Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze swiata gry.
 

obozy
 
Nowość!

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:






 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Dzienniki Owizora część 1
 
DZIENNIKI OWIZORA
część pierwsza


Kochany Ziemowicie
Minie zapewne jeszcze wiele lat, nim przeczytasz te wspomnienia. Postanowiłem jednak zapisać je już teraz, póki jeszcze świeża jest ma pamięć i póki żyją ci, który brali udział w opisanych tu sprawach.
Jest to opis okoliczności, w których dane było Ci przyjść na świat. Sam brałem czynny udział w owych niezwykłych wydarzeniach i niejako własną ręką przyczyniłem się do obecnego stanu rzeczy. Jednakże nie wszędzie dane mi było być obecnym, część więc wspomnień jest jedynie zapisem relacji osób, które brały w tym udział. W związku z tym mogą się one mijać nieco
z prawdą. Za co z góry przepraszam.
Oczywiście domyślasz się, że Twoja matka nie powinna wiedzieć o tych zapiskach (jak również o wielu rzeczach, których Cię nauczyłem)? Gdyby zabrakło mnie na tym dobrym świecie, przekaż je proszę wujowi Leclercowi, lub któremukolwiek z nauczycieli, przybocznych bądź doradców Twego ojca. Jako zaufani członkowie mej organizacji, zasługują oni na poznanie wszystkich detali tej historii…
Ty zaś wyciągnij z tej lektury nauki. Pamiętaj, że zbliża się dzień, kiedy cała Twoja wiedza, którą tak uporczywie Ci wpajamy, będzie musiała zostać wykorzystana, dla dobra świata…
Twój wierny mentor,
Owizor herbu Rożenek


Terala, siedem dni przed Wiecem
Działo się to pod koniec Lipca - jedynego miesiąca, kiedy w Terali przestaje być wietrznie
i pochmurno. Przez te kilkanaście dni przyroda rozkwitała, a słynne teralskie puszcze przybierały swe najpiękniejsze oblicze.
Z samego ranka do oddziału dywersantów Batiarusa, w którym wówczas służyłem, przybył ostatni agent. Przyniósł wraz ze sobą ostateczne koordynaty od rady Castorów. Otrzymane przez nas zadanie było proste: wspierać kniazia Dragana w tych ostatnich dniach przed wiecem, by zdobył buławę Wojewody. Czasu mieliśmy jeszcze dużo, a sytuacja wydawała się stabilna. Dlatego też postanowiliśmy rozejrzeć się po okolicy, w poszukiwaniu wszelkiego rodzaju magicznych artefaktów, które mogłyby przydać się naszej organizacji w przyszłości.
Nasz wzrok padł na opuszczony Wielki Zamek, niedaleko wergundzkiej fortalicji Srebrnohora. Zarówno ja, jak i mój dawny mentor – mag powietrza Leclerc – wyczuwaliśmy tam potężną emanację magiczną.
Wynajęliśmy pewnego poznanego niedawno inżyniera, zwanego Dagobertem, by oprowadził nas po kazamatach. Ów chętnie przystał na naszą propozycję, gdyż sam był ciekaw detali architektonicznych twierdzy.
Do podziemi dostaliśmy się krótko po zachodzie słońca. Większość dobytku pozostawiliśmy
w niedalekiej wsi, na zwiedzanie zamku zabierając jedynie broń i podręczne bagaże.
Dagobert był bardzo sprawnym inżynierem – błyskawicznie wskazał najsłabszy punkt umocnień opuszczonej twierdzy. Za pomocą magii utworzyłem tam prosty tunel, dzięki któremu łatwo zeszliśmy prosto do kazamat pod zamkiem.
Nie zdążyliśmy jednakże wykonać dwóch kroków w głąb korytarzy, gdy całym kompleksem wstrząsnęło potężne wyładowanie magiczne! Nagły wstrząs zawalił naprędce wykopany przeze mnie szyb. Zostaliśmy uwięzieni pod ziemią.
Gdy tylko pył opadł, a pierwszy szok minął, rozpoczęliśmy poszukiwania wyjścia. Po kilku minutach błądzenia po kazamatach niespodzieawnie natknęliśmy się na innych uwięzionych tu ludzi, którzy nie mieli prawa dostać się tam bez naszej wiedzy. Wszyscy byli przerażeni
i kompletnie zdezorientowani. jedyne znalezione wyjście było zablokowane jakąś dziwną, nieznaną nikomu magią…
Po długich godzinach błądzenia po podziemiach sytuacja stała się w miarę jasna; Znalazło się tu w jakiś niewyjaśniony sposób niemalże trzydzieści osób. Niemal wszyscy trafili tutaj
w wyniku teleportacji. Jedyne wyjście zablokowane było jakąś dziwną magią. Z notatek znalezionych wśród kamieni udało nam się odczytać, iż przełamać blokadę można za pomocą odpowiedniego zaklęcia. Mieliśmy do niego słowa, jednakże brakowało nam jednego komponentu: wspólnej cechy wszystkich tu przysłanych. Po długich dyskusjach uznano, iż zapewne chodzi o krew.
Przełamywanie bariery było nad wyraz problematyczne i zajęło nam dużo czasu. Jak się okazało, krew niektórych osób przełamywała blokadę, podczas gdy innych wywoływała niebezpieczne wyładowania. W końcu jednak udało nam się wyjść na powierzchnię.
Cała zebrana w kazamatach przypadkowa zbieranina zdecydowała ruszyć do pobliskiej wsi Srebrnohora. Każdy chciał jak najprędzej udać się w swoją stronę. Jednakże już kilka kroków od murów zamku natknęliśmy się na parę medyków wiozących ciała.
Wytłumaczyli nam oni, iż do wsi nie można się dostać, ze względu na kwarantannę. Jak się okazało, w okolicy szalała potworna zaraza i kilka godzin temu miejscowe władze nakazały objąć wszystkie okoliczne osady ścisłą kwarantanną.
Jedynym miejscem, do którego mogliśmy się udać była wergundzka warownia. Nie podlegała ona bowiem okolicznym prawom. By uniknąć kwarantannych patroli, postanowiliśmy pójść tam ukrytą ścieżką. Ciężka to była droga, jednakże w końcu udało nam się dotrzeć na miejsce.
Nim jednak dotarliśmy do murów twierdzy, na rozstaju dróg napadły na nas dziwne stwory. Powszechnie znane są baśnie i legendy o ożywieńcach, zatem niech wystarczy za opis stwierdzenie, iż owe stwory właśnie przypominały takowe istoty.
Walka z nimi okazała się na szczęście prosta i bez problemu udało nam się przedrzeć do bramy. A gdy tylko załoga fortalicji dowiedziała się o ataku, od razu pognała z odsieczą.
Przez kilka kolejnych minut panował zupełny zamęt. Uchodźcy z opuszczonego zamku zostali wprowadzeni na dziedziniec fortalicji, podczas gdy stacjonujący tam żołnierze prowadzili zażarty bój z ożywieńcami, osłaniając ich przemarsz.
W końcu wszyscy znaleźli się za palisadą warowni. Brama została zamknięta, a sytuacja się uspokoiła. Każdy z nas otrzymał kwaterę na noc. Wyjaśnienia i narady pozostawiliśmy sobie na następny dzień, jako że wszyscy byli już wyczerpani.
I tym oto sposobem cały nasz oddział Imperium trafił pod skrzydła auxillion Ingeboran – krasnoludki dowodzącej XXII Wergundzką Kohortą Kondotierską Burego Tymenu, stacjonującą w warowni Srebnohora.

Srebrnohora, sześć dni przed Wiecem
Gdy tylko brzask jutrzenki oświetlił dachy fortalicji, rozpoczęły się narady. Bardzo szybko sytuacja, w której się znaleźliśmy, wyklarowała się;
Większość ludzi, których spotkaliśmy w kazamatach Wielkiego Zamku, okazała się trafić tam za sprawą działania jakiejś potężnej, nieznanej magii. My sami, członkowie oddziału Batiarusa, aby zachować przykrywkę również stwierdziliśmy, iż trafiliśmy tam przypadkiem.
Noc spędziliśmy w warowni wergundzko-teralskiej. Od pewnego czasu oddziały Wergundii
z rozkazu księcia Olafa opuszczały te ziemie (wszak na dalekim południu szykowała się wojna ze Styrią i potężna Wergundia nie mogła już dłużej utrzymywać wojsk na terenie podległej Terali). XXII kohorta kondotierska miała udać się na południe w przyszłym tygodniu. Już teraz Terale przejmowali niektóre obowiązki dowodzenia fortalicją, jednakże wciąż stanowili oni zdecydowaną mniejszość załogi. Większość obecnych w fortalicji Terali służyła, bądź nawet bezpośrednio wywodziła się z rodu Kietliczów, których to włości znajdowały się nieopodal.
Nie byliśmy w stanie opuścić tego miejsca, ze względu na ogłoszoną poprzedniego dnia kwarantannę. Przywieziona zapewne z Pethabanu choroba dziesiątkowała okoliczne wioski… Szybko zrezygnowaliśmy z podjęcia jakiejkolwiek próby odzyskania pozostawionych
w pobliskiej wsi koni.
Sami zresztą również zostaliśmy dotknięci zarazą. W ciągu paru godzin od przebudzenia, wśród części osób z fortalicji pojawiły się sine paznokcie – oznaka rozwijającej się choroby. Wywołało to niemałą panikę. Na szczęście uzdrowicielki szybko uspokoiły ludzi i oddzieliły zarażonych (w tym i mnie, niestety) od reszty. Szczęściem w nieszczęściu okazał się być fakt, że również kilku żołnierzy XXII zachorowało. Dzięki temu pani auxillion utraciła pretekst, by wygnać niespodziewanych gości ze swej fortalicji.
Powszechnie wiadomym było, iż niedaleko swoją placówkę rozstawił słynny medyk Witalides – weteran obu Sukursji i wybitny naukowiec. To do niego udaliśmy się, by prosić o pomoc. Naszą przewodniczką została Aine, fortaliczna naczelna medyczka i zarazem była uczennica Witalidesa.
Oszczędzę drastycznych opisów polowego lazaretu Witalidesa. Dość rzec, że mimo krytycznej sytuacji, medykowi udało się sporządzić nam lek zatrzymujący na parę dni chorobę. Dostaliśmy czas na odkrycie antidotum.
Podczas gdy grupa zarażonych zabawiała u Witalidesa, oddział wojskowy w fortalicji otrzymał zadanie od panującego na tych ziemiach kniazia Dragana Karanawica – wygnać kapłanów Widy z ich świątyni. Już od wielu lat kniaź prowadził ostre represje wobec kapłanów. Było to było swego rodzaju zemstą za upokorzenie, jakiego kniaź doznał od arcykapłanów dziesięć lat temu, podczas wiecu możnych. Próbował wówczas zyskać buławę wojewody. Niestety podczas wiecu chramy kapłańskie odmówiły mu poparcia i podburzyły najważniejsze rody przeciw niemu. Od czasu tamtych wydarzeń na kniaziowskich ziemiach obowiązywało surowe prawo, zabraniające składania bogom ofiar.
Oddział wergundów i terali otrzymał od pani auxillion wyraźny rozkaz – nie przelewać krwi
w świętym miejscu. Zatem gdy kapłani odmówili dobrowolnego opuszczenia chramu
i zaprzestania składania ofiar, żołnierze postanowili odpuścić. Jedyne w pewnym momencie sporu teralski kmieć zwany Trawułtem, pragnąc udowodnić irracjonalność oporu kapłanów, skoczył na Święty Ogień, gasząc go własną tuniką. Jakiż skandal później to wywołało!
Ledwo wojacy powrócili za mury fortalicji, zaczęli się do nich pchać rozwścieczeni chłopi.
A gdy tylko ci poszli, na ich miejsce weszli druidzi. Chłopi żądali głowy Trawułta oraz obietnicy pozostawienia kapłanów w spokoju, podczas gdy druidzi wręcz przeciwnie – pochwalili Trawułta oraz zażądali bardziej zdecydowanych działań. Należy tu wyjaśnić, iż koweny druidzkie, wyznające kult Matki Natury, aktywnie wspierały kniazia w „zwalczaniu obcych, napływowych religii”. My sami zaś, jako agenci Imperium, gorąco popieraliśmy zarówno druidzkie, jak i kniaziowskie inicjatywy w tej kwestii.
Dragan zażądał, by fortalicja bezpośrednio odpowiedziała przed nim za niewykonany rozkaz. Sytuacja była niezwykle napięta i delikatna. Pani komendantka zadecydowała więc podzielić swych ludzi na dwie grupy – pierwsza miała oczyścić drogę do kniazia, podczas gdy druga naprawić niedopatrzenie z poprzedniej misji.
Ja sam trafiłem do oddziału idącego do chramu. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że przy ołtarzu pozostał już tylko jeden żerca – sam arcykapłan widy. Widać pozostali poszli po rozum do głowy i przed ponownym przybyciem żołnierzy, dobrowolnie opuścili Teralę. Arcykapłan jednak otoczył się wieloma magicznymi barierami, tak że dostanie się do niego wymagało od nas nie lada wysiłku. W końcu jednak, dzięki zaczarowanym strzałom pewnej Samnijki służącej w XXII, udało nam się przełamać kapłańskie zaklęcia. Zakneblowano go, skuto i wyprowadzono. Na szczęście dla nas, żadna kropelka krwi nie została rozlana.
W drodze do kniazia zastaliśmy drugi oddział. Jak się okazało, został on w międzyczasie napadnięty i ograbiony przez bandę dezerterów. Posiłki powracające z chramu zostały więc przywitane wręcz owacyjnie. Po połączeniu sił byliśmy w stanie przeprowadzić kontratak, by po długiej i zaciętej bitwie odzyskać złupiony sprzęt.
Tak wielka ilość tak dobrze uzbrojonych banitów wzbudziła niepokój pani komendant. Dlatego też zadecydowano, iż w ślad za uciekającymi niedobitkami zostanie wysłana część naszej grupy. Reszta, wraz z cudem obronionym jeńcem, ruszyła do kniazia.
Dragana zastaliśmy na polowaniu. Zgodnie z przewidywaniami, nie był on dla nas zbyt przychylnie nastawiony. Pani komendant otrzymała srogą reprymendę, między innymi za to, że zamiast wygnać, pojmaliśmy arcykapłana. Cóż… kniaziowi trza przyznać tu rację: po cóż mu był kolejny człowiek w lochu?
Jako że Dragan okazał się być wielce towarzyskim człowiekiem, zaprosił nas na polowanie (przyznać muszę, iż nie widzę, co możni w tym widzą – kretyńskie ganianie za zwierzyną nie bawiło mnie ani trochę). W trakcie błądzenia po lasach mieliśmy okazję wysłuchać kilku mądrych wywodów na temat bieżącej polityki.
Kniaź był zdesperowany otrzymać buławę teralskiego wojewody – bez niej kraj pozostałby podzielony. A żaden ród Terali nie miał mocy, by oprzeć się w pojedynkę samnijskim hordom, ustawicznie najeżdżającym te ziemie od dobrych paru lat.
Na drodze do buławy stali kniaziowi przede wszystkim arcykapłani. Trzy teralskie chramy zdecydowanie sprzeciwiały się ambicjom Dragana, obawiając się utraty wpływów. W rękach arcykapłanów znajdowała się ponadto większość najważniejszych rodów Terali. Straszenie boskim gniewem było skutecznym narzędziem manipulatorskim.
Tak więc Dragan miał przed sobą niezwykle ciężkie zadanie. Nadciągający wiec był ostatnią szansą na zdobycie przezeń buławy. Od paru lat cierpliwie zabiegał o poparcie możnych rodów, krok po kroku budując swoje szanse na zjednoczenie Terali.
W pewnym momencie uwagę kniazia przykuło beczenie. Jak się później okazało, obława na czele której ruszył Dragan, goniła za faunem. Leśnej istocie udało się jednak łatwo zbiec.
A to za sprawą zamachu.
Gdy w pewnym momencie kniaź oddalił się od reszty gości, by oddać strzał w stronę zwierza, ktoś dokonał nań zamachu. Byłem jedną z pierwszych osób, które dobiegły na miejsce zdarzenia.
Zastałem kniazia leżącego na konarze, ze strzałą wbitą w bok. Tuż obok niego dwóch wojów
z jego gwardii trzymało obezwładnioną Sławoję – kuzynkę Samboi, ważnej kniahini spod znaku Bobrowic, która to wiele lat temu miała zaślubić Dragana (a do mariażu nie doszło ze względu na ich odmienne zdania w kwestii kapłanów i tradycji). Dziewczyna była przerażona
i zdezorientowana. W ręku trzymała kurczowo sztylet. Klinga była czysta.
Przyboczni Dragana szybko wytłumaczyli zgromadzonym co zaszło: podczas gdy Dragan mierzył do fauna z łuku, Sławoja zaczęła zakradać się doń z dobytym sztyletem. Nie zadała jednakże ciosu, gdyż ubiegła ją strzała, która wyleciała zza krzaków. Po obezwładnieniu przy niedoszłej zabójczyni znaleziono też list, w którym to chełpiła się zabójstwem kniazia.
Przeszukaliśmy teren, jednakże nie znaleźliśmy nikogo w okolicy, kto mógłby oddać ów strzał. Sam zaś pocisk na szczęście okazał się niegroźny. Zbroja uchroniła Dragana przed śmiercią.
On sam zachował zimną krew. Nie dawszy się ponieść emocjom, nakazał swoim podwładnym spętać Sławoję i wysłać ją do swojego zaufanego palatyna – Mojmira. Był to zarządca leżącego nieopodal zamku Pohryń. Tam właśnie postanowiono zamknąć Sławoję, aż do czasu wyjaśnienia sprawy.
Choć kniaź przeżył, nikt już nie miał ochoty na dalsze polowania. Powróciliśmy do obozowiska.
Na miejscu zastaliśmy oddział, który pognał w ślad za niedobitkami dezerterów. Jak się okazało, dotarli oni do obozowiska, w którym banici przetrzymywali zniewoloną driadę. Gdy tylko ta po krótkiej walce została uwolniona, podziękowała i obiecała pomóc
w przyszłości, po czym zniknęła wśród liści. Zostawiła również ostrzeżenie, z którego wynikało, iż w okolicy grasuje więcej, o wiele lepiej zorganizowanych band renegatów.
Podczas gdy obie grupy opisywały sobie nawzajem wydarzenia ostatnich chwil, Dragan został odciągnięty na bok przez parę wojowników.
To Batiarus i Leclerc – dwaj czołowi agenci Imperium – przedstawili się kniaziowi i oznajmili mu, iż może liczyć na naszą pomoc i wsparcie w swej walce z kapłanami oraz w czasie nadciągającego wiecu. Jako symbol dobrej woli wręczyli mu oni Serce Lasu – drogocenny kryształ, będący potężnym artefaktem pozwalającym kontrolować zwierzęta zamieszkujące Las Michałowicki leżący na zachodnich rubieżach Terali.
Ponadto inny nasz agent, zwany Tellem, przedstawił mu pomysł „zabawy w stonki”. Pod tym hasłem kryło się szerzenie negatywnej propagandy wobec kapłanów: agenci Imperium mieli w przebraniu żerców Widy, Skogura i Sylwy ograbiać okoliczne wsie i dopuszczać się wielu kompromitujących przestępstw. Dragan przystał na ten pomysł, lecz „Zabawą w stonki” zajęły się ostatecznie inne oddziały Imperium. Nasz pozostał wtyczką w fortalicji.
Gdy tylko Sławoja została wsadzona do powozu, cała grupa powróciła do Srebrnohory. Narada, którą przeprowadziliśmy, przyniosła dość oczywiste wnioski;
Dopóki Witalides nie odnajdzie leku na epidemię, postanowiliśmy pozostać w fortalicji,
i pomagać Wergundom oraz Teralom jak tylko się dało. Co się zaś tyczyło zamachu na Dragana – wszyscy zgodnie stwierdzili, iż Sławoja musiała działać pod wpływem uroku. Jej zachowanie w żadnym stopniu nie pasowało do zachowania morderczyni, zaś dowody jakie przy niej znaleziono, były tak oczywiste, że aż sztuczne…
Wieczór zapowiadał się już spokojny. Fortalicja wykorzystywała płynący nieopodal strumyk jako miejsce kąpielisk. Sam przed snem udałem się tam, by oczyścić się po trudach całego dnia. Niestety, nie dane mi było wymyć się w spokoju. Gdy tylko wyszedłem z lodowatej wody, z centrum fortalicji dobiegły mnie odgłosy walki!
Zostałem całkowicie zaskoczony. Cały mój sprzęt do walki pozostał w namiocie! Unikając walki udało mi się zakraść w pobliże placyku, by zobaczyć o co chodzi.
Jak się okazało, fort napadł oddział grasantów. Zgodnie z ostrzeżeniami driady – byli oni
o wiele lepiej zorganizowani i uzbrojeni. Wdarli się na mury za pomocą lin, po czym szybko uporali się z wartującymi wojownikami.
Razem z hobbitką Prim oraz szamanką Tuuli udało nam się pod osłoną nocy przemknąć do namiotów. Tam zaalarmowana część fortalicji gotowała się już do odbicia centralnego placyku. Kontratak przeprowadzony został błyskawicznie i bezwzględnie. Napastnicy szybko zostali wyparci za mur.
Atak ten, o mały włos nie zakończywszy się rzezią załogi fortu, wielce zaniepokoił panią auxillion. Nakazała ona inżynierowi Dagobertowi uruchomienie specjalnej magicznej bariery, która chroniłaby obóz przed tego typu atakami. Urządzenie temu służące stało na dziedzińcu fortalicji od dawien dawna, jednakże odkąd ktokolwiek sięgał pamięcią, pozostawało nieczynne. Ponoć kilka lat temu nawaliły w niej jakieś trybiki i sprężynki – jak to zwykle w gnomich urządzeniach...
Po ataku warty zostały podwojone. Nic więc dziwnego, że gdy parę godzin później do bram zapukał wędrowny bajarz, spotkał się ze wszechobecną paniką.
Dziebor – bo tak zwał się ów bajarz – okazał się być starym dobrym znajomym auxillion Ingeboran. Ich znajomość sięgała czasów Sukursji, kiedy to oboje wędrowali przez pustynie, by pomóc naszym uciskanym braciom z Pethabanu.
Opowiedział nam on kilka baśni, między innymi o księżniczce, co to spała na ziarnku grochu. Gdy zaś zakończył opowieść, jak to bajarz, opuścił fortalicję i udał się w swoją stronę…
Później, w krótko przed świtem, mieliśmy jeszcze jednych nieproszonych gości. W pewnym momencie całą fortalicję obudziły odgłosy walki… Między namiotami zaroiło się od ożywieńców!
Sam niewiele zdołałem zrobić – ledwo uchyliłem połę, zostałem zdzielony pałką w potylicę tak mocno, że obudziłem się po kilku minutach. Gdy odzyskałem przytomność, okazało się, iż namiocie pozostałem jedynie ja i pewien teral służący wśród Wergundów, zwany Sanderem Maletem (z tych Maletów – jak zwykł powtarzać).
Długo zajęło nam opuszczanie namiotu – ilekroć któryś z nas uchylił rąbek poły, rozlegał się upiorny syk, który skutecznie zniechęcał nas do wychodzenia. W końcu jednak dzięki wielkiemu samozaparciu i zwiadowczym umiejętnościom Sandera udało nam się przemknąć do oświetlonego ogniskiem placyku. Sytuacja nie wyglądała ciekawie. Atakujące nas stwory były nieludzko silne! Na szczęście szybko odkryliśmy ich słaby punkt: z jakiegoś powodu panicznie bały się ognia. Gdy tylko to odkryliśmy, walka była już dla nas wygrana.
Choć po przegnaniu zombie prawie wszyscy poszli spać, w obozie już nikt nie czuł się bezpiecznie. Dagobert przez resztę nocy pracował nad uruchomieniem Bariery, zaś wartownicy siedzieli niczym na szpilkach…

Srebrnohora, pięć dni przed Wiecem
Rano Dagobertowi w końcu udało się uruchomić Barierę. Było to dość skomplikowane urządzenie, opierające się na okrągłym krysztale będącym rezerwuarem magii powietrza. Gdy był uruchomiony, wykorzystywał on energię pobieraną z głębin ziemi, by tworzyć wokół fortalicji potężną, magiczną Barierę. Każda próba przejścia przez nią wywoływała potężne wyładowanie czystej energii magicznej. Jedyną lukę, przez którą dało się przejść bez obrażeń stanowiła brama do fortalicji.
Krótko po pobudce doszło do dziwnej sytuacji: wszystkie kobiety w obozie obudziły się niesamowicie niewyspane, z licznymi bólami i odrętwieniami. Później, gdy oficer sanitarny Horacy sprawdzał porządki w namiotach (również wśród cywili) odkryto, iż pod każdą kobiecą pryczą ukryte było ziarnko grochu… Zupełnie jak w opowiadaniu Dziebora! Wówczas nikt nie przywiązał do tego faktu większej wagi, uznając to za żart któregoś z żołnierzy. Dopiero później wyszło na jaw, skąd owe ziarnka grochu się wzięły…
Nocne ataki przysporzyły fortalicji dwóch problemów: po pierwsze – renegaci. Byli oni o wiele lepiej zorganizowani i uzbrojeni, niż przypuszczaliśmy. Problem należało zdusić w zarodku, tak szybko, jak tylko było to możliwe. Bariera barierą, ale garnizon fortalicji miał też na uwadze dobro okolicznych wsi… a nawet i zamków!
Drugim problemem były ożywieńce. Nikt nie miał pojęcia, skąd te stwory się tu wzięły. W pobliżu nie mieszkał żaden potężny czarnoksiężnik. Owszem, w wyniku zarazy trupów było sporo, więc być może w której wsi pojawił się jakiś domorosły nekromanta… sęk w tym, że istoty które zaatakowały nas w nocy były nad wyraz silne. O wiele potężniejsze od jakiegokolwiek żywego człowieka (o martwym już nie mówiąc)!
Podzieliliśmy się na dwa zespoły. Pierwszy, skupiający w sobie magów, druidkę, szamankę, oraz innych intelektualistów, zajął się sprawą zombie. Drugi zaś ruszył na zwiad po okolicznych lasach, by wytropić naszych wczorajszych gości…
Pierwsza drużyna ruszyła tropem ożywieńców wzdłuż traktu idącego od bramy. Początkowo nie narzekaliśmy na brak tropów. Ożywieńce – zarówno te legendarne, i te z którymi mieliśmy do czynienia – miały zwyczaj rozpadać się przy każdym ruchu. Dlatego też co jakiś czas natrafialiśmy na jakąś plamę krwi, rozkładający się fragment ciała, czy coś równie obrzydliwego.
Jednakże w pewnym momencie trop się urwał. Wówczas to druidka Prim odprawiła rytuał, pytając Matkę Naturę o ślady ożywieńców. W wyniku rytuału cała grupa doświadczyła wizji: z mgły wyłonił się grobowiec. Leżał on w środku lasu. Z mogiły przykrytej liśćmi wystawała dłoń. Ruszała się nieznacznie.
Wizja, choć mrożąca krew w żyłach, nie przyniosła nam wiele. Wszak już wcześniej domyśliliśmy się, iż owe istoty powstały z grobów. Niewyjaśnione pozostawało: jak, gdzie
i kiedy?
Druga grupa odniosła znacznie większy sukces. Przeczesując pobliskie lasy wzdłuż i wszerz udało im się odnaleźć niewielką grupkę banitów. Po krótkiej walce pojmali oni jeńca, który w wyniku krótkiego, acz brutalnego przesłuchania wyjawił lokalizację głównej bazy renegatów.
Atak na nią zaplanowaliśmy na popołudnie.
Jako że obozowisko herszta renegatów było potężnie ufortyfikowane, w ataku musieli pomagać również i cywile. Podzieliliśmy się na kilka małych grupek, które otoczyły przeciwnika. Przystąpiliśmy do szturmu w momencie, gdy ładunki podłożone przez Hazima – Pethabańczyka towarzyszącego nam w fortalicji – wysadziły najsłabszy punkt wrogich umocnień.
Walka była długa i zażarta. Renegaci bronili się dzielnie, a ich uzbrojenie i wyszkolenie
w niczym nie ustępowało naszemu. W końcu jednak udało nam się wywalczyć zwycięstwo. Niestety, herszt bandy uciekł przed nami na drzewo. I zanim go dorwaliśmy, ów zdołał popełnić samobójstwo, zażywając jakiejś trucizny.
Nie musieliśmy się na szczęście przejmować zbiegami z pola bitwy. Ci którym udało się przedrzeć nasz kordon zostali później znalezieni wśród krzaków, cali naszpikowani strzałami. W ten oto sposób leśne driady odwdzięczyły się nam za uwolnienie jednej z ich sióstr.
Tak więc pokonaliśmy grasujący w okolicy oddział dezerterów. Jak się później okazało, była to jedna z wergundzkich kompanii kondotierskich, która korzystając z zamieszania związanego z wycofywaniem wojsk Olafa na południe, postanowiła zrzucić wszelkie zwierzchności. Można powiedzieć, że XXII walczyła z jednym ze swoich braci…
Powróciliśmy do fortalicji w dobrych nastrojach – wykonaliśmy misję, zapewniliśmy bezpieczeństwo okolicznym wsiom. Owszem, wciąż wielu z nas pozostawało zarażonych tajemniczą chorobą, owszem, wciąż niewyjaśniona pozostawała sprawa ożywieńców… Ale jednak czuliśmy się o wiele bezpieczniej.
W drodze powrotnej zastaliśmy niecodzienny widok – idąc przez łąkę natknęliśmy na egzotycznie wyglądający namiot. Jak się okazało, należał on do pethabańskiego maharadży, który to przybył w te strony, odwiedzić dawnych przyjaciół z Sukursji. Planował też zapolować na lokalne zwierzęta, by umieścić je w swoim ogrodzie zoologicznym (szczególnie interesowały go muflony). Na jego świtę składały się jedynie dwie osoby: jego żona, oraz ognisty ifryt – potężna istota, zdolna spopielić wszystko i wszystkich wokół jednym zaklęciem. Do dziś mój szczery podziw budzi magia Pethabanu, która pozwala mahom ujarzmiać takie istoty…
Późnym wieczorem kompania wergundzka otrzymała meldunek o tajemniczych gusłach, odprawianych w pobliskim lesie. Jako że było to potencjalne zagrożenie dla porządku w okolicy, Ingeboran nakazała wyruszyć tam w celu kontroli.
Sam jako cywil pozostałem w fortalicji. Podczas gdy nasi wojowie ganiali za gusłami, fortalicję odwiedził myśliwy podający się za Wojmira. A jako że imię to brzmi podobnie do Mojmira, wszyscy wzięli go za kniaziowskiego palatyna. Cóż… „niejednemu psu Burek na imię” – jak mawia Leclerc.
Gdy po paru godzinach wyprawa powróciła, miałem wraz z resztą cywili niemało roboty – wszyscy zataczali się i zachowywali jakby powrócili z nielichej biesiady. Długo zajęło nam opanowanie harmideru. Zaś przez całą noc to my, cywile, musieliśmy utrzymywać wartę, gdyż właściwy oddział nie był w stanie!

Srebrnohora, cztery dni przed Wiecem
Rano w końcu udało nam się wydobyć od skacowanych żołnierzy, co zaszło poprzedniego dnia na polance.
XXII kompania wlazła w sam środek święta leśnych istot, któremu przewodziła… Samboja. Potężna kniahini z Bobrowiców powszechnie znana była ze swoich czarnoksięsko-druidzkich praktyk. A przybyła w to miejsce już w ramach zbliżającego się wiecu teralskich wodzów, który to miał się odbyć za cztery dni. Warto dodać, iż była wówczas brzemienna… niestety ojciec dziecka kilka miesięcy wcześniej zmarł.
W swoich leśnych gusłach Samboja nałożyła klątwę na kniazia Dragana. Powodem miało być rzekome zabójstwo Sławoi.
Wieść o tym wielce nas zaskoczyła. Wszyscy byliśmy wszak przekonani, że Sławoja żyje! Owszem, zamachnęła się ona dwa dni wcześniej na Dragana, jednakże kniaź nakazał zamknąć ją w celi i przeprowadzić pełne śledztwo! Nawet jeśli można było zakwestionować jego słowność, o tyle zabijanie kuzynki niedoszłej narzeczonej z pewnością doprowadziłoby do wojny między hradami, a co za tym idzie – pogrzebałoby jakiekolwiek szanse kniazia na zdobycie buławy wojewody!
Nikt z nas nie chciał uwierzyć w zabójstwo Sławoi. Wszyscy byli pewni, że jakaś trzecia siła dąży do zwaśnienia rodów tuż przed wiecem.
Jedyną osobą, która mogła rzucić światło na tę intrygę był Sulibor – zagrodowy (tj. nieposiadający ziemi) kniaź, który akurat przebywał w okolicach. Był on bliskim przyjacielem palatyna Mojmira, a co za tym idzie: osobą na co dzień stykającą się tak z nim, jak
i z kniaziem Draganem. Jako że chwilowo Mojmir pozostawał nieobecny, na jakiejś wyprawie daleko na zachód, Sulibor pozostawał jedyną osobą zdolną upewnić nas w tym, jaka jest rzeczywista postawa Dragana.
Dlatego też po śniadaniu podzieliliśmy się na dwie grupy: pierwsza wybrała się do Sulibora, zaś druga do Witalidesa, dowiedzieć się jak postępują pracę nad lekarstwem.
U Witalidesa niewiele się zmieniło. Nadal wszędzie wokół pełno było chorych i umierających ludzi. Sam Witalides zdawał się jednak być w znacznie lepszym humorze. Wpadł już na trop lekarstwa. Potrzebował pewnego składnika, który pomógłby mu kontynuować badania – specjalnej odmiany jagód zwanych glasium glasillis, rosnących tylko na jednej (na szczęście położonej stosunkowo niedaleko) polance…
Uśmiech na twarzy medyka zbladł jednak, gdy zapytaliśmy go o ożywieńców. W dość ostrych słowach oznajmił, iż nie ma bladego pojęcia, skąd owe żywe trupy mogły się wziąć. Jego humor uległ jeszcze większemu pogorszeniu, gdy nasze medyczki pokazały mu jakiś dziwny dokument, który rzekomo znalazły kilka dni wcześniej w jednym ze szpitali. Ów dokument opisywał epidemię, która miała miejsce swego czasu w oddziałach Mojmira.
Wedle jego treści, zaraz po powrocie z Sukursji wśród ludzi Mojmira rozpętała się epidemia, w wyniku której wszyscy jak jeden mąż poginęli. Dziwnym był fakt, iż owa choroba nie dotknęła samego Mojmira, ani nikogo z kim jego wojowie mieli styczność. Witalides na wieść o niej zareagował nad wyraz opryskliwie…
Pomimo kilku dziwnych sytuacji w trakcie rozmowy, rozstaliśmy się z Witalidesem w dobrych nastrojach. Powróciliśmy do fortalicji z prostym planem: popołudniu wybrać się, zdobyć owe jagódki dla Witalidesa.
Wyprawa drugiej grupy okazała się być o wiele bardziej dramatyczna. Sulibor przebywał na polowaniu. Dość szybko wyprawie z fortalicji udało się odnaleźć jego ambonkę, a w niej rzeczonego kniazia… a właściwie jego ciało. Sulibor został zamordowany. Co prawda morderca starał się upozorować zbrodnię na samobójstwo, jednakże nasi ludzie nie dali się zwieść: po cóż leworęczny szermierz miałby sobie podcinać żyły w lewej ręce!?
Oględziny miejsca zbrodni pozwoliły odnaleźć jego zapiski – pospiesznie napisane listy, będące najwyraźniej czymś w rodzaju ostatniej woli. Odczytane zostały one już w fortalicji. Ich przesłanie było co najmniej zagadkowe: „Z całej czwórki, która powróciła z Pethabanu, to Mojmir kontynuował eksperymenty, przy pomocy tego udawanego pethabańskiego maha Amira. Reszta się wycofała, lecz pozostawała szantażowana”…
Przeczytanie listu wprawiło nas wszystkich w osłupienie. O jaki znowu proszek chodzi!? Jaki mah? Jeszcze jeden fragment, na samym końcu, wzbudził nasz niepokój: „…obecnie wśród wojów Mojmira przewarzają (…) istoty o bladych twarzach i nadludzkich możliwościach”.
Jedyny wniosek jaki udało się nam wyciągnąć był taki, że palatyn Mojmir knuje coś niedobrego. Coś związanego z pethabańską magią… A jego oddanie wobec kniazia Dragana jest co najmniej wątpliwe. Być może to on stał za rzekomym morderstwem Sławoi?
Mimo poważnych podejrzeń wobec Mojmira, postanowiliśmy na razie nie podejmować żadnych konkretnych działań. Mieliśmy większy problem na głowie: lekarstwa spowalniające rozwój choroby, otrzymane od Witalidesa, zaczynały słabnąć. Wyleczenie zarazy w fortalicji było więc naszym priorytetem.
Po posiłku ponownie sformowaliśmy dwa oddziały: pierwszy, składający się niemal wyłącznie z intelektualistów, poszedł zbierać jagódki. Drugi zaś ruszył za nowym wezwaniem – kilka okolicznych wiosek zostało napadniętych przez bandy orków.
Polana z jagódkami okazała się być tą samą, na której poprzedniego wieczora Samboja odprawiała swoje gusła. Na miejscu zastaliśmy lekko skacowanego fauna, grającego na fujarce. Na pytanie o jagódki oznajmił nam on, iż posiada przy sobie ostatnie kilka sztuk. Resztę zjadł w ramach „walki ze stereotypem według którego fauny jedzą wyłącznie trawę”.
Na nic zdały się uprzejme prośby i namowy. Faun okazał się być nieprawdopodobnie upierdliwą istotą. W pewnym momencie zaczął nas nawet obrzucać swoimi bobkami!!!
W końcu, po kilku minutach negocjacji, nasze nerwy nie wytrzymały. Rzuciliśmy się na diaboła (jak Terale zwykli nazywać fauny). Ów wymknął się nam i zaczął uciekać. Przez niemal pół godziny goniliśmy go po całym lesie! Zapewne uciekłby nam, gdyby nie napotkana w pewnym momencie pościgu leśna boginka. Na jej widok faun momentalnie zatrzymał się
i upadł na kolana (czy jak tam nazywa się ich kozi odpowiednik…).
Na szczęście dla nas boginka okazała się być już o wiele bardziej wyrozumiałą istotą. Nakazała faunowi oddać ostatnie egzemplarze jagód (co uczynił baardzo niechętnie, do samego końca strojąc sobie z nas żarty) oraz udzieliła nam kilku istotnych informacji:
Oznajmiła, iż Sławoja rzeczywiście nie żyje, a Samboja rzuciła klątwę na Dragana, obwiniając go za jej śmierć. Tymczasem ani Bobrowice, ani żadne leśne istoty nie stoją za zamachem na kniazia. Ożywieńce również nie mają nic wspólnego z miejscowymi lasami. Obie rzeczy są dziełem ludzkim…
Podczas gdy my, intelektualiści, ganialiśmy za obrzucającym nas gównem faunem, oddział wojowników z fortalicji wytropił grasującą po okolicy bandę orków. Po krótkiej walce udało się nawiązać dialog z przewodzącą orkami szamanką. Orkowie ze względu na patrole oraz magiczne bariery nie byli w stanie opuścić terenów objętych kwarantanną, więc głodowali.
W zamian za zaprzestanie ataków na okoliczne wsie, zażądali żywności, jak również udostępnienia im ich pradawnej świątyni, która to znajdowała się na szczycie góry Pohryń.
Dość niefortunnie nasi ludzie przystali na oba żądania. Dopiero później zdali sobie sprawę z tego co obiecali – na szczycie świętej dla orków góry Pohryń stał przecież obecnie zamek palatyna Mojmira!
Pozostało nam tylko mieć nadzieję, że orkowie zadowolą się pierwszym punktem umowy – dostawą żywności. Planowaliśmy zakupić zapasy na jutrzejszym targowisku, który to ze względu na kwarantannę został przeniesiony ze Srebrnohory do samej fortalicji.
Wieczór postanowiliśmy poświęcić na gromadzenie wszelkiego rodzaju wartościowych rzeczy tak, by zakupione zapasy żywności zadowoliły orków. Jednakże nie dane nam było zaznać spokoju. Tuż przed zmrokiem do bramy zaczęła dobijać się zrozpaczona wieśniaczka.
Przedstawiła się jako Gerda. Poprosiła nas o pomoc, gdyż jej braciszek Kai zaczął nagle wariować. A co gorsza – zaczął również przejawiać dziwne zdolności magiczne. Jako czarodziej ruszyłem zaciekawiony, zobaczyć o co chodzi.
Na skrzyżowaniu traktów przed fortalicją biegał sobie młody chłopak. Cały czas powtarzał, że poszukuje jakiejś „królowej”, a każdy przedmiot który dotknął momentalnie zamarzał. Sam nieopatrznie dałem się mu dotknąć… Na szczęście nasze uzdrowicielki szybko mnie ogrzały.
Nie udało nam się złapać chłopca. Jego magia była za dziwna. Przeczyła prawom logiki! Natomiast żadne nasze zaklęcie nań nie działało. Wymknął nam się.
Nikt nie był w stanie wytłumaczyć tego dziwnego zjawiska. Wieczór znów upłynął nam więc na snuciu domysłów i planowaniu następnego dnia. Tuż po zachodzie słońca Samnijczycy służący w naszej kompani zaczęli odprawiać jakieś swoje modły, rzekomo by samnijskie duchy „wskazały nam drogę postępowania”.
Nie wszystkim jednak udzielił się ponury nastrój. Teral Sanders – ten sam z którym mieszkałem w namiocie, wraz z hobbickim zielarzem Kennym odkryli w miejscowym magazynku zapas alkoholi. Nie minęło dużo czasu, gdy zaczęli w pijackim rauszu biegać po fortalicji. Nie pomogły nawet wywary trzeźwiące naszego alchemika Reshiego.
W pewnym momencie pijany hobbit wpadł w krąg modlących się samnijczyków, przerywając ich rytuał. Wywołało to raban, na który zbiegli się śpiący w okolicznych namiotach Terale. Oczom Trawułta (który od czasu afery z gaszeniem Wiecznego Ognia został nieformalnym przywódcą teralskich kmieci) nie umknęła kartka, którą Samnijczycy spróbowali spalić, gdy tylko zaczął się zbiegać tłum. Mając już praktyczne doświadczenie w gaszeniu świętych ogni, wskoczył on do kręgu, wyrwał im płonącą kartkę z rąk i uciekł, by przeczytać jej treść na osobności.
Okazało się, iż rytuał odprawiany przez samnijczyków był tak naprawdę szamańskim zaklęciem, mającym na celu wysłanie tej kartki poza Barierę i kwarantannę, prosto do dowództwa wojsk samnijskich. Samnijczycy, którzy rzekomo zaciągnęli się do kompani auxillion Ingeboran jako najemnicy, okazali się być wrogimi szpiegami!
W nocy nastąpiło aresztowanie wszystkich samnijczyków służących w XXII kompanii.

Srebrnohora, trzy dni przed Wiecem
Przesłuchania samnijczyków rozpoczęły się o poranku. Szybko wyszło na jaw, iż wszyscy co do jednego spiskowali na rzecz Kagnatu Samnijskiego. Pani auxillion miała jednak (na szczęście dla nich) miękkie serce. Przez wzgląd na fakt iż dotychczas dzielnie walczyli razem
z nami ramię w ramię, skazała ich jedynie na wygnanie z fortalicji oraz pozbawienie broni.
Jeszcze nieraz miękkie serce pani auxillion okaże się zgubne dla XXII…
Szybko zapomnieliśmy o tym przykrym incydencie – wszak rozpoczynało się targowisko! Było rzecz jasna mniejsze niż w poprzednich latach ze względu na kwarantannę, jednakże fortalicja jako miejsce handlu spisała się znakomicie.
Odwiedziły nas dziesiątki okolicznych kupców! Każdy mógł kupić coś dla siebie! Na dziedzińcu odbyła się zaś seria turniejów. Sam wziąłem udział w pojedynkach szermierczych i dotarłem do ćwierćfinału! Zwyciężył zaś Teral Przecław.
Podczas targów Batiarusowi udało się nawiązać kontakt z agentem innej działającej
w okolicy komórki Imperium. Od tego czasu zaczęliśmy regularnie meldować Castorom nasze poczynania… Poza tym udało nam się tak zmanipulować przybyłego na targowisko miejscowego kronikarza, by wydarzenia ostatnich dni zapisał po naszej myśli.
Targowisko odwiedził też i Witalides, któremu przekazaliśmy zdobyte od fauna jagody, oraz kniaź Dragan, który na wieść o problemie z orkami zgodził się podpisać przywilej umożliwiający im polowanie w okolicznych lasach do czasu zakończenia kwarantanny. Natomiast komenda fortalicji zakupiła zapas żywności, który powinien starczyć orkom na co najmniej tydzień.
Zaraz po zakończeniu targów udaliśmy się do nich, przekazać zakupioną żywność oraz przywilej od Dragana. Te początkowo nie rozpoznały nas, więc doszło do niemałej walki. Gdy jednak przez tłum przepchała się szamanka, rozpoznała naszych ludzi. Udało nam się nawiązać dialog.
Orkowie przyjęli podarunki, jednakże nie chcieli odpuścić feralnej obietnicy związanej
z oddaniem im twierdzy Pohryń. Pakt mógł zostać zmieniony jedynie przez herszta bandy.
A by się doń dostać, należało przejść serię prób siły…
W szranki z orkami stanął kolejno teral Gniewomir, ofirczyk Batiarus oraz szamanka Tuuli. Cóż to były za starcia! Zwłaszcza pierwsze było prawdziwym pokazem kunsztu szermierczego! Ostatnią próbę przeszedł teral Sanders – wypił z wodzem orków kielich ichniego alkoholu. Podołał. I nawet potem trzymał pion!
Gdy już przeszliśmy wszystkie potyczki, mogliśmy przenegocjować warunki umowy
z hersztem. Jak się okazało, za feralną obietnicą stał kapłan Skogura zwany Ursynem. Po długich przeprosinach, obietnicach i kłótniach ze złotowłosym przydupasem wodza, ostatecznie udało nam się wyprosić orków, by odpuścili nam kwestię świątyni. Zamiast tego obiecaliśmy doprowadzić do zakończenia kwarantanny w przeciągu kilku dni.
Na pożegnanie szamanka orków odprawiła dla chętnych rytuał, który miał nam nadać „niedźwiedzią siłę”. Przyznam, że uczestniczenie w orczym rytuale było niezwykłym doświadczeniem. Przez parę kolejnych dni stałem się uzależniony od miodu (pod każdą postacią) i nad wyraz przytulaśny…
Podczas gdy większość załogi fortalicji zabawiała u orków, ta część która pozostała w warowni, postanowiła ruszyć na zwiad po okolicy – jedna z map znalezionych dwa dni wcześniej przy ciele herszta banitów wskazywała miejsce ukrycia ich łupów.
Wyprawa zakończyła się powodzeniem. Na miejscu znaleziono kosztowności, które
z nawiązką uzupełniły zaległe żołdy oraz fundusze przeznaczone na żywność dla orków. Poza złotem i klejnotami, w miejscu ukrycia łupów odnaleziono również dziwny, skrzętnie zabezpieczony flakonik. Lektura znalezionego przy nim pergaminu wyjawiła, iż jest to strzygownica. Żaden z naszych alchemików nie był w stanie wyjaśnić, dlaczego ta stosunkowo powszechna na świecie (lecz akurat nie w okolicy) mikstura została uznana przez renegatów za cenniejszą od wszystkich zgromadzonych kosztowności…
Tak więc załatwiliśmy kwestie bieżące. Mogliśmy wreszcie zaznać chwili wytchnienia…
I zaplanować kolejny ruch!
Podejrzenia wokół dragańskiego palatyna Mojmira urosły już w takim stopniu, że zadecydowaliśmy się przeprowadzić zwiad do jego twierdzy. Pierwszy oddział szpiegów który tam wysłaliśmy powrócił z wieścią, iż wbrew zapewnieniom Samboi oraz boginki polany, wojowie Mojmira przetrzymują w kazamatach na stoku Pohrynia jakiegoś „ważnego więźnia” – zapewne rzekomo martwą Sławoję. Sam zaś Mojmir powrócić miał na Pohryń dopiero za cztery dni.
Jedynym sposobem, by z absolutną pewnością określić stan i lokalizację Sławoi, oraz zamiary palatyna, było przeprowadzić desant w pohryńskich lochach. Do tego zadania wyznaczono dziesięcioosobowy oddział lekkozbrojnych. Wyruszyli oni do zamku wraz
z obstawą tuż po zmroku.
Długo czekałem na jakiekolwiek wieści. A te, gdy w końcu nadeszły, nie były radosne: desant został pojmany zaraz po dostaniu się do lochów. Nie byli w stanie nawiązać walki
z napastnikami, gdyż nie wzięli ze sobą żadnej broni!
Do dziś niewyjaśnione pozostało, jakim cudem w całym dziesięcioosobowym oddziale znalazł się tylko jeden topór i dwa sztylety! Ktokolwiek przeprowadził ten sabotaż, pozostał niewykryty…
Konieczna była natychmiastowa odsiecz. Błyskawicznie zorganizowaliśmy dwa oddziały: jeden tworzący dywersję i drugi mający zakraść się od tyłu, by uwolnić nieszczęsnych desantowców. Sam trafiłem do oddziału dywersyjnego.
Szturm na Pohryń był niezwykle ciężki. Wojowie Mojmira rzeczywiście okazali się być „istotami o bladych twarzach i nadludzkich możliwościach”. Przypominali nieco ożywieńce,
z którymi mieliśmy niegdyś okazję się spotkać. Jednakże w przeciwieństwie do nich, ci byli już zdecydowanie rozumni, uzbrojeni i zorganizowani. Nawet mimo doskonałej taktyki oraz absolutnego zaskoczenia przeciwnika, mieliśmy wielkie problemy z pokonaniem wroga!
Udało nam się wedrzeć na mur i wywalczyć sobie przyczółek, jednakże później linia frontu na wiele ciężkich minut zamarła. I zostalibyśmy odparci, gdyby nie atak drugiej grupy, który wprowadził zamęt we wrogim szyku i pozwolił nam zająć dogodniejsze pozycje. Wróg walczył zaciekle, do ostatniego żołnierza. Wielu żołnierzy XXII oraz terali zostało w wyniku tego ataku poważnie okaleczonych. Jednakże jakimś przedziwnym łutem szczęścia, nikt z naszych nie zginął tamtej nocy!
Zabezpieczyliśmy część twierdzy z lochami. Leżała ona na stoku i była oddzielona od właściwej części zamku (której z pewnością nie udałoby nam się zdobyć), ale to nam w zupełności wystarczyło. Upewniwszy się, iż jesteśmy przygotowani na ewentualny kontratak, rozpoczęliśmy przeszukiwanie podziemi. Odkryliśmy trzy kazamaty:
Pierwsza stanowiła lochy. Zastaliśmy tam naszych uwięzionych towarzyszy oraz tajemniczego jeńca ubranego w czerwony płaszcz z kapturem. Zdecydowanie nie był on Sławoją…
Druga kazamata była osobistym laboratorium Mojmira. Przerażające było to miejsce: pełne poobcinanych ludzkich członków, chirurgicznych narzędzi, tajemniczych run oraz notatek. Zebraliśmy stamtąd wszystkie papiery jakie tylko znaleźliśmy.
Trzecia kazamata była jednak najstraszniejsza. Była to właśnie dawna świątynia orków, której jedną ze ścian zdobiła olbrzymia płaskorzeźba przedstawiająca tajemniczą istotę, nieco podobną do kobiety… Przed płaskorzeźbą stały zaś tajemnicze, mięsiste kokony, wystające z ziemi na niecały metr. Nikt z nas nie chciał nawet zgadywać, co się w nich znajduje.
Powróciliśmy do fortalicji niemalże sprintem – nie chcieliśmy by jakikolwiek zbłąkany żołdak Mojmira z górnej części zamku dowiedział się o naszej akcji.
Uratowany jeniec okazał się być niezwykle płochliwy – bał się każdego dźwięku. W pewnym momencie w ogóle nam uciekł. Byliśmy wtedy już na szczęście w obrębie fortalicznej Bariery, więc mieliśmy pewność, że nie wymknie się daleko.
Nie spałem owej nocy. Wraz z pozostałymi obozowymi intelektualistami, oraz kilkoma najwytrwalszymi (piśmiennymi) wojownikami, studiowaliśmy dokumenty z laboratorium Mojmira. Każda kolejna strona, każda kolejna notatka, ujawniały nam w pełni cały plan palatyna…
Wszystko zaczęło się dwadzieścia lat temu. Wtedy to Liga Kupiecka nawiązała kontakt
z tajemniczymi istotami z innego wymiaru, nazwanymi Poszukiwaczami. Poszukiwały one jakiegoś tajemniczego artefaktu zwanego Lustrem. Liga Kupiecka, będąc w jego posiadaniu, postanowiła zacząć wodzić Poszukiwaczy za nos, by wymusić od nich współpracę.
Ukryła Lustro przed Poszukiwaczami w pethabańskiej twierdzy Gudur, a następnie „zaoferowała pomoc w jego odnalezieniu, w zamian za odpowiednią zapłatę”. Zapłatą stał się tajemniczy Proszek, przywieziony przez Poszukiwaczy z innego świata. Pozwolił on Lidze stworzyć armię mutantów zwanych Uzurpatorami. Za ich pomocą Liga zaczęła terroryzować Pethaban, tworząc z niego swego rodzaju kolonię.
Doszło jednak do Sukursji. Na apel pewnego młodego maharadży setki wojowników
z zachodnich krain zorganizowały dwie olbrzymie wyprawy, w wyniku których Pethaban został uwolniony od armii Ligii Kupieckiej.
Wśród owych wojowników był i Mojmir. Zdobył on podczas Sukursji Lustro oraz Proszek. Po pewnym czasie zaś nawiązał kontakt z Poszukiwaczami. Po powrocie do ojczyzny stał sie więc w pewnym sensie spadkobiercą Ligii Kupieckiej.
Rozpoczął próby odtworzenia Uzurpatorskich mutantów. W wyniku tych właśnie prób zmarli jego dotychczasowi wojownicy. Również w wyniku tych prób doszło do panującej obecnie zarazy. Zaś atakujący nas wieczorami zombie okazały się być właśnie skutkami ubocznymi eksperymentów Mojmira.
Mojmir tworzył zatem armię mutantów w sobie tylko znanym celu! I ściągnął do Terali tajemnicze istoty z innego wymiaru, w celu pobierania Proszku do swoich eksperymentów.
A Sławoję najprawdopodobniej zamordował bez wiedzy kniazia…
Kokony znalezione zaś w kazamatach jego zamku należały właśnie do Poszukiwaczy. Sami Poszukiwacze dzielili się na trzy rodzaje: będące doskonałymi rezerwuarami energii magicznej Robotnice, podróżujący między światami Nawigatorzy oraz niszczący światy Wojownicy.
Na konfrontację z samymi Nawigatorami nie musieliśmy czekać długo. W pewnym momencie fortalicję oświetliły dziwne, migoczące, zielone światła. Nikt nie wiedział co się dzieje! Przed bramą widziano jakieś dziwne istoty, jednakże nic nie przeszło przez Barierę, ani przez mury.
Przez całą noc intelektualiści studiowali notatki Mojmira, zaś wojowie wypatrywali zza murów dziwnych, zielonych błysków…

Srebrnohora, dwa dni przed Wiecem
O poranku ledwo żywi intelektualiści wytłumaczyli załodze fortalicji zawartość notatek Mojmira. Nasze tezy krótko potem zostały poparte przez jeńca, którego to odnaleźliśmy o poranku przy namiocie sanitarnym.
Dziwna to była istota. Przypominała nieco wysokiego, kościstego człowieka, jednakże większość nienaturalnie kościstej twarzy ukrywała pod czerwonym kapturem. Nie znała naszego języka, zaś przez swoją nadwrażliwość na dźwięki oraz częste mlaskanie przywodził na myśl osobę ograniczoną umysłowo.
Jednakże nie był to człowiek. Ów „czerwony kapturek”, zwany przez nieco bardziej obeznanych Wędrowcem był istotą z innego wymiaru, która przybyła tu, by chronić Lustra przed Poszukiwaczami. Mojmir pojmał go, gdyż stanowił zagrożenie dla jego planów manipulacji Poszukiwaczy.
Ciężko było się z nim kontaktować, jednakże ostatecznie za pomocą kamyków i patyczków udało się mu wytłumaczyć, iż zamierza przenieść Lustro do innego wymiaru, tak by Poszukiwacze już nie stanowili dla naszego świata zagrożenia.
Dlaczego Poszukiwacze nie mogli zdobyć Lustra? Z tego co udało nam się wywnioskować, istoty te niszczyły stopniowo każdy świat w którym przebywały, zaś Lustro miało im nadać jakieś niezwykłe możliwości w przenoszeniu się między światami.
Ostatnim, finałowym dowodem na autentyczność zdobytych dokumentów oraz na złe zamiary Mojmira były zeznania Witalidesa. Ów medyk przybył do nas, by oznajmić wyniki dotychczasowych badań. Gdy przeczytaliśmy mu niektóre fragmenty dokumentów załamał się nerwowo i wyznał nam całą prawdę…
Podczas oblężenia twierdzy Gudar pod koniec drugiej Sukursji, cztery osoby dostały się do laboratoriów Uzurpatorów. Sulibor zabrał z nich złoto, Witalides medykamenty… zaś Mojmira zainteresowały właśnie przepisy na tworzenie mutantów oraz Proszek. Czwartą osobą miał być rzekomo bajarz Dziebor, który z podziemi twierdzy wziął zapas broni dla swojego oddziału.
Zarówno Witalides jak i Sulibor początkowo wspierali Mojmira w jego próbach stworzenia „nadżołnierzy”. Później jednak, widząc z jakimi kosztami wiązało się ich dzieło, zrezygnowali. Oboje mieli teraz na gardle ostrze Mojmirskiego noża, który to chciał użyć stworzonej przez siebie armii do przejęcia władzy nad Teralą (i zapewne resztą świata też).
Jeszcze jedna rzecz została wyjaśniona zdobytymi dokumentami: tajemnica kazamat Zamku Wielkiego. Otóż w pewnym momencie badań nad mutantami okazało się, iż tylko osoby, które miały wśród swoich przodków jakiegoś nekromantę, nadawały się do mutowania. Każdy inny człowiek w wyniku kontaktu z Proszkiem umierał (i ewentualnie stawał się ożywieńcem). Dlatego też współpracujący z Mojmirem pethabański sahdak (tj. niedoszły mah) Amir wybudował w ruinach Zamku Wielkiego portal, który to miał wyłapywać
i zamykać w podziemiach zamku ludzi o odpowiednich właściwościach.
Informacje dotyczące tego portalu momentalnie przykuły uwagę moją i Batiarusa. Wszak było to narzędzie, które mogło w przyszłości przydać się Imperium! Portal, który wyłapuje i zamyka w więzieniu ludzi o konkretnych właściwościach byłby doskonałą bronią w walce
z kapłanami!
Terale jednakże nie pozwalali mi na kopiowanie zdobytych dokumentów. Musiałem robić to w ukryciu przed nimi. Parokrotnie zostałem nakryty, jednakże za każdym razem udawało mi się jakoś wybrnąć. Ostatecznie z niemałą pomocą hobbitki Prim udało mi się skopiować i wysłać do Castorów niemal wszystkie dokumenty Mojmira. Do dziś trwają prace i eksperymenty nad portalami, opierane na właśnie tych notatkach. I muszę przyznać, że już teraz Imperium jest w stanie skonstruować portale dorównujące (a pod niektórymi względami wręcz przewyższające) pethabańskie oryginały!
Przed podjęciem jakichkolwiek działań przeciw Mojmirowi, musieliśmy zdobyć na jego temat jak najwięcej informacji. Witalidesa już przesłuchaliśmy. Sulibor nie żył. Pozostał więc już tylko bajarz Dziebor.
Wybraliśmy się do niego popołudniu. Ja, jako że miałem za sobą zarwaną noc oraz partyzanckie przepisywanie dokumentów, pozostałem w fortalicji i próbowałem odespać…
Chatka Dziebora okazała się pokryta magicznymi runami. Jednakże nasi ludzie nie przejęli się tym faktem i weszli do środka. Dziebor, jak przystało na bajarza, uraczył gości kilkoma opowiadaniami oraz popisem gry na flecie.
Jednakże w pewnym momencie stary bajarz zorientował się, że część drużyny jedynie odwracała jego uwagę, udając zainteresowanie jego baśniami. Kilka osób w tym czasie przeszukiwało jego dokumenty. Gdy tylko Dziebor to zauważył, rozpętało się piekło.
Dwoma słowami uruchomił runy, które pokrywały jego domek. Następnie zamknął magicznie krąg w którym się znajdował… i przyzwał potężnego demona, zwanego Grimmem…
W międzyczasie w fortalicji czas płynął spokojnie. Wojowie ćwiczyli manewry, intelektualiści spali… Jakież było zdziwienie zgromadzonych na placyku, gdy nagle nad fortalicją zaczął szybować okręt, z którego zeskoczyły na linach dziesiątki groteskowo ubranych piratów, poszukujących niejakiego Piotrusia a przez bramę wbiegło przeszło czterdziestu rozbójników pod wodzą niejakiego Alibaby!
Rozpętał się kompletny chaos. Wszędzie wokół zaczęły biegać baśniowe istoty! Największy pogrom w fortalicji siała dziwna dziewczynka, która za pomocą dymu z zapałek przejmowała kontrolę nad umysłami ofiar oraz szalony szewczyk, którego główną ambicją było „skrócić wszystkich o głowę”. Fortalicję ogarnął psychodeliczny chaos i pożoga.
Również drużyna przebywająca w chatce Dziebora zaatakowana została przez baśniowe kreatury. Teralski witeź Emhrys stoczył zaciekły pojedynek z niejakim Jasiem, który to uparcie twierdził, że ów jest poszukiwaną przez niego Małgosią. Ponadto podróżnych zaatakowała dziewczynka w czerwonym kapturku z wilkiem na smyczy oraz spotkany wcześniej, ciskający śnieżkami Kai.
To przyzwany przez Dziebora demon Grimm sprawiał, że wszystkie wytwory wyobraźni bajarza stawały się rzeczywistością! Magowie i kapłani szybko zorientowali się w czym rzecz
i rozpoczęli nieudolne próby odegnania demona. Jednakże najwyższym ich osiągnięciem było ograniczenie jego mocy.
Na szczęście to wystarczyło, by Hazim mógł przyskoczyć do Dziebora i poderżnąć mu gardło. Trzykrotnie, gdyż po pierwszych dwóch ciosach Dziebor nie przestawał grać na flecie. Dopiero po trzecim ciosie głowa bajarza potoczyła się po ziemi, a demon stracił niemal całkowicie swoją moc. Gdy tylko został ostatecznie wypędzony z naszego wymiaru, atakujące nas baśniowe postacie rozpłynęły się… a na ich miejscu pojawili się zwykli, otumanieni chłopi.
Tak oto zginął kolejny nasz trop, kolejny towarzysz Mojmira… Ale czy na pewno? Ciężko było uwierzyć, by ów stary, szalony bajarz zabrał z podziemi Gudur cały zapas broni (której notabene nie było w chatce).
Pozostawił po sobie natomiast zbiór notatek z Pethabanu. Duża ich część była opisem tamtejszych baśni, część jednak dotyczyła demonologii. Dziebor zdawał się być zafascynowany pethabańską magią, której esencją było zniewalanie ifrytów tak, by te służyły mahowi swoją mocą. Czyżby Grimm miał być takim „zniewolonym demonem”? Tego już nigdy się nie dowiemy…
Pozostała nam więc już tylko jedna opcja: odnaleźć Lustro i zwrócić je Wędrowcowi.
Z dokumentów Mojmira wynikało, iż przetrzymywano je w krasnoludzkim mieście Dobenbarr, oddalonym niecały dzień drogi od Srebrnohory.
Postanowiliśmy wybrać się tam następnego dnia. Wieczór poświęciliśmy na przygotowania przed wyprawą.
W tym czasie fortalicję odwiedziło kilku gości; Krótko po obiedzie do bram zapukał poznany już wcześniej (i wzięty za pierwszym razem nieopatrznie za palatyna) myśliwy Wojmir, który rzekomo przyszedł jedynie napoić się. Teraz już nasi agenci wiedzieli, że w rzeczywistości był on kontaktem Imperium. Krótko po odejściu Wojmira odwiedził nas również przybyły
z odległych stron kniaź Mojmił. Zajechał on w te okolice, by wziąć udział w nadciągającym wiecu. Ostatnimi gośćmi była para sługusów maharadży, którzy przybyli z jakimś tajemnym posłaniem do naszego psionika Symeona.
Jeśli chodzi o podróż do Dobenbarr, największym problemem było znalezienie wejść do kopalni. Znały je tylko krasnoludy należące do tamtejszego klanu. Szczęśliwie jeden z nich posiadał swój warsztat niedaleko.
Sformowaliśmy niewielki oddział i krótko przed zmrokiem wybraliśmy się do niego. Wymarsz nieco się opóźnił, jako że dwóch naszych magów: Symeon oraz Raerinerin Nelias Parlain L'ombre di Offire (w skrócie: Eri) wyczuło jakieś „potężne zaburzenia magiczne”. Pozostali magowie nic takiego nie wyczuli, ale pozwoliliśmy im odprawić rytuały ochronne, tak na wszelki wypadek. Dopiero później okazało się, co naprawdę uczynili tym rytuałem…
Droga była dość długa i uciążliwa, jednakże udało nam się tam dostać bez przykrych przygód. Warsztat krasnoluda Hrumnira znajdował się pod imponującym, kamiennym, nieco już zawalającym się mostem, zbudowanym najwyraźniej przez Ofierskich architektów. Krasnolud przywitał nas niezwykle żywo… testując na nas swojego prototypowego golema! Gdy tylko zapukaliśmy do warsztatu, owa śmiercionośna maszyna rzuciła się na nas z furią i omal nie pozabijała!
Pani auxillion była o dziwo zauroczona wynalazkiem rodaka. Przy golemie zachowywała się jak mała dziewczynka widząca piękną lalkę! Potężna krasnoludzka wojowniczka skakała
i piszczała z radości ilekroć potężny robot zadawał nam kolejne serie druzgocących ciosów.
W końcu jednak golem zaprzestał na nas testów. Wówczas w końcu mogliśmy wyłożyć inżynierowi naszą sprawę. Ów dał się przekonać dopiero po serii przysiąg i litrze pitnego miodu (który jakimś cudem ostał się przed Sanderem i Kennym). Rozpisał nam na mapie położenie wejść do krasnoludzkich sztolni. Oraz ostrzegł, że od przeszło roku krasnoludy
z tamtego miasta z nieznanego powodu zerwały wszelki kontakt ze światem zewnętrznym…
Droga powrotna zapowiadała się spokojna… Ale oczywiście okazało się, że w Terali nigdy nie można liczyć na spokój! W najgorszym możliwym miejscu nasz oddział został napadnięty przez bandę samnijczyków! Mieli znaczną przewagę liczebną i byli o wiele lepiej uzbrojeni. Co więcej, wśród ich szeregów znajdowali się zdrajcy z XXII – ci sami, którym kilka dni wcześniej darowaliśmy życie!
Walka była długa i zażarta. Ostatecznie musieliśmy ulec przeciwnikowi, który wziął w jasyr znaczną część naszych kompanów. Mimo beznadziejnej sytuacji zdecydowaliśmy się jednak przeprowadzić straceńczą próbę uratowania naszych porwanych towarzyszy.
Dopisało nam niezwykłe szczęście. W momencie gdy udało nam się dogonić odjeżdżający czambuł, ów została zaatakowany z drugiej strony przez tajemniczych napastników. Walka była krótka i pełna chaosu, jako że toczyła się w zupełnej ciemności. Koniec końców udało nam się przegnać samnijczyków i uwolnić naszych towarzyszy.
Jak się okazało, z pomocą przybyła nam reszta załogi fortalicji, która to otrzymała meldunek o ataku na przebywającego w okolicy arcykapłana Skogura – Racigniewa. Okazało się, że jego również napadli Samnijczycy, gdy ten zmierzał w te strony, szykując się na wiec!
Terale ostrzegli go o planach zdrady Mojmira i namówili do rozpoczęcia wiecu dzień wcześniej – nim ten przybędzie na te ziemie. Racigniew, choć niechętnie, zgodził się.
Powróciliśmy do fortalicji późno i od razu poszliśmy spać, jako że następnego dnia czekała nas długa podróż do Dobenbarr.

ZOBACZ CZĘŚĆ DRUGĄ
ZOBACZ CZĘŚĆ TRZECIĄ
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.