Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze swiata gry.
 

obozy
 
Nowość!

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:






 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Miejsce TRZECIE: Ewenement autorstwa Maksymiliana Tatko
 
Ewenement
autor:Maksymilian Tatko



Było ciemno, a ja byłam spóźniona. Dawno już powinnam, jak to miałam w zwyczaju czynić, gdy tylko zapadał zmrok, unikając światła ogniska oraz wzroku drabów przy nim ucztujących przekraść się w głąb obozu. Tam, wśród gęstwiny różnobarwnych namiotów należących do co zamożniejszych kupców, odnaleźć ten wyróżniający się krwistoczerwoną barwą i wstąpić doń. Tak bowiem właśnie miałam w zwyczaju czynić. Jednak dziś procedura się zmieniła. Moją uwagę, jak nigdy przykuła rozmowa, która rozgorzała przy palenisku. Spośród wielu mało sensownych epitetów dało się słyszeć kilka ciekawych dla mnie kwestii.
- No, toć mówię ja wam po raz setny! – zakrzyknął czerwononosy drab. A futrzana czapka na jego głowie prawie podskoczyła. – Nie istnieje, nic takiego jak magia żadna. I nie psujcie mi nawet humoru, gadając o takich rzeczach – kończąc, wziął mocarny łyk jakiegoś mało wytwornego trunku. Jak się okazało zbyt mocnego, bowiem splunął resztką napoju w środek ogniska, którego płomienie tańcząc, oświetlały cztery męskie sylwetki.
- Nie wydzieraj się, Gared. I przy okazji, racz się nie upokarzać. Gdybyś, na przekór swemu zacofaniu, raz chociaż wychylił nos poza Poventros, może oszczędziłbyś nam takich mądrości. Czoło rudzielca, będącego autorem tych słów zalśniło, odbijając blask ognia.
- Dobrze gada – wtrącił trzeci. - Kuzyn mój, co prawda abstynent i włóczęga, nie raz mi opowiadał, jak na rynku w Hagensbergu czarowników widywał.
- Źle ci opowiadał. Omamić się dał. O dzikich stronach bajał, to i dzikość trików tamtejszych nie dziwna. Zrobią tacy oszuści parę sztuczek na festynie, a potem lud tępy i podpity nierzadko, radością dziką, rzecz jasna, wybucha. – Tym razem czapka wylądowała na ziemi. Gared podniósł ją, gdy tylko skończył pić.
- Ain… Inwik..kwicja? – Zapytał dotychczas milczący mężczyzna, odziany w zielony kaftan. To, że wciąż utrzymywał się na pieńku, na którym siedział, samo w sobie zdawało mi się dowodem na istnienie jakiś magicznych sił.
- Ha! I co powiesz na to? – Rudzielec prawie podskoczył. – Hag ma rację. Po co wam Poventriana, wasza sławna inkwizycja, skoro jak sam mówisz, żadna magia istnieć nie może. Chyba nie uważasz, że skarb sypie jej groszem, tylko po to, by nie dała niecnym czarownikom, poprzez sztuczki praktykowane na festynie, uczynić ludu tępym i podpitym.
- To akurat jest oczywiste. Skarb płaci im, zapewne nie mało , za inwilgilie… To jest za wtykanie nosa w nie swoe sprawy. Mało się słyszy o tym? Spłodzi król bękarta jakiego, to zaraz go na stryczek, bo bodziec magiczny wyczują. Albo młynarz jaki od podatków się będzie wzbraniać, to się na raz okaże, że młyn jego na zapomnianych ruinach stoi i regularnie co pełnie rytuały się w nim odprawia. Kiedyś słyszałem, jak na dworze u jednego barona odkryli składzik różdżek za wychodkiem. Oczywiście dworak zawisnął. A to wszystko było, powiadam wam gówno nie prawda. Byłam pod wrażeniem trafności tej parafrazy. Tedy powiadam wam – kontynuował – nie ma, od najwyższej góry w północnej ćwiartce Bove, aż po Wyłom ni jednego maga, czarnoksiężnika czy innego czarotwórcy. Tym miniwykładem o geografii i synonimach czarnoksięstwa drab zakończył dysputę. Ciężko mi stwierdzić, czy z braku argumentów, czy dla świętego spokoju, towarzysze Gareda nie drążyli tematu. W mojej głowie pozostało jedno frustrujące słowo: Wyłom. Kojarzyło mi się z czymś. Jednak teraz owo skojarzenie za żadne skarby nie chciało wykiełkować. Było ciemno, a ja byłam spóźniona. Z wolna ruszyłam przed siebie, miałam nadzieję, iż czarodziej wybaczy mi zwłokę.

*
- Na wszystkich bogów! – krzyknęłam. I cholera jasna, miałam ku temu powody. Wewnątrz czerwonego namiotu panował harmider. Ładny dywan, był ledwie widoczny przez stosy rupieci. Szaty, listy, a nawet biżuteria zalegały na podłodze. Odniosłam wrażenie jak by zostały wyplute przez otwarte szeroko kufry, stojące w rogach pomieszczenia. Nie to jednak nakłoniło mnie do podniesienia głosu. Pośród całego bałaganu, za solidnym mahoniowym stołem, siedział mężczyzna. Włosy długie, barwy kruczoczarnej, zaczesane miał do tyłu. Nad jego szarymi mądrymi oczyma, skierowanymi teraz w stronice opasłej księgi, górowały krzaczaste brwi tej samej barwy. Ubrany był zwyczajnie, ale nie biednie. Ten mężczyzna, nazywał się Acroyd Lyver, i był czarodziejem. W tej chwili to drugie przyznałby nawet zagorzały sceptyk. Bowiem jedynym źródłem światła w pomieszczeniu była ręka pana Lyvera.
- Przestraszyłaś mnie, Kirk. – Głos miał, stanowczy, ale stonowany. – Niegrzecznym jest spóźniać się, a potem wpadać z krzykiem. – czyniąc tę uwagę, czarodziej nawet nie uraczył mnie spojrzeniem. Co mnie poirytowało.
- Powiadasz? Ciekawi mnie, jak wysoko w twojej skali grzeczności stoi wysyłanie towarzyszki na całodniowe leśne przechadzki, argumentowane chęcią zachowania incognito. W czasie kiedy sam sobie błyska z palców. Ktoś mógł cię zobaczyć - zarzuciłam, zresztą słusznie.
- Nie pokazałem się współtowarzyszom z najlepszej strony. Wątpię więc, by chcieli mnie odwiedzać.
- Po alkoholu nachodzi ochota na odwiedziny kogokolwiek. Bez rozróżnienia z jakiej strony się pokazał. – Nie zamierzałam ustąpić.
- Trafna uwaga – rzekł i wykonał gwałtowny ruch dłonią. Światło zgasło. – Ale teraz skończmy się już droczyć. Wiedz, Kirk, że nie każdego natura obdarzyła tak imponującym wzrokiem, jaki posiadasz ty. Aby zagłębić się w lekturze, potrzeba mi choć odrobinę oświetlenia. A właśnie, jak podobały ci się księgi, które dałem ci w Pronansis?
Przez chwilę zastanawiałam się, w jaki ton powinnam uderzyć.
- Całkiem mi się spodobały. Szczególnie „Dwanaście grzechów inkwizycji” Adhaliego von Dave.
- Bo to bardzo dobra pozycja. Rażą jedynie braki dokładnej analizy początków tej organizacji, wynikające, jak mniemam, nie z ujm w wiedzy autora, a z cenzury, jaką nałożyło nań państwo.
Doskonale znałam ową historię. Przeczytałam o tym w innej księdze czarodzieja. Tej jednak mi nie pożyczał, więc wolałam pozwolić mu mówić.
- Od wielu lat dokłada się starań, aby lud brał inkwizycję za policję polityczną. Głupi ludzie. Całkiem zapominają, jak wiekowe są to struktury. Ta krucjata według mnie trwa tutaj od niepamiętnych czasów. Nie twierdzę, że jest całkiem bezpodstawna. – Ostatnie zdanie czarodziej powiedział półszeptem, zdawało mi się, że bardziej do siebie niż do mnie. – Cały kontynent już dawno sobie odpuścił. Zapomniał o starych cierpieniach zapewne wtedy, kiedy sam zadawał sobie nowe. Na północy jest istne zatrzęsienie domorosłych czarowników. Łatwo dorabiają się fortuny i sławy. Bratają się z Bovianami albo, jeśli się im poszczęści, z krasnoludami. Zresztą bardziej na południe wcale nie jest gorzej. W Nadbrannie działa jedyna szkoła dla czarodziejów. Ciężko powiedzieć, czy utrzyma się, teraz kiedy Cesarstwo dokonało aneksji tego księstewka. Sam jednak fakt istnienia takiej uczelni wypycha inne kraje o sto lat przed Poventros. Bowiem w kraju białego lwa, zawsze mordowało się wszystko, co magiczne i morduje nadal. Ciebie także, mała Kirk, spotkałby mało wesoły los. – Czarodziej miał rację.
- Bardzo niewesoły, gdybyś postanowił nie zabrać mnie ze sobą – powiedziałam. – Ale postanowiłeś, czemu?
- Postanowiłem, bo kiedy tylko cię ujrzałem, dostrzegłem coś w tobie. Nie musiałaś nawet nic mówić, to był istny magiczny ewenement. Bo tym właśnie jesteś: Ewenementem.
Dawno już przestałam liczyć, ile razy czarodziej użył tego słowa w stosunku do mnie.
Acroyd zmienił temat. Przeszedł do jakiś czysto historycznych rozpraw, aby wkrótce potem zejść na anegdotki dotyczące okolicznej fauny. Mnie jednak trapiło co innego. Skierowałam myśli w inną stronę, co jakiś czas racząc czarodzieja jedynie skinieniem głowy albo uśmiechem. Okłamałam pana Lyvreya. W rzeczywistości książka która najbardziej przykuła moją uwagę nosiła tytuł „Zdrajcy i szpiedzy w poventriańskiej historii”. Powoli wszystko to, co mag zdawał się przede mną ukrywać, stawało się klarowne. Był czarodziejem, a jednocześnie szlachcicem w kraju, gdzie magiczność była karana. Ukrywał się ze swymi mocami, przebywając w samej stolicy państwa. Odnalazł mnie w podróży i zabrał ze sobą. Kilka tygodni przeleżałam na wygodnych pościelach, tak innych od siana na którym spałam w rodzinnych stronach. A teraz znów ciągnął mnie gdzieś ze sobą. Trzy razy posprzeczaliśmy się, gdy spytałam o cel wyprawy. Wiem tylko, że karawana jedzie na południowy wschód i wszystko wskazuje na to, że za granicę.
- Bobołaki są raczej rzadkie w tych stronach. Ale jak już się na takie natknie, warto zaopatrzyć się w ich odchody. Ludowa mądrość głosi, że to idealny nawóz… Hmm, widzę, że się nudzisz. – nie zdążyłam zaprzeczyć. – albo jesteś śpiąca. Skończmy na dziś. Jeśli jutro przyjdziesz na czas, porozmawiamy dłużej. A tymczasem żegnaj. Chyba że chcesz się o coś spytać.
Zastanawiałam się przez moment, kiedy przypomniało mi się słowo zasłyszane od jednego z drabów przy ognisku.
- Acroydzie, co to jest „Wyłom”?
*
Od początku wiedziałam, że to nie może się dobrze skończyć. Mówiło mi to wolne tempo całej karawany. Rzucało się w oczy w postaci głupoty drabów dbających o cały pochód. Ukazywało się poprzez ciągłą tajemniczość i brak bezpośredniości czarodzieja. Nie sądziłam jednak, że stanie się coś aż tak nagłego i złego. Stałam, bokiem ciała opierając się o drzewo. Byłam zdyszana po niedawnym biegu przez las. Mój wzrok przyciągał środek obozu. Zatrzymała się tam bowiem duża grupa ludzi. Widziałam bandę drabów, co najmniej dziesięciu kupców, odzianych w groteskowe jasne stroje oraz Acroyda. Wszyscy brali udział w jakiejś zażartej dyskusji. Wszyscy oprócz czarodzieja. Lyver siedział na ziemi, głowę miał opartą o koło jednego z wozów. Ręce miał do ów koła przywiązane, zaś z nosa ciekła mu stróżka krwi. Nie wydawało mi się, aby posiadał jakieś większe obrażenia, mogła to być kwestia odległości. Musiałam z nim porozmawiać. Ale musiałam też poczekać, aż tłumek się rozejdzie. Przysiadłam na ziemi, próbując domyśleć się, co zaszło w obozie pod moją nieobecność. Jednak bez skutku.
Nim wszyscy opuścili placyk, gwiazdy na niebie były już bardzo wyraźne. Słowo wszyscy byłoby tu jednak nadużyciem, bowiem przy świeżo rozpalonym ognisku przesiadywali Gared i Hag. Około dziesięciu metrów za ich plecami siedział, w niezmienionej pozycji Acroyd. Z wprawą, jaką nauczyła mnie ta podróż, przekradłam się koło mężczyzn, unikając światła. Czarownik dostrzegł mnie już z dość daleka. ale nie odezwał się, poczekał aż podejdę bliżej.
- Witaj Kirk.
Z tej odległości dostrzegłam, że jego nos był prawie płaski. Niewątpliwie złamano go w kilku miejscach. Stróżka krwi zamieniła się w zaschniętą czerwoną skorupę zdającą się obrastać twarz maga. Paradoksalnie szczery uśmiech, którym mężczyzna mnie obdarował, tylko pogłębiał strach jaki obecnie wzbudzało jego oblicze.
- Nic ci nie jest? – wypaliłam zamiast powitania.
- Może nie wygląda to najlepiej – powiedział głosem słabszym i naturalnie, cichszym niż zwykle – ale w gruncie rzeczy to nic takiego. Mimo to Gared się nie oszczędzał. Mogę jednak mówić o pewnym szczęściu, uderzał patelnią, nie mieczem.
Drab w puchatej czapce zaśmiał się. Miałam ochotę podbiec doń i wydrapać mu oczy, wiedziałam jednak, że takie przedsięwzięcie było bez szans, a sytuacja i tak nie rysowała się najlepiej.
- Mocno krzyczałeś, jak na nic takiego. Byłam w lesie, spory kawałek od traktu, przybiegłam, jak tylko usłyszałam twe wrzaski.
- Owszem, krzyczałem. Ale nie przez ból. Zawczasu pomyślałem o tym, że niezręcznie byłoby gdybyś wieczorem szukała mnie w namiocie. Więc z braku innego środka komunikacji postanowiłem sobie pokrzyczeć. – Uprzedzając moje pytanie, czarodziej podjął po krótszej przerwie. – Opowiem ci, co zaszło. Przyłapał mnie ten pijaczyna, Hag. Wlazł do namiotu w dość niefortunnym momencie. Zaczął krzyczeć i odgrażać się. Wyleciał z namiotu i rąbnął w ziemię, kiedy potraktowałem go zaklęciem. Ale to okazało się nie lada błędem. Hag już od dawna o coś mnie podejrzewał. Zebrał więc wszystkich, a sam poszedł mnie przepytać. Naraz wybuchła nieopisana wrzawa. Draby otoczyły mój namiot i szykowały się do szturmu. Do takowego jednak nie doszło, bo sam do nich wyszedłem, aby negocjować. Do negocjacji też nie doszło. Gared, chcąc się chyba popisać, doskoczył do mnie w dwóch susach i rąbnął patelnią między oczy. I tak, mówiąc w skrócie, znalazłem się tutaj. Mam nadzieję, że rozumiesz powagę sytuacji i nie zasypiesz mnie teraz pouczeniami.
Nadzieje czarodzieja były złudne.
- Czym tym razem postanowiłeś sobie poświecić? Ręką czy może nosem? Jeśli to drugie , to chyba był to ostatni raz. Po ciemku przecież nie da się czytać, co? Niby czarodziej, niby mądry, a taką głupotę zrobić! – Starając się podkreślić swój gniew, a zarazem nie unosić głosu z moich usto dobywało się coś na znak pisku. Przyznam, że musiało to brzmieć śmiesznie. Acroyd jednak się nie uśmiechał.
- Kiri, zrozum, to nie czas na docinki. Posłali jednego ze swoich do najbliższego miasta, tylko kilka mil stąd. Łatwo się domyślić, że nie wróci sam.
Inkwizycja – pomyślałam.
- Musimy stąd uciekać! – Momentalnie uderzyłam w inny ton. - Te więzy na pewno nie są dla ciebie przeszkodą, tak samo jak tamci obwiesie. Nie chcę umierać po miesiącu biegania po lasach. No rusz że się i dlaczego do cholery ty się uśmiechasz!?
- Kirk, Kirk, Kirk. Moja ty nadpobudliwa kompanko, mój ewenemencie. Wiedz, że chętnie przepaliłbym więzy, a później uczynił to samo z karawaną i może z rozpędu z całym okolicznym lasem. I o ile do tego byłbym zdolny, o tyle przed inkwizycją ucieczki nie będzie. Gdy już ugaszą las i policzą trupy, zacznie się obława ,a jej wynik z góry można przewidzieć.
- Więc już po nas?
- To zależy od samej inkwizycji. Pewnym jest, iż nie spodziewają się tak dobrego czarodzieja hasającego sobie po Poventroskiej Ziemi. Jeśli więc przysłany patrol nie będzie przesadnie liczny, może poradzę sobie z nim. Jest szansa, iż zanim ktoś uwierzy, że ktokolwiek podołał inkwizytorom, my będziemy już daleko. Zawsze mogę też oddać się w ich ręce. Jeśli los będzie sprzyjać, skażą mnie jedynie na nieokreślenie długi pobyt w lochu. Jednak ta perspektywa też ma swoje wady. Może przyjść im do głowy, by połączyć mój wizerunek z pewnym szlachcicem, który to opuścił niedawno dwór w celach nieznanych. Pechowo wyglądał on i nazywał się zupełnie jak ja.
Po usłyszeniu tych słów coś we mnie pękło. Uznałam, że jeśli czarodziej ma wyznać mi całą prawdę, to może to być ostatnia okazja.
- Acroydzie… Skoro i tak nie ma innej opcji niż czekanie. Racz wytłumaczyć mi kilka spraw. Wiem, że jesteś albo byłeś szpiegiem. Ale na tym zasadniczo kończy się ma wiedza. Powiedz mi, dla kogo pracujesz. I jeśli łaska ,podaj bez wykrętów cel podróży.
Czarodziej nawet nie próbował się wykręcać.
- Pochodzę z Zaarani. Kraju rozciągającego się na południe od Wyłomu. A będącego rozleglejszym niż cały ten kontynent. Od czasu wielkiego przepędzenia magów z północy, o którym nie mam ani czasu, ani woli, by teraz opowiadać, Zaarania jest Siedliszczem czarodziejstwa. Zaar chce uniknąć ujawnienia się, dlatego nie możemy nawiązywać kontaktów dyplomatycznych z tutejszymi państwami. Co za tym idzie od lat funkcjonuje rozbudowana siatka szpiegowska infiltrująca dwory kontynentu. Nie wszyscy magowie na północy są częścią spisku, ale trzeba przyznać, że lwia część. Całość systemu działa świetnie, wszędzie, ale nie w Poventrosie. Poprzedni nasz kontakt w tym kraju został wykryty dziesięć lat temu. W dość banalnych okolicznościach bowiem imbecyl wybudował skład różdżek za wychodkiem. W każdym bądź razie, żądny sławy i doświadczeń, zgłosiłem się na jego miejsce. Przez dziesięć długich lat pozyskiwałem informacje na wiele tematów, byłem w tym, co często przekazywano mi przez kontakty, naprawdę dobry. Ale już od dwóch lat czyniłem to bez pasji. Poprosiłem o zmianę, o dziwo uwzględniono ją, z zastrzeżeniem, że sam mam załatwić sobie powrót. Wiedząc, że po tym kraju lepiej nie podróżować samemu, postanowiłem odnaleźć karawanę, która to jechałaby w względnie pasującym kierunku. W międzyczasie zwiedzając własne lenna, spotkałem ciebie… Wiesz oczywiś….
Dał mi wzrokiem sygnał, abym umknęła w bok. Tak też uczyniłam.
- No, no, nie dość, że czarodziej, to jeszcze gada sam do siebie. – Gared z wolna człapał w stronę wozu. W ręku dzierżył miecz.
- Nie podobasz mi się, panie czarodzieju. Chyba powinienem poprawić dawny cios, używając nowej broni. Inkwizycja i tak zrobiłaby to samo, po co więc czekać na tę całą szopkę?
Nawet kilka metrów dalej czułam ostrą woń alkoholu. Chciałam krzyknąć, ale nie zdążyłam. Naraz wydarzyło się kilka rzeczy. Więzy zniknęły, Acroyd zerwał się na równe nogi. Jednym ruchem ręki sprawił, że Gared odleciał na kilka metrów w tył, wrzeszcząc przy tym niemiłosiernie. W tej samej jednak chwili powietrze na środku placu zawirowało, poderwało do góry piach i zatańczyło, jak nad ogniskiem. Towarzyszył temu świst podobny odgłosom mocnego wiatru. Najpierw dało się dostrzec cztery złote pręty, stojące w rogach placu. Potem pojawiło się pięć zakapturzonych postaci, odzianych w białe togi. Jeden z nich, widać przywódca, na torsie miał herb inkwizytorski. Szarą pięścią ściska błyskawicę.
*
„W czasach dawnych, gdy była to jeszcze bardziej straż królewska niż osobny organ, złupili inkwizytorzy opuszczone laboratorium mistrza Lydarioskorpa. Mawiało się, iż w miejscu owym osobliwość goniła osobliwość. Nie ustalono, jak wiele wiedzy i ekwipunku zdobyła tam organizacja. Wiadomo jednak na pewno, że odnaleźli oni rzecz – jeśli na nasz język przekładać – zwaną Teleportem. Sprzęt ów podobny jest złotych prętów, jakie mag wbijał w regularnych odstępach w ziemię, tworząc czworobok. Potem zaś, sobie tylko znanym sposobem, używając narzędzia, przenosił się w dowolne miejsce, jakie znał, a jakie nie było przed takimi praktykami chronione. Mówi się, że w nagłych wypadkach inkwizycja nadal gotowa jest do takiego środka transportu...”.
Mistrz Adhali von Dave prawie podskoczył ze złości. Na własnoręcznie pisanej rycinie wytworzył się olbrzymi kleks. W sumie – pomyślał, – ten fragment i tak nie przeszedłby przez cenzorów.
*
Acroyd Lyver miał rację. Spalił las. A przynajmniej tę jego część, którą widziałam wokoło siebie.
- Ubijcie łajzę, panowie! – Krzyczał Gared, który ledwo co podniósł się z ziemi.
Inkwizytorzy stali względem maga w półkolu. Pomiędzy nimi a ich przeciwnikiem pojawiła się mglista tarcza, którą utrzymywali przy pomocy artefaktów, jakie dzierżyli w dłoniach. Kolorowe groty, ogniste kule i łańcuchy błyskawic, którymi miotał czarodziej, odbijały się od owej zasłony i rozbryzgiwały na różne strony, czyniąc przy tym olbrzymią szkodę wszystkiemu, co im ulegało.
Acroyd na chwilę przerwał ostrzał. Zebrał w sobie siły i uderzył ponownie, celując w lewy bok zapory. Stojący w okolicy inkwizytor nie utrzymał się. Jego ciało, telepiąc się, uleciało pomiędzy płonące drzewa. Pozostała czwórka trwała jednak twardo, wciąż zmniejszając odległość.
- Na co czekacie! Zabić go! – Wycedził przywódca białych kapturów widząc zgraję uzbrojonych drabów, która umykając przed ogniem, wpadła na plac. Mężczyźni popatrzyli po sobie. Jeden postąpił na przód, by po chwili biegiem skoczyć na Maga. Ten drugi tylko skinął prawą dłonią. Głowa śmiałka dosłownie eksplodowała. Pozostałe kmioty postanowiły chyba uczcić kompana, w jakiejś odległej karczmie, bowiem rzuciły się biegiem, szukając drogi na trakt. Kolejny inkwizytor, tym razem z lewej strony zapory, uleciał w tył.
Krzyknęłam z radości, w tym gwarze nikt nawet nie zwracał na mnie uwagi. Spojrzałam na twarz Acroyda. Zalewał się potem, z nosa ciekła świeża krew. Musiałam mu jakoś pomóc. Decyzję podjęłam w przeciągu sekundy. Obiegłam zaporę i rzuciłam się w kierunku dowódcy Poventrian. Wbiłam zęby w jego piszczel. Ryknął, ale nie przerwał obrony. Okuty but strącił mnie w bok, przeleciałam prawie metr. Czułam, jak gruchnęły kości. Jamę ustną wypełnił ciepły płyn.
- Dobić to!
Gared uniósł miecz w górę, ale nie zdążył go opuścić. Jego czapka wyglądała jak worek, kiedy szybowała wraz z głową. Hag rzucił się do przodu, w dwa susy dopadł mistrza inkwizytorów. Błyskawica na jego torsie zabarwiła się czerwienią, kiedy ja straciłam przytomność.
*
- Wyłom, czy też jak zwą go w bardziej kulturalnych kręgach – kanion. Jest to taka długa wyrwa w ziemi. Ciągnie się ona przeszło pięćset mil i przy okazji oddziela od siebie dwa kontynenty. Byłem tam wielokrotnie, i życzę ci tego samego. Piękne miejsce. A teraz zmykaj już – powiedział mag.
*
Pomarańczowe skały po przeciwnej stronie kanionu wyglądały pięknie w świetle wschodzącego słońca. W oddali, jak mi się zdawało, widziałam olbrzymie miasto o złotych kopułach. Za moimi plecami Hagon Lyver, zwany Hagiem ,zbierał z ziemi złote pręty. Acroyd podszedł do mnie.
- Przepraszam cię. Stałaś się ofiarą mojej głupiej chęci do zrobienia efektownego wejścia. Mam nadzieję, że ten widok choć trochę rekompensuje ci ból, jakiego doznałaś. I liczę na to, że wybaczysz mi kiedyś.
Acroyd Lyver nie miał pojęcia, iż wybaczyłam mu już dawno. Wcale jednak nie zamierzałam się do tego przyznawać. Zbyt duże profity dało się czerpać z boczenia się. Może mało to moralne, ale w gruncie rzeczy chyba mam do tego prawo. Czego by nie powiedzieć, jestem przecież czymś zjawiskowym, istnym magicznym ewenementem – kotką o ludzkim głosie.

 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.