Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Dzienniki Owizora część 3 - ARAMEDICON
 
ZOBACZ CZĘŚĆ PIERWSZĄ
ZOBACZ CZĘŚĆ DRUGĄ

DZIENNIKI OWIZORA
część trzecia


ARAMEDICON
Październik 895 roku okazał się być zaskakującym miesiącem. Wtedy to doszło do ponownego spotkania niegdyś walczących ramie w ramię mieszkańców fortalicji Srebrnohora.
A stało się to za sprawą Aramediconu.
Ów tajemniczy naszyjnik owiany był wieloma legendami. Większość badań na jego temat dowiodła, iż ów przedmiot rzeczywiście istnieje, znajduje się gdzieś ukryty we wschodniej Terali oraz posiada zdolność wzmacniania, bądź niszczenia więzi magicznych.
Jak to się stało, iż ów zaginiony magiczny artefakt został namierzony właśnie wtedy…? Do dziś nie do końca wiadomo. Pewnym jest, iż w pierwszych dniach września 895 roku niewielka grupka chłopów z okolic Pohrynia udała się na polowanie w głąb okolicznych lasów. Uganiając się za jakimś łosiem, jeleniem, faunem, czy bogowie wiedzą czym, trafili przypadkiem na polanę, na której zastali… Coś.
Owo „coś”, przedstawiło im się jako „strażnik Aramediconu”. Oczywiście słysząc od niego sakramentalne „nie przejdziecie!” chłopi czym prędzej zawrócili. Gdy już, po iście imponującym biegu, powrócili do swej wioski, zanim jeszcze rozeszli się do swych domów, przysięgli sobie nawzajem, iż żaden z nich nie piśnie o leśnym odkryciu ani słowa, nawet swoim najbliższym.
Oczywiście, jak to zawsze bywa w takich przypadkach, już w ciągu kilku tygodni o odkryciu położenia Aramediconu wiedziały wywiady wszystkich okolicznych mocarstw.
Jako pierwsi o wszystkim dowiedzieli się Wergundowie.
W owym czasie wszystkie wergundzkiej oddziały wycofujące się z Terali zmierzały w kierunku twierdzy Merrinhold, położonej na jednej z przełęczy w górach Maegros. To do jej komendanta dotarł pierwszy meldunek o „dziwnych plotkach, krążących wśród pohryńskich chłopów”.
Przezorny komendant, odczytawszy wiadomość, podjął decyzję o przesłaniu jej wyższym instancjom. Opisany w meldunku artefakt z pewnością byłby przydatny w nadciągającej wojnie ze Styrią. Sam zaś, pragnąc jak najszybciej zabezpieczyć okolice potencjalnego miejsca ukrycia artefaktu, rozkazał dwóm oddziałom udać się w tamten rejon.
Firhorn był niewielką grupką wysoce wyspecjalizowanych agentów. Miał on za zadanie przeprowadzić wywiad i zebrać możliwie jak najwięcej informacji. Teren zaś miała zabezpieczyć, zmierzająca jeszcze ku twierdzy, XXII kohorta kondotierska burego tymenu.
Oddział auxillion Ingeboran, choć potężnie przetrzebiony po niedawnej rebelii palatyna Mojmira, wykonał rozkaz i powrócił na ledwo co opuszczoną fortalicję w Srebrnohorze.
Ale nie w komplecie…
W momencie ogłoszenia rozkazu, z oddziału uciekła świeżo mianowana naczelna medyczka. Aine, ta sama, która niespełna dwa miesiące wcześniej prowadziła zarażonych mieszkańców fortalicji do Witalidesa i która omal nie zginęła podczas obrony palisady! Pognała ona galopem do dowództwa Styryjskiego wywiadu, uprzednio kradnąc Ingeboran wszystkie dokumenty i rozkazy (a nawet klucz do wergundzkich szyfrów!), które posiadała XXII.
W wyniku tej dywersji przez kilka następnych dni kohorta kondotierska musiała na własną rękę rozszyfrowywać rozkazy, otrzymywane od komendanta Merrinhold… a później nawet od samego księcia-protektora Olafa!
Dzięki doskonale przeprowadzonej akcji szpiegowskiej Aine, wywiad Nowej Styrii błyskawicznie dowiedział się wszystkiego na temat Aramediconu. Do Terali wysłany został elitarny oddział szpiegów, pod dowództwem ulundo zwanego Tahatem.
Otrzymawszy meldunki z Merrinhold oraz dowiedziawszy się o ruchach Styryjczyków, Olaf nakazał ponadto niezwłocznie wysłać do wschodniej Terali swój elitarny oddział paladynów Modwita. Akillos – bo tak zwał się ów oddział – dowodzony był przez fanatycznego paladyna zwanego Godrykiem. Choć Akillos znane było przede wszystkim jako oddział do szybkich
i brutalnych akcji desantowych, tym razem otrzymało wyraźne rozkazy pozostania dyskretnym oraz niewykrytym…
Niezależnie od któregokolwiek wywiadu, o Aramediconie dowiedziała się również Samboja. Żona wojewody Dragana miała bardzo istotny powód, by zdobyć Aramedicon: jej dziecko było kontrolowane magicznie przez pethabańską maharanię. Artefakt byłby w stanie uwolnić jej malutkiego Ziemowita spod wpływu zaklęcia. Zatem Samboja, wbrew woli męża, zebrała pod sobą grupkę najwierniejszych kniaziów i witeziów, a następnie, korzystając z zamieszania związanego z szykowaną przez męża wyprawą na Samnię, wyruszyła w stronę Pohrynia. Dotarła na miejsce niemalże równolegle z XXII kohortą.
Choć przygotowania do wyjazdu Samboi odbywały się w zupełnej tajemnicy, nie umknęły one czujnym oczom Symeona oraz Eriego. Ci zasłużeni oraz wielce zaprzyjaźnieni ze sobą magowie momentalnie pobiegli do swoich potężnych mecenasów z donosem.
Symeon skontaktował się z samą maharanią. Dokładnie tą, która dwa miesiące wcześniej spętała dziecko Samboi magicznymi więzami! Jak się okazało, choć odprawiła ona potężny rytuał, nie potrafiła osiągnąć pełni kontroli nad dzieckiem. Do pełni szczęścia potrzebowała właśnie jakiegoś wzmocnienia więzi. Wzmocnienia, które mógłby zapewnić Aramedicon…
Eri przesłał zaś wiadomość o artefakcie Radzie Castorów. Dowództwu Imperium zależało na jak najszybszym zdobyciu Aramediconu, w celu uwolnienia syna Samboi spod wpływu maharani. Dziecko to miało bowiem być, według wielu przepowiedni, potencjalnym Imperatorem – poszukiwanym przez Imperium „pogromcą bogów”.
Otrzymawszy meldunek Eriego, Castorzy postanowili zlecić zadanie odnalezienia Aramediconu jednemu z najbardziej doświadczonych agentów organizacji. Teralski kniaź zagrodowy Izbor był jednym z agentów Imperium infiltrujących dwór wojewody Dragana. Formując oddział poszukiwawczy, zwrócił się do przebywających w Karantanii agentów, którzy niegdyś działali już w tamtym terenie: do grupy dywersyjnej Batiarusa Astoriiego.
Oddział Imperium, który wyruszył z grodu Karanawiców składał się więc z mych przyjaciół. Na czele stał co prawda przybyły z zewnątrz Izbor, lecz jego osobistym zastępcą i doradcą mianowany został Batiar. Zaraz po nim największe kompetencje posiadał mój dawny mentor, mag Leclerc. Poza nimi w oddziale znaleźli się również druidka Prim oraz poszukiwacz skarbów Tell. Nową twarzą w oddziale była zaś Słysząca Skałę Adrilen Kaivanto, zwana przez przyjaciół Ril. Była to krasnoludzka najemna magiczka, którą poznałem podczas zaślubin Dragana z Samboją, i którą wprowadziłem w szeregi Imperium kilka tygodni potem.
Co ciekawe, wyruszający oddział Imperium otrzymał błogosławieństwo oraz wszelkie przydatne papiery, glejty i nakazy od samego wojewody Dragana! Przywódca zjednoczonych wojsk Teralskich, od czasów rebelii Mojmira, pozostawał wiernym sprzymierzeńcem Imperium. I sam również dowiedział się od Castorów o artefakcie. Zatem Imperialiści, wyruszając na wyprawę, posiadali również oficjalne rozkazy od wojewody… będące dokładną kopią rozkazów Castorów.
Przyjęty niedawno do naszej organizacji mag wody Eri wyruszył zaś nie z resztą oddziału, lecz wraz z Symeonem, który to odpowiedział na wezwanie maharani.
Ja sam pozostałem na dworze w Karantanii – wraz z Tuuli, Kalmarem, Reginsem i Dottir zajmowaliśmy się opieką nad Ziemowitem. Zarówno z rozkazu Dragana jak i Castorów, mieliśmy dbać o wychowanie oraz wykształcenie dziecka.

Tak więc na poszukiwania Aramediconu wyruszyło łącznie siedrem grup:
Zawrócona z drogi ku Merrinhold XXII kohorta kondotierska Burego Tymenu pod komendą auxillion Ingeboran z Pioc Ark'hant. Miała ona za zadanie zabezpieczyć okolice i odwieźć Aramedicon komendantowi posterunku w Merrinhold.
Malutka grupka wergundzkich szpiegów „Firhorn” również przybyła na miejsce, lecz ograniczała się do zdobywania informacji.
Elitarny oddział paladynów „Akillos” również poszukiwał Aramediconu na rzecz Wergundii, jednakże w przeciwieństwie do XXII miał rozkaz dostarczyć go osobiście księciu Olafowi. Zaś w przypadku niepowodzenia misji, oddział miał zaś zabić kontrolowanego przez artefakt, malutkiego Ziemowita. Dowodzący oddziałem Godryk nakazał swoim ludziom działać potajemnie.
Oddział Styryjskich szpiegów pod komendą Tahata pragnął zaś przekazać Aramedicon księciu Sephresowi. W jego rękach ów artefakt mógłby zapewnić Styrii olbrzymią przewagę
w nadciągającej wojnie z Wergundią…
Maharani, zebrawszy zaufanych magów, również ruszyła na poszukiwania Aramediconu. By móc bezpiecznie działać na terenie Terali, pozostawała incognito, przebrana za poszukującą pozostałości po Mojmirze demonolożkę… Aramediconu potrzebowała zaś, by móc przejąć całkowitą kontrolę nad raczkującym Imperatorkiem.
Największym zagrożeniem dla maharani była Samboja. Wraz z grupką najbardziej oddanych terali wyruszyła zdobyć Aramedicon, by uwolnić swego syna spod jej klątwy.
Ostatnią grupą poszukującą Aramediconu był oddział Imperiuim pod wodzą Izbora. Podobnie jak Samboja, Imperialiści pragnęli użyć artefaktu do uwolnienia Ziemowita spod klątwy maharani. Jednakże w przeciwieństwie do niej, zamierzali oni później zachować Aramedicon, by móc wykorzystywać go dla własnych celów…

Jako że ja sam podczas poszukiwań Aramediconu upijałem się na dworze w Karantanii, znam jedynie ogólny zarys wydarzeń, które miały wówczas miejsce.

W momencie gdy wszystkie grupy dotarły (niemal jednocześnie) w okolice Pohrynia, wydarzyło się coś nieoczekiwanego… Przyzwany ongiś przez Dziebora demon Grimm powrócił do naszego świata, sprawiając przy okazji, że wszystkie istoty w okolicy trafiły do swego rodzaju „równoległego wymiaru”!
Ciężko wytłumaczyć laikom nieobeznanym w kwestiach magicznych, jak właściwie to działa… Maksymalnie upraszczając, można przyjąć, iż wszyscy poszukiwacze Aramediconu trafili do świata, który jest niemalże idealnym odzwierciedleniem naszego: wszelkie góry, rzeki, miasta znajdowały się tam gdzie trzeba. Jednakże wszystko wyglądało i zachowywało się odrobinę inaczej. Drzewa poruszały się, jakby targane huraganowym wiatrem, magia zawodziła, zaś
w okolicy roiło się od dziwacznych stworów. Owe stwory można (również przyjmując duże uproszczenie) uznać za wytwory wyobraźni Grimma, które w owym świecie przyjęły fizyczne formy.
Każda kolejna podróżująca po świecie Grimma grupa trafiała na owe dziwaczne stwory. Zaś każda kolejna napotkana istota stopniowo dawała do zrozumienia każdej z grup, iż znajdują się w równoległym świecie.
Wędrujący spokojnie Imperialiści zostali napadnięci nieoczekiwanie przez niejakiego Stasia. Ów groteskowy stwór o niewyobrażalnie długich paznokciach omal nie doprowadził do zawału Izbora! Na szczęście szybko został pokonany. Po poskromieniu Staś oddał oddziałowi Izbora… fragment rozbitej filiżanki. Nikt nie miał pojęcia, do czego by to miało służyć.
Zdumienie Imperium urosło jeszcze bardziej, gdy krótko potem na swej drodze spotkali grupkę magów eskortujących demonolożkę. Na szczęście, przez wzgląd na swą profesję, byli oni o wiele lepiej zorientowani w sytuacji w której się znaleźli… I posiadali inny fragment rozbitej filiżanki…
Tymczasem XXII spotkała na swej drodze… Styryjczyków. Ku wielkiemu zdumieniu Ingeboran, słudzy Tavar na widok kohorty kondotierskiej poupadali na kolana i zaczęli prosić o pomoc
w powrocie do domu! Przez wzgląd na okoliczności oraz namowy medyczki Powój (od czasu dezercji Aine będącej naczelną medyczką kohorty) auxillion postanowiła nawiązać z nimi współpracę. Notabene Styryjczycy skutecznie wmówili oddziałowi Ingeboran, iż przybyli tutaj za sprawą portalu sardaka… krasnoludzka wojowniczka bardzo szybko uwierzyła w tę bajkę.
Połączone grupy XXII oraz Styrii musiały się uporać z tajemniczym krawcem, który koniecznie chciał poobcinać palce magowi ognia Divakarowi, ale ostatecznie został przekupiony za pomocą kabanosów, oraz z przerażającą dziewczynką, poszukującą swych urwanych rączek… Oba demony w podzięce oddały obu grupom… elementy rozbitej filiżanki.
Natomiast Akillos natknął się na grupę Samboi. Ci również spotkali na swej drodze dwa dziwaczne stworzenia, mieniące się „Tępym Człowiekiem” oraz „Złym Człowiekiem”. I obie grupy otrzymały od obu potworów po elemencie strzaskanej filiżanki.
Praktycznie całe popołudnie wszystkie grupy błądziły po lesie, natykając się na dziwaczne istoty świata Grimma oraz zbierając elementy dziwnej, potrzaskanej filiżanki.
Ów świat był równoległy do naszego, co oznaczało, iż wszystkie obiekty geograficzne znajdowały się mniej-więcej tam, gdzie powinny. Zatem wraz z nadchodzącą nocą każda kolejna grupa zdecydowała się udać do leżącej nieopodal fortalicji Srebrnohora. Zwłaszcza że lokalne stwory ostrzegały, o niebezpieczeństwach nocy…
Mimo ataków coraz straszliwszych istot, zwanych dybukami, wszyscy zdołali w końcu dotrzeć do zbawiennej palisady. Pierwsi na miejsce dotarli Terale Samboi oraz udający zupełnie zwyczajnych kapłanów oddział Akillos. Kolejni zaś przyszli Styryjczycy, prowadzeni przez XXII.
Długo trwały powitania i uściski – wszak Terale i najemnicy Ingeboran jeszcze kilka miesięcy wcześniej walczyli ramię w ramię przeciw mutantom Mojmira!
Przyjacielskie rozmowy przy kuflach fortalicznej karczmy przerwały w pewnym momencie dzikie wrzaski Terala zwanego Mirkiem. Jak się okazało, fortalicję zaczęły napadać już nie tylko cielesne dybuki, ale też niematerialne widma. Owe upiory bez problemu przenikały palisadę. Próbowały one przekazać jakąś dziwną wiadomość, jednakże nikt nie był w stanie ich zrozumieć. Cała fortalicja przyglądała się dziwacznym gościom z wejścia do karczmy, podczas gdy przerażony Mirko biegał po palisadzie i wrzeszczał ze strachu. W końcu gdy nie wytrzymał napięcia i zemdlał, kapłani Akillosa podjęli jakieś działania. Nie przejmując się faktem, iż duchy próbowały przekazać jakąś wiadomość, poszczuli je egzorcyzmami. Wyjąc boleśnie, widma zmuszone zostały do ucieczki.
A gdy tylko się ulotniły, do fortalicji dotarły ostatnie dwie grupy: Imperium oraz magowie. Doszli na miejsce tak późno, gdyż Izbor pomylił odrobinkę dorgi…
Po wylewnych powitaniach, rozpoczęto narady. Każda grupa miała niepełne informacje co do sytuacji, które jednak zestawione ze sobą, dawały już pełny obraz sytuacji.
Jak się okazało, każda z grup posiadała część składników niezbędnych do rytuału wyjścia ze świata Grimma. Co ciekawe, owe składniki były właśnie elementami rozbitej filiżanki! Szczęśliwie dla wszystkich, udało się skompletować całą filiżankę. Magowie szybko
w oparciu o słowa napotykanych istot, opracowali rytuał, który pozwoliłby wszystkim zgromadzonym uciec z tego wymiaru. Przeprowadzenie go zaplanowano na samo południe następnego dnia.
O ile aż do momentu wydostania się ze świata Grimma konieczna była współpraca wszystkich grup, o tyle po trafieniu do prawdziwego świata, każda była już zdana tylko na siebie. Wszyscy przebywający w fortalicji byli tego świadomi. Więc całą noc spędzono na spiskach
i intrygach…
Oczywiście żadna z grup nie afiszowała się faktem poszukiwania Aramediconu. Maharani udawała eskortowaną przez magów demonolożkę, polującą na mutanty Mojmira. Styryjczycy udawali zagubionych chłopów. XXII oraz Terale mieli dość oczywistą przykrywkę opiekowania się Srebrnohorą (choć Samboja nie ukrywała przed nikim faktu poszukiwania artefaktu). Natomiast Imperium i kapłani otwarcie ogłosili, że na siebie nawzajem polują… ale przez wzgląd na okoliczności, mają tymczasowe zawieszenie broni.
Jednocześnie każda grupa słusznie podejrzewała, że pozostałe ukrywają swoje prawdziwe zamiary. Najwięcej podejrzeń wzbudzał Akillos. Ów oddział paladynów nie był przygotowany do akcji wywiadowczych, więc już po bardzo krótkim czasie wszyscy byli niemal pewni, iż pod ich habitami kryje się jakaś tajna misja… Wszyscy byli przekonani, że to Godryk, jest agentem Styrii, a nie sami Styryjczycy!
Co ciekawe, ów paladyn Modwita nie podjął współpracy ze swoją (zdawać by się mogło) naturalną sojuszniczką, jaką była Ingeboran. Nawet przed nią starał się zachować przykrywkę. A czynił tak z trzech powodów; Przede wszystkim za wszelką cenę pragnął zgodnie z rozkazem pozostać w konspiracji. Po drugie, posiadał doniesienia, iż wierność komendanta Merrinhold (pod którym wszak służyła Ingeboran) wobec księcia Olafa była wielce wątpliwa. A po trzecie, nigdy nie wiadomo było, czy w XXII nie działał jakiś szpieg…
Sama Ingeboran nieufnie odnosiła się nie tylko do Godryka, ale też do Imperium, które rzekomo poszukiwało kapłanów podburzających lud przeciw Draganowi. Agenci Izbora posiadali co prawda oficjalne papiery od samego wojewody, jednakże nikt w pełni im nie ufał. Ingeboran nakazała swojej medyczce Powój wybadać ich prawdziwe intencje. Jak się bowiem okazało, Powój oraz Ril znały się już wcześniej i były przyjaciółkami… Niestety pani auxillion nie mogła wiedzieć, że Powój była już szpiegiem innej grupy – Styryjczyków (trzeba przyznać, iż XXII nie miała szczęścia do swoich naczelnych medyczek… jak dotąd absolutnie każda okazywała się być styryjskim szpiegiem!).
Powój meldowała więc dokładnie styryjskim agentom zarówno poczynania Ingeboran jak
i Imperium. Przekazała nawet Tahatowi dokładne kopie wszystkich dokumentów Ingeboran! Dzięki nim styryjscy agenci dowiedzieli się o obecności Firhornu (choć nie byli pewni co do jego celów – Tahat był przekonany, że jest to oddział Styryjski) oraz o prawdziwych celach XXII kohorty.
Samo Imperium również miało na swych usługach szpiega. Mag wody Eri przy pierwszej sposobności zdradził swoim ludziom, iż demonolożka z którą podróżuje jest w rzeczywistości poszukiwaną zarówno przez Samboję jak i Imperium maharanią.
Pierwszy przeciek pociągnął za sobą następne. Szpiegujący magów Eri wydał Imperium tożsamość maharani. Zaś jakiś czas później szpiegująca Imperium Powój doniosła o tym zarówno Ingeboran jak i Styryjczykom.
Terale również nie próżnowali. Samboja, zagorzała przeciwniczka Imperium lecz zarazem wierna żona skrajnie pro-Imperialnego Dragana, postanowiła donieść kapłanom Akillosa
o tożsamości i celach oddziału Izbora. Godryk jednak nie przejął się zanadto tą sprawą. Miał na głowie ważniejsze sprawy. Ponadto nie chciał zadzierać z ludźmi działającymi na zlecenie samego wojewody!
W całej tej szpiegowskiej grze niebagatelne znaczenie miała sama Samboja. Wszak każda grupa pragnęła mieć za sobą wsparcie jej terali, będących najznaczniejszą siłą w fortalicji.
Imperium jako pierwsze postarało się o przychylność żony Dragana. Pokazawszy jej papiery oraz pieczęcie od jej męża, Imperialiści od razu zapewnili sobie jej (niechętne, ale jednak) wparcie.
Jednakże o względy jej ludzi zabiegała również Ingeboran. Zdobycie wsparcia Samboi było wielkim logistycznym wyzwaniem. Wszak matka, która boi się o dziecko, jest osobą całkowicie nieprzekupną i nieprzekonywalną! Auxillion postanowiła więc przekabacić jej drużynę. Zaczęła wmawiać służącym jej kniaziom i witeziom, iż maharani szantażuje Samboję, aby ta oddała właśnie jej artefakt… pod groźbą zabicia jej dziecka.
Ponadto XXII błyskawicznie przygotowała sfałszowane rozkazy z podpisem Dragana. Sprezentowano je wszystkim teralom kłamiąc, iż to właśnie wojewoda kazał wydobyć Aramedicon kohorcie, zaś Samboja działała wbrew woli męża.
Udało się to o tyle, iż wśród terali zapanował zamęt i Samboja musiała zareagować. Zrobiła to zupełnie inaczej niż kapłan Modwita: wyłożyła karty na stół. Wytłumaczyła wszystkim, iż potrzebuje Aramediconu by znieść klątwę ciążącą na jej dziecku.
Wraz z wyjaśnieniem całej sytuacji, intryga auxillion wyszła na jaw. Napięcie na linii Samboja-Ingeboran zaczęło rosnąć… I zapewne cała kohorta kondotierska zostałaby wygnana z fortalicji na pastwę dybuków i widm, gdyby nie fakt, iż właśnie wtedy padł donos Powój na temat obecności maharani w obozie.
To był prawdziwy as w rękawie dla auxillion! Zaproponowała ona Samboi, iż da jej maharanię na tacy z kokardką, w zamian za pomoc w zdobyciu (niepotrzebnego już dla pani terali) Aramediconu.
Tak więc terale Samboi mieli o świcie zawarte przymierze tak z Imperium, jak i z XXII. Tymczasem Styryjski wywiad wiedział o wszystkim, lecz nie podejmował żadnych działań, zaś kapłanom nikt nie ufał. Natomiast grupa maharani (nie licząc Eriego) pozostawała zupełnie nieświadoma nadciągającej zagłady. Jedyny powód, dla którego magowie nie zostali wybici jeszcze przed świtem był taki, iż jedynie z ich pomocą możliwa była ucieczka ze świata Grimma. Oraz ponieważ Ingeboran pragnęła mimo wszystko zachować atut, jakim była tożsamość maharani, w tajemnicy przed Samboją aż do ostatniej chwili…

O świcie wszyscy rozpoczęli przygotowania do podróży w stronę dawnej świątyni Morta, gdzie według słów napotkanych istot (popartych późniejszymi wyliczeniami magów) należało odprawić rytuał przejścia z powrotem do naszego świata. Istotę artefaktu potwierdziło jeszcze badanie „wodą wessiego” – eliksirem, wyjawiającym prawdę na temat natury różnych przedmiotów.
Przed wyjściem do fortalicji zapukał pochodzący z Samni goniec, który również został przypadkiem „złapany” do świata Grimma. Nie chciał on zdradzić swojej tożsamości ani celu podróży. Co oczywiście zaalarmowało całą fortalicję. Wszyscy zaczęli próbować wyciągnąć, jakiż to był kierunek podróży owego zagubionego gońca. Niektórzy wyciągali te informacje nawet dosłownie…
Leclerc podjął próbę wyciągnięcia z torby gońca przetrzymywanych w niej listów za pomocą lewitacji. Nie na wiele się to zdało, gdyż goniec wyczuł ruch papierów i zaatakował starego maga.
Na szczęście sytuacja została szybko załagodzona i już po paru chwilach udobruchany goniec pił razem z Teralem Gniewomirem… by po opróżnieniu kufla utracić przytomność. Wtedy
w końcu wszystkie grupy mogły przejrzeć dokumenty gońca.
Jak się okazało, był on wysłannikiem Ligii Kupieckiej, zbierającym jakieś tajemnicze „minerały”… Czy chodziło o Proszek z Pethabanu? Zapewne… Krótko po przekopiowaniu przez Terali oraz Symeona listów gońca, ów się obudził i opuścił czym prędzej fortalicję.
Przed samym wyjściem fortalicja miała jeszcze jednego gońca, na widok którego wszystkim opadły szczęki… Nikt nie mógł uwierzyć, gdy pod bramą zjawił się sam wojewoda Dragan!
Sama obecność kniazia to jeszcze picuś w porównaniu z jego reakcjami na widok Imperialistów, Samboi czy Ingeboran! Wojewoda nie rozpoznał ani sprzymierzonych agentów, ani własnej żony, ani bohaterskiej auxillion! Dziwna była również jego reakcja na mianowanie go wojewodą oraz na pytania skąd się tu znalazł. Sam zresztą wyglądał dziwnie… jakby młodziej…
W końcu po kilku minutach wywiadu poszukiwacze Aramediconu zrozumieli, że mają do czynienia nie z prawdziwym wojewodą, lecz z projekcją jego o dziesięć lat młodszego obrazu, wytworzonego przez ten świat.
Tak wiec można już było na spokojnie wyruszyć na rytuał… Z powodu dziwnych gości, nie zostało już wiele czasu – wszyscy pobiegli na miejsce żwawym truchtem.
Grimm nie chciał wypuścić swoich zdobyczy. Poszukiwacze Aramediconu musieli przedzierać się przez całe zastępy dybuków i innych dziwacznych stworów. Nawet gdy wszyscy byli już na miejscu rytuału, ataki nie ustawały. W pewnym momencie nawet sam demon ukazał się na drodze do świątyni!
Na szczęście magowie spisali się znakomicie. Odprawili wszelkie rytuały z niesamowitą szybkością i precyzją. Zaś dzięki bohaterskiej walce „niemagicznych”, żadna wroga istota nie zakłóciła żmudnego procesu…
W końcu, dokładnie w samo południe, bariera pękła. W jednej sekundzie wszystkie upiory świata Grimma ulotniły się. Na miejscu rytuału zapanowała cisza…

…a gdy tylko upewniono się, iż wszyscy powrócili do realnego świata, rozpętał się chaos.
Ułamek sekundy po tym, jak magowie potwierdzili, iż wszyscy znajdują się znów w naszym świecie, Ingeboran wydała swoim ludziom rozkaz do ataku. Dmuchnęła Symeonowi w twarz usypiającym proszkiem przygotowanym przez Powój, unieszkodliwiając go na miejscu. Reszta jej żołnierzy rzuciła się na pozostałych magów. Maharani próbowała uciec. I udałoby się jej to, gdyby nie Samboja. Wiedziona intuicją, rzuciła się ona na pethabankę z dobytym sztyletem.
Podczas gdy Terale i Wergundzcy najemnicy atakowali magów, Styryjczycy oraz Imperialiści, postanowili wziąć nogi za pas. Spodziewali się ataku na magów, lecz nikt nie przewidział szybkości i brutalności XXII. Zaraz potem w ślad za uciekinierami pognał Akillos. Wszak paladyni nie byli zainteresowani sprawą maharani w takim stopniu, jak odnalezieniem artefaktu.
W przeciągu kilku sekund po powrocie do naszego świata wszyscy magowie leżeli już spętani przez XXII. Samboja, w dzikim szale zadawszy przeszło trzydzieści ciosów, ostatecznie uznała, iż zniewalająca jej dziecko maharani jest martwa. Tymczasem Styryjczycy i kapłani pędzili na złamanie karku w stronę Żywiaty – polanie, na której rzekomo znajdował się Aramedicon.
W przeciwieństwie do nich, Imperium zdecydowało się działać ostrożnie. Uratowawszy Eriego z rąk Ingeboran, ruszyli nie prosto na Żywiatę, lecz przez Pohryń. Zależało im na zmyleniu ewentualnego pościgu, a ponadto pragnęli dokładniej zaplanować kolejny ruch…
Tymczasem Akillos oraz agenci Tahata pędzili ile tylko sił w nogach ku Aramediconowi. Wergundzcy paladyni w końcu mogli wykorzystać przewagę, jaką dały im lata rygorystycznych, świątynnych szkoleń. Dobiegli na miejsce jako pierwsi…
…i niczym fala rozbili się o Strażnika artefaktu. Tajemnicza istota, którą kilka tygodni wcześniej spotkali pohryńscy chłopi rzeczywiście istniała. I była potężna.
Na nic zdała się kapłańska magia, Strażnika nie dało się pokonać. W krótkim czasie wszyscy paladyni leżeli poobijani na środku drogi. Szczęśliwie dla nich, strażnik nie przelewał krwi
w „świętym miejscu”, więc ograniczał się do rozbrajania i obijania.
I gdy wszyscy leżeli już poobijani, na polanę nadciągnęli Styryjczycy. Na widok poległych kapłanów zdumieli się niemało. Ich zdumienie urosło jeszcze bardziej w chwili, gdy ich oczom ukazały się obłoki fioletowego dymu, unoszące się znad niedalekiego krzaka.
To oddział Ingeboran, przekazawszy swych jeńców Teralom, pognał w ślad za kapłanami
w stronę Aramediconu. Zauważywszy rozbitych paladynów oraz Styryjczyków stojących
w szyku bojowym, wergundzcy najemnicy od razu uznali, iż doszło do ataku wojowników Tahata na kapłanów.
Fioletowy dym był zaś wykorzystanym przez nich darem od oddziału Firhorn. Ingeboran posłużyła się nim, by nadać sygnał z prośbą o pomoc przebywającym w okolicy wergundzkim szpiegom.
Firhorn był drugim oddziałem wysłanym przez komendanta Merrinhold, który miał przybyć do fortalicji. Co prawda składał się wyłącznie ze szpiegów i nie miał znacznej siły bojowej, lecz Ingeboran zależało na jakiejkolwiek przewadze liczebnej.
Nie mogła wiedzieć, iż podczas gdy XXII przebywała w równoległym wymiarze, ów oddział wpadł w nieliche tarapaty związane z okolicznymi bandytami i fałszywymi koordynatami od wtyczek Imperium… Oddział był podzielony, a ta mizerna część, która zdołała dotrzeć na miejsce, leżała już poobijana razem z paladynami Modwita.
Tak więc XXII była zdana na siebie, kapłani leżeli na środku drogi, Styryjczycy szykowali się do obrony przed napastnikiem zza krzaków, zaś Imperium przyglądało się całej sytuacji zza jeszcze innych krzaków.
Na szczęście dla auxillion oraz Tahata, całą sytuację załagodził Godryk. Leżąc ranny na środku drogi wykrzyczał do niej, iż za zmasakrowaniem paladynów stali nie Styryjczycy, lecz Strażnik. Ingeboran, zrozumiawszy swoją pomyłkę, postanowiła nie mieszać się w sprawy Styryjczyków i nakazała swoim ludziom pozostać za krzakami (wciąż bowiem miała nadzieje na przybycie Firhornu).
Styryjczycy nie wykazali się w tym momencie zbyt trzeźwym myśleniem. Otrzymawszy od Ingeboran obietnicę pozostawienia ich w spokoju, ruszyli ochoczo na Strażnika… by po niespełna minucie podzielić los kapłanów.
W chwili gdy ostatni Styryjczyk padł ogłuszony (jak już wspomniałem: na szczęście dla nich Strażnik nie przelewał krwi w świętym miejscu i ograniczał się do ogłuszania), XXII w końcu zdecydowała się wyjść zza krzaków. W tym samym momencie na miejsce dotarła w końcu grupa Terali. Byli oni znacznie spowolnieni, gdyż tachali ze sobą spętanych magów.
Postanowiono przegrupować się i wspólnie zaatakować Strażnika. Wszyscy paladyni zostali
w dość krótkim czasie postawieni na nogi. Styryjczyków zaś związano i zostawiono razem
z magami jako jeńców. Ingeboran, za namową Samboi, postanowiła pozostawić ich przy życiu.
Wspólny atak trzech grup przyniósł w końcu oczekiwany skutek. Potężny Strażnik Aramediconu uległ pod współpracującymi ostrzami Wergundów i Terali.
I znowu największą inicjatywę w knuciu intryg wykazała XXII. Zaraz po pokonaniu Strażnika, na miejsce leżącego za nim dziwnego kamienia położono cichaczem magiczny amulet. Był to zwykły runiczny wisiorek wysyłający kule ognia, jednakże Samboja oraz Godryk dali się zwieść zapewnieniom Ingeboran, iż to jest właśnie poszukiwany Aramedicon. Postanowili przegrupować się, podczas gdy kohorta kondotierska, zapewniwszy sobie spokój, ruszyła dalej, na spotkanie drugiego Strażnika.
Kolejny Strażnik okazał się być dziwną, niemą postacią. Ów mim zadawał XXII kolejne zagadki… których prości najemnicy nie potrafili nijak rozwiązać!
Podczas gdy wojowie Ingeboran próbowali uporać się z zagadkami Mima, Imperium postanowiło w końcu podjąć inicjatywę.
Wywołali rumor w krzakach, który zwabił Terali oraz paladynów w stronę drugiego Strażnika. Widok XXII kohorty próbującej uporać się z Mimem uświadomił Samboi oraz Godrykowi, iż Ingeboran wcisnęła im kit.
Wywołało to nie lada zamieszanie. Kolejne kłamstwo pani auxillion przelało czarę goryczy dotychczas grzecznie współpracującej Samboi. Napięcie rosło. Już wydawać by się mogło, że Terale i Wergundzi lada moment skoczą sobie do gardeł…
Jednakże w chwili, gdy kłótnia zaczynała osiągać swe apogeum, oczom wszystkich trzech grup ukazał się szokujący widok… W miejscu, gdzie jeszcze chwilę wcześniej siedzieli spętani Styryjczycy, stała teraz wroga armia, w pełnej gotowości bojowej!
To Imperium, korzystając z chwili nieuwagi, podkradło się do jeńców by uwolnić ich z więzów. Akcja uwalniania przebiegła błyskawicznie, jako że będąca wtyczką w XXII Powój poprzecinała wcześniej więzy wszystkim Styryjczykom.
Magowie maharani oraz Styryjczycy Tahata powstali i chwycili za broń. Po czym ramię
w ramie z oddziałem Izbora, stanęli naprzeciwko Wergundom.
To była chwila, której nikt nawet w najśmielszych snach by się nie spodziewał! Magowie, pozbawieni swojej przywódczyni oraz poniżeni przez XXII postanowili jak jeden mąż wstąpić w szeregi Imperium! Zaś Styryjczycy, z wdzięczności za uwolnienie, ogłosili iż również będą walczyć ramię w ramię z Imperialistami, jako sojusznicy!
Izbor i Tahat podali sobie dłonie. Antyteista i ulundo. Członek organizacji zwalczającej bogów i agent państwa teokratycznego…
Wszystkie trzy połączone grupy stanęły naprzeciwko Wergundom. Mało tego – Samboja, wściekła na Ingeboran za kolejny fortel, lecz zarazem wdzięczna za jej pomoc w zabiciu maharani, zdecydowała się ogłosić neutralność! Cały oddział Terali zszedł z drogi, by móc biernie przyglądać się nadciągającej bitwie. Owszem, dobyli oni mieczy, ale tylko po to, by żadna z walczących stron nie rzuciła się przypadkiem na nich.
Tak więc karty się odwróciły. Jeszcze kilka sekund wcześniej tryumfujące XXII oraz Akillos, znalazły się nagle w mniejszości.
Połączone siły imperialno-magiczno-styryjskie ruszyły na Wergundów. Kapłani oraz magowie z XXII i Akillosa odpowiedzieli, zalewając szarżującego wroga potężną kanonadą zaklęć.
W powietrzu rozległ się huk dziesiątek czarów, lecących nieprzerwaną falą w stronę przeciwnika. Każde jedno z tych zaklęć bez problemu zmiotłoby z ziemi cały zastęp!
Ale tym razem na nic to się nie zdało… Cała ta hucząca kanonada rozbiła się o magiczne amulety chroniące przed magią, w które szczodrze zostali wyposażeni zarówno agenci Styrii jak i Imperium (notabene większość amuletów Imperium było dziełami hobbitki Prim).
Magiczny ostrzał ani trochę nie spowolnił atakujących. Szarża uderzyła z całą swoją mocą
w szeregi Wergundów. Ataki były brutalne i bezwzględne. XXII desperacko próbowała zatrzymać nacierającego przeciwnika. Tymczasem kapłani, uświadomiwszy sobie, że niewiele zdziałają w walce z odpornym na ich magię przeciwnikiem, za wszelką cenę próbowali zdobyć od Mima Aramedicon.
Gdy obrona XXII zaczęła się chwiać, jeden z paladynów z Akillosa postanowił powtórzyć słynny wyczyn Ortana z rebelii Mojmira (tylko w łagodniejszej wersji, bo bez poświęcenia życia), by dać kapłanom więcej czasu: odprawił pospieszny rytuał, po którym Modwit zesłał nań wielką moc. Przekształciwszy się na krótki czas w potężną, niepokonaną postać, ruszył
z rykiem na szeregi wroga…
…by zostać chwilę potem zatrzymanym przez Adrilen. Sprytna krasnoludzka magiczka za pomocą banalnie prostego zaklęcia wyczarowała głeboką dziurę w ziemi… w którą wpadł potężny paladyn Modwita! A gdy po kilku minutach ów kapłan zdołał się w końcu wygrzebać, był już z powrotem zwykłym człowieczkiem, skrajnie wyczerpanym po potężnym opętaniu!
Wraz ze zmarnowanym poświęceniem, załamała się też obrona XXII. Wergundzi, bezlitośnie atakowani przez przeciwnika, coraz bardziej się cofali. W końcu ich szeregi opuściła nawet jedyna medyczka: Powój, rzekomo ratując kogoś rannego, wybiegła w pewnym momencie przed szereg i pozwoliła się powalić zamarkowanym ciosem jednego ze Styryjczyków.
Tymczasem Terale w zupełnym spokoju, z bezpiecznej odległości, przegryzając jagódki, przyglądali się całej bitwie… Tylko raz, gdy jakieś zbłąkane ulundo zbliżyło się zanadto do ich szeregów i otrzymało symbolicznego klapsa od witeziów.
W pewnym momencie Godryk dał sygnał do odwrotu. Kapłani, uświadomiwszy sobie, iż ich wysiłki na nic się nie zdają, postanowili uciec. Tymczasem Ingeboran, przekonana że Akillos zdołał zdobyć Aramedicon, rozkazała swoim ludziom osłaniać ich odwrót.
To było daremne poświęcenie. Ale piękne.
Już po niespełna minucie cała XXII kohorta kondotierska była rozgromiona. Ostatnie niedobitki uciekały po krzakach... Sam sojusz imperialno-magiczno-styryjski nie został jednak bez szwanku. W pewnym momencie Tell, Izbor oraz Styryjczyk zwany Goliatem rzucili się
w pościg za służącym u wergundów krasnoludem Craigiem Lairdem, który w krytycznym momencie… okazał się być nad wyraz sprawnym magiem!
Osłaniając się potężnymi zaklęciami umknął on obławie, umknął czarom Ardilen… po czym rozbił się o niewidzialną ścianę, otaczającą polanę. Jak się okazało, znaleziony przezeń
u pierwszego Strażnika dziwny artefakt uniemożliwił mu opuszczenie polany…
Ingeboran stanęła naprzeciwko Tahata. W brutalnym starciu z przywódcą Styryjczyków, utraciła prawą dłoń (nie całą – klinga miecza ulundo prześlizgnęła się w taki sposób, że kość pozostała nienaruszona… czego absolutnie nie można było powiedzieć o mięśniach oraz ścięgnach). Pani auxillion nie została jednak dobita. Przywódca Styryjczykó uznał, iż krasnoludka nie stanowi już zagrożenia. Zabrano jej jedynie oręż i wszelkie dokumenty.
Pokonawszy przeciwnika, Imperium oraz Styryjczycy mogli się już na spokojnie skupić na zagadkach Mima. Poszło im to o wiele lepiej niż Wergundom, jako że w ich szeregach było znacznie więcej intelektualistów.
Jak się okazało, Strażnicy pilnowali dwóch dziwnych kamieni. Szybkie dochodzenie ujawniło, iż dzięki nim dało się otworzyć skrzynkę, w której znajdował się Aramedicon. Sam artefakt ukryty był zaś odrobinkę dalej. Był co prawda strzeżony przez inny rodzaj Strażnika, ale ów już nie sprawiał kłopotów.
Zmęczeni walką Imperialiści oraz Styryjczycy nie mieli jednak ochoty walczyć między sobą
o skarb. Zresztą, żadnej z grup nie zależało na nim aż tak bardzo, by z jego powodu rwać sojusze. Zarówno Styryjczykom, Imperialistom jak i Teralom (którzy po zakończeniu walk zeszli z powrotem na drogę) wystarczyło, by artefakt nie dostał się w niepowołane ręce.
Postanowiono ukryć oba kamienie, dzięki którym dało się dobrać do Aramediconu. Pierwszy ukryto za pomocą druidzkiej magii w konarze potężnego dębu. Jego położenie znali Imperialiści oraz Styryjczycy. Drugą zaś połówkę ukryła Samboja, posługując się swoimi własnymi zaklęciami. Sam artefakt zaś postanowiono zostawić tam, gdzie był.
Wszystkie cztery (licząc razem z magami, którzy jednak należeli już do Imperium) zwycięskie grupy udały się do fortalicji. Powój, jakimś cudem zachowawszy przykrywkę, po uleczeniu przystała do terali, którzy zgodzili się zapewnić jej ochronę przed rzekomo pragnącymi zabić ją Styryjczykami…
Tymczasem rozbita XXII oraz Akillos szukały się po okolicznych krzakach…
W końcu po przeszło godzinie, ku niekłamanej uldze krytycznie rannej Ingeboran, nadszedł oddział Firhorn. A raczej to, co zostało z jego resztek… Oddział prowadzony przez znanego na całą Wergundię wojownika Ashada, będąc podzielonym i zagubionym, kilkukrotnie został napadnięty przez okolicznych zbójów. Niemniej połączone resztki wszystkich trzech oddziałów: XXII, Akillosa oraz Firhornu, tworzyły już całkiem przyzwoitą grupę, o sile bojowej porównywalnej z pojedynczą grupą swoich pogromców.
I tak stosunek sił pozostawał 3,5 do 1 – Imperium wzmocnione magami, w sojuszu ze Styrią oraz Teralą, przeciw niesamowicie przetrzebionym Wergundom. Symboliczne wsparcie Firhornu wystarczyło jednak, by wierni poddani Olafa ponownie podjęli działania. Działania
o charakterze partyzanckim…
Wysłany na zwiad pod przebraniem gońca, Ashad powrócił z wieścią, iż oba kamienie otwierające skrzynkę z Aramediconem, ze względu na magiczną barierę, pozostały ukryte gdzieś w okolicach Żywiaty. Wergundzi rozpoczęli poszukiwania kluczy do artefaktu.
Dość szybko namierzono drzewo, w którym ukryto pierwszą połówkę. Jednakże o wiele dłużej zajęło wydobywanie go z konaru. Wergundzi nie dysponowali żadnym druidem, więc musieli użyć argumentu siły: ścięli i spalili cały kilkusetletni dąb, by w końcu wygrzebać z jego popiołów pierwszy kamień.
Jednakże drugiej połówki nijak nie udało się znaleźć. W końcu po długich godzinach bezowocnych poszukiwań postanowiono zrezygnować z przeczesywania polany i podjąć straceńczą próbę odzyskania fortalicji. Godryk proponował przemknięcie się przez mury
i stopniową, skrytobójczą eliminację wszystkich znajdujących się w środku. Śmierć przebywających w środku Terali (nie wyłączając Samboi) miała potem zostać zrzucona na Styryjczyków i stać się pretekstem do skłócenia obu nacji.
Ingeboran postanowiła jednak na początku działać ostrożniej i delikatniej. Wysłała zwiad, który miał wybadać nastroje panujące w fortalicji. Być może gdyby jakimś cudem udało się odzyskać wsparcie Samboi, pojawiłby się choć cień szansy zwycięstwo…

Tymczasem w fortalicji Imperium oraz Styria kolejnymi toastami pieczętowały swoją dziwaczną, pozornie przeczącą wszelkiej logice przyjaźń.
Gdyby się jednak przyjrzeć temu dokładniej, nie było to wcale takie nielogiczne: Styryjczycy byli dozgonnie wdzięczni Imperium za uratowanie z wergundzkich kajdan. Natomiast Imperialiści, w pełni świadomi, że ich wywrotowe idee nie mają najmniejszych szans na teokratycznym, Styryjskim gruncie, postanowili darować sobie ideologię i skupić się na bieżącej polityce. Polityce, w której Tavar stała się niespodziewanie potężnym sprzymierzeńcem w walce z pozostałymi bogami.
O Aramedicon nikt się nie kłócił. Nawet gdyby którakolwiek ze stron spróbowała ukraść swoją połówkę, nadal pozostawała druga część artefaktu, ukryta przez Samboję. Co nie przeszkadzało obu grupom w tworzeniu w ukryciu „planów awaryjnych”, na wypadek gdyby druga strona postanowiła złamać sojusz…
Ani Imperium, ani Styryjczycy nie zauważyli, że sama Samboja w pewnym momencie ulotniła się z ich biesiady, wraz ze swoją świtą. W fortalicznej karczmie pozostało jedynie dwóch witeziów: Mirko i Sonja byli niedalekimi kuzynami… i wiecznie się między sobą kłócili, ku rozbawieniu wszystkich obecnych…
Samboja, jako jedna z nielicznych, pozostawała cały czas trzeźwa. Gdy ludzie z jej świty powiadomili ją potajemnie o pojawieniu się wergundzkiego zwiadu, zdecydowała się wyjść im na spotkanie.
Zatem ku zdziwieniu pozbawionych już nadziei partyzantów, Terale odpowiedzieli pozytywnie na ich błagania. Potajemnie wyszli przed bramę fortalicji i podjęli z nimi pertraktacje! Wergundzcy dowódcy nie zmarnowali tej okazji. Po długich dyskusjach w końcu udało się im wmówić Samboi, iż Imperium spiskuje przeciw Draganowi.
Jednakże Samboja, pamiętna wszystkich podstępów Ingeboran, postanowiła do końca zachować ostrożną neutralność. Nie wpuściła Wergundów do fortalicji, pozbawiając ich możliwości zemsty na Styrii i Imperium. Jednakże w ramach zadośćuczynienia przekazała im pieczęć ze swoją krwią – klucz do rytuału, którym ukryła kamień.
Następnie zebrała swoich ludzi i czym prędzej udała się do Karantanii. Zaś Wergundzi zdobyli drugą połówkę kamieni aktywujących Aramedicon, oraz chwilę później sam amulet. Gdy tylko artefakt znalazł się w ich rękach, natychmiast, zgodnie z rozkazem, podążyli do Merrinhold.
Imperium i Styria dopiero następnego dnia rano zorientowały się, że Samboja wraz ze swoimi teralami uciekła z fortalicji. Nawet jeśli którakolwiek ze stron planowała wbić w przyszłości drugiej sztylet w plecy, teraz nie miała już powodu…

I tu niestety kończy się znana mi część historii Aramediconu. Resztki dawnej XXII, Akillosa oraz Firhornu pognały z nim na południe. Wywiad Imperium nie był w stanie ponownie namierzyć artefaktu. Zatem zagadką pozostaje, co się z nim stało. Czy trafił on w ręce Olafa? Czy może komendant fortu Merrinhold rzeczywiście zgarnął artefakt dla siebie? A może po drodze wydarzyło się coś jeszcze, coś zupełnie niespodziewanego?
Tego już nie wiemy. Nieznane pozostają losy grupki Wergundów ocalałych z tej misji. Oraz wiezionego przez nich Aramediconu.
Wiadomo natomiast, że Samboja oraz oddział Izbora powrócili po pewnym czasie do Karantanii. Obie grupy cieszyły się swoim (niepełnym, ale jednak) zwycięstwem. Ziemowit był w końcu bezpieczny! Co prawda Castorowie byli niepocieszeni utratą artefaktu, jednakże fakt wypełnienia celu pośredniego w zupełności ich satysfakcjonował. Podobnie rzecz miała się
z samym Draganem – był on umiarkowanie zadowolony z wyniku wyprawy.
Wszyscy magowie służący zasztyletowanej maharani w krótkim czasie wstąpili do Imperium. Niekoniecznie z przyczyn ideologicznych – niektórzy, jak na przykład Symeon, przyjęli propozycję ze względów praktyczno-finansowych. Jak się okazało, w ferworze uwalniania jeńców, Imperium obiecało słynnemu psionikowi moje własne włości! (które jednakże po usłyszeniu mego zdecydowanego sprzeciwu, zastąpiono ich równowartością w senatusach).
Jakimś cudem wszystkim magom udało się uniknąć gniewu Samboi… Pani Terali po śmierci maharani stała się znacznie łagodniejsza i ustępliwsza. W swej radości pozwoliła nawet mężowi spacyfikować kilka najważniejszych świątyń Skogura we wschodniej Terali!
Styryjczycy powrócili natomiast po długiej i żmudnej wędrówce na ojczyste ziemie. Nie zostali przyjęci owacyjnie, wszak ich misja zakończyła się całkowitym niepowodzeniem: artefakt wpadł w ręce potencjalnego największego wroga Pani Tavar – Olafa Wergundzkiego!
Jednak wraz z oddziałem Tahata przybył nieoczekiwany gość: grupka agentów Imperium, proszących o audiencję u „możliwie jak najwyżej postawionego styryjskiego dostojnika”. Nikt nie wie, cóż takiego Castorowie chcieli przekazać swemu teoretycznie największemu wrogowi, jednakże po wyjściu z komnat samego Sephresa zarówno Imperialiści jak
i Styryjczycy mieli dziwne, złowrogie uśmiechy satysfakcji…
Otwartym pytaniem w tym temacie pozostaje: „kto kogo tutaj zmanipulował?”

Sam zaś miło spędziłem ten czas w Karantanii, opiekując się małym Ziemowitem oraz ucztując wraz z tymi, którzy pozostali na dworze wojewody…
Za wszelkie przekłamania, niedopowiedzenia i przekręcenia z góry przepraszam i zastrzegam, iż wszystko co tu opisałem, jest oparte jedynie o relacje uczestników tamtych wydarzeń.

















Streszczenie biografii maga ziemi Owizora herbu Rożenek.
Rożenkowie byli Ofirskimi możnymi posiadającymi włości leżące nieco na północ od Messyny. Pierwsze wzmianki na temat tego rodu pochodzą z 1000 roku p.w.e. Według legendy, pewien ówczesny ofirski kratistos został napadnięty przez bandę barbarzyńców-kanibali (zapewne pochodzących od kymerów). Kiedy już obracał się na rożnie nad ogniskiem, grupka innych przybyłych z zachodu barbarzyńców bezinteresownie przybyła mu z odsieczą. Ów, w podzięce za uratowanie życia, nadał im tytuł oraz ziemie. I stąd rzekomo wziął się ich herb (wieniec laurowy otoczony płomieniami) oraz zawołanie („skwierczysz panie!”) – gdyż według legendy, w chwili ratunku tak właśnie miał krzyknąć przywódca przybywających z odsieczą barbarzyńców do kratistosa.
Rożenkowie przez ponad 1800 lat pozostawali średniozamożnym rodem, skorym bardziej do handlu niż do wojaczki. Nie wsławili się znacząco ani podczas wojen Ofiru z Wergundia, ani
z Tavar, lecz ich chorągiew można było zobaczyć na większości ważniejszych bitew owego okresu, zawsze przeciw Nowej Styrii i Itharos.
Gdy w 875 roku najstarszy syn lorda Orlena Rożenka - Owizor - zaczął wykazywać predyspozycje magiczne, został wysłany na nauki do akademii magii ziemi w Karantanii, gdzie rektorem był przyjaciel Rożenków: mistrz Robert Lajarowicz.
Krótko po zdaniu przez Owizora finałowych egzaminów na tytuł maga ziemi (883 r.), w niejasnych okolicznościach Robert Lajarowicz zmarł. A parę dni później do Owizora przybył list z tragicznymi wieściami:
W wyniku zamieszania związanego z Sukursjami jakaś zbłąkana horda Samnijczyków napadła
i doszczętnie spaliła włości Rożenków, wyrzynając całą rodzinę (choć do dziś żywe są pogłoski mówiące, jakoby dwóch najmłodszych Rożenków: Argan i Ofelia, zdołali uciec z pogromu).
Owizor, jako dziedzic fortuny, powinien był powrócić na włości, odbudować spalony zamek
i podnieść okoliczne ziemie z ruiny. Ale ów, przytłoczony wizją ogromu obowiązków, zwlekał z wyjazdem z Karantanii. Co okazało się jego zgubą...
Parę tygodni po otrzymaniu wieści o wybiciu Rożenków Owizor, wypiwszy za dużo w pewnej karczmie, przypadkiem wlazł do pokoju, wynajmowanego przez pewnego (jak się później okazało) skrytobójcę. Na biurku odnalazł rachunek, z którego wynikało, iż obecny rektor akademii - Iwomir Podkoliesin – zlecił zabicie swojego poprzednika, Roberta Lajarowicza.
Z tym odkryciem Owizor podzielił się jedynie ze swoją ówczesną dziewczyną – Skierką. A ta już następnego dnia, jeszcze przed wschodem słońca, wykradła mu rachunek i pognała z nim do Podkoliesina. Jak się okazało, miała z nim romans... (podobnie jak wiele innych młodych magiń ziemi – Podkoliesin był i jest do dziś wielkim kobieciarzem)
Ów, dowiedziawszy się od Skierki, że Owizor wie o jego zbrodni, wrobił go w potajemne studiowanie zakazanych arkanów magii, wygnał z Karantanii i obsadził włości Rożenków skrytobójcami.
I tak, od dobrych kilkunastu lat, Owizor błąka się po świecie szukając sposobu by zemścić się na Podkoliesinie i Skierce oraz by odzyskać dobre imię.
Parę spotkań z uchodźcami z dawnych włości Rożenków uświadomiło mu, że u swoich niedoszłych poddanych ma on opinię tchórza i pijaka, który nie ma dość honoru
i samozaparcia, by przejąć brzemię władzy. Wiedząc o tym, jak również w obawie przed zabójcami Podkoliesina, postanowił omijać swoje ziemie szerokim łukiem.
Pierwsze lata tułaczki Owizor spędził poszukując sojuszników u krewnych zamordowanego rektora. Niestety, jedyny pozostający przy życiu Lajarowicz okazał się być ogarniętym żądzą władzy szaleńcem.
Mag powietrza, i zarazem teralski kniaź, Jeremi Lajarowicz próbował za pomocą potężnego magicznego artefaktu podbić okoliczne ziemie (a w dłuższej perspektywie całą Teralę). Ostatecznie dobro kraju wzięło górę nad prywatą i Owizor pomógł go pokonać.
Wszelkie inne potencjalne dowody i świadkowie zostały jednak do tego czasu skrzętnie usunięte przez Podkoliesina (bądź Skierkę, która do dziś pozostaje adoratorką rektora, mimo braku wzajemności). Tak więc wszelkie podejmowane przez Owizora próby zdobycia środków do walki z rektorem spełzły na niczym.
Rozgoryczony ciągłymi niepowodzeniami Owizor postanowił za pośrednictwem poznanego
w pewnej karczmie starego maga Glatona Leclerc’a przyłączyć do Imperium. Początkowo sceptycznie podchodził do filozofii organizacji, ale z czasem się do niej przekonał. Bardzo szybko awansował w strukturach Imperium.
W 895 roku został członkiem elitarnej grupy dywersantów, infiltrującej XXII kompanię kondotierską burego tymenu. Działając w niej, został ostatecznie mianowany osobistym wychowawcą syna kniahini Samboi.
Dzięki tej posadzie w zasadzie z dnia na dzień stał się bardzo ważną i wpływową postacią na dworze w Karantanii – tej samej, z której został kilkanaście lat wcześniej wygnany.
Jak dotąd nic nie przeszkodziło mu w opiece nad synem Dragana, lecz im dłużej przebywa
w grodzie Karanawiców, tym bardziej ostateczna konfrontacja z Iwomirem Podkoliesinem oraz Skierką staje się nieunikniona…
(opowiadanie kończące historię Owizora jest już w drodze! - autor)

Parę słów na temat Imperium (stan na późną jesień 895)
„…Zaczęło się o nich mówić po wojnach ofirskich, po tragicznych wydarzeniach, które doprowadziły do odejścia patrona wszystkich ofirczyków, Izosa. Garstka zrozpaczonych wiernych uwierzyła wtedy, że bogowie nie są wielcy, można ich zabić, a na pewno nie należy więcej pokładać w nich nadziei. Od tego czasu poszukują sposobu na pozbycie się bogów, uodpornienie się na magię kapłańską i organizację nowego ładu. Wierzą, że wśród ludzi przebywa spadkobierca styryjskich cesarzy, który będzie w stanie poprowadzić ich ku zwycięstwu. Dlatego celem Imperium, jak się sami nazywają, jest odnalezienie prawowitego władcy i oddanie mu w ręce sposobu na pokonanie bogów. Owego sposobu szukają równie usilnie, kontaktując się ze wszelkimi znanymi mistykami, znawcami czarów i tajników mocy…”
„…Władzę sprawuje pięciu Castorów, na których czele stoi Castor Założyciel. Oprócz nich wyróżnia się poszukiwaczy (zajmują się stricte poszukiwaniem Imperatora), możnych (finansują działania organizacji), złodziei (siatka wywiadowcza) i wojowników…”
„…Początkowo rekrutowano tylko ofirczyków, obecnie przyjmowani są wszyscy, którzy chcą zrzucić z siebie jarzmo Bogów i żyć jako wolny człowiek. To, że nie przyjmowani są nieludzie, nie oznacza, że cesarscy są rasistami…”
Tyle na temat Imperium można wyczytać w księgach i kronikach, powstałych do naszych czasów. Lecz czymże jest Imperium w rzeczywistości?
Początki tej organizacji skrywają mroki tajemnicy. Wśród ludzi krąży wiele historii, baśni
i legend z tym związanych. Jedną z najczęściej powtarzanych zarówno wśród członków Imperium, jak i ludzi spoza niego, jest opowieść, według której Castor Założyciel miał okazję osobiście obserwować starcie Tavar z Izosem.
Wówczas to powstało pierwsze założenie filozofii Imperium: Bogowie są śmiertelni, nie są władcami tego świata, a być może nawet nie odpowiadają za jego stworzenie. Wszak po śmierci Izosa słońce pozostało na niebie! Zatem bogowie nie są tym, za co ich uważamy. Ale w takim razie… czym są?
I tu pojawia się drugie założenie: Bogowie pochodzą z innego świata i jedynie przypisują sobie stworzenie i władanie naszym. (teza ta potwierdzona została wiele lat później przez Wędrowca, który przyznał, iż bogowie pochodzą z wymiaru „najbliższego do naszego”)
Początkowo była to tylko teoria filozoficzna, rozprzestrzeniająca się swobodnie wśród mieszkańców północnego Ofiru. Szybko jednak kapłani różnych wiar zaczęli krwawo ją zwalczać.
Widząc do jakich zbrodni i prześladowań dochodzi w wyniku szerzonej teorii, przyszli Castorzy Założyciele zaczęli wędrować po świecie. Czując krew na swych rękach, postanowili odwiedzić setki wyroczni, mędrców, kowenów druidzkich i kręgów szamańskich. Rozpoczęli poszukiwania, by odnaleźć odpowiedź na postawione przez siebie pytania.
Po okresie poszukiwań, powróciwszy do Ofiru, przedstawili oni nowe założenia, opierające się na słowach niemal wszystkich odwiedzonych wyroczni: Wśród ludzi powstanie Imperator, który będzie miał moc równą bogom i pokaże mieszkańcom tego świata, kim naprawdę bogowie są. Później niektórzy członkowie Imperium uznali, że ów „Imperator” ma być mitycznym spadkobiercą styryjskich cesarzy. Castorowie jednakże nigdy nie użyli tego określenia i na ogół unikają wypowiadania się na temat powiązań Imperatora
z mityczną Styrią.
Od tego momentu (mniej więcej 873 r.) można już mówić o Imperium. Wtedy mniej więcej utworzona została organizacja, której głównym celem stało się poszukiwanie przepowiedzianego Imperatora.
Od czasu powstania organizacji pojawiły się jeszcze dwa założenia. Pierwsze, powstałe mniej więcej w tym samym czasie co sama organizacja, mówi że Jedynymi prawdziwymi twórcami i władcami tego świata jest Wielki Duch (Deuces) i Matka Natura. Oznacza to, iż Imperium uznaje szamanizm oraz druidyzm ze względu na ich uniwersalność (oraz być może też ze względu na proroctwa z czasu wędrówek Castorów). W wyniku takiego stanowiska, Imperium cieszy się wielkim poparciem wśród zarówno druidów jak i szamanów całego świata.
Ostatnim założeniem, opartym na wielu latach badań i studiowania zapisków z czasów upadku Izosa, jest teza, iż Moc poszczególnych bogów zależy wyłącznie od magii ich kapłanów. Jest to bardzo wywrotowa teoria, gdyż zakłada, iż ofiary i modlitwy są nie tyle prośbą do bogów o moc, co swego rodzaju równorzędną wymianą dóbr.
Filozofia Imperium zapewniła organizacji zarówno olbrzymie rzesze zwolenników jak
i wrogów. Oczywista jest wrogość między ową organizacją a kapłanami. Walka między oboma stronnictwami odbywa się na wielu różnych frontach.
Należy jednak pamiętać, iż nieprawdziwe jest stwierdzenie, jakoby Imperium chciało stricte „zniszczyć bogów”. Celem organizacji jest tak naprawdę odkrycie prawdy i ustawienie bogów we właściwym, należnym im miejscu w oczach ludzkości (choć nieraz zdarzają się bardziej radykalne odłamy, nie zawsze posłuszne rozkazom Castorów). Zaś kluczem do zrozumienia ich roli w naszym świecie miałby być właśnie Imperator.
Lata prześladowań ze strony kapłanów (nasilonych zwłaszcza po zjeździe w Dormenos w 881 roku) zaostrzyły jednakże retorykę Imperium. O ile w pierwszych latach swojego istnienia organizacja starała się nie wchodzić w drogę poszczególnym wyznaniom i skupiać się na filozofii oraz poszukiwaniu Imperatora, o tyle obecnie nawet sami Castorzy otwarcie mówią o „znienawidzonych kapłanach i ich fałszywych bożkach”.
Imperium podzielone jest obecnie na cztery „profesje”, spełniające poszczególne zadania.
„Poszukiwacze” w pewnym sensie kontynuują dzieło Castorów z czasów sprzed założenia organizacji: wędrują po całym świecie, poszukując Imperatora oraz „wszystkiego co może przysłużyć się sprawie”. Poszukują oni wszelkiego rodzaju wybitnych jednostek, potężnych artefaktów, pradawnych manuskryptów, proroctw oraz właściwie wszystkiego, co mogłoby mieć jakikolwiek związek ze sprawą.
„Złodzieje” to bardzo mylna nazwa dla profesji, zajmującej się przede wszystkim poszukiwaniem rekrutów, tworzeniem siatek konspiracyjnych i poszerzaniem wpływów Imperium. Członkowie tej profesji wbrew nazwie rzadko kiedy cokolwiek kradną. Są raczej „oczami i uszami” organizacji. Działają przede wszystkim jako szpiedzy, czasami jako dyplomaci. Bardzo często współpracują z „Poszukiwaczami”, dzieląc się z nimi zdobytymi informacjami.
„Możni” nie zawsze są możni. Na ogół pod tą nazwą kryją się ci, którzy chcą wspierać Imperium, ale nie mogą tego robić czynnie. Zajmują się przeważnie finansowaniem
i zaopatrywaniem organizacji na miarę swoich możliwości. Istnieje wiele pogłosek mówiących, że nawet najwyżej postawieni dostojnicy ofirscy, wergundzcy i teralscy wspierają Imperium jako „Możni”.
Ciągły konflikt z kapłanami zmusił Imperium do stworzenia jeszcze jednej „profesji” –Zbrojnych. Jest to tzw. argument siły Imperium. Nikt nie wie gdzie i w jaki sposób są zorganizowani. Wiele raportów utrzymuje, że „Zbrojni” podzieleni są na kilku-kilkunastoosobowe grupki, rozproszone po całym świecie. W razie potrzeby gromadzą się
w większe oddziały, by pomóc pozostałym „profesjom”:
Znana jest historia o tym, jak w 890 roku nieopodal Lędy kapłani Skogura zdemaskowali pewnego Możnego. Między uwięzieniem agenta, a jego planowaną egzekucją były tylko dwa dni odstępu. W dniu egzekucji chram został jednak zaatakowany przez liczący ponad dwustu wyszkolonych wojowników oddział, który według relacji świadków „przybył znikąd”. Wcześniej żadna z okolicznych wsi nie odnotowała przybycia grupy liczniejszej niż kilkanaście osób! Podobnie później, po przeprowadzeniu ataku, cała ta armia „rozpłynęła się”…
Nieraz okoliczności zmuszają Castorów do wysyłania w dane miejsca oddziałów
o zmieszanym składzie. Słynny oddział Batiarusa Astoriiego zawierał w sobie po równo Poszukiwaczy oraz Zbrojnych, podczas gdy oddział, który wykradł Lustro z fortalicji składał się głownie ze Złodziei wspartych kilkoma Zbrojnymi.
W szeregach Imperium przeważają ludzie. Można jednak często spotkać wśród nich również pojedyncze hobbity i elfy, a nawet i krasnoludy. Dobrze ponad połowę agentów Imperium stanowią magowie, szamani i druidzi.
Początkowo Imperium ograniczało się do Ofiru, jednakże już po kilku latach działalności zaczęły powstawać komórki również w Terali, Wergundii czy Velidzie.
Obecnie w zasadzie cały Mały Ofir oraz Terala znajdują się pod całkowitą kontrolą Imperium. Znaczne wpływy organizacja ma też w Tryncie i Liryzji, mniejsze w Fiordzie, Wergundii
i południowym Ofirze. Ostatnimi laty ma miejsce ponadto bardzo szybki wzrost popularności organizacji wśród elfów (zwłaszcza z Hetanor), rozgoryczonych losem jaki urządziła im Tavar.
Z oczywistych powodów na terenie Nowej Styrii Imperium ogranicza się jedynie do pojedynczych szpiegów. Co ciekawe, owa bierność Castorów w kwestii krainy Tavar zapewniła im przychylność księcia Sephresa! Nowa Styria widzi w Imperium drogę do destabilizacji Wergundii, więc nieraz wspiera jej agentów – zwłaszcza gdy działają na terenie państwa Olafa.
Powszechnie znana jest metoda rekrutacji do Imperium: agenci dowolnej profesji przez jakiś czas przyglądają się poszczególnym potencjalnym kandydatom, stopniowo zaznajamiając się z nimi. Po zawarciu lepszej znajomości i zdobyciu zaufania, potencjalny kandydat zostaje zaproszony na ciastka. Podczas degustacji ciastek otrzymuje propozycję przyłączenia do Imperium. W przypadku odmowy pamięć kandydata zostaje wyczyszczona, zaś w przypadku zgody wyrusza on do rady Castorów na Inicjację (i rzeczywiście otrzymuje rzeczone ciasteczka). Nikt nie wie, skąd Imperium bierze tyle ciastek, niemniej faktem jest, iż każdy kto trafia do tej organizacji otrzymuje pudełko przepysznych wypieków!
Szczegóły struktur, rozmiarów, zasięgu wpływów i organizacji Imperium pozostają nieznane. Poza przedstawionymi powyżej ogólnikami, nie wiadomo niemalże nic o poszukiwaczach Imperatora. Kilkukrotnie udowodniony kunszt szpiegowski, pokazy siły i wpływów (oraz naprawdę dobre ciasteczka przyciągające prawdziwe rzesze kandydatów) sprawiły, że kapłani z coraz większą paniką wspominają o Imperium.
Czy słusznie…?


 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.