Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

TWIERDZA autorstwa Bartka Figla
 


Twierdza

autor: Bartek Figiel




„To nie miało prawa skończyć się dobrze...” – pomyślał Vedast. Mężczyzna leżał na piaszczystym podłożu z piką wbitą w brzuch. „To nie miało prawa się udać…” – wojownik z trudem przechylił głowę, aby zlustrować otaczającą go rzeczywistość. Wokół niego po udeptanym piachu biegały grupki żołnierzy, gdzieniegdzie dostrzec można było jednego z tych cholernych mutantów, pochodnie przypięte do murów słabo jarzyły się, oddając władzę nad światłem wschodzącemu powoli słońcu. Mężczyzna skierował wzrok ku wschodniej części placu i… zobaczył ich. Porozrzucani, leżący bez ruchu jak marionetki pozbawione lalkarza. Żołnierze, wojownicy, towarzysze… przyjaciele, wszyscy spoczywający wśród stert trupów żołdaków wroga. Nie oddali swego życia tanio. Nagle oczy Vedasta się rozszerzyły – „Ale gdzie jest ona?!”, mężczyzna zaczął wodzić oczyma po całym placu, już zaczynał tracić nadzieję, kiedy ją dostrzegł. Ona… ona jedyna spośród całej siódemki jeszcze trzymała się na nogach, jej sylwetka na tle wschodzącego słońca zdawała się roztaczać niesamowitą, ognistą aurę, która niczym śmiertelna pułapka, niczym pochodnia dla ciem, zwabiała przeciwników swoim blaskiem, by następnie wyssać z nich ich ostatnie tchnienie. Jej miecz skrzył się w promieniach Gwiazdy Dnia, rażąc każdego kto miał tyle czelności i odwagi aby się do niej zbliżyć. W lewej ręce ściskała dwa sznurki przymocowane do dziwnej, czarnej kuli z prostokątnymi wypustkami. ”Ta kula… ta cholerna kula.” – mężczyznę zalała fala wspomnień. Znajdywał się daleko od ojczyzny, na drugim końcu świata, w jakiejś cholernej twierdzy na środku pustyni. Nie wiedział nawet jak owa fortyfikacja się nazywa, znał tylko jedno słowo- Pethaban. Miejsce, do którego wyruszył, aby uwolnić mieszkańców tego kraju od jarzma Ligii Kupieckiej, czy też Uzurpatorów, jak zwali ich tubylcy, zdobyć sławę i bogactwa. Wszystko zapowiadało się tak wspaniale… a teraz umierał. Umierał nie wykonawszy swego zadania, zawiódłszy swoich przyjaciół i dowódców… A wszystko zaczęło się poprzedniego wieczora.

***

Sztylet drgał lekko, wbity w stół.
- Nie, nie i jeszcze raz nie! – zagrzmiał Walaric. – To niemożliwe! To jest, cholera, niewyobrażalne!
- Ależ nie denerwuj się tak przyjacielu, przecież ten stół nic ci nie zrobił. – powiedział Dreux wśród rechotów towarzyszy. Rudowłosy mężczyzna starał się zachować powagę, ale kąciki jego ust drżały lekko, pokazując, że niewiele dzieli go od wybuchnięcia śmiechem
- Milcz, bo zaraz ten sztylet znajdzie się w tobie! – warknął rozjuszony wojownik. – To nie może być przypadek! Przegrywam dzisiaj już dziesiąty raz! A ty… ty, ty cholerny oszuście po raz kolejny wygrywasz!
- No cóż… czy to moja wina, że ja mam szczęście, podczas kiedy ty nawet nie potrafisz dobrze rzucić kośćmi? – odrzekł uśmiechnięty Dreux.
- Ooo już ja ci pokażę, że potrafię rzucać mały gnojku, jak cię złapię to możesz mi uwierzyć, że przelecisz dobrych parę metrów, zanim twój marny łeb roztrzaska się o ziemię! – krzyknął Walaric zrywając się od stołu.
- Hej, hej, spokojnie siłaczu. – starał się udobruchać Wergunda Vedast. – To, że będziesz rzucał takim chuderlakiem wcale nie wykaże twoich umiejętności, nawet nie poczujesz, że go trzymasz.
- Aż taki chudy nie jestem. – wzburzył się rudzielec. – Chociaż… przy tobie, Vedaście… rzeczywiście wyglądam marnie.
- Dobra, cofam to, co powiedziałem! Rozpłaszcz mu tą rudą facjatę… może chociaż to poprawi mu urodę, bo innego sposobu nie widzę.
- Z miła chęcią. – odparł z ogniem w oczach Walaric, po czym ruszył w stronę rudego wojownika.
- No chodź! – powiedział butnie Dreux, chociaż w jego głosie drżała nuta niepewności.
- Idę! O to się nie martw. Radziłbym się raczej przejmować jak się poskładasz do kupy kiedy już…
- Vedast, Walaric, Dreux! – rozległ się głos od strony wejścia do namiotu.
Wszyscy żołdacy znajdujący się w środku obrócili się w tamtą stronę, Między połami materiału stał strażnik z pochodnią.
- Zmiana warty, teraz wasza kolej. – rzekł nowo przybyły mężczyzna.
- Masz szczęście smarkaczu… ale co się odwlecze to nie uciecze. – powiedział Walaric, po czym dodał z satysfakcją. - Strzeż się, bo nie znasz dnia ani godziny.
- Tak, tak jasne… poczekamy, zobaczymy… - odpowiedział Dreux. – Dobrze, więc panowie, życzę miłego wieczorku i udanej gry… chociaż w sumie każda gra, w której nie bierze udział Waleric, jest grą udaną…
Jeszcze dobrą chwile po tym jak mężczyźni wyszli, z namiotu dobiegał gromki śmiech. Żołnierze przeszli jeszcze kawałek drogi, po czym zatrzymali się na uboczu, strażnik zgasił pochodnię.
- Musiałeś tak mocno? – zapytał Dreux, masując szczękę w miejscu w , którym dosięgło go uderzenie towarzysza.
- Musiałem. – odburknął Walaric, po czym uśmiechnął się pod nosem.
- Gdzie? – spytał krótko Vedast.
- Ten mały lasek za północnym wzgórzem, hasło to samo- „Zmiana warty”, odzew- „No nareszcie, będzie można się napić.”.
Po tych słowach, strażnik pożegnał się i odszedł, natomiast przyjaciele ruszyli we wskazanym kierunku. Gdy dotarli do północnego skraju obozu, napotkali strażników, którzy po krótkiej wymianie zdań przepuścili ich dalej. Do lasku dotarli kilka minut później, po dotarciu na miejsce wszyscy trzej wypowiedzieli hasło, na co z pomiędzy drzew odpowiedział im odzew a z krzaków wyłoniło się pięć cieni. Cała ósemka zebrała się razem i usiadła na ziemi, oświetlał ich tylko księżyc stojący wysoko na niebie.
- Vedast, Walaric, Dreux, Hlodver, Leodegar, Otker, Fara. – powiedział ,jeden z cieni. – Dziś w nocy wyruszycie do twierdzy. Podczas kiedy w obozie ogłoszona zostanie mobilizacja i całe wojsko zacznie zbierać się naprzeciwko bramy, wy od drugiej strony wespniecie się po murze i dostaniecie do środka. Jest was siedmioro tylu, aby nie rzucać się za bardzo w oczy,ale również by w razie rozpoznania zdołać wywalczyć sobie ucieczkę.
Księżyc oświetlił na chwilę twarz mówiącego, ukazując starszego mężczyznę o twardych rysach i hardym spojrzeniu. Człowiek ten, zwący się Médard, powiódł wzrokiem po obecnych, wszyscy w ciszy wytrzymali jego wzrok. Wtedy podniósł do góry rękę, w której trzymał dziwną kulę z prostokątnymi wypustkami zawieszoną na dwóch sznurkach
- Ten oto przedmiot jest rzeczą, którą macie pilnować jak oka w głowie. Jest to bomba prochowa zmodyfikowana przez inżynierów i zaklęta jakoś przez magów. Dzięki tym zabiegom jest ponoć dużo mocniejsza od zwykłej miny wybuchowej czy innych tego rodzaju runicznych przedmiotów. Waszym zadaniem jest dostarczyć tą kulę pod bramę, podpalić jeden z tych sznurów, wypowiedzieć słowa HEGELUZ FERU i jak najszybciej oddalić się od tamtego miejsca. Po zniszczeniu bramy nasze wojska bez problemu zdobędą twierdzę. Czy wszystko jasne?
Gdy znów odpowiedziała mu cisza Médard spojrzał po raz ostatni na twarze swoich żołnierzy i powiedział:
- Dobrze. Kiedy brama upadnie ruszę z atakiem frontalnym, podczas gdy cztery inne oddziały otoczą fortyfikacje i zdobędą mury. Powodzenia.
Gdy stary dowódca odszedł pozostała siódemka odczekawszy chwilę również ruszyła w stronę obozu.
- Widzę, że czeka nas ciekawa noc. – mruknął pod nosem Otker.
- Ano czeka… mam nadzieję, że doczekamy się też następnej nocy. – odrzekł Dreux.
- Czyżbyś się bał? – zapytał zdziwiony Hlodver.
- Nie ale bardzo bym żałował, gdyby mnie tu nie był przyszłej nocy.
- Dlaczego? – zdziwił się Leodegar.
- Bo wtedy przegapiłbym kolejną kościaną porażkę Walarica a Vedast musiałby się obżerać w samotności i kto wie czy by z rozpaczy nie schudł…
- Teraz to przegiąłeś. – warknęli razem Vedast i Walaric, po czym skoczyli na rudego wojownika.
Nie zdążyli jednak odpowiednio zemścić się na Dreuxie, gdyż chwilę później cała trójka leżała powalona na ziemi.
- Spokój. – powiedziała spokojnie Fara, otrzepując ręce. – Za godzinę widzimy się na zachodnim krańcu obozu. Zabierzcie broń, odpowiednie stroje i to co uważacie za niezbędne. Zresztą… jesteście dużymi chłopcami, wiecie co wziąć. Kto się spóźni ten zostaje, a teraz… do roboty!

***

Godzinę później grupka ludzi powiedziawszy wartownikom jakieś zdanie, opuściła teren obozu. Podejście pod mury nie było łatwe, ale oddział prowadzony przez Fare nie miał z tym większego problemu. Po odkryciu najsłabiej patrolowanego odcinka murów wojownicy poczekali aż ruch wojsk postawionych w obozie w stan mobilizacji zwróci uwagę strażników, po czym po cichu wspięli się po murach, unieszkodliwili żołnierzy wroga a ich zwłoki spuścili na linie na dół, tak, aby żaden nieprzyjacielski żołdak ich nie zauważył. Następnie ruszyli powoli w kierunku wschodniego muru, w którym znajdowała się brama.
- Za chwilę schodzimy na dół. – powiedziała cicho Fara.
- Dlaczego? – spytał Otker. - Jak na razie nikt nas nie rozpoznał, chociaż mijaliśmy już kilku wartowników.
- Niedługo nastąpi zmiana warty, wtedy zauważą brak żołnierzy, których zlikwidowaliśmy. Dodatkowo na blankach jesteśmy lepiej widoczni. Na dole jest więcej budynków a po placu zawsze ktoś się kręci, więc nie będziemy wyglądać podejrzanie, gdy tam dojdziemy. – stwierdził Vedast.
Fara uśmiechnęła się słysząc słowa towarzysza, po czym powiedziała:
- Dobra, schodzimy parami żeby nie robić zbyt wiele ruchu w okolicy, zbieramy się przy tym szarym budynku po lewej. Najpierw ja z Vedastem, potem Dreux z Walaricem, Hlodver z Otkerem i na koniec Leodegar.
- Ech muszę być w parze z tym… - zaczął Walaric.
- Tak, bez dyskusji, ruszać się. – przerwała mu Fara.
Pierwsza para zeszła po schodach i przystanęła w cieniu pobliskiego budynku, następnie ruszyła tam kolejna dwójka, gdy i ci dotarli Dreux dał Hlodverowi znak, że teraz jego kolej.
- Cholera… strasznie małe te schody… i wysokie… jakby się tak potknąć to idzie się połamać. – rzekł powoli Otker.
- Cicho, chyba mi nie powiesz, że boisz się wysokości, przecież dopiero co wspinałeś się po murze. – zrugał go przyjaciel.
- Nie, nie mam leku wysokości po prostu…
- Zamknij się, pogadamy w obozie jak już im rozwalimy tą cholerną bra…
Wojownik urwał w pół słowa, przed nimi stał żołnierz nieprzyjaciela, wpatrując się w nich ze zdziwieniem i kierując powoli dłoń w stronę miecza.
- O cholera… - powiedział Hlodver.
Wrogi żołdak chwycił rękojeść miecza, wysunął go z pochwy i otworzył usta by krzyknąć, lecz w tym samym momencie Otker wbił mu sztylet w brzuch, a następnie w serce.
- Uff, było gorąco. – uśmiechnął się słabo wojownik patrząc na Hlodvera. – A nie mówiłem, że schodzenie po tych schodach może być niebe…
Otker przerwał, jego oczy się rozszerzyły, popatrzył na towarzysza pytającym wzrokiem, po czym padł w jego objęcia, z jego pleców sterczała strzała. Oczy wszystkich skierowały się na mur, na którym stał łucznik nieprzyjaciela zakładając kolejną strzałę na cięciwę. Leodegar, który do tej pory kucał ukryty za beczką stojącą na owej fortyfikacji, teraz zerwał się, wyjął swój półtoraroczny miecz i rzucił się z nim na wroga. Nim jednak dobiegł i zdążył ciąć żołnierza w brzuch, ten posłał drugą strzałę, która trafiła Otkera, podtrzymywanego przez Hlodvera, w szyję oraz zdążył krzyknąć. Odgłos wydany przez łucznika, choć krótki i mało zrozumiały był wystarczająco głośny, aby zwrócić uwagę pobliskich wartowników.
- Cholera… zostaliśmy odkryci. Na dół! Szybko! – krzyknęła Fara, po czym wraz ze stojącą przy niej trójką ruszyła w stronę schodów aby uniemożliwić nadbiegającym żołdakom wejście na nie.
- Nieee! – wrzasnął Hlodver. – Nie zostawię go tu.
- Musisz, jemu już nic nie pomoże, a my możemy jeszcze uratować swoje życia. – rzekł do niego Leodegar, który właśnie dobiegł do przyjaciela.
- Powiedziałem nie! Ja tu zostanę, obronię go!
- Hlodver, Hlodver, posłuchaj mnie. Hlodver do cholery! Otker nie żyje! Będziesz tutaj siedział i beczał czy pójdziesz z nami i pomożesz nam rozwalić bramę, abyśmy mogli odwdzięczyć się pięknym za nadobne tym dupkom? Hlodver powtarzam, posłuchaj , Otker nie chciałby żebyś umierał.
Wergundzki wojownik popatrzył na Leodegara, otarł łzy spływające mu z oczu, po czym wstał i powiedział:
- Masz rację, Otker nie chciałby tego… najlepszym hołdem dla niego będzie zabicie paru tych gnoi a w szczególności tych szkaradztw, które oni hodują. Ruszajmy!
Wojownicy zbiegli schodami i dołączyli do reszty grupy, po czym całą szóstką ruszyli w stronę placu. Biegli przy murze, starając się ominąć jak największą liczbę żołnierzy, ci, którzy ich spotkali szybko tracili życie, od cięć miecza lub wystrzelonych przez Dreuxa strzał. Przystanęli dopiero gdy dobiegli na plac. To, co zobaczyli na miejscu przeszło ich najśmielsze oczekiwania. Spodziewali się oporu i wiedzieli, że większość wojska zostanie posłana pod bramę, ale takiej ilości przeciwników się nie spodziewali. Cały plac zajęty był przez nieprzyjacielskich żołnierzy i mutanty a z pobliskich budynków wciąż wyłaniali się nowi.
- Dużo ich… damy radę się przedrzeć pod bramę? – spytał cicho Leodegar, gdy przystanęli w cieniu na skraju placu.
- Marne szanse. – odpowiedział Vedast.
- Póki co, możemy jeszcze spróbować przedrzeć się na mury a potem uciec po linach… lecz wtedy nie wykonamy zadania. – rzekła z konsternacją Fara.
- Nie! Nie możemy uciec… przecież po drugiej stronie murów są ludzie, którzy na nas liczą. Jeżeli teraz zniszczymy bramę to oblężenie skończy się jeszcze tego dnia. Uratujemy wiele żyć. Nie możemy tak po prostu uciec! – odezwał się Dreux.
- Nie rób z siebie bohatera rudzielcu! – warknął na niego Walaric. – Jeżeli zginiemy zanim dostaniemy się do bramy to nie tylko nie uratujemy żadnych żyć a też stracimy własne. A tak najprawdopodobniej skończy się próba przebicia się przez plac.
- Fara? – Dreux popatrzył na nią z nadzieją.
- Moment. Muszę się zastanowić. – odpowiedziała mu kobieta.
- Zastanowić? – zapytał rudowłosy z niedowierzaniem. – Nie ma się nad czym zastanawiać, takie dostaliśmy zadanie i musimy je wykonać. Jeżeli się postaramy to uda nam się dostać do bramy, jeżeli się postaramy to przeżyjemy, jeżeli się postaramy to zdołamy uratować tych wszystkich ludzi i krasnoludy, które na nas liczą, jeżeli się postaramy to…
Wszyscy spojrzeli na Dreuxa, aby sprawdzić czemu przerwał.
- Co?! Stary… stary… rudzielcu? – zaczął się jąkać zaniepokojony Walaric.
Cała grupa wstała i wtedy zobaczyli, z piersi Dreuxa, który stał od strony placu, wystawał miecz. Po chwili miecz wolno wysunął się z jego ciała, rudowłosy upadł na kolana a żołdak stojący za nim zamachnął się mieczem i … głowa Dreuxa odtoczyła się powoli.
- Nieeee! – zawył Walaric i rzucił się na oprawcę przyjaciela, przebijając mu jednym mieczem żołądek a drugim jednocześnie podrzynając gardło. Następnie zaczął uderzać obydwoma mieczami w martwego już zabójcę.
Vedast podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu, po czym odrzekł cicho:
- Wystarczy.
Walaric podniósł dziki wzrok popatrzyła na przyjaciela, potem na pozostałych kompanów, po czym odstąpił od ścierwa przeciwnika. Drużyna popatrzyła na plac, krzyk Walarica zwrócił uwagę pobliskich żołnierzy, którzy przekazywali tą informacje dalej i powoli posuwali się w ich stronę. Zostali dostrzeżeni. Wiedzieli, że muszą decydować teraz- zostają, walczą i starają się dotrzeć do bramy czy wspinają się na mury i uciekają. Wojownicy popatrzyli po sobie nawzajem.
- Idziemy? – zapytała Fara z niebezpieczna nutą w głosie.
- Idziemy! – odpowiedziały jej zgodnie cztery głosy.
- Za Dreuxa i Otkera! – zakrzyknął Hlodver.
- Za Dreuxa i Otkera! – zawtórowali mu pozostali.
Piątka towarzyszy skierowała wzrok na plac, ścisnęła broń mocniej w rękach i z dzikim rykiem ruszyła w stronę wroga. Biegli prędko, tak szybko jak tylko potrafili, siekli na prawo i na lewo. Walaric tańczył wśród bestii i żołdaków, kręcąc swymi dwoma mieczami, tnąc wszystkich dookoła i ciągle prąc w stronę bramy. Za nim pędził Leodegar sztychując i rąbiąc swoim mieczem półtoraręcznym. Kolejny był Vedast torujący za pomocą swojego krótkiego miecza i sztyletu drogę Farze, która w jednej ręce trzymała swój wygięty miecz a w drugiej kulę, tą właśnie kulę, która miała zapewnić im zwycięstwo. Na samym końcu osłaniając tyły biegł Hlodver, którego topór siał spustoszenie wśród wrogów starających się dopaść wojowników od tyłu. Mimo tego, że ciągle parli naprzód zabijając całe masy przeciwników, to brama wcale się do nich nie zbliżała, a liczba nieprzyjacielskich sił wciąż rosła. W końcu się rozdzielili, każdy z mężczyzn ruszył w inną stronę, aby zapewnić jak najwięcej miejsca Farze z determinacją wpatrującej się w bramę. Pierwszy padł Leodegar, trafiony mieczem między żebra, nim zginął zdążył jeszcze wyjąć miecz i odciąć głowę swojemu zabójcy. Następny był Hlodver, który rąbiąc swym toporem, znacznie przyczyniał się do spadku populacji mutantów. Niepowstrzymany zabijał jednego potwora za drugim, w końcu jednak było ich zbyt wiele. Padł rozszarpany przez cztery monstra, które zdążył uprzednio pozbawić poniektórych kończyn. Mimo tych strat pozostała trójka dalej szła, dalej walczyła, dalej dążyła do bramy. Cel był coraz bliżej, Walaric już prawie dotarł do bramy, kiedy naprzeciwko niego stanął ogromny pethabańczyk z młotem bojowym. Pierwsze uderzenie zwaliło Walarica z nóg, przed drugim zdążył uciec, przeturlał się w bok i szybko wstał zadając przeciwnikowi dwa pchnięcia, w pachwinę i brzuch. Oba ciosy trafiły, jednak olbrzym zdawał się mieć je za nic, podniósł młot i znów uderzył nim Wergunda, tym razem cios zdruzgotał prawą rękę Walarica, pozbawiając go jednego z mieczy. Wojownik zawył z bólu, ale nie poddając się ciął wroga mieczem w drugiej ręce odcinając mu prawą dłoń. Pethabańczyk puścił młot, nie będąc w stanie utrzymać go jedną ręką. Walaric odrzucił miecz, podszedł do przeciwnika i uderzył go pięścią w nos. Powtórzył jeszcze kilka razy ten cios, po czym złapał olbrzyma za pas, z trudem podniósł go do góry i cisnął w pobliską grupkę wrogich żołnierzy. „Cholera, on naprawdę to zrobił.” – pomyślał Vedast – „Kiedy groził Dreuxowi, że nim rzuci myślałem, że żartuje, A teraz zrobił to… i to takiego olbrzyma… jedną ręką.”.
- Ha! Widzisz, mówiłem, że jestem silny! – krzyknął Walaric, odszukawszy wzrokiem przyjaciela.
Wtem Wergund upadł, z jego boków wystawały dwa miecze, Vedast rzucił się na pomoc kompanowi,ale było już za późno, zanim wojownik zdążył dobiec, do Walarica, trzeci żołnierz swoim mieczem przebił mu serce. Cała trójka oprawców padła po chwili od ciosów Vedastowego miecza i sztyletu. Mężczyzna spojrzał w górę, zza pobliskiego wzgórza powoli, nie śpiesząc się nigdzie i nie będąc świadomym odbywającego się tu dramatu wyłaniało się słońce, świtało. Promienie słoneczne powoli ukazywały cały obraz masakry, Vedast poprowadził wzrokiem po stertach trupów, po czerwonym od krwi piasku po… Wojownik poczuł w brzuchu straszliwy ból i jakaś siła rzuciła nim o ziemię. Była to pika, pika, która przeszyła go na wylot i przytwierdził do ziemi.

***

„Ech, to nie miało prawa skończyć się dobrze...” – pomyślał ponownie Vedast. – „Walaric miał rację, nic nie zmienimy, nasza śmierć poszła na marne.”. Mężczyzna znów obrócił głowę i spojrzał w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą walczyła Fara, lecz teraz już jej tam nie było. Wojownik coraz bardziej zaniepokojony zaczął błądzić wzrokiem po okolicy - „Czy to możliwe, czy ona też nie żyje? Zostałem tylko ja?”. Zobaczył ją. Fara przedarła się przez zastęp żołnierzy przeciwnika i teraz kucała robiąc coś przy kuli, podczas gdy żołdacy potykając się o zwłoki własnych kompanów próbowali się do niej dostać. Vedast przyjrzał się uważniej i kiedy zobaczył, co robi kobieta, ogarnęło go zarazem przerażenie i radość. „Ale… nie, to niemożliwe… on chyba nie chce…”. Fara odcięła właśnie jeden ze sznurów w taki sposób, że został jedynie jego krótki kikut, potem podniosła wzrok i odszukała nim pochodnię stojącą najbliżej bramy, wstała i już miała ruszyć w jej stronę, kiedy zaatakował ją żołnierz nieprzyjaciela z wielką siekierą w ręce, kobieta nie miała czasu zareagować, zasłoniła się rękami czekając na nieuchronne i wtedy mężczyzna padł. Fara odsłoniła twarz i zobaczyła swojego niedoszłego zabójcę ze sztyletem utkwionym w gardle. Kobieta odwróciła się, spostrzegła Vedasta. Mężczyzna pochylony w jej stroną trzymał dalej rękę w powietrzu, wyprostowaną po rzucie. Fara kiwnęła mu głową, po czym ruszyła biegiem w stronę pochodni. Kiedy do niej dotarła, zdjęła ją z muru, podniosła bombę do góry i zamarła. Można by powiedzieć, że ta chwila, zaledwie kilka sekund, drobne zawahanie, trwała godziny, miesiące, lata. W końcu jednak Fara podniosła wzrok, odszukała nim Vedasta i uśmiechnęła się do niego. Potem podpaliła kikut liny, powiedziała coś niewyraźnie i ruszyła biegiem w stronę bramy. Vedast odwrócił wzrok, wiedział, co się stanie i nie chciał na to patrzeć. Chwilę później ziemią targnąć potężny wybuch a brama wraz częścią frontalnego muru wyleciała w powietrze. Wtedy nastała cisza. Przez chwilę nikt się nie poruszył, zdawało się nawet, że i wiatr ustał. Vedast leżał. Leżał i nasłuchiwał. W jego umyśle zakiełkowała pewna myśl „A jeżeli Fara nie zniszczyła bramy prawidłowo, jeżeli wybuch zabił również nasze wojska”. Wątpliwości rozwiały się jednak po chwili. Ze strony zniszczonej bramy słychać było coraz donośniejszy odgłos… odgłos kroków, kroków wielu osób, całej armii. Chwilę później przez wyrwę powstałą po wybuchu, do fortecy zaczęła napływać fala żołnierzy, „Naszych żołnierzy!”- pomyślał mężczyzna. Vedast uśmiechnął się. „Czyli to jednak Dreux miał rację, udało nam się. Zwyciężyliśmy i uratowaliśmy wiele żyć.”. Wojownik wyprostował głowę i popatrzył do góry, nad nim stało słońce. Rozpoczynał się nowy dzień, który dla jednych mógł być mordęgą a dla drugich błogosławieństwem, dla jednych przegraną, a dla drugich zwycięstwem, jednym mógł przynieść szczęście a drugim smutek. Vedast zamknął oczy i czując na twarzy ciepłe promienie słoneczne powoli ruszył w swą ostatnią podróż, wyprawę na końcu, której czekali jego przyjaciele. Dumni i szczęśliwi ze zwycięstwa.
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.