Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

"Piętnastolecie" cz 2. - opowiadanie, będące wstępem do gry a.D. 2013
 
ZWIASTUN 2013 cz. 2
ROK 886, Ragoszcz, płn. Wergundia
- Książę Protektorze, o twoją uwagę prosić będzie kniaź Dragan, syn Niemira, z rodu Awdan znaku Karana – marszałek musiał dopomóc sobie trzymaną w ręku kartką, żeby nie pomylić żadnej z godności gościa. Zgrzyt dyplomatyczny z Protektoratem Teralskim nie był nikomu potrzeby. Olaf Wergundzki skinął głową, potwierdzając chęć przyjęcia gościa i Teral energicznie wkroczył do wielkiej halli granicznego grodu w Ragoszczy, prezentując przed księciem tradycyjny teralski ukłon. Forma ta, należna osobom, do których żywiło się wyjątkowy szacunek, była jednym z najstarszych i najmocniej zakorzenionych zwyczajów teralskich. Składający ukłon zdejmował nakrycie głowy, lub nie mając go, przykładał dłoń do czoła, po czym gnąc się w pasie wykonywał zamaszysty ruch, jakby chciał zamieść czapką ziemię. Ważnym było, by w ukłonie nie zginać szyi, bo to oznaczało poddaństwo, zaś ukłon oznaczać miał respekt i szacunek, nie podporządkowanie. Olaf po wielu pobytach w kraju grodów zdążył się juz tego nauczyć.
- Protektorem naszym, więc obrońcą cię zwiemy, jaśnie książę – zaczął Dragan – i po obronę właśnie do ciebie przychodzę.
- Któż ci zagraża, zacny kniaziu? – siedząca obok księcia jego małżonka Ermerngarda, słynęła z wielkiej urody i troski o poddanych, których ogromną miłością się cieszyła. Teralski kniaź skłonił się osobno także i jej.
- Ktokolwiek by mi zagrażał, o własne bezpieczeństwo się troszcząc nie śmiałbym najjaśniejszym czasu zabierać, ani też i pomocy bym nie potrzebował. Prosić przyszedłem dla moich ludzi. Wschodnia Terala drugi rok już cierpi od najazdów samnijskich, a w ostatnich miesiącach także i orkowie z gór schodzić zaczęli i kmieci nękać. Wojownicy w większości poszli na sukursję, nie ma komu bronić siół i kaszteli. Tymeny zaś wergundzkie, co w fortalicjach rezydują, przyjmują ludność pod ochronę, jednak z rozkazu w pole wychodzić nie chcą.
- A ty byś chciał, kniaziu, by wyszli w pole?
- Protektorem cię zwiemy, panie – powtórzył Teral z naciskiem – By od twych wojsk protekcję otrzymać.
Olaf zmrużył oczy i wstał z rzeźbionego fotela, na którym zasiadał. Stanąwszy twarzą w twarz z młodym kniaziem, wydawał się być starszy niż jego pięćdziesiąt osiem lat. Ściszając głos tak, by słyszał go tylko Teral, powiedział:
- Ilu młodych na sukursję poszło? Nie wiesz? Powiem ci, Draganie, synu Niemira. Pod wodzą Falimira z Terali wyszło sześciuset łuczników i dwustu piechocińców. Wiem, że to dużo, jednak obaj wiemy, że ma kto wciąż bronić Terali. Czemu tego nie czyni? Czemu się zdajecie na moje wojsko?
- Skoro wiesz tyle – warknął Dragan – wiesz także, czemu nie mogę w pole wyprowadzić wojów. Wiec...
- Wiec. Wojnę macie w granicach, a wy się na wiece zdajecie.
- Takie jest prawo tych ziem...
- Więc ty prawo ziem szanując, przyszedłeś prosić, byśmy was bronili.
- Za to wam, książę, trybut płacim – powiedział Dragan przez zaciśnięte zęby, patrząc Olafowi prosto w oczy.
- Słuchaj więc, kniaziu – Olaf bynajmniej nie opuścił oczu – Sądzisz, że mi sprawy Terali są obce? Że skoro na południe patrzę, to nikt mi nie powie, co się za plecami moimi dzieje? Że nie wiem, jak cię wiec wschodni potraktował? Żeście skłóceni, zwaśnieni jak niemądre dzieci, że wolicie trybut płacić, niźli odpowiedzialność sami za swoją ziemię wziąć? Ale ja za waszą ziemię odpowiadać dłużej nie mogę. Z południa idzie burza i nią się muszę zająć, bo to są sprawy wielkie. Samnijczyków zaś trzymać w ryzach nie jest rzeczą trudną. Ja z was potrzebuję sojusznika, nie dziecko pod opieką! Trybut wasz na budowę fortalicji idzie. Ja ci fortalicje oddam, protektorat w sojusz zamienię, ale armię wycofam.
- Jeśli armię wycofasz, koczownicy ludzi w niewolę powiodą i do twoich granic w końcu dotrą, bo rody się pogodzić nie potrafią...
- Ty je masz pogodzić – tym razem głos Olafa był słyszalny w całej sali – Ty, Draganie, synu Niemira, masz Teralę pod buławę wziąć. Jeśli nie, niewolnikami zostaniecie. Moimi. Teraz zaś ci dam lekcję, byś ją zapamiętał i miał przed oczami, gdy brać będziesz w ryzy swych niemądrych krajanów. Odmów, a armię wycofam natychmiast, ciebie do lochu powiodę i na placu przed twymi mi każę wychłostać. Na kolana.
Teral cofnął się o krok, pobladły na twarzy.
- Nie ważysz się.
- Wiesz, że się ważę. Ja tu jestem panem. Decyduj, niewolnikiem będziesz nadal lub jak wolny człowiek o własnej wolności zdecydujesz. Teraz jesteś niewolnikiem. Na kolana.
Olaf uniósł dłoń, dając znać gwardii, na dźwięk chrzęszczących kolczug Dragan cofnął się jeszcze o krok. Wszyscy skupili uwagę, nie wiedząc do końca co się dzieje.
- Kniaź teralski – ogłosił powolnymi, wyraźnymi słowami książę protektor – przybył złożyć mi hołd poddańczy, by w ręce moje oddać swoją godność. I to właśnie uczyni.
Gwardziści podeszli bliżej i zatrzymali się za plecami Dragana. Przy drzwiach wojowie z draganowej świty zaniepokojeni, próbowali wejść na salę, powstrzymani przez straż przy drzwiach, nie śmieli jednak głośniej protestować, nie wiedząc co się takiego dzieje.
Księżna Hermerngarda z niepokojem przyglądając się całej scenie podeszła do małżonka, lecz powstrzymał ją ruchem ręki.
Kniaź Dragan, drżąc z wściekłości, z zaciśniętymi pięściami i szczękami po dłuższej powoli wyciągnął miecz. Powstrzymani przez Olafa gwardziści w gotowości podeszli jeszcze bliżej, ale miecz z brzdękiem upadł u stóp księcia protektora. Dragan ciężko opadł na oba kolana, aż jęknęła drewniana podłoga, po czym, jakby miał zemdleć, pochylił się nagle do przodu tak, że czoło położył na własnym mieczu.
Po zgromadzonych rozległ się szmer zdziwienia.
Olaf przyklęknął obok Terala, nachyliwszy się nad nim, szepnął:
- To ostatni hołd, jaki składasz obcemu władcy.

Gdy młody kniaź chwiejnym krokiem opuścił salę, księżna nachyliła się do męża ze zmarszczonymi z dezaprobatą brwami.
- Po co ci było to upokorzenie? – szepnęła – Wroga sobie zrobiłeś.
- Być może – odparł – Ale jeśli go dobrze oceniłem, gdy ochłonie, zrozumie. Nie ma prócz niego nikogo w całej Terali, kto może ten kraj jednością uczynić. Falimir jest wielkim wojownikiem i dowódcą, ale nie politykiem. Dragan zaś ma ducha i wolę. I mądrość. On jeden może mi z podopiecznych uczynić sojuszników. Bo armię z północy muszę wycofać. Nie mogę ich ochraniać, gdy zacznie się na południowej granicy. Muszę mieć bezpieczne plecy, a Samnijczycy po śmierci Miry stali się nieprzewidywalni.
- Jeśli jednak źle oceniłeś, miast sojusznika, zyskałeś śmiertelnego wroga.
- Jeśli źle oceniłem, Terala wkrótce stanie się pustkowiem, dzikim ostępem, gdzie hula zwierz. Bo kamienia na kamieniu koczownicy nie zostawią. Cóż mi po takim wrogu.
- Obyś miał rację, kochany mój. Obyś – westchnęła księżna, odgarniając znad oczu księcia protektora siwy kosmyk włosów.

ROK 887, Meghalaya, Pethaban
Miasto Meghalaya jest pełne pałaców. Każdy z wielkich magów, zwanych tutaj mahami, posiada własną, reprezentacyjną siedzibę na czas, gdy pełni swoją funkcję, oraz pałac pod miastem, gdzie odpoczywa. Do tego osobne pałace mają zarządcy różnych dziedzin życia miasta, apiswami, dostojnik zarządzający zaopatrzeniem miasta w wodę, arjunaswami, pilnujący porządku i czystości w mieście, bhumisati, zwierzchnik nad ogrodami... Nazw urzędów nawet obcy mógł doliczyć się kilkudziesięciu, a miejscowi twierdzili, że jest ich ponad setka. Każdemu urzędowi przypisany był pałac, mniej lub bardziej okazały. Prócz tego wspaniałe i pełne przepychu rezydencje należą do światłych rodzin, posiadających błogosławieństwo gwiazd, bowiem pochodzi z nich wielu światłych nauczycieli, uczonych i mahów.
Miasto Meghalaya pierwszy raz zobaczyło przybyszów wiele lat temu, gdy piersi Uzurpatorzy przejęli stare górskie twierdze, umocnili je, a potem zeszli z gór ze swoimi armiami i zażądali hołdu. Światli uczeni miasta wiedzieli, że złe są wróżby, trajektorie ciał niebieskich będą bowiem zbiegać się w złym kierunku, przynosząc mieszkańcom wspólny zły los aż do momentu, gdy zetkną się one i przetną, a los się odwróci. Dlatego właśnie mieszkańcy i mędrcy uznali, że nie warto podejmować walki z Uzurpatorami, należy cierpliwie znieść swój los czekając na moment, w którym się on odmieni. Nawet kiedy pojawili się wybawcy, kiedy z położonego na południe za łańcuchem górskim Khagarhaweli przychodziły już wieści o zepchnięciu Uzurpatorów w góry, o zdobyciu Khi Madal, o uwolnieniu wiosek i osad, wciąż czekali. Wiedzieli przecież, kiedy ten moment nastąpi. Wiedzieli, że będzie dzisiejszy dzień.
Oddziały zwycięskich zdobywców, którzy pokonali Uzurpatorów, nie prezentowały się szczególnie bogato na ulicach miasta Meghalaya. Obdarci, wycieńczeni, w pordzewiałych i poniszczonych kolczugach, stanowiliby raczej obiekt współczucia niż uwielbienia, gdyby nie to, że mieszkańcy od dawna przecież wiedzieli jaka jest prawda i żałosna powierzchowność nie mogła ich zwieść. Zresztą, pokonanie Uzurpatorów w okręgu Meghalaya stało się faktem, niedowiarkom udowodniło czarno na białym jak sprawy stoją. Wyczerpani wojownicy pod sztandarami z odległych krain prowadzili zakutych w kajdany ich niedawnych ciemiężycieli, by po uroczystej defiladzie rzucić ich pod nogi Wielkiemu Mahowi Radży.
Kilka dni później zdobywcy twierdzy Gurdar nie wyglądali już tak żałośnie. Przyjęci pod gościnny dach w licznych domach w i pod miastem, zostali opatrzeni, umyci i nakarmieni, sztandary i mundury wyprane, broń wyczyszczona. W takim stanie dopiero mogli zacząć właściwie podziwiać urodę miasta Meghalaya i jego pałaców.
W jednym z pałaców właśnie, w rozświetlonym lampionami ogrodzie trwało wieczorne przyjęcie. Gospodarze, zamożna i błogosławiona licznym potomstwem rodzina Rayala, otworzyli swoją posiadłość dla wszystkich, którzy chcieli przyjść, by posłuchać i popodziwiać wojowników z zachodu, by dla nich śpiewać, tańczyć i wznosić toasty. Pomiędzy obficie kwitnącymi rododendronami rozłożono stoły z owocami i pieczywem, wielkie puchary słodkich trunków. Krążyli wśród nich Wergundowie, krasnoludy, Terale, podziwiając bogactwo barw, zapachów i smaków tej krainy. W centrum, przy fontannie, na rozłożonych na marmurze poduchach pod baldachimem siedzieli odziani w jedwabie gospodarze, słuchając opowieści, przerywanych toastami i pieśniami.
- Tak więc mówisz, szlachetny panie z Karantani, że by zdobyć twierdzę podzieliliście swoje siły?
- Nie jestem szlachetnym panem – uśmiechnął się Sulibor, kłaniając się kurtuazyjnie – W moim kraju ród mój nie jest kniaziowski, a tylko kmiecy, jak większości z nas.
- Zatem – pani domu nachyliła się lekko, gestykulując zdobną w złote bransolety ręką – napiszemy do waszych mahów, by udzielili tobie i innym bohaterom stanu wyższego, tak być powinno!
- Dzięki ci, piękna pani – Sulibor się uśmiechnął, a jego towarzysze zgodnie wstali i wznieśli głośny toast na cześć gospodyni. Po chwili opowieść popłynęła dalej:
- Podzieliliśmy siły, by odwrócić uwagę obrońców od prawdziwego ataku. Mieliśmy bowiem tylko kilka godzin, gdyby siły Uzurpatorów zastały nas w czasie szturmu, zostalibyśmy uwięzieni między dwoma wrogimi liniami. Przeto kniaź Falimir wysłał najlepszych ze swoich ludzi, cichcem, bez hałasu. Wspięliśmy się po murze do bastei i opuściliśmy innym sznury. Zajęliśmy całą basteję wywieszając chorągiew na szczycie, gdy zaś zobaczyli to obrońcy, wpadli w panikę, sądząc, ze przerwano gdzieś mury. Dowodził nami Mojmir, największy spośród nas wojownik.
- Chwała, chwała Mojmirowi! – rozległy się okrzyki, jednocześnie kilka osób machnęło ręką w kierunku Mojmira, który zajęty był akurat kurtuazyjną walką z jednym z pethabańskich wojowników. Czekając, nim Mojmir podejdzie, Sulibor kontynuował:
- Rzuciły się na nas wielkie siły, ale basteja miała wąskie jeno blanki, bez trudu obroniliśmy ją, gdy w tym czasie nasi przełamali opór na murach i runęli na obrońców. Gdy zaś kilka godzin później przybyły te posiłki, co miały oblężonych wspomóc, przepuściliśmy ich niezaczepionych do samych murów, potem zaś zrobiliśmy to dokładnie, co chcieli oni nam uczynić, czyli zamknęliśmy między murami a obozem w okrążeniu i wybiliśmy wszystkich.
- Gdzież więc jest ów Falimir, którego mądrości zawdzięczamy wasze zwycięstwo?
- Panie, kniaź Falimir poległ w trakcie szturmu.
Pani domu lekko teatralnie zaszlochała, pan domu zaś wzniósł kielich, dając sygnał do kolejnego toastu. Ten jednak był w milczeniu.
Mojmir, który podszedł również lekko zdyszany wraz z wojownikiem, z którym się mierzył, zasalutowali bronią gospodarzom i dołączyli do siedzących.
- Nie jest dziwne, że mając tak szczupłe siły, zdobyli Bramę Gór – z ukłonem rzekł ów Pethabańczyk – Wielką siłą dysponują, a ich oręż, rozpędzony, łamie nasze żelazo i przebija zbroje.
- Jednak – odparł uprzejmie Sulibor – szybkości i finezji waszych szermierzy trudno nam dorównać, czego przykładem być może ów młodzieniec, którego imienia nie poznałem...
- Hazim Lal Maharishi – ukłonił się Pethabańczyk, a resztę prezentacji wziął na siebie gospodarz:
- Hazim to jeden z najlepszych naszych wojowników, wybrał drogę ostrza, chociaż rodzina Maharishi od wieków wysyła swoich potomków na nauki do aćarja i wielu jest wśród nich uczonych wielkich, sahdaków i mahów. Jemu jednak drogę wskazały gwiazdy odmienną, przez co szczególnym może być błogosławieństwem obdarzony. Teraz jest przy dworze mahów subedarem, co się tłumaczy na wasz język jak dowódca wielu, kapitan.
- Zbyt mi pochlebiasz, szlachetny – Hazim, by uniknąć zakłopotania, postanowił przerwać ów wywód – Może ktoś jeszcze chciałby oddać cześć bogom w tańcu ostrza? – ukłonił się w formule zapraszającej do kurtuazyjnego pojedynku, jednak widząc wstającego Sulibora roześmiał się – Szlachetny, ciebie widocznie zesłano mi, bym się szkolił w pokorze.
Obecni roześmiali się, wszyscy wiedzieli o co chodzi. Sulibor był leworęczny, regularnie wygrywając dzięki temu wszelkie pojedynki.
- Jesteście bardzo przywiązani do wizji zapisanego w gwiazdach przeznaczenia, prawda? – zagadnął Sulibor Hazima, gdy niespiesznie zmierzali w kierunku placu walki. Jak większość jego towarzyszy, był ogromnie ciekaw tych ludzi, ich tak bardzo odmiennego, ale niezmiernie barwnego świata.
- To prawda – odpowiedział Pethabańczyk – Każdy z nas, gdy się rodzi, ma zapisany swój los. Życie człowieka odczytać można z tego, jakie jest ułożenie gwiazd w miejscu, gdzie przychodzi na świat, od momentu urodzenia, od przeznaczeń jego rodziców. Mahowie i astrolodzy potrafią odczytać ów los i wiedzą, które dziecko jakim aćarja oddać.
- A co jeśli się pomylą? – dopytywał się Teral – Co, jeśli źle odczytają los i dziecko pójdzie na inną drogę niż powinno?
- To się nie może zdarzyć – uśmiechnął się Hazim – Wszystko, co nas spotyka, jest naszym przeznaczeniem, nawet co nas spotyka omyłkowo...
Nie dokończył zdania, zaintrygowany nagłym hałasem za ich plecami. Odwrócili się zaalarmowani i zobaczyli niecodzienny widok. Przed krzyczącymi w zdenerwowaniu gospodarzami stał człowiek, odziany w kapiący od złota płaszcz, na głowie miał turban wyszywany kryształami. Z jego dłoni jarzyło się pasmo bladobłękitnego światła, które biegło od ręki do skulonej na podłodze istoty. Stwór ów, wyraźnie humanoidalny, posiadał pokaźnych rozmiarów ogon, wyrastający z dołu pokrytych szorstką łuską pleców. Ze skroni sterczały mu szpiczaste narośle, zaś z wykrzywionych złością ust szczerzyły się szpiczasto kończyste dwa szeregi kłów. Istota owa najwyraźniej trzymana na uwięzi przez godnego gościa, szczerzyła się i warczała, próbując dosięgnąć zdziwionego w najwyższym stopniu Mojmira, sugestywnie dając do zrozumienia, że jeśli smycz puści, rozszarpie Terala na strzępy.
- Na litość bogów, co to jest? – szepnął Sulibor.
- To aszura – odparł Hazim – Nie ma się czego bać, ten aszura należy do wielkiego maha Tal Gangadhar Dilak, tego oto, którego widzisz. Każdy z mahów ma takich wielu na usługi, całkowicie nad nimi panując. Czasem przebywają one uwięzione w przedmiotach, czasem przebywają w dźńeja, a czasem towarzyszą swym panom fizycznie, jak ten tutaj. To istoty mocy, z których mocy mahowie korzystają by tworzyć. No, ale nie zajmujmy się drobiazgami – uśmiechnął się, bowiem doszli już do placu – raz jeszcze spróbuję mojego przeznaczenia z "człowiekiem na odwrót".


ROK 889, Korathia
Cała wielka sala Koratyńskiej Akademii Handlowej była wypełniona po brzegi. Nieznośny smród uderzał w nozdrza zaraz po przekroczeniu wrót, jedynych, które były otwarte. Pozostałe wrota naczelny medyk nakazał zabić deskami, podobnie jak okna, zostawiając tylko kanały wentylacyjne. Przed wrotami stała straż, wyposażona w maski. Sami medycy także pracowali w osłonach na twarze i rękawicach, chroniących dłonie aż po łokcie.
Aine nie lubiła wchodzić do sali, sama siebie karcąc w myślach za ten ludzki odruch, który kazał jej się krzywić na zapach unoszący się nad chorymi. Jednak praca wynagradzała jej ten wysiłek. Noc spędzona na pracy w laboratorium, analizy kolejnych substancji, próby, próby, próby, były mozolną, codzienną, trudną pracą, nad którą zdarzało się jej zasnąć. Ale kiedy gotowy już preparat niosła do sali, gdy podawała go pierwszym chorym, z drżeniem serca oczekując – zadziała czy nie zadziała? – wtedy właśnie pełnią siebie rozumiała, dlaczego wybrała tę profesję. Ona, córka, wnuczka i prawnuczka magów, odrzuciła tradycję, co przy okazji zaowocowało faktem, że rodzina odrzuciła ją, dając powód do szukania szczęścia i spełnienia zawodowego poza murami rodzinnego miasta. Na szczęście były miejsca, które przygarniały takich jak ona, dając im nową ojczyznę. Aine uważała się więc za Styryjkę, choć nie przeszkadzało jej to przyjaźnić się z przedstawicielami wielu nacji, których spotykała na drodze. Nie była magiem, więc wiary w Tavar nikt od niej nie wymagał. Była medykiem. Teraz zaś miała możliwość i okazję pracować z najlepszym medykiem świata, bo za takiego własnie uważała Witalidesa. Tę opinię utwierdziła dzisiejszego poranka. Wchodzącą do sali powitał okrzyk jednej z pielęgniarek, młodziutkiej dziewczyny z podmiejskich slumsów:
- Pani Aine! Stał się cud! Aine!
Gdy podbiegła do łoża chorego, już na pierwszy rzut oka dostrzegła, że rozległe czerwone plamy na ciele, które towarzyszyły objawom zarazy, zbladły i częściowo zanikły. Po pierwszych obserwacjach stwierdziła też, że spadła temperatura, a chory oddychał w miarę normalnie, wciąż charcząc nosem, ale ewidentnie zator w drogach oddechowych został odblokowany. Roześmiała się w głos.
- Podałam mu lek przedwczoraj w nocy! – powiedziała, sprawdzając kolejne partie ciała i na kolejnych zyskując potwierdzenie cofania się choroby – To jest niesamowite.
- Ale co podaliście w lekarstwie? Pan Witalides to opracował?
- Tak, on – uśmiechnęła się Aine – Bo widzisz, chodzi o to, że trzeba najpierw uchwycić tę cząsteczkę, która jest niewidzialna, więc jej nie możemy zobaczyc, ale ona jest. Ona powoduje, że organizm zaczyna wariować, chcąc zabić tę cząsteczkę, sam siebie niszczy. Takich cząsteczek jest wiele, ludzie je przynieśli ze sobą z Pethabanu, na ubraniach, butach, na biżuterii noszonej na ciele. A czasem w samym ciele, nawet o tym nie wiedząc. Wiesz, wciągnęli z oddechem i trzymali to w płucach. Albo z jedzeniem. Ludzie z Pethabanu mają inne organizmy, znają te cząsteczki, wiedzą jak się bronić, a nasze organizmy panikują i szaleją – tłumacząc zafascynowanej sanitariuszce Aine wstrzykiwała choremu kolejną dawkę leku – Więc najpierw musimy ustalić co to jest za cząsteczka. Potem musimy znaleźć dwie rzeczy, taką po pierwsze substancję, od której sama cząsteczka zdechnie w naszym organizmie jak szczur po trutce. Ale po drugie też i drugą substancję, która zatrzyma to, co wyczynia nasze ciało. Te wszystkie plamy, zatory, ropnie, to wszystko szaleństwo trzeba zatrzymać, więc po to dodaje się inny preparat, który uspokaja organizm. I jeszcze inny, który pozwoli się zregenerować. To mu właśnie wstrzykuję, widzisz? Po tym jutro powinien już przytomnie mówić, a oddech winien się unormować.
- Pani Aine – szepnęła sanitariuszka – Pani jest magiczką normalnie!
- Ależ skąd – roześmiała się medyczka – To żadna magia. To tylko alchemia i to, co bogowie stworzyli. Masz, tu jest w skrzynce zapas leku. Rozdziel między wszystkie i wstrzyknąć mi to każdemu choremu jeszcze dziś. A najlepiej natychmiast. Jutro podacie pozostałe preparaty, ale doustnie jeśli się da. A teraz wybacz.
Aine wybiegła z sali, zrzucając maskę i rękawice jeszcze w pomieszczeniu kwarantanny, pozwalając sobie na tak pośpieszne umycie rąk, za której każdej z sanitariuszek urwała by głowę. Musiała wiedzieć natychmiast, który z testowanych przez poprzednie noce preparatów dał wyniki. Musiała to wiedzieć natychmiast.
- Witalidesie! – krzyknęła na progu, wpadając jak burza bez pukania do kwatery naczelnego medyka – Witalidesie, są wyniki! Są.... – wyhamowała gwałtownie, widząc za biurkiem zamiast Witalidesa, jego zastępcę, magistra medyceusza z Akademii.
- Nie ma go – odparł – Wyjechał.
- Co? Jak to? Gdzie? – zapytała zdezorientowana.
- Dostał list wczoraj w nocy. Wyjechał o świcie. Mówił, że to wezwanie od przyjaciela, z którym na sukursje chodził. Z Terali.
- Kiedy wróci?!
- Spakował wszystko. Nie wróci.



ROK 895, Srebrnohora, wsch. Terala
- Powiadasz więc – Dagobert, żeby zwizualizować sobie przedstawianą mu właśnie skomplikowaną strukturę, musiał pomóc sobie układanymi na ziemi kamykami – że każdy Teral jest czworga imion, tak? – Dagobert był inzynierem wojskowym, minerem i trochę alchemikiem, jego ścisły umysł wymagał rozpracowania na czynniki pierwsze, więc Wergund ilustrował sobie każdy element, kładąc na ziemi kolorowe kamyki – To imię, które mu rodzice nadają, to pierwsze?
- Nie – roześmiał się mały Borzysław – Pierwsze to jest imię dziecięce, co się nadaje, nim się wiek dziecięcy skończy, ono jest nieprawdziwe.
- Nieprawdziwe?
- No! Bo dzieci przed tym wiekiem częstokroć umierają. Przeto zeby demony nie mogły dziecięcia po imieniu wołać i mu uroku rzucać, to imię dziecięce się mu daje, a prawdziwe jest w ukryciu i dziecko go nie zna.
- To Borzysław to dziecięce imię?
- No bez żartów! – oburzył się poważnie mały Teral – Ja mam już dwanaście wiosen! Imię prawdziwe się wyjawia w siódme urodziny, gdy postrzyżyny następują!
- Rzeczywiście, przepraszam! – roześmiał się Dagobert – Dobra, więc imię dziecięce – jeden. Imię prawdziwe to dwa. Imię po ojcu?
- Albo matce, po dziewczyńsku. Ja jestem Borzysław, syn Krzemira, a siostra moja to Tomiła, córka Rościsławy.
- Jasne, to logiczne – przyznał Wergund – A można powiedzieć "Borzysław, syn Rościsławy"?
- Można, ale wtedy jeno, kiedy ojciec nieznanym jest, wtedy wiadomo, że taki człek to podrzutek lub bękart. Więc częściej gdy macierz sama wychowuje, to synkowi imię dziadka dodaje, miast ojca.
- Mhm, poważna to sprawa. Dobra, to jak na kogo, jak na waszego kniazia, mówią Dragan Karanowic, to on znaczy syn Karana jest, tak?
- Nieeee! – Borzysław aż zaparskał na taką ignorancję – Kniaź Dragan jest syn Niemira, a Karanowic jest bo znaku Karany!
- Znaku? A ów znak to co? Jak nasz herb, tak?
Młody zastanawiał się przez dłuższą chwilę, po czym rzekł:
- Chyba nie. Albo tak. Bo nie wiem, jak wasze herby się dzielą. Znak to jest to, co na stanicach się nosi. Po waszemu chorągwiach. Ale to nie to samo co ród, bo wiele rodów jeden znak nosi.
- A, kumam, to jak klany krasnoludów?
- Eeee... nie wiem. Chyba. Rody pod znakiem niespokrewnione są w ogóle, chociaż czasem są, ale ten sam znak noszą, więc razem decydują, razem na wojnę stają i w ogóle.
- To znaki kniazie noszą, tak?
- No tak, ale inni też. Kniaziowe znaki są czyste, znaczy, jak je rysować, to nic nie mają dodanego, przykładowo Karana rodu Awdan, tego, co z niego kniaź Dragan pochodzi, to tak wygląda – tu naskrobał patykiem coś, co z grubsza przypominało obręcz z kwadracikami – Jakby byli kmiecym rodem, to tu by kreska była, a jakby witeziowym, to tutaj kreska, a tu strzała. Karanowice są rodem horodeckim.
- Że jakim...?
- No wiesz, hrad trzymają. Gród po waszemu. Karantanię.Nitrę trzymają Nitrawice, Bóbr – Bobrowice. Z Bobrowiców to widywałeś tutaj panią Samboję, ona dziedziczką rodu Konasza jest, przez co jej ziemie pod Draganowe podpadają.
- Znaczy ten jej ród nie jest.... hore..hora...horadecki?
- Nie jest. Hrad Bobrowy dzierży ród Bojczów z Bobrowiców.
- O bogowie – Dagobert roześmiał się szeroko nie bez podziwu dla wiedzy małego rozmówcy – Skąd ty wiesz to wszystko?
- Jak skąd, wszyscy to wiedzą. Tylko obcy nie. Wy obcy, to nie wiecie. Chcesz, to ci wszystkie znaki teralskie wymienię, patrzaj: Karana, Bobry, Sisa, Nitra, Lędziany, Czewoja, Gozdawa, Dołęga, Jastrzębiec, Junosza, Łada, Ogończyk, Przegonia, Szreniawa – wyrecytował chłopczyk na przydechu – W znaku Karany są rody Awdan co jest kniaziowski i horodecki, Birkuty i Kietlicze kniazie, Wojniłły i Sulimy witezie, Jury i Sierpice kmiecie. Takoż samo w innych znakach – jeden ród kniaziów horodeckich, po dwa albo trzy kniaziowskie, witeziowe i kmiece.
- No ale jak niby to wypada, że Konasze kniaziowy ród, a posłuszni muszą być Draganowi, co też kniaź, chociaż ci Bobrowice, a on spod Karany? – Dagobertowi spora chwilę zajęło ułożenie prawidłowe tego zdania.
- No jak to, bo Konasze, choć Bobrowice, mają swe ziemie pod panowaniem hradu karantańskiego. Wy to nic nie rozumiecie. Jakby miał draganowy ród Awdanów ziemie swoje, albo choć trochu pola pod panowaniem grodu Bobrów, to by im winien z tego pola posłuszeństwo. Znaczy Bojczom Bobrowicom, co dzierżą gród bobrowy. Rozumiesz?
- Załóżmy. Ale jakże dzierżą gród bobrowy, jak grododzierżcą, znaczy komesem jest tam Gromisław, a w Karantanii przecież Mścidrug Gozdawic.
- No żesz! – mały parsknął ze zniecierpliwieniem – Taż przecież grododzierżców, czeli po waszemu komesów, wiec mianuje! Oni się grodem zajmują, ale posłuszeństwo winni kniaziowi. Wiec przecież bez woli kniazia mu nie mianuje grododzierżcy!
- Ale też i kniaź bez woli wiecu sam nie mianuje?
- No nie. Wiesz, wiece różne są, bo jest wielki wiec, co się cała Terala zbiera, wszystkie znaki, rody i wszyscy, co noszą godności mianowane, żercy, co bogów czczą, druidzi, co kowenom przewodzą i wszyscy wszyscy. A mniejszy to wiec wschodni, wtedy trzy wschodnie grody się zbierają. A mniejszy jeszcze to wiec grodowy, co się jeden gród zbiera, a mniejszy to wiec kmieci. I wiece mianują różne godności i sądzą spory i wojnę zarządzają i w ogóle co trzeba zarządzają. I na wiecu też kniazie mianują grododzierżców w hradach, żupanów w osadach rzemieślniczych, za to władykowie, znaczy ci co na czele kmiecych rodów stoją, mianują czelników i wójtów w siołach i opolach.
- Co jest sioło, a co opole...?
- Sioło to jak nie więcej jak pięć gospodarstw stoi. A opole, to jak więcej, ale nie ogrodzone. Jak ogrodzone częstokołem, to już grodziszcze. A jak fosą jeszcze, to gród czyli hrad po staremu. No, to mianują jeszcze kniazie swoich palatynów, co jest słowo z Ofiru pochodzi – dumnie oznajmił Borzysław – Palatyn znaczy ten co pałacu strzeże kniaziowego. Tak jak kniaź Dragan witezia Mojmira mianował.
- Mojmira syna Bolemira, bohatera z Pethabanu, wiem – pochwalił się Dagobert, choć na chwilę odzyskują autorytet dorosłego w oczach malca – Mojmir znany jest w Wergundii, od naszego księcia protektora wiele tytułów otrzymał.
- Tu go Żelaznym zwą – mruknął Teral – W stal zakuty chodzi, jak wy, Wergundy, groźny on wojennik i mir ma wielki.
- Wie co dobre – roześmiał się inżynier – On palatynem jest, znaczy, że kniaziowi Draganowi służy, tak?
- Tak, a kniaź mu zamek oddał we władanie. Zamek – Borzysław uprzedził pytanie – zamek to wtedy, jak jeno do obrony służy, a nie do ludzi mieszkania. Jak fortalicje wasze, tylko większejsze i z kamienia. A jak zamek ma wieżę jeno jedną, to się kasztelem zwie i kniaź tam kasztelana mianuje.
- To wiedziałem – odparł Wergund – To chyba dobry kniaź wasz i dobrze się dzieje w Terali, co?
- Dobry kniaź – powiedział mały – Jeno szkoda go, bo ostatni jest z rodu.
- Jak to, młody przecie jeszcze, nie?
- Ano. Ale mu bogowie łaskę potomstwa odebrali. Wiele on niewiast ma przy sobie, ale wszyscy wiedzą, że niezdolen jest żadnej ciężarną uczynić. Dlatego też, miał niegdyś zrękowiny czynić z Samboją Bobrówną, po wiecu jednak śwaćbę cofnęli. Bo też i oni się na tym wiecu wielce poróżnili.
- Takie to dorosłe sprawy znasz? Nie za młody jesteś, by o niewiastach rozmawiać?
- Ja już dwanaście mam wiosen! – żachnął się Borzysław – Sam za młody jesteś!
- Dobrze dobrze – uśmiechnął się Dagobert – Ale prócz tego, że dzieci mieć nie może i małżonki nie ma, to dobry kniaź?
- Dobry kniaź. Ale nie wszystko się dobrze dzieje... Tylko ciiii, bo jak macierz usłyszą, że z obcym o tym mówię, to mi uszu natrą... Bo teraz, jak ludzie chorować zaczęli, to mówią, że to przez to, że kniaź kazał posągi wywracać, żerców z chramów, a kapłanów z kącin wygnać...
- Ano – potwierdził Dagobert – Przychodzili tu ludzie się skarżyć. Tylko nie wiem, czym się żerca od kapłana różni i co to chram, co kącina, i które z nich jest świątynią...
- Ech... – chłopiec wywrócił oczami – Kącina to miejsce, gdzie wszyscy kapłani mieszkają, ale gdzie ludzie inni nie mają wstępu, bo to ustronne miejsce jest, by ich nikt nie rozpraszał. Dlatego kącina, bo pokątne. Chram zasię to tam, gdzie lud przychodzi sławić bogów i ofiary składać, jak ten chram co tu powyżej fortalicji, tam gdzie panią Wedę czczą. I w chramie żercy ofiary składają, bo nie każdy kapłan przecież może ofiary czyli żertwę składać, więc żerca to ten, co żertwę bogom daje, jemu bogowie zsyłają moc i wiedzę, i jasnowidzenie i inne łaski.
- Czyli u nas jak kapłan po prostu – mruknął Dagobert, po raz kolejny zachwycony wirtuozerstwem, z jakim mieszkańcy Terali potrafili komplikować proste pojęcia – Tak więc kniaź Dragan miłością do kapłanów nie pała, że im kazał się wynosić?
- Nie no, wynosić to nie, jeno nakazał ofiar zaprzestać, zezwoliwszy jedno kowenom druidzkim, by ofiarę składały zgodnie z najstarszą wiarą. Bo tego też pewnie nie wiesz, że bogów my szanujemy, jak i przodkowie nasi, ale nim zaczęliśmy im cześć oddawać, czciliśmy Matkę Ziemię jak druidzi uczą. Wszyscy druidzi na świecie się z Terali wywodzą, a druidzkie czynienie jest mówione w języku prastarym, w którym dziady nasze mówiły.
- A ty znasz ten język?
- Nie znam – zasmucił się Borzysław – Nikt prócz druidów już go nie zna. Pono w tym języku jeno licha leśne mówią, Poświst, Zora i inne bóstwa leśne. Ale kto by tam się odważył do nich na naukę iść...
W zwykły harmider fortalicji nagle wdarł się dźwięk rogu. Dagobert zerwał się, poklepał młodego po ramieniu i uśmiechnął się:
- Jutro mi opowiesz o leśnych lichach, co? Teraz muszę iść, dzięki, witeziu – spróbował błysnąć wiedzą, ale mały na odchodne krzykną:
- Ja z rodu kmiecego jestem, co ty, nie wiesz?
Idąc na plac Dagobert jeszcze się śmiał, ale poważna mina auxilion nie wróżyła powodu do radości. Ingeboran PiocArk'hant, pełniąca funkcję castora, czyli dowódcy fortalicji, i jednocześnie auxiliona, odpowiednika decuriona dla wergundzkich oddziałów kondotierów, nie była osobą ponurą, ani skłonną do paniki z błahych powodów, więc tym bardziej przejęli się jej słowami.
- Przyszły rozkazy – oznajmiła lakonicznie auxilion – Mamy tydzień na opuszczenie fortalicji i wycofanie się na południe za granicę Terali. Na wschodnią Teralę zostaje nałożona blokada kwarantanny. Panowie oficerowie, za dziesięć minut widzimy się w kantynie. Jesteśmy oddziałem kondotierskim, musimy zdecydować, co robimy.

* * *
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.