymała. Tam kiedyś była nasza stolica. Było nas góra kilka tysięcy. Zaprowadzono wszystkich na główny plac, w samo centrum miasta. Tam na środku stał przepiękny, srebrzysty smok. Jego ciało nie było długie, miał może sześć metrów, ale skrzydła miały rozpiętość dobrych czterdziestu metrów! Były ogromne w dodatku oprócz skrzydeł na ramionach drugie znajdowały się przy zadzie o rozpiętość jakichś dziesięciu metrów i takoż samo długi ogon. Miał dość długą szyję, ale nie tak śmiesznie wydłużoną jak w popularnych przedstawieniach, chyba żaden skok tak niema. Głowa miała wydłużony, trójkąty kształt ze wspaniałymi rogami, złotymi oczami i długimi, skórzastymi wąsami wyrastającymi z końca dolnej szczęki. Nad nim krążyły w równym pierścieniu kolejne smoki : czarny, zielony, czerwony, błękitny, złoty, biały. Były rożnych wielkości i o różnych skrzydłach i kształtach. Wtedy srebrny smok do nas przemówił samymi myślami, powiedział, że przeniosą nas do innego, żywego, ale obcego świata, że czeka nas tam zapewne wrogie przyjęcie, ale będziemy tam mieli życie. Wielu przybyłych już podjęło decyzję, ale nieliczni pozostali. Dziś pewnie już nie żyją. Gdy wszyscy byli gotowi, smoki zaczęły nucić dziwną, monotonną, myślową mantrę. Poczułem się jak w transie i nim się obejrzałem nie było już kopuły, zniszczonej chwały, ani morderczego słońca. Byliśmy w innym miejscy, pośród zielonych łąk. Tak nasz lud opuścił Tya’rkai... Na zawsze.
Myśliwy milczał przez dłuższą chwilę wpatrując się w ogień. Kha’r’An skomlał współczująco.
- Po co ja w ogóle ci o tym mówię!? – rzekł z irytacją. – jesteś przecież tylko durnym zwierzęciem! Nic z tego nie rozumiesz, a tylko patrzysz się tymi wielkimi, niebieskimi oczami bez najmniejszego zrozumienia! – wilk zawarczał cicho, acz stanowczo, nikt nie będzie go obrażał, nawet jego Pan. – No już dobrze, dobrze. Śpij Kha’r’Anku, jutro czeka nas długa wędrówka.

*

Następny poranek był cichy, zjedli po solidnym kawałku mięsa, a następnie Pan pociął resztę zwierzyny na plastry i po kolei wsadzał je do specjalnego urządzenia, które wysuszało je w kilka sekund. Ruszyli w dalszą drogę. Wędrówka szła dobrze, Myśliwy cicho nucił coś cicho, a Kha’r’An szedł raźnym krokiem tuż obok. Wszystko zmieniło się jednak kiedy doszli do wodopoju. Wokół stawu było dziwnie pusto. Żadnych gadów wygrzewających się na piasku, żadnych parzystokopytnych pijących wodę, żadnych przypatrujących się z ukrycia drapieżców, żadnych zwierząt kąpiących się w chłodnej wodzie i żądnych ptaków grających swe zalotne melodie w koronach akacji. Nic. Całkowita martwota. Mimo to, swym zwykłym zwyczajem, Myśliwy obszedł niewielkie jeziorko by odczytać ślady zwierzyny i podążać ścieżką jej migracji. Jednak znalazł coś co mocno go zaniepokoiło. Długo wpatrywał się w jeden ślad, nierozpoznawalny dla Kha’r’Ana,. Nagle rzekł :
- Musimy się stąd oddalić. Jak najszybciej i jak najdalej.
I ruszyli przyspieszonym marszem. Z nieznanych wilkowi powodów Pan owinął swoje racice szmatami. Wędrowali długo, niemal cały dzień nie robiąc przerw. Gdy zatrzymali się na noc nie rozpalili ogniska.
Przez cały ten czas Pan był bardzo niespokojny. Poruszał się sztywno i jakby wymuszenie, cały czas rozglądał się w poszukiwaniu nie wiadomo czego. Gdy się już położył długo nie mógł zasnąć.
Kha’r’An poczuł coś około godziny wilka. Doszedł go obcy, dziwny zapach. Ledwo wyraźny, jakby jego właściciel był świadom swej woni i czułości zmysłów Wilka. Kha’r’An zaczął warczeć, nisko, gardłowo, groźnie. Myśliwy obudził się.
- Co się dzieje Wilczku? – zapytał zaspany.
Wtem z ciemności coś wyprysnęło. Zdawało się być żywym stworzeniem. Wilkowi przypominało humanoida o długich kończynach, który używał wszystkich czterech do podpierania się, a ciało trzymał tuż nad ziemią. Stworzenie miało świecące oczy i wydawało z siebie cichy, niepokojący pomruk. Zaraz z mroków wyskoczył kolejny stwór, tym razem za Myśliwym i Wilkiem.
Myśliwy zerwał się gwałtownie. Złapał swoją niezwykłą broń. Był to karabin z jego rodzinnej planety, pokryta rzeźbieniami broń potrzebowała czterech rąk do obsługi. Górne silne ręce trzymały karabin stabilizując go, natomiast dolne służyły do ciągnięcia za spust i przeładowywania. Broń składała się z kolby, komory zapłonu, nad którą zamontowano lunetę i lufy. Między lufą a komorą znajdował się poziomy uchwyt broni, drugi, pionowy, był umieszczony pod komorą zapłonu. Z niego wychodziła płaska listwa gdzie umieszczone pionowo były spust, wajcha przeładowania i przełącznik trybów ognia.
Przełączył z pojedynczego na automatyczny ciągły. Wymierzył szybko i strzelił do istoty przed nim. Grad rozpędzanych polami magnetycznymi pocisków zagrał śród nocy. Odpowiedział mu chóralny pisk, dochodzący zewsząd i znikąd.
- Nie stój tak! Uciekaj!
Więc uciekali. Kha’r’An zawsze świetnie widział nawet w ciemną noc, ale teraz coś się zmieniło. Cień zdawał się ich opadać, gonić. Wilk widział coraz mniej i był niemal pewien, że potykający się co i rusz Pan biegnie na oślep. Pisk ustąpił miejsca szelestowi skoków i tych samych pomruków co wcześniej. Teraz jednak Wilk słyszał w nich wyraźnie jakieś dziwne pożądanie. Myśliwy odwinął się w biegu i spryskał serią szeroki łuk za nimi. Znów rozległy się piski, ale nie dało się stwierdzić czy wyrażają ból, czy może zwykłą irytację, że ofiara ma czelność się im stawiać. Ale za to zdawały się groźnie narastać.
Biegli. W tym szaleńczy pędzie wykonywali wiele zakrętów i zygzaków. Kha’r’An widział jakieś dziesięć metrów przed sobą, wysforował więc naprzód by prowadzić Pana, który najwyraźniej widział Wilka, ale nic poza tym. Mijali drzewa, których pnie nagle zdały się powykręcane w jakimś agonalnym uścisku. Biegli przez trawę, która wyglądała jak uschła, choć za dnia była żywa jak zawsze. Coś się zmieniło w tym nocnym świecie i Kha’r’An nie mógł pojąć, czemu.
W pewnym momencie głosy z tyłu zaczęły słabnąć i przycichać. Wilk biegł jeszcze szybciej by całkiem odsadzić agresorów. Wtem tuż przed nim noc wybuchła tępym bólem, który przeszedł przez sam środek jego czaszki, aż do podstawy kręgosłupa. Wilk zaskomlał i upadł. Nad nim górowała niewyraźna sylwetka stwora, który zdawał się pożerać i tak już nikłe światło nocy. Myśliwy wystrzelił w potwora serię z karabinu. Stwór odrzucił do tyłu głowę z długimi włosami powstałymi jakby z samego mroku. Zapiszczał przeszywająco. Wilk położył się całkiem na ziemi ogłuszony mocą krzyku. Pan zasłonił dolnymi dłońmi pozbawione małżowin uszy. Bo bokach czaszki pociekły mu stróżki zielonkawej krwi. Stwór piszczał przez ułamek sekundy, ale prócz tego pociski nie wydawały się robić mu żadnej krzywdy.
Istota zaczęła się zbliżać do Myśliwego. Poruszanie się na dwóch kończynach sprawiało jej wyraźne problemy. Szła powoli, ociężale, przy każdym kroku badała grunt jakby niepewna jego istnienia. Stanęła naprzeciw Myśliwego. Wyciągnęła ręce. Wtem Wilk zdołał otrząsnąć się z szoku i rzucić na stwora. Kha’r’An nie był pewny co się stanie. Czy zdoła ugryźć istotę, czy może przeleci przez nią jak przez cień, z którego była zbudowana. Wiedział jednak, że nie pozwoli temu czemuś tknąć jego ukochanego Pana. Ku zaskoczeniu Wilka ciało istoty okazało się być dość materialne i zwierze wgryzło mu się w rękę wszystkimi czterema szczękami. Byt zawył. Nie był to jednak ogłuszający pisk, ale krzyk bólu. Wysoki, obcy, ale jednak. Stwór złapał Wilka za kark i oderwał od swojej ręki. W miejscu ugryzienia z ciała istoty zdawał się parować czysty mrok. Potwór chciał rzucić Kha’r’Anem o ziemię. Jednak Myśliwy był szybszy. Uniósł broń i wystrzelił w plecy potwora. Ten wypuścił Wilka. Ciało stwora wyprężyło się jak struna, a z klatki piersiowej i brzucha tryskały niewielkie kłęby mroku, w miejscach gdzie przeszły kule. Nagle istota zawyła przeraźliwie i rozpłynęła się w kaskadach ciemności. Noc znów rozświetliły gwiazdy, księżyce i wieczny Ekrath.
- Gdy ingeruje w nasz świat staje się materialny – wysapał ciężko Myśliwy. Kha’r’An nie był pewien czy mówi to do siebie, czy do niego. – Nie wolno nam się zatrzymywać... Choć Mały, napijemy się i ruszamy – wilk zaskomlał pytająco, ale Pan nie zrozumiał. – Przegryziemy coś w drodze. A teraz choć.
Znów ruszyli w drogę. Tym razem noc była zwykłą, jasną nocą jakie panują nad Nimmirnen. Jednak im dalej szli tym częściej Wilkowi zdawało się że widzi cień przesuwający się na granicy widoczności. Po jakimś czasie zaczął dostrzegać coraz wyraźniej błyszczące nieziemskim światłem oczy i zarysy czarnych istot. Pan też musiał to zauważyć bo przyśpieszył kroku. Kiedy noc stała się znacznie ciemniejsza niż po pierwszym starciu Myśliwy zaczął biec. Im ciemniej robiło się wokoło tym lepiej Kha’r’An widział lśniące oczy stworów i tym głośniejsze stawało się ich pomrukiwanie. Wtedy Wilk zrozumiał, nie udało się im przegonić stworów. Cały czas były wokoło, stopniowo zacieśniając uchwyt i pozwalając im zakosztować zwycięstwa. To byli dobrzy myśliwi. W końcu pierwszy stwór pojawił się na ich drodze.
Udało się im go wyminąć. Gwałtownie skręcili. Minęli pień akacji, drugi, trzeci. Skręcili. Z prawej wyciągnęły się ręce jednego ze stworów. Myśliwy wystrzelił w ich stronę. Ryk bólu i gniewu. Pod ich stopami wyprysnął duży głaz. Z rozpędu wbiegli na niego. Odbili się od krańca głazu, skoczyli. Spod nich znów wyciągnęły się ręce, teraz z widocznymi szponami. Kolejna seria prująca mroki nocy i kolejny ryk wściekłości. Znów zakręt. Wbiegli na obniżenie terenu. Z obu stron dało się słyszeć pomruki i dziwny świst, po którym ziemia przed nimi wystrzeliła jęzorami czerni. Pan dolnymi dłońmi zarzucił broń na plecy i wyciągnął dwa krótkie miecze przytroczone do pasa. Chwycił je górnymi rękami i ciął płasko, dookoła siebie. Dwa wściekłe wizgi. Myśliwy sięgnął dolnymi rękami do wewnętrznych kieszeni płaszcza i wyciągnął z nich dwa pistolety. Miały ochronne kosze przed uchwytami; mogły spokojnie robić za kastety. Znów zmienili kierunek biegu.
Pomruki wypełniły świat. Zdawały się być wszędzie. Wilkowi zdawało się, że trzy głosy zbliżają się od tyłu. Ale bardziej martwiły go niewyraźne głosy z prawej strony. Głosy niebezpiecznie zbliżające się do Pana. Kha’r’An biegł dale, nie dając poznać, że je słyszy. Wyczekał by podeszły na bliskość skoku. On też był dobrym myśliwym. Wilk skoczył z rozwartymi szczękami.
- Kha’r’An! – krzyknął Myśliwy ze zdziwieniem i troską.
Spadł na co najmniej na dwa stwory. Gryzł i drapał na oślep. Wydawało się mu, że gryzie twarz jednego i rwie pazurami pierś drugiego, ale nie był pewien. Gdy po ułamku sekundy potwory rozpłynęły się Wilk wrócił do Pana. Mimo oporu jaki stawiali stwory nieubłaganie napierały ze wszystkich stron. Nagle, wśród zapadających ciemności dało się widzieć kształt. Był niewyraźny, ale Wilk dostrzegł w nim zrujnowaną konstrukcję. Miała masywne, ciemne ściany o wklęsłych, łukowatych kształtach. Skierowali się w jej stronę. Im bliżej byli tym więcej szczegółów dostrzegał Wilk.
Budowla miała kiedyś dwa piętra i pięć kopuł ustawionych w krzyż. Środkowa kopuła była największa, a okalające mniejsze. Bryła budynku była okrągła, a zewnętrze kopuły były w nią wpisane. Przestrzenie między kopułami były zadaszone łukami o tym razem wypukłym profilu. Pomiędzy każdą kopułą znajdował się kiedyś wieża wysoka na około pięć pięter o hełmie w kształcie pąka kwiatowego. Na ścianach budynku znajdowały się kiedyś liczne, symetrycznie ustawione kolumny i zawiłe winorośle białych linii ozdób. Z bliska dało się nawet zauważyć, że kopuły były niebieskie, a ściany budowli szare. Cały budynek był dość duży, mógł spokojnie robić za pałac. Tak było kiedyś. Bowiem teraz nawet z daleka budowla wyglądała na zniszczoną. Z czterech wież stała tylko jedna. Reszta, rozbryzgnięta na wiele mniejszych i większych fragmentów tworzyła wokół budynku pierścień gruzu, jak skały i lód tworzą fioletowe pierścienie Ekratha. Dwie z pięciu kopuł załamały się i wpadły do wnętrza budynku. Jedna z nich najwyraźniej uszkodziła ścianę nośną i spowodowała zawał całego skrzydła. Dwa inne skrzydła były również mocno zniszczone. Jednak główna kopuła i najdalsze skrzydło wciąż się trzymały.
Myśliwy i Wilk zbliżali się do schronienia. Dystans dzielący ich od bezpieczeństwa zdawał się nieubłaganie daleki, wręcz wydłużał się z każdą sekundą. Jednak Wilk wiedział, że się zbliżają. Budowla stale rosłą, a to mogło oznaczać tylko jedno – bezpieczeństwo było na wyciągnięcie ręki. Goniące ich potwory także widziały budynek. Dało się to poznać po większej natarczywości z jaką wynurzali się z zapadających mroków. Pan siekł ich mieczami i przeganiał wystrzałami pistoletów. Wilk raz po raz skakał, gryzł i drapał wrogów, ale oni zawsze znikali by pojawić się znów. Wreszcie wbiegli pomiędzy gruzy zwalonych wież. Budowla roztaczała wokół siebie aurę zimnego, niebiesko białego światła. Z jakiegoś powodu stwory nie chciały w nie wbiec. Zatrzymały się na granicy cienia i stały wyprostowane. Patrząc się lśniącymi oczami i pomrukując cicho. Kha’r’An rozejrzał się szybko i zmroziło mu serce. Gdzie by nie spojrzał poza krąg światła tam widział świecące oczy i wydłużone sylwetki. Byli całkiem osaczeni.
Pan nie zastanawiał się nad tym. Szedł prosto w stronę budowli, omijając gruzy. Musieli przejść pod jedną z zawalonych kopuł by dostać się do środka. Podłoga budynku była wyłożona gładkimi płytami o błękitnej barwie, pokrytymi gęsto białymi wzorami, na podobieństwo hełmów wież. Nagle Pan stanął jak wryty i przyglądał się kawałowi zawalonego stropu, tworzącemu coś na kształt ławy. Kha’r’An usiadł i pisnął pytająco pokazując pyskiem gruz.
- Niewierze... To, nie to nie może być! Głupota. Szaleństwo! – powiedział Myśliwy w powietrze.
- Szaleństwem jest ich tu pozostawić!
Nagle obok Pana pojawił się inny Tyr. Jego kontury były lekko rozmyte, jakby składały się z pyłu. Na ławie z gruzu zamajaczyły trzy postaci, również Tyr, wszyscy wyraźnie ranni, poparzeni. Wokół kręciło się jeszcze z dziesięć, dwanaście innych czterorękich. Nosili pakunki pod centralną kopułę, lub biegli po następne. Noc zmieniła się w szary świt. Na horyzoncie wstał zatarty kształt. Wilk wziął go za Ekratha, ale kształt był większy i pozbawiony pierścieni. To było słońce.
- Nie – powiedział Pan. – To się zdarzyło dawno temu. Daleko stąd. Nie możesz...
- Sam nie możesz! – odpowiedział wściekle Tyr. – Jak śmiesz kazać nam ich zostawić? To nasi bracia do cholery! Wiesz co się z nimi stanie!?
- Spłoną – odpowiedział dziwnie niefrasobliwie Myśliwy. – Tak jak i ty spłoniesz. Podjąłem tą decyzję dawno temu i podejmę ją teraz. Gdybyśmy ich wtedy nie pozostawili ten świt by nas dogonił. I ciebie dogonił.
- Przenieś ich do środka! – zażądał Tyr.
- Co to da? Umarli dawno temu – Pan wzruszył ramionami i zastanowił się chwilę. – A rób se co chcesz, ale nikt ci w tym nie pomorze.
- Co!?
- Słyszałeś. Mało czasu zostało do świtu. Wszyscy musieliśmy wtedy pracować żeby zdążyć na czas, więc jak chcesz marnować energię na i tak już straconych to proszę bardzo. Ale zrobisz to sam.
- Ty sukinsynu! Jak możesz robić takie świństwo!?
- To nazywa się przetrwanie. Zrobiłem to wtedy, zrobię i teraz – rozmówca Pana milczał, tylko wpatrywał się w niego wzrokiem pełnym nienawiści. – Jeżeli pozwolisz to wejdę pod tą kopułę, a ty rób co uważasz. Jak chcesz możesz się przyłączyć – po tych słowach Myśliwy skierował się pod centralną kopułę.
Gdy już tam się znalazł oparł się ciężko o ścianę. Wyglądało jakby podczas rozmowy był w jakimś transie, a teraz oprzytomniał i stracił siły. Mamrotał pod nosem „Co to było? Co to do cholery było?” Nagle zza ich pleców doszedł potworny ryk, huk ognia i wrzask. Myśliwy zwrócił oczy w stronę gruzowiska. Patrzył się przerażonym wzrokiem i cofał się. Gruzowisko z którego przyszli zalane było nierealnym ogniem. Słońce wynurzyło się do połowy zza horyzontu i jaśniało niemal nie do zniesienia. Na podłodze leżeli ranni, rozmówca Pana i jeszcze jakieś dwie kobiety, które, biorąc pod uwagę ułożenie ciał, nie zdążyły dobiec do budynku na czas. Cała szóstka wiła się w agonii i próbowała czołgać do bezpiecznego cienia. Ale całe połacie ich skóry były zdmuchiwane w falach płomieni i światła gwiazdy. Płonęli. Ich oczy zagotowały się i wystrzeliły rozgrzaną materią, włosy stopiły się i przylgnęły do odsłoniętych mięśni i kości, skóra kurczyła się i pękała z trzaskiem odsłaniając mokre tkanki na bezwzględne gorąco. Trwało to może dwie minuty, a może dwie godziny. Kha’r’An nie był pewien. Potem obraz zniknął.
Myśliwy siedział pod ścianą roztrzęsiony i płakał. Wilk podszedł i obtarł się o jego nogi. Zaskomlał cicho, polizał go po twarzy. Po chwili Pan wstał i bez słowa ruszył w głąb budynku. Korytarze były wysokie, sklepione ostro łukiem. W trzech czwartych ich wysokości ciągnął się błękitny pas szkła z białymi zdobieniami. Wilk podziwiał budowlę i zastanawiał się nad znaczeniem tego miejsca. Było jasne, że pochodzi z rodzinnej planety Pana, ale jaki związek mogło mieć z istotami czekającymi na zewnątrz? Weszli do głównej sali. Miała kształt okręgu i była tak wysoka jak cała budowla. Wzdłuż ścian ciągnęły się arkady zapewniające komunikację wyższym piętrom. Na środku stały kolejne postacie.
- Nie! Musimy jak najszybciej się stąd ruszyć, Jeżeli zostaniemy promieniowanie nas zabije! – mówił wysoki Tyr ubrany w fioletową szatę.
- Niekoniecznie – odpowiedział młody chłopak. – Czy mędrcy nie zabezpieczali takich miejsc? Skąd wież, że akurat to nie pozostało sprawne?
- Jasne. Wielkie miasta upadły, a świątynia pośrodku niczego przetrwała – powiedziała ironicznie jakaś kobieta. – Posłuchaj sam siebie! Wiem, że trzeba mieć nadzieję, ale tu zginiemy na pewno, prędzej, czy później.
- Ale gdzie niby mamy pójść? Sama mówiłaś, że to środek pustki. Jakie są seanse, że znajdziemy inne schronienie? – mówił jeszcze inny mężczyzna.
Grupka kłóciła się dalej, a tym czasem Pan skręcił w korytarz prowadzący do jedynej ocalałej kopuły. Tam znalazł drogę do sali pod ziemią. Na środku prosto urządzonej, okrągłej komnaty znajdował się świecący dysk, otoczony złotym pierścieniem. Nad dyskiem stała piękna kobieta. Ubrana była w długą, białą szatę pokrytą pnączami fioletowych wzorów. Szata miała też kaptur odrzucony na plecy. Kobieta miała opalizujące, czarne oczy i długie, równie czarne włosy spięte w kuc złotymi pierścieniami. Sięgały jej prawie do pasa. Spojrzała przelotnie na Myśliwego gdy wchodził.
- Nie uwierzysz co udało się mi znaleźć – powiedziała.
- Naszą zagładę - powiedział smutno Pan.
- To jeden z naszych holoprojektorów – ciągnęła nie zważając na jego słowa. – I zgadnij co. Ten wiąż działa!
- Jakie to ma znaczenie? Teraz, po tylu latach. Czemu cię widzę? Po coc tu jestem? Nie zmienię czasu, przykro mi...
- Będziemy mogli skontaktować się z innymi, znaleźć drogę do bezpieczeństwa... Nie cieszysz się?
Pan bez słowa uruchomił nieistniejący rzutnik. Pojawiła się na nim tęcza barw, która po chwili uformowała łeb srebrnego smoka.
- Mieszkańcy Tya’rkai, jestem Sarrax, najstarszy smok tego świta. Nasz lud opuszcza to miejsce. Możecie pójść z nami, jeżeli dostaniecie się do miejsca, które niegdyś było waszą stolicą. Ale czekamy na was tylko do końca bieżącego obiegu planety wokół słońca. Śpieszcie się – po tych słowach obraz zniknął.
- Lepiej powiedzmy reszcie – powiedziała po długim milczeniu kobieta. - Ucieszą się. Wreszcie jest jakaś nadzieja – dodała już mocniej, z uśmiechem.
- Nie, nie pamiętasz? Nie damy rady tam dotrzeć wszyscy. To zbyt daleko... – ale kobieta już wyszła. Pan pobiegł za nią.
Kha’r’An zastanawiał się chwilę nad ty co zaszło i kim dla jego Pana była ta kobieta. Po chwili również poszedł do głównej sali. Wszedł kiedy już toczyła się tam dyskusja. Teraz jednak wszystko się zmieniło. Na progu Wilk dostrzegł znajome sylwetki i zawarczał przeciągle. Zamiast Tyr na sali znajdowały się istoty z cieni. Całe pomieszczenie pociemniało, a sylwetki pulsowały powoli jakby pożerając światło. Pan stał pomiędzy nimi wraz z kobietą i rozmawiał.
- Nie możemy ruszyć wszyscy razem. Małe grupki przemieszczają się szybciej i mają większe szanse na dotarcie do celu...
- Łżesz! Masz mapę dlatego chcesz iść sam i nas zostawić – powiedział jeden ze stworów, który przypominał zwykłego Tyr. Gdy mówił szeptał niepokojąco, jakby to sama ciemność przemawiała. – Idziemy razem albo w ogóle!
- Dlaczego to ty masz decydować? – powiedział inny cień. – Ja mówię, że to jakaś bzdura. Tu mamy ujęcie wody, kopułę która nas chroni i magazyn pełen jedzenia. Zostańmy tu.
- Milcz idioto! – wrzasnęła pierwsza zjawa. – To ja jestem najsilniejszym z was i zrobicie co powiem. Ruszamy razem. Chcę mieć na niego oko – powiedział wskazując na Myśliwego.
- Spokojnie, mamy dość czasu by narysować uproszczoną mapę dla wszystkich... – zaczęła kobieta.
- Wiecie co? – przerwał jej pierwszy cień. – Mam was serdecznie dosyć.
Po tych słowach uderzył kobietę, aż ta runęła na ziemię. Drugi cień, który uczestniczył w dyskusji rzucił się by go powstrzymać, ale zjawa wyjęła miecz i cięła przez pierś. Inne cienie zbiły się w trwożną grupkę. Myśliwy stał i patrzył na zjawę leżącą na podłodze, z której piersi sączyła się stróżka czarnej pary. Postąpił krok i sięgnął po broń. Zanim zdołał cokolwiek zrobić cień kopnął go w brzuch. Uderzył w twarz. Kha’r’An rzucił się na pomoc Panu, ale woal mroku otaczający zajście nie pozwalał mu się przebić. Wilk mógł tylko patrzeć jak jego Pan jest katowany przez cień. Gdy skończyła okładać Myśliwego zjawa stanęła dumnie nad jego ciałem, dysząc, jakby faktycznie się zmęczyła. Cień sięgnął do Pana i z niewidocznego ubrania wyciągnął metalową płytkę.
- No. To teraz moi mili pozwólcie, że zabiorę was do naszego wybawienia – powiedział cień do reszty zebranych. – A ty, frajerze, zostań tu i gnij.
„Nie szkodzi, nie szkodzi. Mam jeszcze drugą mapę. Niech idzie, niech zginie idiota, a ja przeżyję. Ona chyba się wykrwawia, ale nie mogę się ruszyć, bo wróci i jeszcze odkryje mapę. Trzeba czekać, tak, wtedy pomogę lepiej nam obojgu”
Kha’r’An rozpoznał w tych słowach myśli swego Pana. Znów próbował się do niego przedrzeć, ale bariera mroku wciąż go trzymała.
- Nie! – wrzasnął Myśliwy. – Nie będę czekał, aż sobie pójdą, nie będę patrzył jak ona się wykrwawia – głos Pana nagle się załamał, zaczął płakać.- Nie pozwolę wam zginąć, nie znowu, nie tym razem.
Cień rzucił się w stronę myśliwego, ale tym razem ten zdążył dobyć broni. Myśliwy ciął z ukosa od prawej. Cień zadał cios pionowo. Myśliwy wygiął ciało i parował drugą ręką. Cień przełamał blok i natychmiast zmienił kierunek ostrza by ciąć w bok. Myśliwy sparował pistoletem trzymanym w dolnej ręce. Drugą ręką wymierzył strzał w pierś, ale cień wybił mu broń z ręki. Hakowatym ruchem miecza cień zaczepił i wyrwał Myśliwemu jedno ostrze. Złapał go za nadgarstek drugiej ręki, wykręcił sprawił, że Myśliwy musiał wypuścić drugi miecz. Został mu tylko pistolet. Uchwycili się za wszystkie cztery ręce.
Kobieta leżąca na ziemi otworzyła na chwilę oczy. Spojrzała na Wilka i nagle siła, która nie pozwalała mu przyłączyć się do starcia znikła. Kha’r’An rzucił się ze wściekłym rykiem na twarz cienia. Ten puścił Myśliwego, ale w szamotaninie Pan stracił drugi pistolet. Cień odrzucił Wilka, dosłownie zdzierając go sobie z twarzy. Myśliwy i cień znaleźli się na ziemi. Nieopodal każdego z nich leżał jeden z pistoletów. Obydwaj zaczęli czołgać się do nich. Obaj złapali je w tej samej chwili i wstali równocześnie. Wilk podniósł się, otrząsnął po upadku. Zobaczył jak Pan i cień składają się do strzału. Nie mógł zdążyć. Nie miał prawa zdążyć. Jednoczesny huk dwu wystrzałów przyspieszanych magnetycznie pocisków odbił się echem w wysokiej sali. Ciało i kaskada mroku padły jednocześnie na ziemię. Wszystko zaczęło się rozmywać.
Kha’r’An rzucił się do Pana w rozpaczy. Nad ciałem Myśliwego pochylała się kobieta w białej szacie, uśmiechała się.
- Mam... ekh... Mapę, zaznaczyłem... he... Jak tam dotrzeć – mówił Pan przerywanym głosem. – Podziel ich na... pary... Przerysuj mapy.. ekhe, ekh... Niech, niech... niech – poczym całkiem zamilkł.
Kobieta zamknęła mu powieki. Inne cienie na powrót zaczęły wyglądać jak zwykli Tyr. Całe otoczenie się rozmywało, blakło. Kobieta spojrzała na Wilka pogrążonego w smutku i rzekła :
- Nie płacz. O naprawdę bardzo cię kochał. I dałeś mu największy dar jaki mógł dostać – Wilk spojrzał na nią pytająco, kobieta najwyraźniej zrozumiała bo po chwili ciągnęła. – Jak myślisz, czy on dałby sobie dzisiaj radę bez ciebie? Tamtego dnia ocalił ciało. Dziś ocalił znacznie więcej.
Wilk chciał zapytać :
„Dlaczego dziś? Czemu cienie go ścigały? Co to ma wspólnego ze mną?
Kobieta tylko popatrzyła mu w oczy i rzekła :
- Osoba, która stała się cieniem i reszta Tyr, których widziałeś, umierając obwiniła twego Pana o swój los. Magia wykorzystana przez smoki była na tyle potężna, że ich nienawiść zmieniła ich w Noktreny, istoty magii cienia, żywiące się nienawiścią. Wiecznie głodne i pożądające duszy obiektu gniewu. Podążały za nim aż tutaj. Zresztą, to nie pierwszy raz. Myślisz, że jak rozpoznał ich ślady przy wodopoju? Ale pierwszy raz od tamtego dnia postanowił walczyć. Przeżył zatem ten dzień raz jeszcze, by móc zmienić jego finał.
„Ale co ja mam z tym wspólnego!?”
- Nic – zaśmiała się kobieta. - Albo wszystko. Zauważyłeś, że zaczął walczyć dopiero stając w twojej obronie? A może jesteś po prostu przypadkowym świadkiem niezwykłych wydarzeń, który opowie o nich innym. Jakie to ma naprawdę znaczenie?
Budynek i reszta Tyr całkiem już rozpłynęli się. Sawanna była znów zwykłą sawanną. Nie było śladów po walce, cieniach i budynku. Wilk zauważył, że są w tym samym miejscu w którym byli gdy pojawiły się cienie. Ciekawiło go jak to było możliwe. Jednak były inne ważniejsze sprawy. Miał jeszcze wiele pytań, a kobieta również już blakła i znikała.
„Poczekaj! Kim ty jesteś? I dlaczego pomogłaś mojemu Panu, jak mu pomogłaś? Poczekaj jeszcze chwilę, słyszysz. Kim jesteś?”
Kobieta jednak nie odpowiedziała. Zaśmiała się pięknym głosem i całkiem znikła. Kha’r’An pozostał sam nad ciałem Myśliwego.
Nad Nimmirnen panowała noc. Pośród niej rozlegało się żałosne wycie Seilet. Wszyscy, którzy to słyszeli brali je za normalny odgłos nocy. Ale Leśne Elfy wiedziały, że tej nocy stało się coś wzniosłego i odszedł ktoś wart każdych łez. Wilki z Nimmirnen nie opłakiwały nikogo na darmo.

 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.