Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Miejsce PIERWSZE: Ouroboros, Wąż pożerający własny ogon o wielu imionach autorstwa Baśki Węgrzeckiej
 
Ouroboros
Wąż pożerający własny ogon o wielu imionach

autor: Baśka Węgrzecka



To nie miało prawa skończyć się dobrze... Świat jeszcze był zbyt młody by na nowo zburzyć to czym był i tworzyć nowe podwaliny nim rządzące. Nie był dostatecznie stary by samemu się rozsypywać ani nawet nie zaczęto go niszczyć zbytnią ilością konfliktów i ciekawości zwanej przez niektórych nauką. To miało stać się dopiero za tysiące lat, może, za miliony. A on nie powinien się w to mieszać. A jednak.. Mieszał się. Jak zawsze. Tak jak inni.

***
Posłał spojrzenie niebu dość jednoznacznie świadczące jakie odczucia żywił do nabrzmiałych od deszczu bałwanów. Obłoki odpowiedziały mu wesołym pomrukiem dość dobitnie wyrażając się na temat zdania starca. I tak pogrążony w miłości do aktualnej pogody mężczyzna szedł przez las co i rusz rozglądając się za dogodnym zejściem w głuszę. Chciał zgubić to co za nim podążało, by chociaż na chwilę być wolnym od wizji śmierci. Był tchórzem... Zawsze nim był. Dlatego niszczył wszystko i stawiał od nowa swój gmach z piasku w obawie, że ktoś zrobi to za niego.
Zimne, żółte oczy przyglądały się mu spomiędzy drzew. Było w nich coś z oczekiwania padlinożercy, który cierpliwie obserwuje ranną ofiarę.
Odległy grzmot przetoczył się przez puszczę przyprawiając starca o dreszcze, lecz nie było czasu by się tym przejmować. Pora na kolejny krok.
Świat zadrżał wokół, gdy atomy powietrza zderzały się ze sobą. Mężczyzna mamrotał coś pod nosem wpatrzony we własne poorane bruzdami dłonie. Deszcz uderzył o ziemię z hukiem sprawiając, że pył pokrywający ubitą do niedawna drogę zmienił się w błoto. Dopiero gdy lunęło zrozumiał, że zawsze może być gorzej...
Chociaż...
To nigdy nie mogło się skończyć dobrze...

Huk.
Ouroboros...
Wąż pożerający własny ogon...
Koło nie ma ani początku, ani końca.

Kolejny grzmot.
Zamknięty w wejściu i wyjściu.
Żywy i martwy.

Burza zamruczała w potwierdzeniu jego myśli, lecz tym razem w tym odgłosie nie było groźby a matczyna opiekuńczość. Przestroga, przed tym co majaczyło w oddali za starczymi plecami. Mógł się domyślić, że kulawy wierzchowiec nie zatrzyma pościgu na długo. Łowczy nasyciwszy się niewinną krwią ruszą dalej byle by dopaść to co im tak uparcie uciekało.
Tylko westchnięcie wyrwało się z jego ust. Nie miał już siły się odwracać i patrzeć wprost w oblicze kostuchy. Znał je zbyt dobrze. Te jasne oczy, łagodne rysy. Nie miał w sobie zbyt wielu pokładów energii by po raz kolejny zmierzyć się z rzeczywistością.
Wbił paznokcie w skórę dłoni ponawiając szept, słowa wkrótce nabrały jednak siły burzy która rozszalała się nad jego głową i targała opończą której barwa już dawno przestała być godna identyfikacji. Język jakim się posługiwał był niewyraźny, ostry i szczekliwy, a zarazem melodyjny i pełen śpiewnych akcentów, nosowy i gardłowy. Bo też jego głosem przemawiały tysiące, lub on przemawiał milionami.
Starzec uniósł dłonie otwierając je ku boskiej matce zwanej niebem. Chmury załamały się nad nim zsyłając swój płacz na skażoną przez ludzi ziemię. Ogary zawyły potępieńczo widząc swą bezbronną ofiarę. Właściciel żółtych ślepi przymknął oczy w niemym pozwoleniu...
A Vaermundr znikł.

***
Gniewko wychylił głowę ze snopku siana wyłożonego obok stodoły i zaczął szukać wzrokiem rodzeństwa. Nie zdążył się dobrze rozejrzeć a już w czubek jego ryżej czupryny uderzył żołądź. Grad pocisków który posypał się na głowę chłopca sprawił, że właściciel marchewkowej tarczy na powrót spróbował się zakopać wśród słomy. Nie zdążył, rozwrzeszczana gromadka dzieciaków o ogniście rudych kudłach dopadła go i wyciągnęła z ukrycia, łaskocząc najmłodszego braciszka. Zwabiona harmidrem z bielonej chałupy wyszła kobieta nijak niepodobna do łobuzów. Wzrokiem przez chwilę błądziła po podwórku, nieświadoma nadmiarowego elementu obrazka. Kury dalej kluczyły pomiędzy grządkami, dziatwa próbowała się nawzajem przekrzyczeć biegnąć w stronę płotku, a bury kot leniwie wygrzewał się na ławie obok drzemiącego mężczyzny.
Niezbyt rozumiała co jest nie tak dopóki jej pociechy nie krzyknęły jednym głosem uciekając w stronę matuli i lgnąc do jej spódnic. Kocur leniwie rozwarł ślepia wpatrując się pasiasty pysk wychylający się zza płotu. Mężczyzna zachrapał gdy kapelusz opadł mu silniej na oczy. Nie obudził się. Lubimiła wpatrywała się w zwierzę niczym zaczarowana, to rozwierając to zamykając zbyt wąskie usta by nazwać ją piękną.
Borsuk nieśmiało wychylił głowę zza desek płotu i zasyczał zaczepnie do gospodyni. Ta drgnęła wykrzywiając wargi.
- Dzieci... Do domu. – Oderwała palce jednej z córek od materiału prostej sukni i posłała maruderom spojrzenie dość dobitnie świadczące o tym co spotka tych co nie wykonają polecenia matuli. Tylko jeden ze szkrabów ciekawsko jeszcze wyglądał zza drzwi do chałupy, lecz matka warknęła mrużąc oczy to i on umknął. Dopiero wtedy zwróciła uwagę na fukającego mieszkańca lasu.
Stał dalej przy opłotkach mierząc się spojrzeniem z wiedźmą. Mężczyzna drzemiący na ławie przed domem, zamruczał coś cicho pod nosem a promienie słońca zatańczyły na płomienistych włosach przetykanych siwizną. Borsuk nie wytrzymał zbyt długo i zasyczał, chociaż to bardziej przypominało kaszel. Lubimiła potrząsnęła głową a kabłączki zadzwoniły. Gdy ucichły pozwoliła by jej głos przerwał spokojne odgłosy lasu.
- Dobrze się dzieje. Nigdy nie byłeś w tym dobry. – Przekrzywiła głowę a w morelowych oczach zatańczyły iskierki wesołości. Borsuk w odpowiedzi wymruczał coś w swej borsuczej mowie i zaczął dreptać w jej stronę. Bury kot obserwował rywala i gdy ten przekroczył pewną niewidzialną granicę napuszył się sycząc złowrogo. Pan lasu zamarł i dopiero śmiech wiedźmy sprawił, że ważył się poruszyć. – Uciekasz. Zawsze uciekałeś. Przed odpowiedzialnością, przed rzeczywistością... – Przekrzywiła na bok główkę i podeszła do zwierza. – Uciekałeś przed sobą. I dobrze. Wreszcie zapłacisz za to jaki byłeś. – Materiał spódnicy zamiótł pył podwórka, zieleń i brąz pokryły się piaskowymi plamami. Haftowany rąbek stracił swe wyraźne kolory. Wyciągnęła dłoń do pasiastego pyszczka i pogładziła włosie je pokrywające. – Nigdy nie byłeś dobry. Teraz też nie jesteś. Przyjdą tu za tobą. Zabiją mnie, mojego niewinnego męża, oraz moją jedyną nadzieję na przyszłość. Moje dzieci. A i tak przychodzisz do mnie, łamiąc prawo gościnności. – Wymamrotała gładząc sierść zwierzęcia. Futro pod jej palcami zafalowało. Iskry posypały się na ziemię zaś kobieta szybko cofnęła dłoń. Na młodej twarzy pojawił się grymas kpiny. Śmiała się z niego milcząc.
Borsuk stanął na tylnich łapach balansując z trudem ciałem, które nie było przystosowane do takiego poruszania. Jednak teraz gdy się wyprostował, a wiedźma przyklękła na ziemi, wpatrywał się w jej morelowe oczy z pogardą. I głos tysiąca się odezwał szeptem milionów.
- Też nigdy Cię nie lubiłem.
Potępieńcze wycie ozwało się z pola, zza chałupy. Dziatwa krzyknęła z izby słysząc ogary śmierci. Rudowłosy mężczyzna drzemiący na ławeczce zaniepokojony uniósł kapelusz z oczu i obdarzył zdziwionym spojrzeniem małżonkę opierającą się kolanami o ziemię. Wiedźma skrzywiła się świadoma zmian jakie nadejdą. Bury kocur przymknął ślepia i przesunął szorstkim językiem po łapce, ignorując nadchodzących łowczych.
Vaermundr znikł już wcześniej.
Chociaż był.
I nigdy tam nie postawił nogi.


***
Klawisze laptopa stukały miarowo gdy chude palce uderzały o ich powierzchnię. Za oknem już było ciemno, na śniegu w świetle latarni widać było jednak nadal ślady wróbli które w dzień przechadzały się po chodniku i uciekały przed szarymi, zamyślonymi ludźmi. Na talerzu obok pracującej maszyny leżały cztery kawałki gruszki, oblepione karmelem i pachnące cynamonem uparcie rozpraszały zajętego Kajtka. Jeszcze bardziej rozpraszającym okazał się dzwonek do drzwi. Przez chwilę liczył, że jego matka je otworzy.
Nadzieja matką głupich.
Z pokoju kobiety do uszu nastolatka docierały głosy aktorów z jednego z tych nudnych niskobudżetowych seriali opowiadających jakże prawdziwe losy ludzi mieszkających w każdym z zakątków kraju. Niechętnie wiec odszedł od komputera, a komentator w grze uświadomił mu, że właśnie zginął a tym samym przeciwnicy wybili właśnie całą jego drużynę.
Nuda...
Bury kocur spojrzał z wyrzutem na właściciela i musiał zwolnić mu przestrzeń do otworzenia drzwi. Dzwonek po raz kolejny rozerwał błogie myśli chłopaka, a zaraz po nim rozległ się krzyk rodzicielki.
- Kajetan, do jasnej cholery! Otwórz te drzwi. Jestem zajęta. – Nawet nie przyciszyła gdakania aktorki zamkniętej w czarnym pudełku telewizora.
Dzieciak odpowiedział jej burknięciem i pognał do wejścia, ślizgając się na śliskich panelach podłogowych imitujących drewno. Kolejny dzwonek zdążył rozbrzmieć zanim nacisnął klamkę z rozmachem otwierając drzwi. Wziął głębszy wdech, pierwszy po tym szaleńczym biegu współczesności i ze zdziwieniem spojrzał na złotowłosego chłopca stojącego u progu. Był młodszy może, o kilka lat a jednak się przyjaźnili na swój sposób. Nie wiedział gdzie blondyn mieszka, ani gdzie są jego rodzice. Po prostu się z nim bawił i spędzał czas. Tak było zabawniej. Przynajmniej kiedyś. Teraz gdy wyrósł i był w gimnazjum czuł się nad wyraz dojrzały. To usprawiedliwiało go w wielu rzeczach, w końcu dorosłym wolno więcej. Mógł palić, popijać z kolegami po kryjomu zwędzoną matce wódkę oraz być takim jak inni. Tylko jego mały przyjaciel potrafił go przyhamować, spoglądając w stronę Kajtka mądrymi oczami i kręcąc głową. Mówił wtedy, że ludzie znów poszli w złą stronę. Nastolatek nie rozumiał. Ale było zabawnie.
- Cześć. – Wyszczerzył białe zęby w uśmiechu i wyciągnął rękę by potargać blondyna po lokach, jakby ten był jego młodszym braciszkiem. – Nigdy nie przychodzisz tutaj... Coś się stało?
Przyjaciel przez chwilę na niego patrzył, zaś w ciemnych oczach pojawił się typowy dla niego uśmiech. Chociaż miał dopiero dziesięć lat, to Kajtek czuł się przez niego czasami jak mały dzieciak który nie zna życia. A przecież był już dorosły! Młodszy z chłopców milczał jeszcze chwilę i dopiero gdy zdecydował się odpowiedzieć posłał braciszkowi uśmiech.
- Muszę się pożegnać.
- Ale czemu? Wyjeżdżasz gdzieś? Rodzice chcą Cię gdzieś zawieść..? Wrócisz? Prawda... Obiecaj, że wrócisz. – Nagła utrata zaufanej osoby pozbawiła Kajtka pewności siebie. Z kim będzie rozmawiał? Komu będzie opowiadał o nowych rzeczach których się uczył ze świata zombie, z kim będzie rzucał w gołębie patykami?
- Bo widzisz... – W ciemnych oczach pojawił się smutek. Bury kocur z pomrukiem zadowolenia otarł się o łydkę nastolatka - Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono...
Kot uniósł spojrzenie na gościa.
Lecz Vaermundr znikł.
Teraz jest kiedyś
Kiedyś jest teraz

***
...czas zabijania i czas leczenia,
czas burzenia i czas budowania...

Fale obmyły brzeg zostawiając na piasku krwawe zacieki. Jakiś mężczyzna próbował jeszcze przeciągnąć się w górę, by woda nie dotykała w kółko dziury która zastąpiła jego kolano i to co pod nim. Wrak pociągu który stoczył się z torów wciąż leżał wśród wydm, częściowo sięgając metalowym ramieniem ku morzu. Sosny stojące wokół lub położone siłą uderzenia ze smutkiem patrzyli na żelazny szkielet powyginany niczym zabawka olbrzyma odrzucona gdy się już znudziła. Mężczyzna przyglądał się krwi wsiąkniętej w piaski i ściółkę, juchę obecną wszędzie. Dopiero potem spojrzał na sprawczynię. Niewidoczną, a jednak obecną. Ona też go obserwowała... Ogromnymi żółtymi oczami. A był w nich mrok i jasność.
- Byłeś kiedyś, dziś, dawniej. Uciekałeś. Przede mną. A jednak.. – jej szept zdawał się być szyderstwem. - ...przyszedłeś do mnie sam...
Vaermundr znikł.

***
...czas płaczu i czas śmiechu,
czas zawodzenia i czas pląsów...

Obcasik butów uderzył o blat stołu, wygrywając szaleńczy takt w którego rytm tańczyła szatynka. Niebieskie oczy czasami lśniły spomiędzy kosmyków zasłaniających rysy twarzy. Wszyscy obecni w karczmie klaskali tak by para dalej mogła wirować. Piwo i wino co jakiś czas oblewało podłoże zaścielone słomą.
Młodzian spoglądał na ciała splecione ze sobą w tańcu znad kufla trunku. Nie przyszedł się z nikim żegnać. Po prostu... Bał się, nadal się bał końca. Mógł nie mieszać się w sprawy ludzi, mógł pozostać ponad to, tylko i wyłącznie będąc przy ich pomocy. Lecz mieszał się. W końcu był człowiekiem.
Gorzki smak piwa osładzał miód na którym go pędzono. Młoda dziewczyna siedząca naprzeciwko od jego osoby nie była specjalnie brzydka. Może skusiłby się nawet na noc w jej towarzystwie po kilku łykach tutejszego specjału. Może... Ale nie dziś.
Bury kocur wskoczył na blat stolika i otarł się o jej podbródek sprawiając, że na brzoskwiniowej skórze zatańczył cień. Dopiero teraz zrozumiał, że wpatrują się w niego dwie studnie – czarna i biała.
Śmierci nigdy się nie bał.
Bał się tego co daje.
Kobieta wyciągnęła w jego kierunku dłoń. Od niechcenia zauważył szpecące jasną skórę miliardy piegów. Uśmiechała się, lecz różnobarwne oczy milczały.
Kot zamruczał gardłowo przyglądając się młodzianowi.
Vaermundr nie znikł.
Nie miał już gdzie uciekać. Pozostało mu iść do przodu. Przyszłość, przeszłość ani teraźniejszość, tak bardzo względne w każdym momencie jego istnienia nie mogły dać mu schronienia. Para dalej wirowała wygrywając uderzeniami stóp takt. Ogień w kominku buchał. Gdzieś na zewnątrz przetoczył się niebem pomruk grzmotu wtórujący buremu stworzeniu łaszącemu się do towarzyszki Vaermundra. Daleko od tego miejsca morze robiło się o klif z hukiem, chcąc objąć smutnie wpatrzone w fale sosny. Pierwsze płatki śniegu wymieszane z deszczem spadły z nieba na szarą ziemię. Kury gdakały w panice uciekając przed płaczem niebios. Para tańczyła. Wziął ostatni łyk piwa i jej skinął krótko.
Dłoń miała...
Nie miała...


***
czas rzucania kamieni i czas ich zbierania,
czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich,
czas szukania i czas tracenia,
czas zachowania i czas wyrzucania,
czas rozdzierania i czas zszywania,
czas milczenia i czas mówienia,
czas miłowania i czas nienawiści,
czas wojny i czas pokoju.


***
Nie umiał nazwać gatunków tych drzew. Nie umiał określić jakie rodzaje owoców leżą na zieleniącej się trawie. Nie wiedział jak nazywa się kraina w której się znajduje, nie umiał też znaleźć imienia dla stawu rozciągającego się nieopodal. Umiał powiedzieć tylko jedno...
Cisza.
Siedziała obok. Dłonie zasłaniały jej długie rękawy burego sukna. Nie widział twarzy ukrytej za pomalowaną na odcienie szarości maską. Czarne oko milczało. Białe oko mówiło aż zbyt wiele. Nie wiedział czy jej skóra jest w dotyku ciepła, czy zimna. Nie umiał tego określić.
Nie czuł żalu ni smutku. Patrzył tylko na długie palce ukryte pod suknem. Ich dotyk na skroniach lekki był niczym tchnienie porannego wiatru. Odezwała się. Mówiła ciszą, lecz tak wyraźną i wymowną, że nie musiał pytać. Rozumiał.
- To nie mogło się dobrze skończyć. Ludzie powinni być ludźmi. Zwierzęta pozostać zwierzętami. Świat powinien umierać i rodzić się na nowo według swego porządku. Nie powinien nikt ingerować w jego jestestwo. Nikt. Nawet bogowie Vaermundrze. Byłeś jak miliony wcześniej przed tobą. Byłeś czymś w co zaczęto wierzyć. Tak się narodziłeś... Izyda, Odyn, Hotei, Artemis, Mars, Baal, Quetzalcoatl, Men, Choros, Bendis, Chang’e... Nie byłeś pierwszy. Bo widzisz... To się zawsze źle kończy. A jednak jest to koło, bez początku i końca. Wraz z wiara rodzicie się, wraz z jej upadkiem gaśniecie niczym kometa na nieboskłonie. Mając mir wśród śmiertelników możecie, żyć. Bez niego... umieracie w śnie milionów. Po tobie przyjdzie czas na kolejnego oseska. Mieszacie się w sprawy ludzi... Powinniście tylko obserwować. Zawsze. A teraz... Zaśnij... Śnij...
Nie chciał mówić.
Po prostu.
To był czas milczenia.
Czas szacunku i akceptacji. Czas końca i początku.
Tam gdzie porażka jest i zwycięstwo.
Jest początek i koniec.
Jest on.
Ouroboros.
Wąż pożerający własny ogon.
Zasnął i zbudził się w nowym śnie.


 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.