Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze swiata gry.
 

obozy
 
Nowość!

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:






 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Opowiadanie autorstwa Karola Kota
 

autor: Karol Kot



To nie miało prawa skończyć się dobrze... pal licho skrępowane powrozem ręce i zardzewiała żelaza klatka ograniczająca moje ruchy! Na zewnątrz odbywała się rzeź, z udziałem moich oprawców i jakichś rzezimieszków z lasu! Nie dalej jak dziesięć uderzeń serca temu widziałem na własne oczy, jak jeden z najemników ochraniających karawanę rozłupywał czyjąś czaszkę toporkiem, by chwilę potem samemu paść pod ciosem miecza. To jakieś szaleństwo, muszę uciekać jak najdalej stąd!
Jak zawsze łatwiej jest powiedzieć niż zrobić... wpierw muszę się zająć tym sznurem, inaczej nie wystawię nawet ręki za pręty klatki. Na bogów jak tutaj ciemno... gdy tylko zaczęła się ta masakra ktoś mocno potrącił wóz i rozbił lampę oświetlającą wnętrze... Gdybym widział cokolwiek może znalazłbym coś czym przeciąłbym więzy. Jakiś wystający z drewna gwóźdź albo kawałek... szkła.
Gorączkowo zacząłem macać wokół klatki, na tyle na ile pozwalał mi sznur grubo oplatający moje nadgarstki. Nie, żaden kawałek lampy nie poleciał w tę stronę... odsunąłem się na tyle na ile pozwalały mi ściany klatki i przeszukałem jej podłogę - gładka niczym płaz miecza. Cóż, o przegryzieniu więzów nie ma co myśleć - to są powrozy takie jakich używa się na okrętach. Chyba mogę przestać myśleć o pozbyciu się ich. Pora przyjrzeć... obmacać klatkę.
Mimo pojawiających się gdzieniegdzie plam rdzy klatka wydaje się solidna. Na pewno nie wyłamię prętów, ani nie rozbiję zamka - to kawał porządnej roboty, cały z żelaza, zamknięty na co najmniej dwa spusty. Ale zawiasy - zupełnie inna historia! Wystarczyło dotknąć by poczuć że są bardzo luźne. Właściwie to sprawiają wrażenie, że co by je mocnej kopnąć rozpadną się na kawałki. Spróbujmy. Wsunąłem się w róg klatki na ile mogłem (A uwierzcie że ani to szeroka ani wysoka taka klatka) i kopnąłem na próbę. Ścianka klatki podtrzymywana przez zawiasy zatrzęsła się niebezpiecznie. Po tym jak metaliczny odgłos poniósł się po całym wozie dopiero uświadomiłem sobie, że wrzawa bitewna na zewnątrz ucichła. Czy to znaczy że karawana została wyrżnięta w pień? Albo na opak - to ten kto na nich napadł przegrał? W obydwu przypadkach moja sytuacja malowała się coraz gorzej - albo zostanę ukarany - pewniakiem boleśnie - za próbę wydostania się z klatki albo dołączę do martwych członków karawany. Czy w tej sytuacji opłaca mi się dalej kopać w zawiasy? Może jeśli zostanę w miejscu nikt mnie nie ukaże... albo ci co napadli na karawanę puszczą mnie wolno?
Nasłuchiwałem coraz dłużej ale nie mogłem usłyszeć nic. Żadnych kroków, żadnych głosów, żadnych jęków rannych... zupełna cisza. Tak jakby wszyscy rozpłynęli się w powietrzu. Cóż miałem począć w tej sytuacji? Chwila wahania, decyzja - klatka znów się zatrzęsła.

* * *

Mógłbym przysiąc że kopałem ją kilka godzin zanim ścianka runęła na deski. Wypełzłem cały spocony i oparłem się o płócienną ścianę wozu. Bolały mnie stopy - kopanie w żelazo gołymi podeszwami nie jest najbardziej komfortowe. Nie słyszałem nic poza moim oddechem. Odpocząłem chwilę i ruszyłem po chyboczącej się podłodze wozu do wyjścia...
-Psia krew!
Moje bluzgi wraz z okrzykami bólu przecięły nocne powietrze. Pod jaką gwiazdą musiałem się urodzić, by właśnie w tej chwili nastąpić na tak poszukiwany wcześniej kawałek szkła i wbić go sobie w nogę! Oparłem się ręką o płachtę zakrywającą wóz i wyciągnąłem szkło ze stopy. Ostrożnie sprawdzając każdy cal desek poruszałem się ku ziejącej w płachcie dziurze przez którą wpadało światło księżyca. W końcu poczułem powiew wiatru na twarzy i chwytając się burty wyskoczyłem z wozu.
Ziemia była mokra i zimna. Syknąłem gdy moja zraniona stopa jej dotknęła. Właściwie to moje stopy zanurzyły się do połowy w jakiejś zimnej cieczy... a przecież nie padało - słyszałbym. Schyliłem się i włożyłem do cieczy palec a następnie go powąchałem. Dopiero pod światłem księżyca dostrzegłem że mój palec mieni się szkarłatem ... gdy zdałem sobie z tego sprawę, omiotłem wzrokiem teren wokół siebie i znalazłem to czego szukałem - nie dalej jak metr ode mnie leżało pozbawione głowy ciało, a z otwartej krtani lała się ciurkiem posoka, powiększając kałużę w której brodziłem. Odsunąłem się jak poparzony, wychodząc tym samym z kałuży krwi.
Oparłem się o wóz i zacząłem obserwować wszystko w około. W miarę jak mój wzrok przyzwyczajał się do ciemności dostrzegałem kolejne okaleczone ciała. Nie dalej jak pięć metrów od pozbawionego głowy mężczyzny leżał strażnik karawany, a z jego pleców wystawały dwie strzały. Z kilku pozostałych wozów wyrzucono wszystkie skrzynie i pojemniki a następnie rozbito. Wokół walały się owoce i warzywa, ubrania, narzędzia… wszystko to w połączeniu z rzeźnią urządzoną karawanie tworzyło makabryczny obraz.
Nagle usłyszałem chrzęszczenie ziemi za wozem o który się oparłem. Ostrożnie wyjrzałem zza rogu. Oparty o wóz leżał mężczyzna patrzący w moją stronę nieprzytomnym wzrokiem. Z jego trzewi wystawała rękojeść miecza, na której oparł lewą rękę. Prawa zwisała bezwładnie, a z łokcia wystawała złamana kość która przebiła skórę.
Powoli podszedłem do niego i przyklęknąłem. Miał długą, siwą brodę i prawie łysą głowę. Spojrzał na mnie mrużąc niebieskie oczy.
-Nie znam cię… przyszedłeś dokończyć dzieła swoich koleżków? – powiedział cicho.
Nie odzywałem się. Dopiero teraz zauważyłem w co jest ubrany. Mimo uwalania w krwi, jego strój wyglądał bardzo bogato. Szyty złotymi nićmi, zrobiony z najlepszych materiałów. Gdzieniegdzie ziały otwory, zapewne po drogich kamieniach które ktoś wyrwał.
-Nic nie mówisz? Tak struchlałeś że boisz się porozmawiać z umierającym? Co szczylu?
Roześmiał się. Życie gasło w jego oczach. Chciałem coś powiedzieć, ale nie widziałem nic co mógłbym mu przekazać. Zacząłem powoli wstawać gdy jego lewa ręka wystrzeliła i złapał mnie za nadgarstek. Spojrzał na mnie przerażony.
-Powiedz mi – dlaczego?
Po wypowiedzeniu tych słów jego wzrok powędrował w kierunku nocnego nieba. Jego lewa ręka poluźniła uścisk a następnie opadła na ziemię. Ja klęczałem. Rozważałem nad tym kim był i co tu robił, ale przede wszystkim - rozważałem jego ostatnie pytanie. Dlaczego?
Zrozumiałem, że nie mogłem dłużej chodzić nieuzbrojony w takim miejscu. Następnym razem mogłem spotkać kogoś... lub coś niebezpiecznego. Niemało było opowieści o pożeraczach ludzkich ciał grasujących na pobojowiskach i cmentarzach. A im pewnie wszystko jedno czy ich posiłek się rozkłada czy wciąż żyje.
Wokół starca nie dostrzegłem żadnego oręża. Jedyne co widziałem to miecz wystający z jego trzewi. Przez chwilę się nawet zastanawiałem czy nie spróbować go wyjąć... ale nie mogłem się do tego zmusić. Wmawiałem sobie, że nie ma sensu bezcześcić jego ciała i że na pewno znajdę w okolicy jakąś broń.
Zacząłem się wracać oglądając grunt. W świetle księżyca widziałem rozbite skrzynie jabłek, podarte suknie i udeptaną przez kopyta trawę. Widziałem okaleczone ciała, odrąbane kończyny i kałuże krwi. Nie mogłem jednak dostrzec żadnej broni. Zdesperowany padłem na ziemię i zacząłem ją obmacywać, w nadziei że przeoczyłem coś. Wzdrygałem się ilekroć moje ręce dotykały zimnej krwi lub jeszcze zimniejszych trupów. W końcu znalazłem.
Pod kilkoma rozbitymi butelkami wina, zapewne także wyrzuconych z wozów wystawała rękojeść. Gdy wciągnąłem ją spod kawałków szkła okazało się że trzymam obnażony sztylet. Jego ostrze było długie jak moja dłoń, rękojeść prosta, owinięta w skórę. Bez porównania z mieczem, ale musi mi wystarczyć.

Dość czasu spędziłem w takim miejscu. Uznałem, że pora wykorzystać szansę od losu i odejść póki mogę. Nie miałem pojęcia gdzie jestem ani jak daleko może być jakaś wieś. Podniosłem z ziemi suknię która była prawie nienaruszona, położyłem na niej kilka owoców które znalazłem i zwinąłem w tobołek. Nie znalazłem pochwy od sztyletu więc po prostu założyłem go za pasek. Na horyzoncie zaczynało świtać. Postanowiłem ruszyć w kierunku z którego karawana przyjechała. Przede mną widniał wyboisty szlak, wydeptana w ziemi ścieżka poznaczona koleinami. Na lewo, w oddali rysowały się równiny, gdzieniegdzie urozmaicone jeziorem lub zalewem. Na prawo zaś... na prawo od drogi rozpoczynał się las, którego korzenie podkopywały drogę, a gałęzie nachylały się w kierunku ziemi. Las ciągnął się wzdłuż drogi jak okiem sięgnąć, a już po przejściu dziesięciu kroków splatające się korony drzew tworzyły warstwę, której ani niknący księżyc, ani wstające słońce nie przebijało.
W końcu zaświtało na dobre, przepędzając nocne mary. Wraz z nowym dniem jednak przyszły nowe problemy.
Usłyszałem ich na długo zanim znaleźli się w zasięgu wzroku. Tętent końskich kopyt, nie do pomylenia z niczym innym nabierał mocy z każdym uderzeniem serca. Zastanawiałem się jak się zachować. Jechali z naprzeciwka, niemożliwym więc było by szukali sprawców tej masakry. Kim jednak byli ,,oni'? Czy byli to zwykli podróżni na trakcie? A może byli to najemni żołnierze, podróżujący w tych ciężkich czasach w poszukiwaniu pracy? Lub też rzeczywistość była bardziej mroczna a naprzeciw niemu jechali bandyci napadający podróżnych? Czy nie lepiej będzie czmychnąć w kierunku lasu i przeczekać jeźdźców?
Podczas gdy ja zastanawiałem się nad ukryciem się, konni wyjechali zza horyzontu. Była to duża grupa, nie mogłem ocenić ich liczebności z tej odległości. Wznosili za sobą tumany kurzu a kopyta uderzające o ziemię tworzyły dudniące echo odbijające się w lesie. Gdy się zbliżali dostrzegłem metaliczne błyski świadczące o założonych pancerzach lub... wyciągniętej broni. Byłem pewien, że i oni mnie dostrzegli, nie było więc już sensu ukrywać się.
W końcu dotarli do mnie. Na oko było ich piętnastu. Ubrani byli w ciemno-brązowe skórznie oraz szare tuniki na których widniało wyszyte czarną nicią, pozbawione liści drzewo. Tylko jeden z nich, ten jadący na przedzie zamiast tuniki nosił metalowy napierśnik, z wyprofilowanym symbolem drzewa. Nie znałem tego znaku, było to zapewne godło jakiegoś mniejszego rodu szlacheckiego lub jakichś najemników. Jeździec w napierśniku miał zupełnie ogoloną głowę oraz krótką, czarną brodę. To właśnie on pierwszy się odezwał.
-Wy tam. Podejdźcie.
Posłusznie zbliżyłem się do jego rumaka. Przy siodle kołysała się pochwa, z której wystawała ozdobna rękojeść. Wyglądał na takiego, który nie zawaha się użyć miecza w wypadku nieposłuszeństwa.
-Jak się nazywasz? Dokąd zmierzasz?
No właśnie, dokąd ja zmierzam? Nie wiem co jest za mną ani przede mną. Nie wiem nic.
-Idę na targ panie. Owoce sprzedać. - potrząsnąłem znacząco prowizorycznym tobołkiem. Miałem nadzieję że nie odkryje z czego naprawdę go zrobiłem.
-Targ! Słyszeliście panowie? - wśród jego ludzi poniósł się śmiech - A na jakiż to targ się udajecie?
Milczałem. Nie ważne co powiem, przecież nie odgadnę nazwy najbliższej wsi. Najwyraźniej nie spodobało mu się moje milczenie bo po chwili rzekł:
-Stach, Leroy - z konia. Przeszukajcie go.
Wywołani zeskoczyli z siodeł. Pierwszy wyglądał na nie więcej niż siedemnaście wiosen. Pewnie niedawno go zwerbowali albo sam się zaciągnął. ,,W poszukiwaniu chwały i przygód" jak powiadają. Drugi, z długimi blond włosami miał twarz przysłoniętą chustą, a jego oczy wyrażały pogardę dla podróżnego, którego mieli przeszukać.
Młodszy wyrwał mi z ręki suknię i ją rozwinął wyrzucając owoce które zabrałem ze sobą. Jego towarzysz wyciągnął sztylet zza mojego paska gdy próbowałem schować go ręką.
Podał go mężczyźnie w napierśniku, podczas gdy młody prezentował z czego zrobiony był mój tobołek. Dopiero teraz spostrzegłem co było wyszyte na gorsecie sukni: Czarne, bezlistne drzewo.
-Ty psie. Skąd masz to masz?! - wrzasnął któryś żołnierz.
Zamaskowany mężczyzna niczym na komendę chwycił mnie za prawą rękę i zaczął ją wykręcać. Ich dowódca zszedł ze swego rumaka i zabrał suknię by bliżej się jej przyjrzeć. Czułem jakby wszystkie kości w mojej ręce wrzeszczały z bólu. Pozostali jeźdźcy także zeszli ze swych koni i ustawili się wokół mnie. Kilku trzymało obnażoną broń. Wszyscy spoglądali to na swego dowódcę, to na mnie czekając co się wydarzy.
W końcu suknia wylądowała na grzbiecie konia, a brodacz zbliżył się do mnie. Naszym nosom brakowało niewiele by się zetknąć. To znaczy brakowałoby gdyby nie był wyższy ode mnie o głowę. Patrzył na mnie a jego oczy pałały nienawiścią. Zadał mi jedno pytanie:
-Co z nią zrobiłeś?
-Nie wiem o kim mówicie pa...
-Łżesz psie! - uderzył mnie otwartą dłonią w skórzanej rękawicy. Gdy podniosłem głowę trzymał przede mną sztylet. Ten sam który kilka chwil temu zatknięty był za mój pas.
-Odpowiadaj ty chamie, albo dowiesz się na ile sposobów mogę oszpecić twój podły ryj.
-Kiedy ja naprawdę nic nie wiem!
Przytknął czubek sztyletu do mojej wargi. Popatrzył znacząco i zaczął przesuwać nim w górę, w stronę mojego oka. Z kolejnymi centymetrami ostrze zagłębiało się w moją twarz. Krzyczałem jak nigdy, co sprawiło że sztylet zagłębiał się jeszcze bardziej. Wiedziałem że w końcu przebije się do środka, przeszywając policzek.
Nagle poczułem że zimne ostrze znika z mojej twarzy. Ból był bardzo silny, czułem jak po szyi spływa mi strużka krwi. Nie wiedziałem jak wysoko ostrze rozcięło moją twarz, ale miałem wrażenie, że jeszcze chwila i straciłbym oko.
Myślałem że to już koniec. Myślałem że uwierzył iż nic nie wiem, przecież to było tak oczywiste. Niestety, ale jego następne słowa wyprowadziły mnie z błędu.
-Co, bierzemy się za drugie oczko?
Wyrywałem się. Miotałem jak szalony, byle uciec od tego człowieka. Czułem jakby łamano mi rękę gdy człowiek za mną wykręcał ją coraz bardziej. Gdy zimna klinga sztyletu znów zaczęła zagłębiać się w moje ciało nagle straciłem czucie w całym ciele. Wszystkie mięśnie mi zwiotczały a ja czułem jak opadam na kolana. Ostatnie co usłyszałem to słowa jednego z jeźdźców stojących wokół.
-Zemdlał...

* * *

Nie wiem jak długo kuliłem się w kącie mojej celi. Gdy świadomość powróciła, leżałem już na jej podłodze. Wraz z nią przyszedł ból, rozchodzący się po całej twarzy. Przyciskałem dłonie do twarzy, starałem się złagodzić cierpienie lecz nic nie mogłem wskórać. Gdy tylko silniej powiało czułem jak wiatr przechodzi przez wyrwy w moich policzkach do ust. W końcu skuliłem się w kącie. Nie wiem ile już tak siedzę, lecz wydaje mi się to dniami. Nikt do mnie nie przychodzi. Nie słyszę żadnych dźwięków poza wyciem wiatru w dziurawych ścianach mego więzienia. Czym sobie zasłużyłem na taki los?
Cóż... przynajmniej co do jednego miałem rację. To nie miało prawa skończyć się dobrze.

 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.