Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Dzienniki Owizora część 2
 
ZOBACZ CZĘŚĆ PIERWSZĄ

DZIENNIKI OWIZORA
część druga


Srebrnohora, dzień przed Wiecem
Nie dane nam było się wyspać. Z samego ranka XXII otrzymała meldunek o kolejnych atakach Samnijczyków. W okolicy zaroiło się od ich czambułów (niewielkich, konnych oddziałów zwiadowczych). Stało się jasne, że rozpoczął się kolejny niszczycielski najazd Kaganatu na te ziemie. We wschodniej Terali ogłoszono stan wojny.
Podczas gdy Terale i Wergundzi ruszyli walczyć w obronie okolicznych wsi, Symeon wyłożył zgromadzonym w fortalicji intelektualistom, z czym przyszli do niego poprzedniego dnia ludzie maharadży.
Otóż według Symeona, przebywający tu gościnnie maharadża utracił swojego ifryta na rzecz służącego Mojmirowi sahdaka Amira. Była to bardzo niepokojąca wieść, jako że pojedynczy ifryt był w stanie spopielić całą okolicę w przeciągu kilku sekund. Musieliśmy jak najszybciej uwolnić go, nim sahdak nauczy się wykorzystywać jego moc!
Tak więc przedpołudnie poświęciliśmy na planowanie rytuału uwolnienia ifryta. Nikt z nas nie znał magii Pethabanu, więc ilość zabezpieczeń które przygotowaliśmy była wręcz oszałamiająca.
Postanowiliśmy jednak poczekać z rytuałami do następnego dnia. Bowiem reszta załogi fortalicji szykowała się już do wyprawy do Dobenbarr.
Z walk z Samnijczykami nasi żołnierze powrócili zwycięscy, lecz poobijani. Jak się okazało, szczególnym heroizmem wykazał się nasz fortaliczny moczymorda, hobbit Kenny, który to rzucił się sam jeden na grupkę Samnijczyków atakujących nasze uzdrowicielki. Teraz te same uzdrowicielki musiały go składać do kupy. Wrodzy jeźdźcy nie okazali bowiem skrupułów
i posiekli naszego dzielnego hobbita niemalże na plasterki.
Do Dobenbarr wyruszył spory oddział, w którym znalazłem się i ja. Droga wiodła przez pola, lasy, pagórki i doliny… Choć wędrowaliśmy dobre kilkanaście godzin, nikt się nawet nie poskarżył. Widoki były niesamowite, pogoda bez zarzutów, humory dopisywały, a samnijskie oddziały jakimś cudem omijały…
W końcu po kilku godzinach marszu dotarliśmy do pierwszego z czterech wejść do krasnoludzkiego miasta. Przejścia bronił dziwny, bladotwarzy krasnolud, który to poustawiał nam na drodze runy-pułapki. Dopiero gdy przyrzekliśmy mu na swe brody, że nie zabierzemy z Dobenbarr żadnych kosztowności, przepuścił nas.
Nie weszliśmy jednak do sztolni. Unosiły się z niej jakieś dziwne, trujące gazy. Przed wejściem leżało jedynie ciało jakiegoś człowieka. Zabraliśmy wszystkie znalezione przy nim przydatne dokumenty oraz flet, po czym jak najprędzej oddaliliśmy się na bezpieczną odległość.
Jak się okazało, martwym człowiekiem okazał się być dawny przyjaciel Tella, poszukiwacz skarbów Boran. Wśród jego dokumentów dało się znaleźć pewien tajemniczy szyfr, mapę
z wejściami do miast krasnoludzkich, oraz mapę skarbów poukrywanych w okolicznych dolinkach. Później zrobiliśmy z tego dobry użytek…
Kolejne wejście do Dobenbarr okazało się zawalone. Do kolejnego musieliśmy wędrować ponad dwie godziny…
W końcu dotarliśmy do Bramy Południowej. Była to niewielka dziura w skale, do której trzeba było przedzierać się przez prawdziwe zarośla, skały i wąwozy. Jednakże już po paru krokach
w głąb jaskini przestaliśmy mieć wątpliwości, iż dobrze trafiliśmy. Potężne, przestronne hale tonące w mrokach, masywne, łukowe sufity podtrzymywane potężne kolumnady… Tak, to zdecydowanie były przedsionki krasnoludzkiego miasta…
W jaskini działała jakaś dziwna magia, nie pozwalająca wydać nam żadnego artykułowanego dźwięku. Nasze struny głosowe zostały sparaliżowane. Na szczęście szybko opracowaliśmy sposób komunikowania się za pomocą gwizdania.
Po paru krokach w głąb korytarzy, dostrzegliśmy ołtarz, na szczycie którego stał dziwny, błyszczący przedmiot, zapewne Lustro. Wokół ołtarza skupione były krasnoludy, pogrążone
w modlitwie. Gdy tylko usłyszały nasze kroki, zaatakowały.
Walka była w pewnym sensie makabryczna: nie było słychać niczego poza szczękiem broni
i gorączkowym gwizdaniem. Było też przeraźliwie ciemno, także walczyliśmy w znacznej mierze na oślep.
Część drużyny zajmowała się odciąganiem krasnoludów, podczas gdy reszta penetrowała korytarze, szukając jakiegokolwiek alternatywnego przejścia do Lustra. Jednakże w jedynym tunelu, do którego można było się dostać, stała dziwna, przerażająca istota. Przypominała ona kobietę w długiej, białej sukni, z poderżniętym gardłem. Nikt nie miał odwagi jej zaatakować.
W końcu, nie mogąc znaleźć wyjścia z patowej sytuacji, postanowiliśmy wykonać zorganizowany odwrót. Wychodząc udało nam się porwać jedną krasnoludkę. Gdy tylko wyszliśmy z jaskini (a co za tym idzie: z obszaru działania zaklęcia), ta osunęła się bez sił na ziemię.
Nasze medyczki szybko zdiagnozowały u niej stan agonalny: zdawała się nie jeść ani nie pić nic od dobrych kilku miesięcy! Przed śmiercią krasnoludka zdołała jednak jeszcze przez chwilę nawiązać z nami kontakt. Powiedziała, że wraz z Lustrem, do Dobenbarr przybyła jakaś Pani Ciszy, która zaklęła wszystkich przebywających w mieście krasnoludów. Jej magia sprawiła, że nikt nie był w stanie wydobyć głosu, jeść, ani pić, przebywając pod ziemią. Krasnoludy żyły jedynie dzięki jej upiornej magii.
Postanowiliśmy za drugim podejściem użyć dywersji. Tell, znany ze swych zdolności muzycznych, przygrywając na flecie swojego zmarłego przyjaciela, odwracał uwagę Pani Ciszy. Osłaniało go większość naszych wojów. O dziwo, muzyka fletu uspokajała atakujące nas krasnoludy! Podczas gdy Tell prowadził dywersję, niewielki oddział poszedł bokiem, przemykając za plecami krasnoludów i kradnąc Lustro niemalże spod ich nosa.
Szybko uciekliśmy z jaskini. W świetle dnia mogliśmy się już na spokojnie przyjrzeć artefaktowi.
Był to wysoki na nieco ponad trzydzieści centymetrów sopel, wykonany z nieznanego nam, świecącego lekką trupią poświatą, miękkiego materiału. Nie ważył wiele.
Zdecydowaliśmy schować go w torbie i ruszyć w drogę powrotną, zahaczając po drodze o wszystkie kryjówki zaznaczone na mapie po napotkanym martwym poszukiwaczu przygód.
W pierwszej jaskini natknęliśmy się na uwięzioną syrenę. Ciężko było się do niej dostać, gdyż wszyscy mężczyźni, którzy wleźli do jej korytarza, zostawali oczarowani jej muzyką. Dopiero panie były w stanie zrobić przy niej coś konkretnego.
Syrena wyjawiła nam, iż uwięził ją sahdak Amir, żądając nauki syreniej magii. Zdradziła ponadto, że jeśli powołamy się na nią u jej sióstr, otrzymamy (cytuję) „broń, która pomoże nam w walce z pethabańczykiem”.
Kolejne dwie jaskinie były już typowymi kryjówkami na skarby. Obie zabezpieczone były runami ochronnymi, z którymi jednak duet mój i Symeona nie miał większych problemów.
W środku znaleźliśmy odpowiednio: woreczek pełen diamentów, pudełko z eliksirami, magicznymi formułami i amuletami, oraz niezwykłej jakości miecz wbity w skałę.
W drodze do jeziora syren natknęliśmy się na bandę zbójów. Zapewne były to resztki po armii renegatów, którą rozbiliśmy kilka dni temu. Bez problemu poradziliśmy sobie z tym niewielkim oddziałem. Ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu, bandyci mieli przy sobie olbrzymie zapasy żywności. Spędziliśmy w ich obozowisku dobre kilka godzin, ucztując w najlepsze. Jedynie panie z naszego oddziału nie miały zbyt wiele czasu na wypoczynek – wysłaliśmy je do syren, by powiadomiły je o ich porwanej siostrze.
Panie powróciły po niecałej godzinie, niosąc tajemniczą muszlo-trąbę. Syreny obiecały nam, iż owe urządzenie pomoże nam w walce z Mojmirem i sahdakiem Amirem.
Droga powrotna była dość uciążliwa, gdyż było już bardzo późno w nocy. Do fortalicji dotarliśmy już po zachodzie księżyca…
Podczas gdy większość załogi Srebnohory wędrowała przez Teralę, poszukując Lustra oraz innych skarbów, ta część garnizonu, która pozostała w fortalicji, kontynuowała zabawę
w kotka i myszkę z Samnijczykami po okolicznych wsiach. Kolejne bandy zostawały wyłapywane i niszczone, jednakże widmo inwazji wciąż pozostawało żywe. Poza walką
z najeźdźcą, żołnierze pomogli również znajomemu już krasnoludzkiemu inżynierowi, który potrzebował kryształów do naprawy golema.
Gdy po powrocie wyprawy wszyscy zgromadzili się w karczmie – centralnym punkcie fortalicji, będącym miejscem wszelakich narad – rozpoczęła się relacja z podróży do Dobenbarr. Trwająca cały dzień wyprawa zasługiwała na długą opowieść… Jednakże relacjonowanie wyprawy zostało w połowie niespodziewanie przerwane; W momencie, gdy jeden z wojów wyciągnął z torby Lustro, by pokazać je zgromadzonym, wydarzyło się coś nieoczekiwanego…
Spod sufitu karczmy, na linach, wyskoczyły dwie osoby, które prostymi zaklęciami sparaliżowały wszystkich zgromadzonych! Wyrwały one Lustro z rąk właścicielowi, po czym pobiegły w stronę bramy!
Dopiero po paru sekundach zaklęcie paraliżujące przestało działać. Nie udało się co prawda złapać tajemniczego rabusia biegnącego z Lustrem, ale udało się pochwycić i spętać jego wspólnika. Ku naszemu zdumieniu okazało się, iż był to ten sam myśliwy, który dzień wcześniej naradzał się potajemnie z Batiarem! Agent Imperium!
Nie potrzeba było nawet długiego przesłuchania, by ten fakt wyszedł na jaw. Fortaliczny alchemik Reshi podał mu veritaserum – eliksir po którym mówiło się wyłącznie prawdę.
W fortalicji zawrzało. Oto Imperium ujawniło się. I ukradło lustro! Nie muszę chyba opisywać, że na nasz oddział dywersantów padł wówczas blady strach…
Batiarus jednak zachował zimną krew. Choć przebadali go wszyscy alchemicy oraz psionicy, udało mu się w jakiś sposób zachować tajemnicę. Nasza komórka (przynajmniej na razie) pozostała bezpieczna…
Przebywający w fortalicji kapłani pozostali jednak już postawieni w stan gotowości. Gdy przed świtem wszyscy poszli do swych kwater, rozpoczęli oni przeszukiwania namiotów… Przez kilka kolejnych godzin w całej fortalicji słychać było kłótnie, przepychanki… a nawet
i walki.

Srebrnohora, dzień Wiecu Teralskiego (lipcowa pełnia księżyca 895 roku p.w.e.)
Późnym przedpołudniem fortalicja obudziła się dziwnie opustoszała. Cela w której przetrzymywany był schwytany agent Imperium stała otworem. Jej ściany zostały skruszone przez potężne korzenie drzew (co niewątpliwie było dziełem jakiejś druidki). Przy bramie zastano zaś dwóch ogłuszonych strażników.
Sam wiedziałem już co zaszło zanim rozpoczęło się dochodzenie. Krótko przed świtem Batiar podrzucił mi karteczkę z krótką wiadomością:
„Uciekliśmy z fortalicji wraz z więźniem. Musimy się dowiedzieć, co planuje drugi oddział, więc się do niego udajemy. Pozostawiliśmy Ciebie wraz z Kalmarem jako wtyczki w XXII. Donoście nam regularnie”
Byłem przerażony. Ja wtyczką!? Z Kalmarem!? Owszem, miałem z całego oddziału najlepsze kontakty z resztą załogi fortalicji, jednakże nie byłem przeszkolony do tego typu misji!
Pierwszą decyzją pani auxillion po zidentyfikowaniu zbiegów były poszukiwania na szeroką skalę po okolicznych lasach. Cała fortalicja wyruszyła, by odnaleźć Batiara, Leclerca, Tella, Prim i Tuuli. Oraz drugą komórkę Imperium, posiadającą Lustro.
Robiłem co w mojej mocy, by ułatwić naszym wydostanie się z obławy. Zwodziłem naszych ludzi, przekręcałem rozkazy… Imperialni agenci byliby w stanie uciec setki razy! Jednakże oni mieli inny plan: postanowili dać się złapać, by przekazać mi i Kalmarowi nowe rozkazy. Oraz by ułatwić komunikację między komórkami – na popołudnie owego dnia szykował się już oddział mający odbić naszych.
Imperium zdecydowało się oddać Lustro fortalicji. Wędrowiec będzie wiedział lepiej, co z nim zrobić. W naszej gestii pozostało jedynie namówić go, by nasłał Poszukiwaczy na świat bogów…
Na samych Poszukiwaczy nie musieliśmy zaś czekać. Krótko po powrocie do fortalicji, przez bramę, niczym przez masło, przeszło dwóch Nawigatorów. Straszliwe istoty w długich, czarnych płaszczach i mackowatych brodach siały popłoch, strzelając do ludzi tajemniczymi, zielonymi promieniami, niosącymi niechybną śmierć. To była rzeź.
Na szczęście Dagobertowi udało się naprędce wyłączyć Barierę. Grupka ośmiu osób, w której sam się znalazłem, uciekła z fortalicji tylnym wyjściem. Wraz z Lustrem.
Po kilku minutach biegu uznaliśmy, że jesteśmy już dostatecznie daleko od strefy przeszukiwanej przez Poszukiwaczy i postanowiliśmy ukryć Lustro (na wszelki wypadek
w innym miejscu niż zadecydowano podczas narady). Miejsce kryjówki zabezpieczyliśmy kilkoma pułapkami. Następnie odczekaliśmy parę minut, a gdy już odgłosy walki umilkły, ruszyliśmy z powrotem do fortalicji.
Po powrocie kapłan Skogura zwany Ursynem upierał się, by wymazać mi pamięć, gdyż podejrzewał mnie (słusznie zresztą) o konszachty z Imperium. Dlatego też czym prędzej zapisałem wszystko co zobaczyłem na kartce, którą potem przekazałem Kalmarowi.
Atak Nawigatorów spustoszył fortalicję. Wszyscy ci, który pozostali w środku, zostali obezwładnieni i przesłuchani magicznie przez Nawigatorów. Na szczęście nikt nie wiedział nawet o tym, że grupce osób prowadzonych przez Dagoberta udało się wymknąć
z Lustrem. Tak więc po przeszukaniu namiotów Nawigatorzy ulotnili się.
Nie zdążyliśmy ochłonąć, gdy przeprowadzony został inny atak. Zamęt jaki zapanował w fortalicji oraz wyłączenie Bariery pozwoliło oddziałowi Imperium bez problemu wedrzeć się do środka, by uwolnić naszych. Niestety zrobili to minimalnie za szybko – ani ja, ani Kalmar nie zdążyliśmy przekazać naszym ludziom współrzędnych ukrycia Lustra.
Atak Nawigatorów zaalarmował Wędrowca. Przybył on do nas krótko po tym, by przedstawić swój plan: chciał, byśmy przygotowali mu imitację Lustra, za pomocą której udałoby mu się wywabić Poszukiwaczy do innego wymiaru. Później przybyłby on do nas i odebrał oryginalne Lustro, by móc je ukryć w jeszcze innym wymiarze. Przynajmniej przez jakiś czas byłby tam bezpieczny.
Oczywistym stało się, że celem Imperium jest namówienie Wędrowca, by wysłał podróbkę Lustra do świata bogów. Próbowałem mu to wytłumaczyć, jednakże cały czas przebywali przy nim jacyś ludzie, a bariera językowa okazała się nie do pokonania…
Tworzenie pseudolustra było procesem długim i skomplikowanym, jednakże ostatecznie dzięki współpracy wszystkich zgromadzonych w fortalicji magów, udało się stworzyć artefakt, który Wędrowiec uznał na nadający się. Jedynym efektem ubocznym produktu był fakt, iż każdy przedmiot którego dotknął, momentalnie zamarzał.
Gdy już zmierzchało, wszyscy Terale ruszyli na niedaleką polanę, by przygotować wiec. Reszta drużyny ruszyła zaś z Wędrowcem na Pohryń, by tam ów stworzył portal, którym przeszedłby do innego wymiaru wraz z Poszukiwaczami.
Pohryń stał zupełnie opustoszały. Widać orkowie dokończyli nasze dzieło sprzed paru dni. Wraz z Symeonem oraz magiem wody Erim rozpoczęliśmy rytuał, mający na celu dodać naszemu przyjacielowi z innego wymiaru mocy potrzebnej do wędrówki.
Szybko przybyli Nawigatorzy. Rozpoczęła się dramatyczna walka z czasem. Podczas gdy magowie powtarzali w kółko słowa rytuału, wojownicy starali się utrzymać Nawigatorów na bezpiecznym dystansie.
W końcu po paru minutach pełnej napięcia zabawy w kotka i myszkę Wędrowcowi udało się otworzyć portal. Wskoczył weń, a za nim pobiegli i Nawigatorzy. Gdy tylko ostatni z nich przekroczył próg, portal znikł.
Tak oto nasz świat został uratowany przed zniszczeniem z rąk Poszukiwaczy. Szkoda, że nie udało nam się wykorzystać okazji do zniszczenia (a przynajmniej poważnego uszkodzenia) świata bogów… Ale cóż, będą jeszcze inne okazje!
Po przegrupowaniu się i zniszczeniu resztek kokonów Poszukiwaczy, ruszyliśmy od razu na wiec – choć nie byliśmy Teralami, mogliśmy przynajmniej uczestniczyć w nim jako obserwatorzy.
Jakież było moje zdumienie, gdy na miejscu zastałem mych kompanów, reprezentujących „przyjaciół Dragana z Ofiru”. Jak się okazało, w międzyczasie kniaź Dragan zacieśnił swoją współpracę z Imperium, dzięki czemu agenci Batiarusa zostali osobiście zaproszeni przez niego na wiec. Wykorzystałem okazję i przekazałem potajemnie Leclercowi informacje
o lokalizacji Lustra.
Wiec rozpoczął się od serii rytualnych tańców. Na miejscu zebrały się wszystkie ważniejsze rody Terali, reprezentacja kowenów druidzkich oraz arcykapłani chramów Skogura oraz Silvy. Nie pojawił się arcykapłan Widy, gdyż wciąż przebywał w lochu Dragana.
Cały wiec obracał się oczywiście wokół tego, czy przyznać Draganowi buławę wojewody, czy też nie. Oczywiście w tym kontekście wywleczone zostały na wierzch dziesiątki spraw mniej lub bardziej istotnych, ale powiązanych z tą kwestią. Mówiono o Terali, Draganie, Mojmirze, zarazie, najazdach Samnijczyków, morderstwie Sławoi, represjach wobec kapłanów, bezpłodności Dragana oraz wielu innych, nieraz zupełnie nieistotnych sprawach… Bardzo często debata przeobrażała się w krzykaninę, a nieraz omal nie dochodziło do rękoczynów!
Długo trwały kłótnie możnych. Nie będę wdawał się w szczegóły, lecz od razu przejdę do wyników; Wiec przyznał Draganowi buławę wojewody. Warunków było kilka: Dragan miał się ożenić z Samboją i adoptować jej dziecko, które nosiła w łonie. Miał też zaprzestać represjonowania kapłanów na swoich ziemiach oraz skazać Mojmira na śmierć. Dragan przystał na wszystkie warunki. Przynajmniej oficjalnie. Przed wiecem bowiem odbył potajemną rozmowę z delegacją Imperium, która zapewniła mu poparcie pod warunkiem, iż ów nie zaprzestanie represjonowania kapłanów. Mieliśmy nadzieję, iż dotrzyma obietnicy wobec nas, a nie wobec Racigniewa.
Wszyscy powrócili z wiecu przepełnieni entuzjazmem. Oto Terala została zjednoczona pod buławą Dragana, wina Mojmira udowodniona, a Poszukiwacze odegnani! Niektórzy, jak na przykład Ursyn, cieszyli się otwarcie z kompromitacji Imperium (które to na wiecu nie odezwało się ani słowem). Inni jednak, jak na przykład agenci Imperium, cieszyli się po cichu, zacierając ręce i szykując się na następny dzień, który to miał przynieść niemiłą niespodziankę kapłanom Terali…

Srebrnohora, dzień po Wiecu
O poranku do fortalicji przybył Wędrowiec, by odebrać oryginalne Lustro. Jakież było moje zdumienie, gdy po dotarciu na miejsce kryjówki okazało się, że Imperium nie wykorzystało moich informacji i nie ukradło Lustra. Później dopiero Leclerc wyznał mi, iż po wiecu, kiedy to moje koordynaty zostały otrzymane, członkowie oddziału nie mogli dojść do porozumienia
w kwestii tego co zrobić z Lustrem. Przez całą noc kłócili się o to, aż w końcu gdy o świcie podjęli decyzję o kradzieży artefaktu, było już za późno.
Nie wszystko zostało jednak zaprzepaszczone. Wędrowiec był nam niezwykle wdzięczny. Zgodził się wyświadczyć każdemu z nas jakąś przysługę. Wtedy to udało mi się w końcu odciągnąć go na bok i wytłumaczyć mu dokładnie, czym jest świat bogów i dlaczego zależy nam na możliwie jak największym uszkodzeniu go. Nareszcie! Wędrowiec wysłuchawszy mnie obiecał, że „coś przeniesie” – w naszej gestii pozostało jedynie zdecydować, jakiż to prezent dostarczymy bogom… (sam uważam, że najlepszym pomysłem byłoby wysłanie tam pijanego hobbita).
Podczas gdy zespół magów i inżynierów odgrzebywał ukryte Lustro dla Wędrowca, do fortalicji przybyła wraz ze swoją świtą Samboja. Czy raczej: została wniesiona. Owa świeżo upieczona żona Dragana rodziła! Na szczęście mieliśmy w fortalicji naprawdę doskonałą kadrę medyczną. Poród został odebrany niemal bez przeszkód. Niemal.
W momencie przyjścia na świat, na dziecko rzucona została tajemnicza klątwa. Wszyscy przebywający w okolicy magowie wyczuli potężne wyładowania magiczne wokół dziecka. Choć nikt nie wiedział, jak owo zaklęcie miało działać, każdy czuł wyraźnie, iż jest to bardzo potężna magia, nie będąca związana z żadną znaną naszym magom domeną. Na szczęście bardzo szybko udało się namierzyć miejsce, z którego zostało ono rzucone.
Momentalnie po otrzymaniu koordynat, niczym rażona piorunem, grupka lekkozbrojnych wspieranych przez magów wybiegła z fortalicji. Choć przybyli na miejsce rzucenia zaklęcia w rekordowo szybkim tempie, na miejscu znalazła już tylko ślady po rytuale.
Na środku kręgu usypanego z Pyłu leżał zabity maharadża. Wokół niego leżało wiele magicznych przedmiotów i notatek. Wszystko zostało zebrane i zaniesione do fortalicji. Symeon od razu wziął się za sprawdzanie zgromadzonych przedmiotów. Bardzo szybko jednak stracił przytomność. A zaraz po nim ja, gdyż próbowałem go uratować… A potem Eri…
Gdy już wszyscy magowie z fortalicji zostali ocuceni, a dokumenty przetłumaczone przez Hazima, udało nam się wydedukować ogólny zarys sytuacji; Ktoś zamordował maharadżę, by móc odprawić pethabański rytuał przejęcia magicznej kontroli nad dzieckiem Samboi. Czemu? Ponieważ według gwiazd i proroctw owo dziecko miało w przyszłości dokonać wielkich rzeczy. Miało mieć moc tak wielką, by mierzyć się z bóstwami…
O ile większość osób nie przywiązała do tego faktu wielkiej wagi, o tyle ja i Kalmar – agenci Imperium – od razu wyczuliśmy, kim zapewne jest to dziecko;
Czyżbyśmy odnaleźli Imperatora?
Musieliśmy jak najszybciej powiadomić o tym Castorów. Kimkolwiek była osoba, która rzuciła klątwę, należało ją usunąć! Wysłaliśmy kruka do naszej zaprzyjaźnionej szamanki Tuuli, by oddział Batiarusa jak najszybciej powrócił do fortalicji.
Nim jednak nasi ludzie powrócili, do fortalicji zapukała inna istota…
Nagle wszędzie wokół zaczęły buchać płomienie! Potężne huki przetoczyły się nad drewnianą fortalicją! Cała XXII kohorta wpadła w popłoch. Nie wiedzieliśmy, czy to smok, czy pożar, czy koniec świata. Fortalicja zdawała się cała tonąć w ogniu!
Na środku dziedzińca pojawiła się otoczona płomieniami kobieca sylwetka. Był to ifryt, który do niedawna należał do zamordowanego maharadży.
Wszyscy uciekali przed nim w popłochu. Ów zaś, idąc spokojnym krokiem przez dziedziniec, buchając wciąż na lewo i prawo płomieniami, podszedł do maga Symeona, stanął nad nim, zapłonął wściekle całą paletą barw… i nazwał go „skończonym pajacem”!
Cała załoga fortalicji z niedowierzaniem słuchała, jak potężny i niszczycielski geniusz ognia opieprza naszego psionika, wyzywając go od kretynów, pajaców i błaznów. Poza tym doradziła Ursynowi, by zaprzestał żałosnych prób przegania ją za pomocą muszli syren.
W końcu po paru minutach Symeon przyznał się niechętnie, że nagła wizyta wściekłego ifryta reczywiście była jego zasługą.
Aszura (jak zwali pethabańczycy ifryta) wcale nie została wykradziona maharadży przez sahdaka! A przynajmniej nie wtedy, kiedy nam o tym powiedział Symeon (na spółkę z Erim). Tak naprawdę nasz psionik miał zawarty układ z geniuszem ognia, wedle którego miał on uwolnić go od maharadży. Nam zaś wmówił, iż uwalniamy go od sahdaka! Rytuał uwolnienia poszedł jednak na tyle niezdarnie, że zamiast uwolnić ifryta, ów został jedynie przechwycony przez sahdaka. Tym razem naprawdę.
Sahdak Amir na szczęście okazał się nieudacznikiem. Choć spętał ifryta swoją magią, jego „smycz” okazała się bardzo długa. Na tyle długa, by ifryt mógł udać się bez jego wiedzy do naszej fortalicji w celu opieprzenia Symeona (i podpalenia tyłka Dagobertowi, który w tym momencie zakradł się doń od tyłu z wiadrem wody).
Warunek postawiony przez Aszurę był prosty: do wieczora mieliśmy uwolnić ją od sahdaka (najlepiej zabijając go), inaczej spopieli nam całą fortalicję. Cóż… Nie mieliśmy za bardzo wyboru, musieliśmy przystać na jej prośbę.
Ku naszemu zaskoczeniu, po ulotnieniu się ifryta okazało się, iż tak naprawdę żaden element fortalicji nie został nawet przypalony! Przynajmniej na razie Aszura pozostała miłosierna…
Nie zdążyliśmy jednak nawet przygotować się do polowania na sahdaka, gdy do bramy zapukał zdyszany żołnierz kniazia Dragana. Wiadomość, jaką niósł była krótka: „Wojna!!!”
Mojmir wraz z sahdakiem powrócili na Pohryń o poranku. Gdy zastali swoją twierdzę zniszczoną i dowiedzieli się, iż ich intrygi wyszły na jaw, postanowili odkryć wszystkie swoje karty.
Z najgłębszych podziemi Pohrynia wylazła armia mutantów. Nie była wielka, ale jak to ujął Sulibor w swoim testamencie „o nadludzkich możliwościach”. Wojska teralskie, mimo siedmiokrotnej przewagi liczebnej, zostały rozbite w ciągu kilku godzin! Teraz trwało oblężenie Karantanii – głównego grodu Dragana.
Pierwszym odruchem żołnierzy było oczywiście „na bój!!!”, dopiero pani auxillion ostudziła zapał swoich wojów. Czymże była jedna kohorta wobec całej armii Mojmira? Zamiast ruszać w pole, postanowiono przygotować obronę Srebrnohory. Fortalicja, przez wzgląd na obecność Samboi oraz jej dziecka, musiała pozostać dobrze obsadzona.
W momencie, gdy zastawiano bramę, do fortalicji przybył oddział Imperium. W samą porę! Wymówka wymyślona przez Batiara była prosta i trafna: „mamy wspólnego wroga, Mojmir poluje też i na nas, wiemy że macie podstawy by nas nie lubić, lecz w bitwie przyda się każdy miecz”. Po chwili wahania auxillion Ingeboran zgodziła się przyjąć ochotników.
Przybyła wraz z oddziałem Imperium hobbitka Prim przekazała mi i Kalmarowi odpowiedź na nasze podejrzenia: Matka Natura, zapytana przez druidkę, potwierdziła iż dziecko Samboi jest najprawdopodobniej poszukiwanym przez nas Imperatorem.
Oczekiwanie na wroga trwało dobrze ponad godzinę. Przygotowaliśmy wszystko: barykady, wiadra z kwasami, miny, magiczne pułapki…
W końcu nadeszła armia wroga. Jak się okazało, Mojmir wiedział o przebywającej tu Samboi. A ponadto uznał nas za większe zagrożenie niż Dragana (co było uzasadnione, biorąc pod uwagę nasze wyczyny z Pohrynia). Jego armia rzeczywiście nie była liczna, lecz jej trzon stanowiły potężne, doskonale uzbrojone i wyszkolone mutanty.
Przypuścili szturm na bramę. Choć atakowali wściekle, jakimś cudem udało nam się ją utrzymać. Przygotowane przez nas pułapki i zasieki uniemożliwiły należyte osłonienie tarana, dzięki czemu jego obsługa szybko poległa od naszych strzał. Łucznicy spisali się wyśmienicie.
W końcu po trwającym niemal godzinę niezwykle krwawym szturmie na bramę, Mojmir nakazał swoim ludziom wycofać się. Kolejny atak, zgodnie z naszymi przewidywaniami, przypuszczony został na najsłabszy punkt palisady. Na szczęście dla nas, Bariera Dagoberta wciąż działała.
Początkowo ani sahdak Amir, ani Mojmir (który jak się okazało również posiadał magiczne zdolności) nie byli w stanie przełamać Bariery. W pewnym momencie jednak sahdak oddalił się do jakiegoś „rezerwuaru mocy”. Gdy powrócił, jednym potężnym zaklęciem zmiótł całą naszą magiczną osłonę w pył.
Wojska wroga wdarły się na mury fortalicji. Nasi cofali się stopniowo. Szybko jednak zostali zepchnięci z palisady, pomiędzy namioty. Obrona opierała się teraz o kolejne barykady, poustawiane jeszcze przed bitwą co kilka namiotów. Niestety, żadna nie wytrzymała za długo.
Największe nadzieje wiązaliśmy z barykadą wzniesioną na polu treningowym dla łuczników. Ze względu na swoje położenie oraz rozmiar, była równie silnym punktem oporu, co prawdziwa palisada. To na niej w końcu udało nam się ponownie zorganizować porządny szyk obronny. Jednakże nawet ta barykada nie oparła się dłużej niż pięć minut potężnym ciosom gigantycznego kiścienia Mojmira.
Sam Mojmir budził prawdziwą grozę na polu bitwy. Przewyższający nawet największych naszych wojowników o głowę, był prawdziwą górą mięśni. Okuty w pełną, czarną zbroję płytową i nosząc na twarzy straszliwą, żelazną maskę, ów olbrzym przypominał demona
z innego świata. Z pewnością na samym sobie zastosował sporo Pyłu – jego siła znacznie przewyższała siłę jakiegokolwiek śmiertelnika. Jednym ciosem swego kiścienia był w stanie zmieść cały szereg naszych żołnierzy!
Gdy po kilku minutach heroicznych walk, barykada na placu łuczników ostatecznie padła. Wojska wroga wdarły się na dziedziniec. Zostaliśmy rozdzieleni na dwa punkty oporu: ostatnią barykadę, ustawioną przed wejściem do karczmy, oraz odcinek palisady nad bramą, który wciąż pozostał niezdobyty. Sam walczyłem na palisadzie. Początkowo dobrze nam szło. Broniliśmy się tam bardzo długo.
W pewnym momencie jednak sahdakowi udało się opętać jednego z naszych tarczowników. Wówczas obrona poszła w rozsypkę. Co prawda chwila załamania trwała jedynie kilkanaście sekund, jednakże po unieszkodliwieniu opętanego towarzysza (oraz kilku korzystających
z okazji przeciwników) okazało się, iż ponieśliśmy zbyt duże straty, by móc kontynuować obronę. Podjęto decyzję o opuszczeniu palisady i podjęciu próby przedarcia się do karczmy.
W strażnicy nad bramą pozostał jedynie ranny witeź Heddar, który nie chciał być dla wycofującej się grupy ciężarem. Pozostał, by samotnie osłaniać nasz odwrót…
Zauważywszy nasze starania, załoga broniąca karczmy ruszyła z kontratakiem, by ułatwić nam odwrót. Nie była to dobra decyzja – linia frontu szybko załamała się i nasi wojowie zostali zmuszeni do wycofania się z powrotem aż do bram karczmy. Część zaś wojowników, którzy w wyniku nieudanego kontrataku znaleźli się głęboko wśród szeregów wroga, została otoczona i pozostawiona sama sobie.
Niektórym z nich udało się przedrzeć do grupki próbującej opuścić palisadę. Część jednak pozostała na dziedzińcu. Wraz z nimi sama auxillion Ingeboran. Naprzeciwko niej stanął Mojmir we własnej osobie. Stoczyli zaciekły pojedynek. Ich starcie było długie i niesamowicie brutalne. Zarówno palatyn jak i auxillion nie oszczędzali się i byli zdesperowani dorwać przeciwnika. W końcu jednak, po bohaterskiej walce, dzielna krasnoludka musiała ulec brutalnej sile zmutowanego człowieka. Otrzymała potężny cios, który strzaskał jej żebra. Nie była w stanie już się podnieść. Potężny kiścień Mojmira urwał się i pozostał już w jej plecach.
Mojmir nie dobił jednak swojej ofiary. Oznajmił, iż: „oszczędza ją przez wzgląd na dawną przyjaźń”. Dopiero kilka dni po bitwie przypomniano sobie o tym fakcie… Oraz o tym, że Ingeboran przywiozła ze sobą z Pethabanu potężne zapasy broni…
Teraz jednak, w ogniu walki, nikt nie zwrócił na to uwagi. Upadek przywódcy wstrząsnął naszymi wojskami. Obrona zrobiła się zupełnie chaotyczna i rozpaczliwa. Po zmasakrowaniu żołnierzy walczących na placyku, pozostały tylko dwa punkty oporu: karczma oraz niewielki odcinek palisady. Żołnierze z palisady byli jednak w odwrocie – próbowali ze wszystkich sił, lecz bez powodzenia, przedrzeć się do karczmy.
W pewnym momencie uświadomiliśmy sobie, że nasze wysiłki w celu przedostania się do karczmy są bezcelowe. Z placyku przedarła się do nas pewna dzielna fiordyjka, która oznajmiła, iż nie damy rady opuścić palisady i pozostaje nam jedynie bronić jej do ostatniej kropli krwi!
Tak więc pozostaliśmy na palisadzie, broniąc się przed coraz potężniejszymi atakami wroga. Po kilku minutach straciliśmy ostatnich tarczowników, a ja zużyłem prawie cały zapas swojej energii magicznej. Wtedy podjęto decyzję o użyciu ostatniej, rezerwowej broni: kwasu alchemika Reshiego. Jakież było nasze zdumienie, gdy okazało się, że wylanie całego wiadra potężnego kwasu nie zrobiło na mutantach… żadnego wrażenia! Oblani wojowie Mojmira reagowali na stężony kwas jedynie upiornym uśmiechem i coraz potężniejszymi atakami!
W tym momencie palisada była już stracona. W kilku następnych sekundach Fiordyjka straciła rękę, ja otrzymałem potężne trafienie w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, medyczka Aine została trafiona w ramię… zaś pozostali albo rzucili się z palisady, albo zginęli na miejscu. Cały oddział został zmasakrowany. Tylko nasza trójka ostała się, krytycznie ranna…
Gdy tak leżeliśmy na palisadzie, wykrwawiając się na śmierć, jeden z żołnierzy Mojmira podszedł do nas. Dobijał rannych, uprzednio pytając ich o nazwiska i pochodzenie, gdyż „lubił znać tych, którym zabiera życie”. W końcu podszedł i do mnie. Już czułem na gardle zimne ostrze stali… Wtem, nagle wydarzyło się coś niespodziewanego…
Z karczmy – ostatniego punktu oporu – wyleciał kapłan Modwita zwany Ortanem.
A przynajmniej coś, co jeszcze kilka minut temu było Ortanem. Bowiem istota, którą ujrzeliśmy: wielka, potężna, otoczona płomieniami i poruszająca się szybciej niż jakikolwiek śmiertelnik, nie mogła być już człowiekiem.
Jak się później okazało, Ort, będąc ciężko rannym, odprawił w karczmie (służącej w czasie bitwy jako lazaret) rytuał, w którym oddał swoje życie Modwitowi. Wówczas to, bóstwo wstąpiło w jego ciało.
Jego niszczycielski atak przełamał linie wojsk Mojmira. Kolejni mutanci padali pod jego ostrzem. W końcu przyszła kolej i na samego wodza. Ich walka była niezwykłym widokiem. Obaj wojownicy znacznie przewyższali zdolności zwykłych śmiertelników.
Jednakże ku naszemu zdumieniu, półbóg jakim stał się Ort uległ! Po długim i brutalnym pojedynku ciało w które wstąpiło bóstwo spopieliło się do końca. Resztki pyłu po awatarze Modwita zostały wdeptane w ziemię. Mojmir pokonał same bóstwo!
Wydawać by się mogło, że sytuacja jest już beznadziejna. Karczmy broniło już tylko kilku ostatnich, zrozpaczonych wojowników. Wszędzie wokół walały się trupy. Zaś na placu pozostało wciąż wielu mutantów, oraz sam Mojmir z sahdakiem.
W pewnym momencie jednak, zupełnie niespodziewanie, pethabański niedoszły mah osunął się na ziemię. Cała moc nagle go opuściła!
To Hazim, podczas boskiego szału Ortana, wykorzystał zamieszanie i wyprowadził grupkę wojowników poza fortalicję, by w geście desperacji odszukać rezerwuar mocy, o którym to wcześniej mówił sahdak. Jak się okazało, muszla otrzymana od syren służyła właśnie do namierzania rezerwuarów mocy! Rzeczonym rezerwuarem okazała się zniewolona Robotnica. Istota z obcego wymiaru trzymana była przez Amira w więzieniu z magicznych kręgów
i służyła mu jako źródło magicznej energii. W momencie gdy została uwolniona przez naszych wojowników, z sahdaka i Mojmira uleciały wszelkie magiczne zdolności!
Wciąż jednak mieli na swych usługach armię mutantów, która nie odpuszczała. Nimi Robotnica zajęła się osobiście.
Straszliwa istota wkroczyła spokojnym krokiem na plac. Wrzeszcząc przeraźliwie zaczęła masakrować wojów Mojmira. Jej głos był zabójczy – każdy na którego skierowała swój pisk, padał sparaliżowany. Mojmir, zauważywszy co się dzieje, nakazał całej swojej armii zaatakować ją. Jednakże nawet największe mutanty nie były w stanie wytrzymać głosu, który z siebie wydawała uwolniona Poszukiwaczka. Sam Mojmir zatkał sobie uszy grudkami ziemi
i rzucił się na nią z mieczem. Już wydawać by się mogło, że zdoła ją zabić… jednakże ta
w chwili konfrontacji z palatynem okazała się być nieludzko zwinna! Usunęła się przed jego klingą i poderżnęła gardło własnymi pazurami!
Tak oto cała armia mutantów została rozbita przez tylko jedną pozaziemską istotę. Półżywego sahdaka Amira Robotnica wzięła zaś ze sobą osobiście. Nikt nie chciał zgadywać, jak będzie wyglądała jej zemsta na pethabańczyku.
Po oblężeniu fortalicja została niemal doszczętnie spustoszona. Co prawda brama i karczma ostały się niemal nienaruszone, lecz większość namiotów i budynków gospodarczych strawił ogień. Palisada w wielu punktach była kompletnie zniszczona (a nawet pewnym miejscu rozpuścił ją kwas). Główny plac zasłany był trupami, zaś we wszystkich alejkach walały się szczątki barykad.
Zginęło wielu dzielnych wojowników. Drugie tyle zostało trwale okaleczonych. Specjalny grobowiec przygotowaliśmy Ortanowi, który tak bohatersko poświęcił się w czarnej godzinie. Jednakże mimo tych wszystkich strat, wygraliśmy!
Opatrzyliśmy rannych, pochowaliśmy poległych i oczyściliśmy teren fortalicji. Ciężko ranną Ingeboran zaniesiono do lazaretu. Z noszy przebaczyła ona Imperium i przyjęła naszych oficjalnie w szeregi XXII. Oczom zgromadzonych nie umknął tatuaż, jaki skrywała dotychczas na łopatce. Był to symbol Trójramiennych – oddziału w którym służył również i Mojmir, Sulibor, Witalides i Dziebor… Nikt jednak nie miał siły zadawać zbędnych pytań.
Krótko po bitwie do fortalicji zapukał posłaniec Dragana. Przyniósł on radosną wieść
o zwycięstwie wojsk kniazia pod Karantanią. Trwająca niespełna dzień wojna domowa zakończyła się zwycięstwem Dragana.
On sam, dowiedziawszy się iż w naszym fortalicznym lazarecie przebywa Samboja wraz z jego dzieckiem, postanowił przybyć tu, by na naszych oczach uczcić zaślubiny z kniahinią.
W fortalicji zawrzało. Czym prędzej przygotowano wszystko pod uroczystość. Choć całą okolica była spustoszona, a my zdziesiątkowani, postanowiliśmy dołożyć wszelkich starań, by jak najlepiej ugościć Dragana.
Kniaź przybył wieczorem. Uroczystość ze względu na warunki fortalicji, była raczej kameralna;
Najpierw odbyły się zaślubiny. Kniaź Dragan, syn Niemira z Karanawic oraz kniahini Samboja, córka Wienisławy z Bobrowiców, połączyli w sobie dwa najpotężniejsze rody Terali. Następnie Dragan oficjalnie przyjął syna Samboi za swojego, zapewniając sobie dziedzica mimo bezpłodności.
Kolejną uroczystością było wręczenie buławy wojewody. Arcykapłan Skogura, Racigniew, odprawiwszy odpowiednie obrządki, wręczył ją Draganowi. Wówczas to doszło do niemałego skandalu. Otrzymawszy bowiem już buławę, Dragan zażądał od zgromadzonych złożenia hołdu (co było częścią obrządku). Część możnych zażądała w tym momencie przysięgi od Dragana, iż ten da im najważniejsze urzędy w państwie. Gdy ów odmówił, ci odmówili oddania hołdu. Sytuacja stała się napięta. Musieli interweniować gwardziści, którzy wyprowadzili niepokornych kniaziów poza fortalicję.
Również arcykapłan Racigniew odmówił złożenia hołdu. Uzasadnił to tym, że będzie się kłaniał „jedynie bogom”. Dragan i Samboja pozostali jednak niewzruszeni. Zażądali od kapłanów hołdu, pod groźbą wygania. Racigniew jednak nadal nie ustępował.
W końcu Dragan nie wytrzymał… i powalił arcykapłana potężnym ciosem buławy! Tej samej, którą dosłownie parę chwil wcześniej od niego otrzymał! Wywołało to głośne wiwaty Imperium, druidów i znacznej części teralskich wojów, oraz okrzyki oburzenia pozostałych obecnych kapłanów i paladynów.
Racigniew wraz z Ursynem zostali wygnani. Zaś Dragan oznajmił, iż represje wobec kapłanów nie zostają zniesione. Tak oto umowa, którą Dragan zawarł z Imperium przed wiecem, została dotrzymana.
Teraz, gdy polityki stało się zadość, pozostało już tylko ucztować! Biesiada była wspaniała. Trwała do samego ranka. Ucztę uświetnił występ znanych na cały świat Śpiewajłów
z Shamaroth. Piwo i miód lało się strumieniami! Tury, żubry i dziki obracały na rożnach! Podawano najwykwintniejsze smakołyki sprowadzone specjalnie na tę uroczystość
z najdalszych zakątków świata!
Na krótko przed rozpoczęciem uczty Imperium podpisało z Draganem jeszcze jeden pakt. Świeżo mianowany wojewoda zgodził się, by nasi agenci zajęli się wychowaniem jego dziecka. Ja, wraz z Leclerc’iem, Prim i Tuuli mieliśmy go uczyć różnych rodzajów magii, zaś Batiarus, Kalmar, Regins i Tell różnych sztuk walki. Mieliśmy jeszcze sprowadzić innych ekspertów, z całego świata, by przyszły Imperator nauczył się wszystkiego, co w przyszłości może okazać się przydatne. Dobrze zadbaliśmy o to, by wychował się tak, jak należy.

Srebrnohora, dwa dni po Wiecu
Następnego dnia obudziłem się bardzo późno, nieprawdopodobnie skacowany, w objęciach zupełnie nieznanej mi, czerwonowłosej krasnoludki. Znajdowałem się na wzgórzu, z którego rozpościerał się widok na fortalicję. Nie budząc krasnoludki, przemknąłem do swojego namiotu. Cała fortalicja powoli budziła się po biesiadzie…
Mój namiot pozostał na szczęście w dobrym stanie. Przy łóżku odkryłem flakonik z dziwną miksturą. Tekst na przypiętej do flakonika kartce głosił:
„Ów eliksir nazywa się Epistemium. Dzięki informacjom od Witalidesa udało mi się opracować jego recepturę, zaś strzygownica znaleziona w kryjówce renegatów okazała się być kluczowym składnikiem. Jest to lekarstwo na panującą tutaj zarazę. Wybacz, że się nie pożegnałem – musiałem czym prędzej ruszyć w świat, by sprowadzić na te ziemie więcej składników, na masową produkcję. Wypij, i powracaj do zdrowych!
Reshi”
Lekarstwo rzeczywiście podziałało – już kilka godzin po wypiciu zawartości flakonika fioletowe paznokcie znikły, a kaszel przeszedł!
Opuściwszy po cichu swój namiot, zastałem Batiarusa zawzięcie dyskutującego z magiem wody Erim. Na mój widok Batiar przerwał dyskusję, podszedł do mnie i oznajmił, iż nasz oddział musi niezwłocznie ruszać do Karantani, wraz ze świtą Dragana i Samboi.
Nie zostało nam wiele czasu, jako że świeżo mianowany wojewoda już siedział na koniu. Pożegnałem się z całą fortalicją: całą XXII, wszystkimi teralami, magami, cywilami…
I ruszyłem ku swej nowej przyszłości, u boku Dragana, pod komendą Imperium.







Tak więc zakończyła się moja przygoda w fortalicji Srebnohora.
W przeciągu kilku dni w Terali pojawiły się lekarstwa Reshiego. Dzięki nim epidemia zakończyła się w przeciągu kilku następnych tygodni. Zniesiono kwarantannę, a Terala rozpoczęła mobilizację wojsk. Już w ciągu paru miesięcy miała rozpocząć się otwarta wojna
z Samnią…
XXII kohorta kondotierska burego tymenu udała się na południe. Książę Olaf również szykował wojska do wojny na południu, przeciw Nowej Styrii.
Fortaliczne moczymordy: hobbit Kenny oraz Teral Sander Malet, wraz z kilkoma innymi mieszkańcami fortalicji, zorganizowali wyprawę do Velidy, gdzie mimo wielu złych legend, postanowili się osiedlić. Ich ambicje sięgały wysoko: ruszając w podróż do tej opuszczonej
i spustoszonej krainy mówili wręcz o własnym ksiąstewku! (które to miałoby rozwijać się pod protektoratem Małego Ofiru bądź Itharos)
Krótkie dochodzenie przeprowadzone po zaślubinach ujawniło, iż za zaklęciem rzuconym na dziecko Samboi stała żona zamordowanego maharadży, która od samego początku współpracowała z Mojmirem. O ile list gończy ogłoszony w Terali zapewne nie mógł jej zaszkodzić, o tyle potężna obława zorganizowana przez Imperium (pragnącym wszak jak najlepszej współpracy z Draganem) oraz Samboję stała się jej zgubą…
Wojewoda Dragan nie zaprzestał represji wobec kapłanów. Jego dwór szybko wypełnili agenci Imperium, którzy zajęli się prowadzeniem administracji Terali oraz wychowywaniem jego dziecka. Potencjalnego przyszłego Imperatora.
Sam zaś zostałem Twoim oficjalnym nauczycielem. Dzięki wysokiej pozycji, którą zdobyłem niespodziewanie, niemal z dnia na dzień, na dworze w Karantanii mogłem nareszcie rozpocząć walkę o wyrównanie rachunków z rektorem Podkoliesinem. Odzyskałem dobre imię, wpływy i dobytek. Osiadłem. Wędrujący po świecie mag-banita, agent Imperium, Owizor Rożenek stał się kochającym „wujkiem Oscypkiem” (choć wciąż aktywnie działam
w Imperium i nieraz otrzymuję różne zadania, również w terenie)
Za co z całego serca Ci dziękuję, kochany Ziemowicie… Kochany Imperatorze.
Jednakże jakkolwiek wielkie rzeczy nie miałyby się wydarzyć w przyszłości, nigdy nie zapomnę tych kilku dni w fortalicji Srebnohora, pod komendą auxillion Ingeboran. Nigdy nie zapomnę tych, którzy tam służyli. Którzy działali dla Imperium, którzy walczyli o Teralę, o chwałę…
a przede wszystkim o tych, którzy bohatersko oddali swe życie, walcząc za sprawę, i za nas wszystkich!

SŁAWA BOHATEROM TERALI!!!


ZOBACZ CZĘŚĆ TRZECIĄ
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.