Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze swiata gry.
 

obozy
 
Nowość!

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:






 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

"Piętnastolecie" cz. 1 - opowiadanie, będące wstępem do gry a.D. 2013
 
ZWIASTUN 2013 cz. 1

ROK 880 Messyna

Jest czas umierania i czas narodzin. Czas siania i zbierania plonów. Czas wojny i gniewu. I czas odbudowy tego, co w czasie gniewu zostało zniszczone. Na szczęście, bo Messyna bardzo tego czasu potrzebowała. Widać było na każdym kroku tę ulgę, z jaką zmęczeni mieszkańcy przyjęli długo oczekiwany pokój. Że nie wszystko było jak przed wojną? Cóż, trudno. Było dość czasu, by przyzwyczaić się do poczucia utraty. Utraty dóbr materialnych, utraty ukochanych bliskich, utraty wiary, utraty domu... Ale zostało w ludziach dość nadziei, by podjąć trud i raz jeszcze stawiać kamień na kamieniu. I tak z dnia na dzień można było obserwować, jak zmartwychwstaje Miasto.
Szlachetny Theo Tynagiron obserwowałby to z ogromnym wzruszeniem, zapewne dawnemu oficerowi messyńskiej hetajry nie raz zaszkliłoby się oko na widok kwiatów, które pierwszy raz od wojny zakwitły w ogrodach akademickich, z których wygarnięto wreszcie popioły i gruz. Stanąłby ze ściśniętym gardłem przed obeliskiem, pod którym pogrzebano prochy obrońców Messyny, jego towarzyszy broni, ustawionym tam, gdzie kiedyś stał złocony dumny posąg Eutyka, zjednoczyciela Ofiru. Ot, znak czasów, pomyślałby. Jedność Ofiru jest już historią, zaś żal po poległych w gruzach Miasta był wciąż żywy. Zamyśliłby się, spojrzawszy z murów Górnego Zamku na rude dachy kamienic Przedmurza, tam, gdzie kiedyś dane mu było zobaczyć obcą boginię, depczącą sztandary sojuszu.
Zrobiłby to wszystko, gdyby tylko miał do tego głowę. Ale nie minął nawet miesiąc od momentu, gdy Senat złożył na jego barki godność kratistosa. Theo nie był osobą, która nie rozumiałaby i nie odczuwała przygniatającej wagi tego zaszczytu, a gdyby nawet – mnożące się i wciąż depczące mu po piętach problemy nie pozwoliłyby popaść w leniwą dumę.
Tego popołudnia właśnie jeden z drastycznych problemów Theo Tynagirona miał zostać rozwiązany definitywnie.
Towarzyszący mu enom warangijski odprowadził go do Pałacu Flaminów, gdzie na wyraźny rozkaz miał czekać do powrotu kratistosa. Tynagiron przekroczył bramę i znanymi korytarzami przeszedł do zachodniego skrzydła, upewniwszy się, że zostanie zobaczony przez strażników Sali Wielkiej Rady, i dopiero po tym skręcił dyskretnie w prawo, do wąskiego korytarza, którego wejście skryte było za arrasem zdobiącym półpiętro schodów. Korytarz, przeznaczony do szybkiej i dyskretnej komunikacji służby, posiadał równie dyskretną płytę w podłodze, podnoszoną ukrytym pod lichtarzem mechanizmem. Theo poniósł płytę i zszedł w wypełniony zapachem zgnilizny i wilgoci tunel. Miejskie kanały burzowe.
Znając rozkład kanałów na pamięć, kratistos dotarł na miejsce w czasie, który zwykłemu mieszkańcowi zajęłoby zorientowanie się w położeniu. Wszyscy już czekali.
Tynagiron mimowolnie uśmiechał się, widząc dobrze znane twarze, ściskając ich ręce po tym, kiedy stanowczo zabronił jakiegokolwiek przed nim padania na kolana. Przypominali mu zostawione za sobą Srebrnogórze. Ludzie, dzięki którym stał się tym, kim się stał, wodzem powstania, przywódcą kraju, władcą... No właśnie. Kim się stał...
- Wybaczcie tę dziwną sytuację- zaczął – Tajemne wezwania, zobowiązanie do milczenia, cała ta otoczka była konieczna, bowiem misja, do której Was potrzebuję, jest wielkiej wagi i ogromne szkody mogłoby poczynić, gdyby ktokolwiek postronny dowiedział się o Waszej tu obecności. Czy zatem nikt nie wie?
- Panie – odezwał się w imieniu reszty Elfgar – Znaczenie rozkazu znamy nie od wczoraj. Nie wątp w nas i dziś, jak nigdy nie wątpiłeś.
Tynagiron uśmiechnął się gorzko.
- Nigdy nie wątpiłem. Zatem, czy jesteście gotowi znów oddać swoje życie dla dyspozycji Miasta? A gdy będzie trzeba, zginąć, by ono było bezpieczne? Muszę uzyskać od Was tę odpowiedź dziś jasno i klarownie, jak nigdy.
Wojownicy z oddziału zareagowali spontanicznie. I absolutnie zgodnie. Siedem osób jak jeden mąż przyklęknęło na jedno kolano jak rekruci 19. pontekostii, składający pierwszą wojskową przysięgę.
"Tobie, Messyno, przysięgam w obliczu bogów i przez pamięć przodków, strzec ludzi twoich, i domów twoich, i murów twoich, a gdy zajdzie potrzeba, bronić ich do ostatka, do samej śmierci, nie uchybiwszy honorowi ani godności obywatela Miasta"...
Zanim skończyli recytować przysięgę, podjął decyzję.
- Szczegóły misji wyjawi wam za chwilę szlachetny Domnicjan Kargiliaes, przyboczny mój, człowiek któremu ufam całkowicie.
Nie zdziwili się, Kargiliaesa znali w Messynie wszyscy, człowieka, o którym mówiono, że dzięki niemu udało się w ogóle zwołać senat, on pogodził partykularne interesy i zmusił do współpracy dowódców i rody. Ale plotki głosiły, że uczynił to, bo na każdego z senatorów miał haka i każdego miał w garści, sam nie mając żadnej formalnej władzy ani stanowiska.
- Zostańcie tutaj – zanim minął łukowy otwór drzwiowy, oddzielający pomieszczenie od reszty kanału, odwrócił się jeszcze i rzucił – Bogowie z wami...
W drzwiach – jedynym wejściu do pomieszczenia – minęło go trzech ludzi o aparycji najemnych zbirów, uzbrojonych w kusze. Naciągnięte. Nie odszedł na tyle daleko, by nie słyszeć krzyków. Nie chciał. Choć nie łudził się, że jakikolwiek bóg policzy mu to jako wyrównanie winy.
Domicjan dołączył do niego dłuższą chwilę po tym, jak krzyki umilkły. Kolejną długą chwilę odczekał, zanim zaczął mówić.
- Nie było elfki.
- Wiem – lakonicznie odpowiedział kratistos. Po kolejnej chwili milczenia dodał – Jej nie obchodzi Messyna, jest już daleko na południu. Z pozostałych byli wszyscy.
- Wszyscy, którzy wiedzieli o truciźnie?
- Tak. Wszyscy z tego oddziału.
- Co z Itaryjczykiem?
- Nie żyje.
Domicjan odetchnął. Z troską spojrzał na swojego władcę, kładąc mu familiarnym gestem rękę na ramieniu.
- To było konieczne, Theo. Każdy, kto wie o rechitacea, jest potencjalnym zagrożeniem dla Miasta. Tego wymagało wyższe dobro.
- Tak. – odpowiedział Tynagiron mocno nieobecnym głosem – Idź dokończ to, co musisz.
Domicjan wstał i podniósł stojące pod ścianą dwie butelki. Po chwili z sąsiedniego pomieszczenia doszedł odgłos, wskazujący na ciągnięcie po ziemi ciał. Zgrzytnięcie o podłogę – ktoś podniósł płytę, przykrywającą studnię wyrównawczą. Chlupnięcie. Drugie. Trzecie. Siódme. Głosy ludzi. Stuknięcie szkła. Cichy śmiech. Brzdęk monet. Głośniejszy śmiech. Stuk szkła. Nagła cisza. Głośny jęk. Drugi. Trzeci. Krótki odgłos szamotaniny. Chlupot. Jeden. Drugi. Trzeci. Zgrzyt pokrywy. Kroki obcasów na kamieniach.
Domicjan wyłonił się zza rogu, wycierając sztylet w szal. Szal zdjął, położył w kącie i przyłożył do niego oliwną lampę. Po chwili czarny śmierdzący dym wypełnił górę sklepień.
- Kto to był? – bez zainteresowania zapytał Tynagiron, wyciągając w jego kierunku manierkę z winem. Domicjan spojrzał na niego z niedowierzaniem. Sam przed chwilą zabił trzech ludzi za pomocą wina. Tynagiron uniósł brwi w kpiącym grymasie – Żartujesz sobie? To moje wino. Zresztą... – nalał wina do cynowej nakrętki od manierki i wychylił do dna, po czym wyciągnął znów manierkę w kierunku wielmoży – Więc, kto to był?
- Nikt – szlachetny Kargiliaes uśmiechnął się pod nosem, pociągając z manierki i siadając obok na kamiennych gzymsach – Czy to zatem wszyscy?
- Wszyscy, którzy wiedzieli o mnie. Pozostali wiedzieli tylko o zapiskach z Kovendare, o laboratoriach.
- Tak, o tych wiem. Ale, mój panie, skrypt z laboratorium z Kovendare leży w twoim sekretarzyku, a w opowieści o truciźnie, pyle i całej tej reszcie absolutnie nikt nie uwierzy. Nikt. Moja w tym głowa.
- Nikt więc nie wie – westchnął Theo, wychylając jeszcze jeden łyk – Nikt, prócz ciebie, mój szlachetny Domicjanie. Cóż więc teraz?
- Teraz, panie, nic ponadto, że ustalimy zasady współpracy. Jak ci wiadomo... – szlachetny Ofirczyk przerwał w pół słowa z otwartymi ustami, wpatrując się z nagła w kratistosa coraz bardziej rozszerzającymi się źrenicami. Minęło kilka sekund, zanim złapał się dłońmi za krtań i osunął na kamienie. Theo wypił kolejny łyk wina, nawet nie zmieniając pozycji.
- Widzisz, Domicjanie – rzekł, nie zmieniając także tonu głosu – Wiesz wiele o wszystkich, ale tego nie miałeś szans wiedzieć. Odkryłem to przypadkiem. Stałe zażywanie antidotum na to trujące gówno zupełnym przypadkiem uodporniło mnie na większość istniejących trucizn. Co znaczy, że mogę ze smakiem wypić twoje zdrowie tym winem, które było twoim ostatnim winem w życiu. Widzisz, nie będzie żadnych ustaleń i żadnej współpracy. I żadnego człowieka, którego wiedza może mnie trzymać w szachu. Wiele mnie nauczyłeś, przyznaję i jeśli ci to przyniesie jakąś pociechę, to twoją zasługą będzie, że Messyna zyska kratistosa odpornego na knowania i intrygi. Bo przecież robiłeś to dla Messyny, prawda? – odwrócił się bezpośrednio do konającego mężczyzny. Westchnął, wyciągając z cholewy cienki jak szydło sztylet – Tych kilka chwil umierania należało ci się, za mój oddział ze Srebrnogórza. Ale nie jestem sadystą, oszczędzę ci finału.
Martwe już ciało szlachetnego Kargiliaesa, zostało rzucone na stertę płonących szmat, polanych oliwą z lampy. Theo wyciągnął z rękawa buteleczkę z eliksirem alchemicznym, zwanym "biały ogień", odkorkował i rzucił w ogień, po czym biegiem oddalił się od miejsca, ścigany podmuchem wybuchu.
Powrócił na powierzchnię inną drogą, przez inny zupełnie korytarz i ostentacyjnie wyszedł z Sali Modlitw na pełny ludzi korytarz. Jeszcze tego samego dnia w Złotej Auli Senatu przyjął w uroczystej koronacji nałożony na głowę złoty wieniec kratistosa.

ROK 881 Dormenos
To było miejsce absolutnie wyjątkowe i każdy odwiedzający je, wyznawca czy nie, wiedział to od pierwszej chwili gdy tylko przekraczał granice doliny. Już tam witany był oszałamiającym zapachem, ziół, kwiatów i wilgoci, zapachem jedynym w swoim rodzaju, niespotykanym nigdzie na świecie. Schodząc z Wichrowego Siodła w kierunku Wodospadów ma się przed oczami całą dolinę, ogród Widy. Rozłożone na skalnych tarasach gęste lasy, pełne roślin, nie rosnących nigdzie indziej. Z ciemnych, bazaltowych urwisk szeroką strugą wodnego pyłu spływały Wodospady, źródła Wedry, o świcie w słoneczny dzień dając niesłychanej urody tęczowe rozbłyski. Kamieniste ścieżki, oświetlane w nocy latarniami, wiodły wędrowców ku płaskowyżom, gdzie zatopione w zieleni, zapachu kwiatów i ptasim świergocie wznosiły sie przylepione do ścian kamienne budowle, filigranowe lekkie jak elfie pałace. Klasztory Wedrańskie. Miejsca przepełnione spokojem, mądrością, wiedzą i energią życia.
Zwykle klasztory były miejscami ciszy i wytchnienia, ale w tamtych dniach, gdy do Dormenos zjechały koronowane głowy całego świata, dolina rozbrzmiewała setkami głosów, trąb i bębnów. Wielka narada toczyła się w Grotach, które były jedyną dostatecznie wielką salą by pomieścić wszystkie ważne osoby, marszałków, namiestników, kratistosów, książęta i księżne. Jak zwykle w takich przypadkach bywa, na spotkaniu oficjalnym zaprezentowano oficjalne stanowiska, doskonale już znane wszystkim stronom i ich wywiadom. Prawdziwe decyzje podejmowano podczas dziesiątek rozmów, dyskusji i spacerów po dolinie przed i po wielkim spotkaniu. I choć wszyscy obecni w przecudnej dolinie Dormenos byli świadomi prawdziwej natury rzeczy, to i tak do historii przeszło owo wielkie posiedzenie w Grotach.
Był to już drugi raz, gdy do Dormenos zjechały koronowane głowy, zakłócać spokój na bazaltowych tarasach bogini życia. Za pierwszym razem postanowili o wielkiej wyprawie na wschód, tym razem zebrali się, b y poznać jej efekty. I zrozumieli, że rok wcześniej ich decyzja zmieniła świat definitywnie i nieodwracalnie.
Świat zapamiętał obywa wielkie spotkania i zapisał je w kronikach. Tego zaś w kronikach nie zapisano.
W ogrodzie u stóp Wodospadów o świcie, spotkali się kapłani największych kultów zachodniego świata z wszystkich krain. Ofirscy flamini, teralscy żercy, fiordyjscy gydowie, kapłani wergundzcy, tryntyjscy, daramońscy i liryzyjscy. Pewną egzotyką w tym gronie była obecność styryjskich arcykapłanów Tavar. Odprawiono zbiorcze rytuały do największych spośród panteonu, Widy, Toledy, Styrwita, Silvy, Morta, Rega i Tavar, rozkładając wielki promieniejący światłem krąg wśród pnączy klematisów i oszałamiająco pachnących kwiatów jaśminowca.
- Wszystko jest nowe. Takie czasy dano nam pod opiekę i takie po nas zostaną dla naszych dzieci. Nowy świat na wschodzie, nowy świat na południu. Nasz stary świat odmieniony przez wojnę. Ludzie naszego pokolenia widzieli narodziny i śmierć bogów, widzieli cuda wschodnich krain, zobaczyli jak spełniają się rzeczy niemożliwe. Dzisiaj jak nigdy ród ludzki będzie potrzebował naszej pomocy. Na naszych barkach spoczywa obowiązek sprawienia, by myśl człowiecza trafiła do bogów. By prawo boskie trafiło do ludzi. Bez nas, bez siły, autorytety i mądrości kapłanów, człowiek gotów zatracić łączność z bogami, zgubić się i utracić tę opiekę, którą od pokoleń posiada. Nadejdą ze wschodu nowe pokusy, nowe potęgi, nowe moce, które będą kusić możliwościami, kusić by przestać kłaniać się bogom. Nadejdą ludzie głoszący, ze tak być powinno, że należy bogów wygnać lub nawet zabijać. Niebaczni na stworzenie, niebaczni na opiekę, będą ludzie bogów winić za klęski, jakie nadejdą. A nadejdą. Zawsze nadchodzą wraz z nowym. Tak być musi. Nadchodzi czas wielkich zdobyczy, wielkich bogactw i wielkiej potęgi, a zapłacony zostanie wielkim cierpieniem. Siostry i bracia, wielkim jest to dla nas obowiązkiem, byśmy jak tu dziś stoimy uwolnieni z granic i dworów, tak stali wobec ludów naszych w nachodzącej przyszłości, jedną wolę bogów głoszący. Jedno jest boskie prawo. Niech lud składa ofiarę i modlitwę, a otrzyma w zamian opiekę od najgorszego. Choćby bowiem zdawało sie ludziom, że oto ich bogowie opuścili w nieszczęściu i pozostawili na pastwę fatum, to przecież nie jest tak nigdy i nigdy się tak nie stanie, dopóki składana będzie ofiara miła bogom.
Zatem, siostry i bracia, wróćcie do swoich, wróćcie z błogosławieństwem Widy, pani życia. I nie pozwólcie, by się ludzie odwrócili od bogów, bowiem wtedy bogowie odwrócą się od ludzi!
Zanim arcykapłanka skończyła mówić, w ogrodzie panowała cisza. Gdy usiadła, powstał sędziwy Racigniew, żerca teralski z chramu Silvy, w Terali zwanej Sylwaną, człowiek znany z wielkiej mądrości, płynącej z wieku ale i z doświadczenia starca.
- Smutne są twoje słowa, Erne, pierwsza sługo Widy. Smutne i wiele obaw żywię, że prawdziwe, bo sam widzę tę przyszłość w płomieniach na ołtarzach i wróżebnych misach. Jednego jednak nie ujrzałem i rad będę, jesli wiedzą swoją się z nami podzielisz. Co za człowiek zechce nawoływać do tego, by bogów zabijać? To być nie może, bo wykracza poza prawo.
- Już nie.
Wszyscy obecni zwrócili oczy w kierunku mówiącego. Ten wstał, prezentując wszem i wobec zielonkawy, złożony z mchu zarost na swojej twarzy i ramionach. Był ulundo. Mógł służyć tylko jednej bogini.
- Już nie – powtórzył – Umarł bóg, bowiem zawiódł swoich wyznawców, a ci odmówili mu modłów i ofiar. Umarł, bo w swojej pysze zstąpił tutaj. I ludzie to zobaczyli. I uwierzyli, że bez bogów będą wolni. Mamią ich ideolodzy i domorośli filozofowie, którzy zobaczyli pradawne księgi, i nie umiejąc ich pojąć, głoszą zniekształcone. Oni się zbierają już. Organizują. Rozchodzą po świecie jak zaraza. Zaczęli z Ofiru. Z Itharos i Messyny. Idą na północ i zachód, bo na południu za głoszenie bluźnierstwa umrą szybciej niż zrozumieją, że błądzą. Szacowny starcze – ulundo skłonił się Racigniewowi – dojdą i do Terali. Powiedzą twoim ludziom, by odstąpili od bogów i szukali człowieka o wielkiej mocy. Sami siebie zwą Imperium.
Zapadła ponownie cisza, a miny obecnych wskazywały, że nie jest większości obca ta nazwa.
- O jednym zatem pamiętać musimy – westchnął sędziwy żerca po chwili – byśmy nie ulegli chwilowym problemom i pokusom, którym tak łatwo ulegają władcy i rządcy. Wierność bogom musi być pierwsza, przed posłuszeństwem kaprysom dzieci na złoconych tronach. Byśmy zachowali prawo. Byśmy zachowali boską opiekę, tak być musi i tak musimy sprawić.
Obecni pokiwali ze zrozumieniem głowami. W oddali, poza okolonym czarnymi szczytami horyzontem, przetoczył się grzmot. Pierwsze krople deszczu spadły na wielkie kwiaty klematisa.


ROK 881 Assura Makan
Nigdzie na całym świecie nie ma takich gwiazd, jak nad Assurą. Powietrze, które w dzień drga od gorąca tak ogromnego, że trudno jest oddychać, bo parzy w nozdrza, w nocy, gdy tylko ustaje szalona działalność słońca, ucieka w górę, zdając się przybliżać sklepienie niebieskie do ziemi. Gwiazdy są ogromne, wyraźne i nie migoczą, jak wtedy, gdy widziane są w miejscach pokrytych chmurami. Hipnotyzują, przyciągają wzrok, dają oparcie zmęczonym oczom wędrowców. Jednak niewielu podziwia nocami niebiański spektakl. Po dziennym żarze, sięgającym czterdziestu stopni upału, z momentem zachodu słońca temperatura spada o dziesięć stopni co każdą godzinę, by około północy sięgnąć zera, a nad ranem zmienić się w przeszywający mróz, wyciągający resztki życia z nierozważnych wędrowców.
- Niebiosa muszą być z lodu – wyszeptał Hrofni. Pochodził z Fiordu podobno, a gdy szły pierwsze oddziały z jarlem Sialem, on był za młody i teraz dopiero pozwolono mu iść. Zdaniem Sulibora i tak był za młody. Przeprawa przez Assurę odebrała mu zbyt dużo sił.
- Masz, nakryj się – podał mu swój koc i podniósł się z trudem, spoglądając na obozowisko. O ile można to było nazwać obozowiskiem. W nielicznych miejscach płonęły rachityczne ogniska, które ludzie i krasnoludy, którzy zachowali więcej sił, byli w stanie rozpalić ze znalezionych wiechci i porostów. Mało kto jednak przy nich się grzał, jak na każdym postoju większość legła tak jak stała, prosto na spękaną glebę, próbując spać dygocząc z zimna i wyczerpania. Widok był dość przygnębiający – pokryty szarymi, obszarpanymi ciałami płaskowyż, z nikła oświetlany światłem ognisk, wypełniony wszechobecną ciszą. Nikt nie miał dość sił, by choćby mówić głośno, a co dopiero śpiewać czy wołać. Wrażenie dodatkowo pogłębiała świadomość, że o świcie większość z leżących podniesie się z trudem i pójdzie dalej... Ale kolejnych kilku, kilkunastu już tu zostanie.
Sulibor szczelniej owinął się w płaszcz i usiadł, sam nie będąc pewnym czy dobrowolnie, czy to zawrót głowy kazał mu ugiąć kolana. Siedząca obok kobieta z krasnoludzkiego klanu Pioc Ark'hant (czyt. piok ereket) nakryła kocem Hrofniego, który zaczął dygotać. Sulibor spojrzał na nią pytająco, a ona niemym ruchem głowy potwierdziła, że młody Fiordyjczyk nie dożyje świtu.
Usłyszeli szelest piasku.
- Dziebor – wyszeptał chłopak spod koca.
- Ciii, bohaterze – bard usiadł obok, kładąc niesioną wiązkę suszu. Z wydobytego z metalowej puszki węgielka żaru rozdmuchał niewielki płomyk. Ciepłe światło rozjasniło na chwilę krąg siedzących, prócz Sulibora, Hrofniego i Ingeboran gromadzący kilkunastu wyczerpanych wojowników teralskich i krasnoludzkich, maszerujących we wspólnym oddziale – Wszyscyście bohatery – uśmiechnął się Dziebor – Kres tej drogi już blisko. Sam słyszałem, jak kniaziowi Falimirowi dziś zwiadowcy donieśli, że dzień drogi widać już dachy miasta za pustynią.
Kilka głów podniosło się z zainteresowaniem, kilka osób wyszeptało pełne nadziei "naprawdę??", a Dziebor opowiadał dalej:
- Kneź Falimir wysłał już ludzi, by nas w tym mieście przyjęli. Mają k'nam wyjść beczkowozy z wodą i z chlebem, i wozy po chorych.
- Oni nam pomoc będą nieśli, miast my im - wycharczała cicho Ingeboran.
- A nie, pani krasnoludko, a nie – odparł Dziebor – Gdy opuścimy Assurę przeklętą, odzyskamy siły, przecie nas nie zmogło piekło na ziemi, jakże ma nas zmóc wróg, co się w norach jak szczur chowa. W sukurs idziemy! Z pomocą dobrym ludziom, z ratunkiem. Słuchajcie dzieci – bard wyciągnął z cholewy zniszczonego buta malutki flecik, wytarł o krawędź poły i zaświergotał krótką melodyjkę – Opowiem wam o dawnych bohaterach, o Jaszy łuczniku, co ze smokiem walczył – znów wtrącił świergot fletu – Dawno dawno temu to było, gdy po świecie smoki chodziły i ogniem ziały okrutnym...
Nikt z słuchających nie wiedział, skąd teralski bajarz ma tyle sił, by podtrzymywać ich wszystkich na duchu. Nikt z słuchających się nad tym nie zastanawiał. Chłonęli słowa opowieści, przetykane kojącymi dźwiękami fletu. Przysiadali się coraz bliżej ognia, coraz gęściej, opierając się nawzajem o swoje ramiona w przejawie tego szczególnego rodzaju bliskości, który łączy ludzi w stanie skrajnego zmęczenia i strachu. Opowieści i baśnie Dziebora były dla wojowników pierwszej i drugiej sukursji jak łagodzący kompres na wyczerpane piekłem dusze. I nie miało znaczenia, że dachy miasta Kagarhaweli, a nawet trzcinowe strzechy osad na obrzeżu Assury nie były o dzień drogi, lecz ponad dwa tygodnie. Że woda, zabrana do beczkowozów z cystern w ostatniej na wschód wysuniętej bazie, skończyła się kilka dni wcześniej. Ani to, że na pustyni został blisko co dziesiąty spośród nich. Dotarli. Przeżyli. Zwyciężyli.


ROK 883, Kesham

Wielkie reprezentacyjne sale klanu Pioc Ark'hant nie miały sobie równych. Mistrzowie górnictwa słynęli z tego, że potrafili skałę urabiać tak, jak tylko chcieli, mówiło się o szczególnej opiece bogini Hogmod na d nimi. Do położonych głęboko olbrzymich kawern potrafili tak doprowadzić korytarze, że ciepłe powietrze z powierzchni miast uciekać do góry, wtłaczane było do wnętrza góry. W skośnie prowadzonych szybach rozkładali lustra tak, by światło słoneczne odbijane od kolejnych tafli, rozświetlało ułożone pod sufitem wielkie kryształowe żyrandole. Wszyscy członkowie klanu wchodząc do wielkich sal pod górą Krun na półwyspie Shamaroth, zwykle odczuwali dumę z kunsztu swoich pobratymców. Tym razem jednak duma została zepchnięta w cień przez zupełnie inne uczucia.
- Bogini was pokarze za to co czynicie! To jest zdrada własnej krwi! – okrzyki jedne przez drugie płynęły ku sklepieniu – To jest nagroda, którą dajecie najlepszym ze swoich wojowników!
- To jest zdrada! – podsumował Hurm zwany Czarną Skałą, jeden z klanowych wodzów, którzy poprowadzili na sukursję wojowników Pioc Ark'hant – Starsi klanu poparli wyprawę. Była zgoda i jasne warunki. To, co teraz robicie, to jest zwykłe świństwo! Zdrada, której nie wybaczymy.
Starszyzna klanu, czternaścioro najstarszych krasnoludów, zasiadała w półkręgu na kamiennych siedziskach, na środku zaś płonął w palenisku ogień. Starsi milczeli, co tym bardziej czyniło zarzuty wojowników słusznymi.
- Gdy nie ma wyjść dobrych, Hurmie synu Gwarda, można wybrać, między złym lub bardzo złym – odezwał się w końcu siedzący na środku starzec, Fromund Srebrzystoręki, zwany tak od ze srebra wykonanej protezy dłoni – Wstyd jest nam i żal, że miast was nagrodzić, jak na to zasługujecie, jako tych co sławę klanu pomnożyli, prosić was musimy o odejście.
- Prosić o odejście – żachnęła się Ingeboran, dowódca toporników – Nazwij to po imieniu, Formundzie, wysyłacie nas na wygnanie, jak się wysyła najgorszych przestępców! Łamiecie jedność klanu, odmawiacie jego prawym członkom wsparcia i pomocy.
- Nie potrzebujecie pomocy – odezwała się Jormunda, jedna ze starszych – Jesteście najsilniejszymi spośród nas. Kogo mamy posłać na tułaczkę, gdy kończą się zapasy żywności i głód grozi podziemiom? Matki z dziećmi? Starców? Przodowych, co drążą korytarze, by jeszcze mniej wydobywać? Taka była decyzja Rady Klanów i to była decyzja najlepsza z najgorszych. Jesteście silni, przeszliście pustynię, walczyliście w dalekich krajach. Poradzicie sobie poza klanem póki się wiatr nie odmieni.
- Nie odmieni? Kiedy ma się to stać?
- Zważcie również – rzekł poważnie Formund – że choć was o to nie oskarżamy, to jednak przyłożyliście rękę nieświadomie do tego, co się stało. Wasze wojska zwiozły do ludzkich krain tyle złota, kamieni i metali, że cena grudki czystego kruszcu nie wystarczy nawet na bochen chleba. Nikt nie mógł tego przewidzieć, jeśli jednak ktoś ma ponieść tego skutki, to wy pierwsi.
- Powiedz to moim wojownikom! – krzyknął Hurm – Powiedz im, że przeszli pustynię, walczyli z potworami, pokonali piekło, a teraz nie wolno im odpocząć w domu, zostać z bliskimi!
- Powiedz to tym, co od roku już dzielą się każdą kromką chleba, że mają ją oddać, bo wrócili wojownicy. Tak zdecydowała Rada Klanów, wszystkie klany odeślą wojowników do krain ludzkich, dopóki sytuacja się nie zmieni i za to, co urabiamy ze skał nie będziemy w stanie zakupić dość żywności, by wykarmić wszystkich.
- Niech was ... – zgrzytnął zębami Hurm, zrywając z ramienia klanową fibulę, trzymającą na ramieniu tartan takim gestem, jakby chciał ją cisnąć w ogień. Ingeboran położyła mu ciężką rękę na ramieniu.
- Opanuj się – warknęła. Złożyła salut radzie i wraz z pozostałymi skierowali się ku bramie, za którą czekały na nich ich oddziały - Mają rację – dokończyła szeptem, gdy odeszli już trochę od starszyzny - Poradzimy sobie. Wergundia nas przyjmie. Zewnętrzne hrabstwa nas przyjmą. Dracouiamh w Górach Silber. Dobenbarr w Terali. Bansciath w Maegrosie. Nie ma wyjścia. Damy ludziom czas, by zostali z rodzinami, lub by wzięli je ze sobą. Dwa trzy dni, nie więcej. Potem, jeśli zechcą, wezmą bliskich ze sobą. Lub nie. Wrócimy. Kiedy wiatr się odwróci. Klan się nas nie wyparł, klan chroni najsłabszych.
- Powiedz to tym, którzy nie wrócą....

ROK 884, wschodnia Terala

Do opola dotarli wczesnym rankiem, kilka godzin po świcie. Dymiące, niedopalone zgliszcza chat wskazywały, że napad nastąpił tuż przed świtem. Zdeptana ziemia zdążyła już lekko wyschnąć w letnim słońcu i ślady były niczym zacementowane, gdy wojowie kniazia karantańskiego, Dragana Karanawica, pochylili się nad nimi, by odczytać przebieg potyczki. Znalezionych kilka ciał, głównie młodych wojowników z kmiecych rodów, na pewno nie stanowiło wszystkich mieszkańców. Gdy rozpoczęli poszukiwania, tamci zaczęli się pojawiać. Z piwnic, leśnych skrytek, zarośli zaczęły powoli wychodzić dzieci, kobiety i starcy. Wojowie każdego starali się opatrywać, ale nie w ich mocy było uleczyć płynące łzy i naprawić wszechogarniające poczucie krzywdy ludzi, wyjących nad popiołami swojego domu. Kilkoro dzieci zawodziło, krzycząc, że porwali matkę. Kilkoro kobiet biegało nieprzytomnie, pytając dookoła, gdzie ich dzieci. Ktoś z rozdzierającym krzykiem pochylił się nad ciałem. Kniaź Dragan każdego znalezionego kazał przyprowadzać do siebie.
- Ilu zabrali? Którą drogą poszli? Ilu ich było? – padały te same pytania, tak długo, aż udało się ustalić w miarę pewną wersję. Poszli wzdłuż starej drogi w dół przełęczy, co znaczy, że dym, który widzą w dolinie, to Ryże Sioło. Skoro stracili czas na zniszczenie kolejnej osady, na równinę wyjdą za godzinę.
- Zdążymy ich dopaść – kniaź nie cierpiącym sprzeciwu gestem nakazał natychmiastowy wymarsz.
- Jakże ich gonić, kiedy oni na koniach? – zapytał jeden ze strzelców, posłusznie jednak dopinając troki i szykując się do marszu.
- Nie wszyscy oni na koniach, widziałeś w tropie. Oni w las gdy wchodzą, to konie zostawiają, by nie zawadzały. A choćby i konno byli, to oni wiodą porwanych. Oni na koniach, ale uprowadzonych piechotą muszą wieść, a choćby ich do biegu zmusili, to ich zanim na równinę wyjdą, dopadniem. Czterech zostaje, niech w pochówkach pomogą. Reszta za mną!

Dostali samnijski arban rzeczywiście tuż przed miejscem, gdzie za wzgórzami zaczynał się już otwarty step. Kolumna brańców, spętanych do jednego długiego powroza, spowalniała konnych na tyle, że nawet dostrzegłszy zagrożenie, nie mogli bez porzucenia ludzkiego łupu uciec. Kniaziowi woje przyjęli szyk, przez Dragana w ostatnich latach wprowadzony, świetnie się sprawdzający przeciwko mobilnym i szybkim koczownikom. Tarczownicy, uzbrojeni w niewielkie tarcze w kształcie łezki, zwane tu szczytami zwierali szereg, chroniąc łuczników zależnie od potrzeby albo w linii, albo w czworoboku. W takiej zwartej formacji biegli, zmuszając przeciwnika do rozproszenia, łucznicy zaś nie strzelali chmarą strzał, ale atakowali ostrzałem wybranych jeźdźców, eliminując skutecznie jednego za drugim z potyczki. Tak wybiegli z lasu, rozciągając się w długi klin. Kilku koczowników, zoczywszy atak, oderwało się od kolumny, licząc na łatwe rozproszenie piechurów, pozostali głośnym krzykiem i batami zaczęli poganiać brańców do biegu. Kniaziowi nie zwolnili biegu, ścieśniając jedynie szyk zależnie od miejsca, gdzie natarli koczownicy. Teralskie brzechwy okazały się być celniejsze.
Dogonienie kolumny kosztowało ich około dziesięciu minut biegu. Brańcy, widząc nadciągającą odsiecz, lub też naprawdę słabnąc, rzucali się na ziemię, powłóczyli nogami i szarpali powrozem. Gdy teralscy wojowie dopadli koczowników, kilkoro jeńców rzuciło się na samnijskich intruzów, wskakując na końskie grzbiety i dusząc sznurami. Tak zabili przynajmniej trzech, dalszych kilkunastu dosięgły teralskie strzały, miecze i włócznie. Pozostali Samnijczycy, widząc małą opłacalność potyczki, z której niemożliwością było unieść łup, rzucili na ziemię ciągnięte powrósła i pogonili konie do galopu, zostawiając jeńców i zabitych towarzyszy, ale unosząc głowy.
Ocaleni brańcy reagowali różnie, najczęściej głośnym płaczem. Inni posuwali się do bezczeszczenia ciał napastników, cięcia ich nożami czy kopania, kilkoro zajęło się opatrywaniem i uspokajaniem rozkrzyczanych dzieci. Wszyscy jednak nieustannie dziękowali, pojedynczym wojownikom Dragana, wszystkim na raz i samemu kniaziowi wielokrotnie, kłaniając się do nóg i całując po rękach. Tych kilku, którzy nie dożyli uwolnienia, zanieśli na noszach do osady, by mogły ich rodziny należycie opłakać. Te szczęśliwe rodziny, którym dane było zobaczyć jeszcze bliskich. A były to nieliczne rodziny, w proporcji do ilości unoszących się na widnokręgu dymów, zwiastujących kolejne palone sioła i opola.

Choć wiec jak zawsze zwołano na godziny po zmierzchu, Dragan Karanawic syn Namira z rodu Awdan ostentacyjnie zlekceważył godzinę zgromadzenia. Na miejsce wiecu, obszerną połoninę z centralną watrą, wbrew obyczajowi wjechał konno i dopiero tuż przed obliczem godnych mężów i niewiast zeskoczył, ukazując zamiast kniaziowskich soboli żelazne naramienniki i skórznię bojową, uchlapaną krwią.
- Sława ojcom i matkom Terali – rzucił niedbale w kierunku poczerwieniałych od gniewu kniaziów, żerców i merlinów, po czym odpiął od siodła pakunek i potoczył go ku siedzącemu na skórach kapłanowi kultu Skogura. Jeszcze zanim przesyłka dotoczyła się na miejsce, owijająca go szmata odwinęła się, ukazując posiniałe i nieludzko wykrzywione oblicze ludzkie, należące niegdyś do Samnijczyka. Obecni głośno stęknęli z oburzenia. Żerca Skogura zerwał się gwałtownie.
- Postradałeś zmysły, synu Namira, że przynosisz zwłoki do świętych ogni Terali!
- Nie! – zdecydowany głos kniazia przebił się przez hałas, powodując zamilknięcie obecnych – Nic nie dolega, bogom dzięki, moim zmysłom. To, co wam przynoszę, to pozdrowienia z karantańskich siół, z osad górnej Nitry, z całego wschodniego pasa za wzgórzami! Koczownicy pustoszą osady, ludzi w niewolę prowadzą lub mordują, palą zasiewy! Karantania od miesiąca wzywa pomocy braci, a jedna pomoc, jakiej udzieliły szlachetne rody, to wieczór przy ogniu!! – ostatnie zdanie wykrzyczał trzęsącym się z oburzenia i emocji głosem – Ile dni jeszcze będzie się wschodnia Terala wykrwawiać, aż zdecydujecie przezwyciężyć niechęć i pomożecie w walce z wrogiem?
Jego słowa wywarły wśród zgromadzonych rozmaity skutek. Chorążowie rodów zaczęli spoglądać po sobie z lekką konsternacją, kilku spośród kmiecych wójtów i czelników jasno dało wyraz swojemu oburzeniu, rody witeziów wydawały się traktować słowa kniazia jak obrazę i prowokację do walki.
Tymczasem kapłan Skogura Mironieg powstał, by mówić, więc się uciszono na chwilę.
- Bolejemy nad losem kmieci z siół na wschodzie i wielkim jest złem, że się tak daleko w nasze lasy wróg zapuszcza.
- Więc dajcie rozkaz rodom! Wojewodę wybierzcie! – przerwał Dragan, zgrzytając zębami.
- Najpierw bogom będziem służyć, potem ludziom – odpowiedział Mironieg wyraźnie zirytowany – Będą ku czci Skogura w chramach obrzędy pierwej. Potem Sylwanę trzeba uczcić i o plon poprosić.
- Zanim skończysz obrzędy, nie będzie miał kto przyjść do chramów na modły!
Obok Mironiega, któren był człowiekiem w sile wieku, podniósł się Racigniew, sędziwy żerca Sylwany, z racji wieku i doświadczenia mający opinię mędrca.
- Prawom boskim nie śmiej uchybić, synu Namira, bo kara cię spotka. Nie masz większego przestępstwa niż bogów obrazić. Ludzie do chramów i kącin niech przyjdą po pomoc, a bogowie ich ocalą. Ty zaś, zamiast wymachiwać mieczem, którym i tak wroga bić nie zdołujesz, księcia protektora o wojska proś. Wojowników mrowie poszło za pustynię na sukursję, ci, co zostali, muszą chramów bronić.– zakończył, wskazując na obecnego w wergundzkim mundurze magnifera zwierzchnika garnizonów w fortalicjach Karantani. ów wydawał się lekko nieobecny gdy zwróciły się na niego oczy zgromadzonych i odpowiedział szybko:
- W fortalicjach lud znajdzie schronienie, jednak rozkazy ksiecia protektora są jasne, w teren się nie wypuszczać.
- Na wszystkie czerty Welesa! – zgrzytnął Dragan – Idźcież wy wszyscy w ciężkie cholery! Bogowie was chyba ociemnieniem pokarali!
- Co chcesz czynić, wbrew wiecu iść rozkazom? – zapytał Racigniew, kładąc kniaziowi rękę na ramieniu – Już bywali tacy, cała Terala stawała przeciwko nim. Kto cię poprze, Karanowice twoi?
- Żebyś wiedział! Poprzem! – huknęli chorążowie rodów znaku Karany, od kneziów po kmieci.
- Sam nie będzie! – powstała także starsza nitrzańskiego kowenu druidów, Szabora – Jedna jest, najstarsza i w ten lud wrośnięta wiara Terali! Ziemia, woda, materia, duch, biada kto pozwoli by zabijano dzieci jego w jego własnym domu! Czy bogowie oślepli, czy już nie chcą dłużej dawać ochrony ludziom?
- Nie śmiej bogom wygrażać! – przerwał jej gniewnie Racigniew, a za nim stanęło kilku kapłanów z kultów Morta, zwanego tu Welesem, i Widy Matki. Karanowice zareagowali groźnym trzaśnięciem mieczy o krawędzie pochew.
- Karana za tobą, kneziu, ale kto przeciw tobie! – krzyknął, przebijając się przez ogólny harmider Mironieg – Czewoje, Gozdawice, Łada, Dołęga, Jastrzębce! Oni wszyscy wierni bogom będą!
Chorążowie rodów spod wymienianych podnosili się, nie wszyscy wyraźnie chcieli stawać przeciw Karanowicom. Wahanie widać było wśród ludzi spod znaków Nitroki i Bobrów, dziedziców pozostałych prócz Karantanii grodów.
- Ogończycy z Karaną pójdą! – krzyknięto zza pleców kniazia – My się koczowników nie boim!
- Tchórza innym nie zarzucaj! – zawrzasnął Ściebor znaku Łada – Bo cię tu rychło kara za obrazę spotka!
- Stać! Broni nie wyciągać!
- Nie będą mi obelg rzucać!
- Kto ludzi swoich bronić nie chce, niech obelg słucha z pokorą!
- Knezie, witezie! – przebił się przez krzyki głos jednego z kmiecych czelników – Was bogowie siłą i potęgą obdarzyli, jakże tak lud własny na pastwę wroga ostawiać, a samemu jak królik sie w norze chować! Ratujcie dzieci nasze!
- Hańba kto w pole nie wyjdzie!
- Hańba kto bogom uchybi!
Coraz ostrzej wypowiadane słowa i coraz dalej z pochew wyciągane miecze wróżyły rychłe złe zakończenie wiecu. Widząc co się dzieje, nieliczni zaczęli uspokajać sytuację. Szabora i Zdziebąd z kowenu Karantanii przypadli do Dragana, widząc, że on jeden może sytuację uspokoić.
- Rozlew krwi wisi nad nami! – krzyknęła druidka – Nie dopuść!
Stojący obok
Dragan sam jednak zrozumiał sytuację zanim zaszła za daleko.
- Staaać! – wrzasnął potężnym głosem, przebijając się przez wszystkie niesnaski i awantury – Stać! Do czego dążycie, do wojny domowej? Postradaliście zmysły? Miecze schować do jaszczurów! Dość.
- Sam to, synu Niemira, wywołałeś – odparł sędziwy Racigniew
- Nie moją intencją jest by wojnę rodów wywołać, mędrcze, lecz by wiec wojewodę wybrał i wojnę koczownikom wydał.
- Wojny nie będzie – odparł żerca stanowczo – Wojewody nie wybierzem. Lud niech się do fortalicji i chramów wycofa.
Dragan zgrzytnął zębami i ze złością trzasnął mieczem w okucie.
- Ludzi wytracicie... – rzekł, jednak ciszej już, bo proporcja sił zdawała się być jasna. Stał zanim jego własny znak, prócz tego podzielone rody Jastrzębców i Ogończycy, wszystkie trzy druidzkie koweny. Jednak najważniejsze rody dzierżące grody wschodniej Terali, znaki Nitry i Bobrów, skłaniały się ku kapłanom. Kneź spojrzał, jak na ostatnią deskę ratunku, w kierunku kniaziowskiego rodu Konasza z Bobrowiców. Na jego czele stała dzierżąc stanicę, dziedziczka rodu, Samboja, córa Wienisławy. Konasze mogli przeważyć wśród Bobrowiców, bo możny to był ród, szacowny wielce. Żadną tajemnicą nie było, że oboje się do zrękowin szykowali, Dragan dziewosłęby szykował.
Przez chwilę patrzyli na siebie jak ludzie, którzy nie mogą się dosięgnąć z dwóch stron przepaści co ich dzieli. Dragan bezwiednie wyciągnął dłoń, lecz nie otrzymał wzajemności.
- Przeciw bogom nie stanę – szepnęła Samboja – Ani ród mój. Póki ty przeciw nim stajesz, Bobrowice cię nie poprą.
Dragan znieruchomiał jak człowiek z nagła uderzony w głowę. Opuścił ręce. Wokół kniazie, witezie, kapłani, kmiecie zamilkli z nagła, czekając na jego decyzję.

- Przyjmiesz decyzję wiecu, kniaziu Draganie Karanowicu, synu Niemira z rodu Awdan? – Racigniew zadał pytanie tak, by uniemożliwić ominięcie odpowiedzi i wymusić wyjawienie woli dziedzica grodu Karantanii. Za jego plecami chorążowie jego znaku, a także komesi, palatyni i czelnicy, wyraźnie gotowali sie do ewentualnego starcia.
- Wojny domowej nie podejmę – odezwał się cicho Dragan, pochylając głowę – Decyzję wiecu przyjmę.

ROK 885, twierdza Gurdara, Pethaban
- Pomnijcie na bohaterów twierdzy Madal! – zawołał Falimir,wywołując wśród zgromadzonych gromadny okrzyk entuzjazmu – Byłem tam! Wielu z was tam ze mną było! Przeżyliśmy osiemnaście miesięcy oblężenia, wystrzeliliśmy tysiące strzał, zabiliśmy tysiące wrogów, pochowaliśmy setki towarzyszy. Co nas może przerazić? Madal była pierwszym z naszych wspaniałych zwycięstw, dziś, moi bracia, moi dzielni Terale, dziś odbierzemy swoje kolejne wielkie zwycięstwo! Chwała bohaterom Terali!!!
- Chwaaaaałaaa!! – odpowiedział zgromadzony tłum. Fala entuzjazmu przez chwilę porwała zmęczone ciała i umysły, uskrzydleni wizją nie tyle zwycięstwa, co rychłego odpoczynku, ruszyli do swoich oddziałów. Łucznicy Falimira, weterani pierwszej sukursji, stanowili trzon zewnętrznej flanki, chroniącej pancernych grafa Ademara i lekkozbrojne oddziały najemnicze atakujące mury. Tym razem nie mieli, tak jak pod Madal, całej baterii krasnoludzkich machin oblężniczych. Krasnoludy wycofały się, widząc konsekwencje pierwszej wyprawy dla ich ekonomii. Jedynym pozytywnym, z punktu widzenia siły militarnej drugiej sukursji, był fakt, że ci liczni wojownicy krasnoludzcy, odrzuceni przez klany po powrocie z Pethabanu, teraz właśnie zasilali szeregi najemników, w tym fenomenalnej mieszanej wergundzko-teralskiej formacji desantowej Trójramiennych. Był jednak sam Gwiron Carraigh Clogad, krasnolud o wielkiej sławie, prowadzący krasnoludzkich artylerzystów. Był jednym z wielu weteranów, którzy zdobyli sławę na pierwszej wyprawie i stanęli na czele drugiej.
Falimir, zakończywszy przemówienie, zszedł do namiotu dowództwa. Ademar dar Monteregno z nieodłączną fajką w zębach stał już nad prostą makietą twierdzy Gurdara, którą oblegali. Tym razem jego uwagi nie przykuwały mury i bastiony twierdzy, a dwie szerokie przełęcze, prowadzące do doliny, w której rozłożony był obóz oblegających. Tymi dolinami pod Gurdarę zmierzało właśnie wykryte przez zwiad wojsko, idące na odsiecz oblężonej twierdzy. Tym samym oblegający stawali się obleganymi zarazem.
Gwiron, który również właśnie wszedł, rzucił w kąt hełm i zaklął.
- Nie mamy szans zakończyć trebuszy do jutra.
- Więcej czasu nie masz – odmruknął znad makiety Wergund. Na pytające spojrzenie krasnoluda odpowiedział zza pleców grafa Korden dar Halwern, najmłodszy wiekiem spośród magniferów armii wergundzkiej. Mówiono o nim, że szybki awans zawdzięczał swojej kuzynce, która kilka lat temu poślubiła księcia protektora Wergundów. Podobno chęć udowodnienia swoich talentów militarnych była główną przyczyną, dla której dar Halwern dołączył do drugiej sukursji.
- Są już na przełęczy wschodniej – poinformował – Zwiad podał profil ich oddziałów, w znakomitej większości to najemnicy, jakaś zbieranina bez umundurowania, ale ich szlak znaczą palone wioski i mordowani mieszkańcy. Ewidentnie Uzurpatorom potrzebny był terror, jest możliwe, że dużą część tej zbieraniny stanowią przymusowo wcieleni wieśniacy.
Krasnolud uniósł brwi.
- Więc nie jest to doborowy oddział o wielkiej wartości bojowej, prawda?
- Prawda – odezwał się Falimir – problem w tym, że ich zadaniem jest odwrócenie naszej uwagi. Prawdziwy przeciwnik idzie od przełęczy północnej.
- Tak?
- To nowy sort z hodowli, tej ostatniej, która została za masywem Khorhat. Wiedzą, że kiedy Gurdar padnie, dobierzemy się do nich i zrobimy to, co trzy lata temu pod Madal, więc postanowili wyjść nam na przeciw i obronić fortecę.
- Ilu? – lakonicznie zapytał Gwiron.
- Cztery setki.
- Psiakrew.
Na krótką chwilę w namiocie zapadła cisza. Przerwał ją Falimir.
- Odwrócić uwagę... Ile możecie mi dać min zapalnych? – odezwał się do krasnoluda – Wiem, że trebuszety nie naruszą murów, ale nie pozwolą im skupić się na innych odcinkach muru.
- Na godzinę ciągłego ognia – odparł Gwiron precyzyjnie – Jeśli chcesz przykryć ogniem atak na innym odcinku muru, licz się z tym, że nie zdołamy jednocześnie osłonić obozu przed tym, co schodzi z przełęczy.
- Wiem. Oni będą tu jutro w południe najwcześniej. Do świtu mamy czas, żeby przeprowadzić ostateczny szturm. Chcę uderzyć na mur szyjowy między basztą północną, a stołbem.
- Tu? – Ademar podniósł się znad makiety i pacnął fajką w wystający kształt imitujący wieżę – Ma to teoretycznie szanse.
- Jednocześnie pod osłoną ognia Gwirona pójdzie drugi szturm. Jeden musi się przebić... Zresztą – Teral wymownie wskazał na usytuowany na makiecie czarny punkt, oznaczony czaszką – może to i dobrze, że zmuszą nas do działania. Od dwóch tygodni nie dotarły żadne dostawy, wschodni trakt jest zablokowany. Ludziom wydzielamy po kubku wody dziennie. Wczoraj umarło z odwodnienia blisko stu. Ilu dzisiaj, jeszcze nie wiem, ale raczej nie mniej. Ludzie się zabijają o kroplę wody, mieliśmy takie przypadki. Pragnienie zaburza zmysły. Na dobrą sprawę nie atakując nas wygraliby tę bitwę najdalej w tydzień.
Pozostali pokiwali głowami w niemym potwierdzeniu.
Narada potrwała do zmierzchu. Falimir wyszedł z namiotu, gdy tylko zakończyli uzgadnianie szczegółów. Zamiast jednak ruszyć w miejsce, gdzie za chwilę miał rozdysponować rozkazy swoim dowódcom, zgasił niesioną w ręce pochodnię o piach i skręcił do swojego namiotu. Przed namiotem nie było warty, nie zapalił też lampy.
- Na twoje rozkazy, kneziu – czekający na niego w namiocie oficerowie z głębokim ukłonem zasygnalizowali gotowość do walki. Gdyby było nieco jaśniej, dałyby się rozpoznać uniformy Trójramiennych i Weruwitów, najlepszych oddziałów desantowych drugiej sukursji.
- Słuchać – zaczął kniaź z Nitry – Główne uderzenie idzie w mur, który nazywacie "długim". Wspierające uderzenie pójdzie we wschodni bastion. Obydwa jednak to tylko zasłona dymna. Nie zdobędą murów. Pod osłoną obu szturmów pójdziecie wy. Od północy, od Wielkiej Baszty. Wiem, ona jest nie do zdobycia. Ale nie dla was.
Na chwilę zamilkł, zastanawiając się, czy ci ludzie i krasnoludy potrzebują specjalnych słów otuchy, jak zgromadzeni na placu ochotnicy. Dotarł do wniosku, że nie.
- Wasza misja jest okryta całkowitą tajemnicą. Wśród naszych są szpiedzy i wiem, że już obrońcy już dostali informację, widać, które odcinki szykują się do obrony. To jest wasza szansa. Niewielka. Prawdopodobnie nikt z was nie wróci. Ale podejmiecie tą szansę i zrobicie co trzeba. Gdy dostaniecie się na basztę, zawiesicie na szczycie wielką chorągiew wergundzką i utrzymacie basztę tak długo, aż oddziały szturmowe przebiją się do was. Wtedy przejdziecie do drugiej części misji – łucznik zawiesił głos – W podziemiach Baszty, ale z pewnością także w innych punktach, mieszczą się ich cholerne laboratoria. Nie możemy tym razem dopuścić do błędu z twierdzy Madal, nie możemy pozwolić, żeby uciekli tajnymi korytarzami i uzbroili kolejną fortecę, tworząc kolejne hodowane armie. To jest wasze zadanie. Znaleźć, zabezpieczyć, zanim zwykli wojownicy wprowadzą chaos i zaczną plądrować. Mojmirze synu Bolemira, ciebie czynię za to osobiście odpowiedzialnym – wymieniony, który nie miał więcej niż dwadzieścia kilka lat, skłonił się bez słowa. Falimir raz jeszcze przyjrzał się swoim ludziom.
- Za godzinę poprowadzę szturm na długi mur. Wtedy macie być już przy Baszcie.
Oficerowie najemników w milczeniu skłonili się energicznie i wyszli. W ciemności nie widział ich twarzy, ale wydawało mu się, że sie uśmiechali.

CZĘŚĆ 2
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.