Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze swiata gry.
 

obozy
 
Nowość!

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:






 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Miecze zostały złamane
 
Opowiadanie to wstęp i pierwsze bitwy drużyny z I turnusu obozu w 2007 r. widziane oczami walczącej w szeregach drużyny gwardzistki cesarskiej. I początek baaardzo długiego opowiadania :), którego całość można przeczytać TUTAJ.


Las był cichy, pachniało wiosną, mokrą ziemią i zielenią. W oddali słychać było szczekanie psów, które skutecznie spłoszyło ptaki. Równomierny szum drzew hipnotyzował, uspokajał i usypiał.

„Nie!” pomyślał z przerażeniem „Nie wolno jeszcze zasnąć!” Próbował zwalczyć ogarniającą go senność. Leżał na mokrych liściach na dnie głębokiej kotlinki. Zażyta wcześniej dziwna mikstura, której działanie go przerażało, właśnie zaczynała panować nad jego ciałem. Czuł bezwład mięśni, z trudem panował nad świadomością usiłując w panice znaleźć rozwiązanie. Liczył na to, że jego przyboczni będą przy nim. Tymczasem Gwardię odprawiono. Był tu sam. Poczuł ciepłą strużkę krwi, która bezwiednie spłynęła z kącika ust aż na szyję. Zasypiał.
Nagle głośniejszy dźwięk przywrócił mu świadomość. Z trudem podniósł powieki i na tle koron drzew zobaczył postać jeźdźca, zwieszonego w siodle najwyraźniej w poszukiwaniu śladów. „Bogowie...” przerażenie złapało go za gardło „Znaleźli mnie....”. Jeździec najwyraźniej go nie widział, skupiony na tropieniu. Kilka bardzo długich sekund zabrało leżącemu rozważenie ryzyka. W końcu zdecydował. Jeśli zaśnie teraz, znajdą przy nim medalion. Nadludzkim wysiłkiem spróbował krzyknąć... i zakrztusił się krwią. Ale jeździec usłyszał. Sfrunął bardziej niż zeskoczył z siodła, skoczył w dół kotlinki ślizgając się na mokrych liściach pokrywających zbocze. Tuz przy leżącym upadł na kolana.

- Panie!... – sapnął – Co się stało? – to była kobieta i dzięki bogom, była w czarnym mundurze Gwardii Cesarskiej. Nie pamiętał jej imienia, ale znał twarz. Była chyba dowódca któregoś z gwardyjskich pododdziałów. Nic o niej nie wiedział. Ale wiedział, że nikt inny już tu nie zdąży. Podniosła go i oparła jego głowę o swoje kolano. Przerwał lekkim ruchem ręki jej dramatyczne próby udzielenia mu pomocy. Martwiejącą ręką sięgnął ku szyi i odpiął srebrny łańcuszek i wiszącą na nim metalową łezkę z oczkiem. Wcisnął jej w dłoń. Kobieta ścisnęła medalion w dłoni.

- Najjaśniejszy Panie, proszę, co się tu stało? Musze wiedzieć, nie widzę rany...

- Ciii... – szepnął – To nie ważne. Słuchaj – mówienie stanowiło taki wysiłek, że dudnienie krwi w skroniach uniemożliwiało mu słyszenie własnych słów – To jest klucz do niego. Musisz go wydobyć. Potrzebujemy żelaznego smoka. .. – znów zakrztusił się krwią – Medalion nie może wpaść w ich ręce... – krew rzuciła mu się z nosa. Gwardzistka w panicznym pośpiechu usiłowała wyszarpać z sakwy opatrunki. Zatrzymał jej dłoń. – Zrozumiałaś? To jest rozkaz....
- Zrozumiałam, panie.... – rzekła po chwili milczenia. Do niego dotarło to jak przez mgłę.Zanim ogarnęła go ciemność, wyszeptał:

- Uciekaj.....

***


- To jest niemożliwe! – warknął ze złością wysoki, postawny mężczyzna w mundurze, z emblematem ze znakiem konia na piersi – Spadł z konia? Jakim cudem zostawiliście go samego??!!

- Ciszej – syknął towarzyszący mu arystokrata w jasnym kaftanie, spod którego wystawały obszyte koronką rękawy – Nie jesteśmy sami póki co – dodał, wskazując na tropicieli i służbę, przeszukujących stoki kotlinki, na dnie której leżało nieruchome, zalane krwią ciało młodego mężczyzny – Najwyraźniej bogowie nas wyręczyli.

- Oby to byli bogowie – odparł wojskowy ze złością – Bo jeśli sprzątnął go ktoś inny...

- Oczywiście, że ktoś inny – rzekł arystokrata z cynicznym uśmiechem – Za jakiś czas znajdziemy go i z fajerwerkami stracimy. A póki co, zabierz medalion.

Wojskowy pochylił się nad ciałem, rozpiął aksamitny kaftan i białą jedwabną koszulę. Odgarnął długie ciemne włosy, posklejane zakrzepła krwią. Coraz szybszymi ruchami przeszukiwał nerwowo kieszenie i sakwy, w końcu wstał.

- Nie ma medalionu.... – wysyczał

Arystokrata zdjął jedwabne rękawiczki i sam powtórzył przeszukanie. Podniósł się blady jak ściana.

- Załatwił nas, cholerny szczeniak....

- Panie hetmanie! – z krawędzi kotlinki dobiegł głos jednego z tropicieli – Mamy ślady!

Po chwili wojskowy pochylił się nad odciśniętym w mokrej ziemi śladem obcasa. But, który odcisnął się w błocie, miał charakterystyczne okucie. Żołnierz uśmiechnął się.

- Gwardia – mruknął – Znakomicie.


******************************************************************


Belka, na której leżała, gniotła w plecy. Wyjątkowo wkurzał ją ten drobiazg. Chociaż w zasadzie nie powinien, bo w zestawie wiszących nad nią problemów zajmować powinien bardzo bardzo odległe miejsce. Na zewnątrz tymczasowo zamienionej na więzienie wartowni lało jak z cebra. W środku było ciepło i płonęło ognisko. „Przynajmniej towarzystwo miłe” uśmiechnęła się do siebie, patrząc kątem oka na krasnoluda Zibbo, wcinającego przemyconą przez kolegów z oddziału kolację. Jak kapitan się o tym dowie, to ich pozabija... Zapatrzyła się na powrót w sufit, pod którym kłębił się dym.

W ostatnich miesiącach wszystko się pochrzaniło. A tak dobrze szło. Kilka lat temu ukończyła szkołę wojskową, dwa lata służyła na Południowych Wrotach. Potem dzięki uporowi i talentowi udało się jej dostać do Gwardii, gdzie była jedną z trzech służących tam kobiet. Na czterdziestu dwóch mężczyzn. A Gwardia Cesarska była obiektem marzeń każdego żołnierza Imperium. Była najbardziej elitarną jednostka w kraju, dopuszczano do niej tylko najlepszych i poddawano ciężkiemu półtorarocznemu szkoleniu. Założeniem Gwardii była ochrona osoby Cesarza, nawet wtedy, gdy będą ostatnim żywym oddziałem cesarskiej armii. Po kolejnym roku otrzymała stopień podporucznika i dowodzenie pododdziałem. Służba była dla niech wszystkim. Ale służba Cesarstwu, a nie posłuszeństwo rozkazom. I to właśnie było źródłem większości jej problemów, począwszy od owego feralnego dnia, gdy złamała rozkaz pozostania w koszarach i pojechała za cesarskim orszakiem. Tam, w leśnej kotlince, została sama z martwym ciałem swojego władcy na rękach... Wiedziała, że nie będzie w stanie wytłumaczyć się z tego, że skażą ją zanim zdąży się odezwać. Poza tym – otrzymała rozkaz. Choć go nie rozumiała. A już następnego dnia Gwardia została rozbrojona, cały oddział zamknięto pod strażą i poddano przesłuchaniom. Ukryła wtedy medalion między kamieniami muru i sądziła, że go nie znaleźli. Potem było jeszcze gorzej. Za niewypełnienie podstawowego obowiązku, jakim było strzeżenie osoby Cesarza, jego bezpieczeństwa i życia, Gwardia Cesarska, cała i każdy gwardzista z osobna, skazani zostali na śmierć. W tej świadomości trzymano ich w lochu cztery dni. Potem przyszła następna wiadomość. Kapłan główny Zakonu Wielkiego Słońca, naczelnej świątyni w Styrgradzie, skorzystał z przysługującego mu prawa łaski i czterdziestopięcioosobowy oddział pozostawiono przy życiu. Choć wtedy w lochu większość z nich uważała, że lepiej byłoby stanąć na szafocie, niż żyć z taką hańbą. Ona też tak uważała. Zwłaszcza, że następnego dnia zostali wyprowadzeni na Plac Centralny, na oczach całego Styrgradu zerwano im dystynkcje, na znak hańby ciążącej nad oddziałem spalono sztandary, odebrano im miecze z cesarskim znakiem, które publicznie zostały złamane. Na samą myśl o tamtej chwili zgrzytnęła zębami. Każdy członek oddziału wysłany został do innej placówki na pograniczu. Ona podobno miała przydział na Wrotach, ale w ostatniej chwili zmieniono go na Silberberg w Górach Srebrzystych. Teraz zaczynała sądzić, że nieprzypadkowo.

- Wstawać! – głos elfa Arandira wyrwał ją z zadumy. Oboje z Zibbem zerwali się z belek – Zmiana warty!

Wartujący dotychczas Illima i Sigmar leniwie wstali, podnosząc porzuconą niedbale pod ścianą broń, i skierowali się do wyjścia.

- Dzięki za kolację, chłopaki – mruknął Zibbo, siadając.

- Co z chorążym...? – zapytała z niepokojem. Arandir oparł się o belkę przy jednym z okien, wpatrując się w mrok.

- Rytuał trwa – odparł – Nic nie wiadomo.

Yngvild westchnęła i położyła się, na powrót pogrążając się w ponurej zadumie. Przypomniała sobie pierwsze dni w tej służbie.


***

- Co to ma znaczyć? – głos kapitana był jak szabla. Ostry i nie zachęcający do polemiki – Nie byliście w stanie przyprowadzić dwóch ludzi? Cywilów?!

- Zanim zdążyliśmy ... zabezpieczyć teren, popełnili samobójstwo – rzekł niepewnie Hodo. Krasnolud był jedynym oprócz niej żołnierzem w tym oddziale. Oddziale, od którego kapitan po kilku dniach już wymagał sprawności zawodowego wojska.

- Że co?

- Dokładniej kobieta wyrwała się i pchnęła nożem tego mężczyznę, po czym połknęła truciznę – dokończył chorąży – Nie zdążyliśmy zareagować, bo jednocześnie zostaliśmy ostrzelani.
Kobieta zabiła kupca, kiedy zaczął mówić.

- Doprawdy? Więc zaatakowali was łucznicy... Jakieś znaki szczególne?

- No, mieli łuki ... – odezwał się z końca sali jasnowłosy wojownik imieniem Illima. Większość oddziału parsknęła tłumionym śmiechem. Ta większość, która bawiła ta sytuacja. Kapitan zmrużył oczy. Należał raczej do mniejszości.

- Cóż za błyskotliwość obserwacji. Widzę, że wam do śmiechu. Postaram się to zmienić. Gdzie są ci, którzy was ostrzelali? Dlaczego nie widzę ich tutaj schwytanych?!

- Kapitanie, ale nie wiedzieliśmy, że przeciwników będzie czterech a nie dwóch... – błysnął znów Illima. Yngvild zgrzytnęła zębami, żałując, że siedzi za daleko, by go kopnąć. Hodo zmierzył go morderczym wzrokiem i zaczął:

- Napastnicy poruszali bardzo szybko w tym terenie, nie zdążyliśmy...

- Nie zdążyliście złapać dwóch ludzi? W czternastu?!

Chorąży zmilczał. Kapitan kontynuował tym samym tonem, na dźwięk którego na ustach znajdujących się w sali cywili pojawiał się radosny uśmiech satysfakcji:

- Więc było ich czterech, a nie dwóch i dlatego nie daliście rady? I jeszcze próbujecie się usprawiedliwiać?!

- Zgodnie z rozkazem przejęliśmy ładunek...

- Gówno prawda! Rozkaz brzmiał „doprowadzić żywych”! Wykonaliście raptem połowę rozkazu, a więc nie wykonaliście go! Wiecie, co to znaczy, nie wykonać rozkazu?! Chorąży, czy znane wam jest pojęcie niesubordynacji?

- Tak jest – krasnolud zacisnął zęby.

- Za następne niewykonanie rozkazu zostaniecie ukarani tak jak za niesubordynację! Zrozumiano?!

- Tak jest – rozległo się chóralnie.

- Siad na dupach! I słuchać. Przemyt, który przejęliście, to poważna sprawa. Ktoś uzbraja naszych wrogów. Padła nazwa Gildii Kupieckiej i zamierzam się tym zająć. Tymczasem, granicę przekroczyły niewielkie rejzy skórojadów i buszują po okolicy. Placówka w Dzikowcu została zaatakowana, spłonęły dwie wioski. W związku z tym, stawiam całą placówkę w pełnej gotowości aż do odwołania. W przypadku pojawienia się przeciwnika w waszym rejonie operacyjnym macie być natychmiast gotowi do wymarszu i unicestwienia go. Czy to jest jasne?! Sława Cesarzowi!

- Sława! – odpowiedzieli salutem i odczekali aż wyjdzie.

- Ojej, chyba się zdenerwował... – wyszczerzyła się Mija Pendragon z radosną złośliwością – a przecież było ich aż czterech...

Chorąży z niekłamaną nienawiścią zmierzył bardkę wzrokiem, po czym odwrócił się do oddziału.

- Następnym razem podczas raportu mordy w kubeł – warknął, patrząc na Illimę

- No co... – jasnowłosy najemnik nawet nie próbował powstrzymać śmiechu – To śmieszne było...

- Jak cię kopnę to dopiero będzie ci wesoło – burknął pod nosem Zibbo

- Chcesz, to rób idiotę z siebie, a nie z nas wszystkich ... – odezwała się Yngvild ze złością – Banda oszołomów...

Przekrzykiwanie się trwało jeszcze dobrą chwilę. Yngvild wyszła przed karczmę, by odetchnąć. Jeśli ta służba miała być karą za to, co stało się w Styrgradzie, to owszem, była. Ale jeśli miała to być szansa zmazania win... Ech, przecież większość z tych ludzi nawet nie nosiła broni przy sobie, pomyślała, patrząc na mijanych w drodze do jej namiotu towarzyszy. Borys, roweński kozak, śniadoskóry rozrabiaka, świetny w walce, ale nie mający pojęcia o wojskowej dyscyplinie. Rigo, mocno zbudowany najemnik o niewiadomej przeszłości. Drugi Roweńczyk, ponoć ze znacznego rodu. Arandir, arogancki i bezczelny wojownik z Felnor, w walce szybki jak strzała. Jarlos, tropiciel. Gadjung, tajemniczy typ chwalący cię swoją odpornością na magię. Sigmar, potężny jasnowłosy wojownik, właściciel wielkiego młota bojowego. Illima, bujający w obłokach wojownik – filozof, szalejący w walce z dwoma krótkimi mieczami. Sigbert Clodian, rycerz z Odear, dumny i milczący. Lann, długowłosy wojownik, doskonały szermierz. Zibbo, krasnoludzki wojownik o wielkiej sile, którego właściwej profesji nikt nie znał. Candice, niezwykłej urody półelfka, o blond włosach sięgających do pół uda, psioniczka i łuczniczka. Varthanis, bardzo uzdolniony mag, tajemnicą poliszynela było, że para się nekromancją. Hodo, chorąży oddziału, zawodowy żołnierz, odznaczony podobno cesarskim orderem. I ona, była gwardzistka... A ta przeszłość nie była powodem do dumy....

O drugiej w nocy obudził ją huk. I kolejny. Odgłos rzucanych zaklęć. Wypadła z namiotu w koszuli i w drzwiach wartowni zderzyła się z Arandirem.

- Co się dzieje...?- zapytała, ale zmierzył ją tylko pogardliwym wzrokiem. Zignorowała go - poniżej strażnicy ktoś biegł. Zeskoczyła ze skarpy, i zawahała się, czy biec za nimi, czy na pomoc w kierunku namiotów, skąd dobiegały krzyki. Napastnicy byli już daleko. W namiotach panował rozgardiasz, cywile usiłowali jak najszybciej wydostać się spod kocy, strażnicy – jak najszybciej dostać do broni.

- Szybciej! – rozdarła się – Szybciej, bo uciekają!

Zagłuszył ją kolejny huk. Tym razem z głównego placu. Znajomy huk niezwykłej broni pana komendanta. I znajomy głos:

- Straż do mnie! Natychmiast!

Na rozkaz do wymarszu opuścili placówkę zwartą grupą. Światło pochodni uniemożliwiało im jakiekolwiek skryte poruszanie się, ale zważywszy na kompletny brak umiejętności terenowych, dla tego oddziału skryte podejście i tak było niewykonalne. Na szczęście skórojady też się nie kryły. Echo niosło głosy.

Szybkim marszem wyszli na szlak okrążający Północne Forty. Poza kręgiem światła panowała nieprzenikniona dla ludzkich oczu ciemność. Niepokój zbliżającej się walki zaczęli odczuwać już, gdy minęli Bramę Polową. Yngvild rozejrzała się po twarzach towarzyszy. Candice trzymała w pogotowiu na wpół napięty łuk, Varthanis powtarzał w myślach zaklęcia. Większość nerwowo ściskała w rękach rękojeści broni. Absolutnie spokojny wydawał się być jedynie Zibbo, z dużych rozmiarów tarczą maszerujący w tylnej straży. Ona i Lann, wyznaczeni do przedniego zwiadu, szli przodem. Za nimi chorąży i reszta oddziału. Przyspieszyła, by wydostać się poza obręb światła pochodni i znów zacząć coś widzieć. Lann bez wysiłku wyprzedził ją, wprawiając w zawstydzenie. Pomimo swojego wyszkolenia nie mogła równać się w biegu z długonogim wojownikiem. Przestała więc próbować go prześcignąć. Weszli na skrzyżowanie i właśnie zamierzała wrócić się do oddziału by zameldować, gdy rozległy się zaniepokojone głosy.

- Wracać! Krąg! Formować krąg! – wrzasnął chorąży. Nad podziw sprawnie uformowali szyk na wąskiej drodze. A potem ich dostrzegli. Zbiegali po stoku bezładną grupą, odziani w zwierzęce futra i kilty, półnadzy. Rozległ się dziki wrzask. Pierwszy dobiegł ogromnej postury wojownik, wymachujący równie wielkim mieczem, który trzymał oburącz z dwóch końców. Widząc go Hodo stanął mocniej na nogach.

- Utrzymać szyk! Utrzymać... – wrzasnął, ale w pół słowa olbrzymi wojownik wpadł w pierwszą linię. Odepchnięty z ogromną siłą krasnolud padł na ziemię. Yngvild, w którą wpadł inny, utrzymała się na nogach, ale olbrzym z rozpędu trzasną ją głowicą miecza w twarz. Rozbłysły gwiazdki i gwardzistka wylądowała w krzakach. Tymczasem wrzeszcząc dziko i nie zważając nawet na własnych towarzyszy olbrzymi wojownik wbiegł w środek szyku, roztrącając żołnierzy. Pozostali wbiegli za nim, siekąc toporami, cepami i inną dziwnego kształtu bronią. Yngvild zerwała się i cięła w plecy najbliższego, przeskakując nad jego trupem wpadła w krąg walczących. Usłyszała pewny i spokojny głos Varthanisa.

- Paraliż! – czarodziej spokojnie recytował zaklęcie. Berserker biegł. Varthanis zaklął nerwowo i wrzasnął ponownie. Nie dokończył, wojownik potężnym cięciem z rozmachem ciął go w brzuch. Nekromanta złożył się w pół i padł na ziemię dwa metry dalej. Yngvild wrzasnęła, wiedząc, że nawet pojedyncze cięcie zabije czarodzieja. Ale nie była w stanie dostać się do maga. Kolejny skórojad zeskoczył ze skarpy i obalił na ziemię Riga. Borys wbił mu szablę pod żebro, ale następny zeskoczył mu na plecy. Tymczasem potężny berserker zostawił w spokoju leżącego na ziemi Varthanisa i starł się z Zibbem. Krasnolud wytrzymał uderzenie i oddał z równą siłą. Candice wystrzeliła z bliska do olbrzyma, ale ten nawet nie zauważył strzały, która wbiła mu się w bok. Wtedy zabrzmiał sygnał, walczący barbarzyńcy wstrzymali się na ułamek sekundy, który dla kilku był ostatni w życiu. Olbrzymi berserker odepchnął Zibba, odwrócił się i pierwszą osobą, na jaką trafił, był Borys. Kozak właśnie uwolnił się od poprzedniego napastnika i nie zdążył zareagować na czas. Olbrzym uniósł go jak dziecko i powlókł za sobą. Hodo i jeszcze ktoś, zerwali się, by zastąpić mu drogę, ale w tym momencie potężny wybuch ładunku obalił ich ponownie na ziemię. Zanim ktokolwiek zdążył się podnieść, berserker zniknął razem z jeńcem w ciemnościach.

Zapadła świdrująca uszy cisza, przerywana jękami rannych. Na nogach trzymało się tylko kilka osób. Reszta w mniejszym lub większym stopniu oberwała.

- Bandaże! – wrzasnęła Yngvild, wyszarpując z sakwy opatrunki. „Varthanis!” przemknęło jej przez myśl, ale zanim zdążyła podbiec, czarodziej podniósł się na klęczki, plując krwią i jęcząc.

- Olbrzym miał tępy miecz – wyjaśniła Candice, podnosząc maga – Ale i tak chyba połamał mu żebra.

- Chyba nie tylko jemu... – mruknął Hodo zza tarczy – Ruszać się, idziemy za nimi!

- Za nimi...? – stęknął Gadjung – Po nocy....?

- Mają naszego człowieka – rzekł chorąży z naciskiem – Nie odpuszczę!

Yngvild po raz pierwszy spojrzała na krasnoluda z szacunkiem. Zawiązała bandaż, którym opatrywała ramię Riga i wstała.

- Jestem gotowa.

Kolejny wybuch był na tyle daleko, że obalająca fala tylko ochłodziła im policzki. Sformowali kolumnę i ostrożnie ruszyli w dół, za uciekającymi. W ciemności majaczyły tylko nikłe światełka, mogące zwiastować odpalanie kolejnego magicznego ładunku. Kilkakrotnie poczuli tez gryzący w gardło dym, przed którym musieli pospiesznie uskakiwać. Powoli zaczynało świtać i po pewnym czasie zamajaczyły na tle szarzejącego lasu ciemniejsze sylwetki.

- Widzę dwóch... – odezwał się chorąży z wahaniem – Gdzie reszta?

Dobiegli do wąskiego przejścia przez fosę, nasypanego z kamieni i ziemi. Po bokach przepaść zionęła chłodem. Zwolnili i ostrożnie weszli na swoisty most. Przeczucie ich nie zawiodło. Usłyszeli świst i kolejna kula gryzącego dymu wpadła wprost w środek kolumny.

- Biegiem! – krzyknął Hodo i oddział ruszył pospiesznym truchtem.

- Nadal widać tylko dwóch – zauważył biegnący przodem Lann. Yngvild potwierdziła. Chorąży przygryzł wargę w rozterce.

- Cholera. Nie odpuszczę – odezwał się – Biegiem, za nimi!

Gdy dobiegli do dużego skrzyżowania dróg, było już prawie jasno. Teraz wszyscy dostrzegli dwie sylwetki, przycupnięte na stoku powyżej.

- Cholera – powtórzył Hodo ze złością – Odciągają nas od strażnicy.

- Wracajmy... – odezwał się ktoś

- Tam jest nasz człowiek! – warknął krasnolud

- Hodo – odezwała się Yngvild, patrząc mu w oczy – Jesteś żołnierzem. Co ci mówi intuicja...?
Krasnolud po chwili spuścił wzrok.

- Że Borysa nie ma przed nami – przyznał – Nie uciekali by tak szybko wlokąc jeńca. Poza tym, tych tutaj jest dwóch. Albo dalej czeka pułapka, albo odciągają nas dalej od Silberbergu.
- Albo obydwa – stęknął Varthanis. Candice podeszła do pierwszego szeregu z szelmowskim uśmiechem.

- Hodo, wypłoszę ci ich stamtąd – rzekła- Patrz!

Wyrecytowała skomplikowaną inkantację, jej drobne dłonie nakreśliły w powietrzu kilka dziwnych znaków. Przyczajeni na stoku nagle zerwali się, jeden nawet krzyknął ze strachem. I puścili się biegiem w poprzek wzniesienia.

- Stać! – Hodo powstrzymał kilku, którzy zerwali się z pościgiem – Co to było?
Candice wyszczerzyła drobne elfie ząbki

- Iluzja. Zasugerowałam im, że z góry stoku zbiega na nich oddział zbrojnych.
- Dobre! – zachwycił się Rigo.

- Dobre, ale uciekli – zauważył Gadjung – Będziemy tu tak stać?
Hodo zawahał się, ale tylko przez chwilę.

- Odwrót! Do strażnicy!

- Co?! A co z Borysem?! - zaprotestował Rigo

- Nie zostawiamy go – odparł krasnolud – Rano pójdziemy tropem za tamtym oddziałem. Tutaj Borysa nie ma z pewnością.

Nagle ciszę przedświtu przerwał ledwo słyszalny odgłos wybuchu. Dobiegał z drugiej strony góry, ze strażnicy...

***

 

Komentarze
 
Brak komentarzy.
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 

Oceny
 
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.