Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Kapłańska opowieść - opowiadanie Aerlinn
 
Zdarzenia tu opisane miały miejsce w 858 roku wedle kalendarza Ofiru, gdy w mym rodzinnym księstwie, Aenthil, panował Adarnil z rodu Aenien, a władcą Wergundii był Eudomar, książę Daków, następca Elmeryka z rodu Danwiga.

Część pierwsza – w więzach


Rozkazy przełożonych Zgromadzenia Cór Silvy zabrały mnie daleko od domu. Łaską Bogini przedostałam się aż na ziemie Protektoratu Tryntu, gdzie w jednym z druidzkich kręgów zyskałam wiedzę niezbędną młodej medyczce. To, jak bardzo przydały mi się te wiadomości, okazało się już w najbliższych dniach.
Na tydzień przed letnim przesileniem we śnie ukazał mi się Hern, Wielki Łowczy, protektor lasu, pan gęstwin Tryntu. Nakazał mi wyruszyć jeszcze dalej na północ, w lasy Silberbergu, bym stoczyła tam w imieniu Puszczy walkę ze Złym. Niewiele więcej się dowiedziałam, mój Pan nie powiedział też, kim lub czym jest Zły. Ważne jednak, że już następnego dnia wyruszyłam z kręgu, aby wypełnić swoją misję. Nie będzie też kłamstwem, jeśli powiem, że nie zapadł jeszcze zmrok, gdy przestałam wierzyć w jej powodzenie.
Krótko: pojmano mnie. Żołnierze Imperium widać nie lubią obcych na swych ziemiach, bo gdy tylko mnie spostrzegli, chwycili za broń. Spiczaste, elfie uszy nie pomogły mi w tłumaczeniach, a inaczej niż słowami walczyć nie mogłam, by nie złamać zakonnych reguł. Wkrótce też związano mnie i dołączono do reszty jeńców.
Sytuacja była tragiczna. Oddział składał się w większości z więźniów politycznych – kilku hardych Fiordyjczyków, krasnoluda ze zdobioną runami tuniką i paru moich pobratymców. Pędzono nas przez góry i lasy niemal trzy tygodnie, a było to dwadzieścia dni męki, dwadzieścia nieprzespanych nocy i wiele mil wyczerpującego marszu. Nocami rzadko dawano nam chwilę snu, a rankiem znów wyciągano baty, którymi przekonywano nas do szybszej wędrówki. Kiedy więc po tak morderczej przeprawie dotarliśmy do celu naszej podróży, nikt z nas nie miał nawet siły, by zapytać, gdzie jesteśmy. Dopiero po chwili ktoś nijakim, wyblakłym od zmęczenia głosem szepnął jedno jedyne słowo: „Silberberg”.
Nie wiedziałam, co powiedzieć, czy zrobić. Dotarłam do celu, tam, gdzie wysłały mnie niebiosa, ale cóż po tym, skoro na mych rękach wciąż widniały więzy, a z poranionych pleców kapała krew? Nie było szans na jakiekolwiek myśli o ucieczce, więc gdy tuż po zmroku powiedziono nas do samego obozu jenieckiego, szłam ulegle, starając się nawet nie potykać na śliskiej ściółce.
W końcu wąską ścieżynką wyszliśmy na spory, oświetlony ogniskiem i pochodniami plac. Sceneria wyglądała wręcz upiornie, bo chybotliwe płomienie pochodni i spore ognisko lśniące krwistym blaskiem rzucało na to feerię piekielnych barw, a ubrani w wergundzkie mundury strażnicy patrzyli na nas pełnym pogardy wzrokiem. Tylko reszta więźniów, widać z poprzednich transportów, obserwowała nas jakby z rezygnacją. Na twarzach kilku młodzieńców dostrzegłam też skrajną beznadzieję, co odebrałam jako potwierdzenie właśnie przekazywanej nam przez dowódców wieści: „Stąd nie da się uciec.”
- Nawet nie próbujcie myśleć o ucieczce, bo natychmiast to zauważymy – rzekł wysoki, ciemnowłosy mężczyzna tytułowany dekurionem. – Możemy zaczynać?
Po tych słowach wymownie spojrzał na swego tęższego towarzysza z niewielkim młotem w ręku. Krasnolud? Krasnolud w szeregach wergundzkiej armii?
- Możemy, komendancie. Bransolety przygotowane.
- Więc dawać ich tu! Raz!
Pierwszego ku grubszemu, brodatemu strażnikowi pociągnięto niejakiego Noxisa, jedynego członka całej grupy, który pochodził z Shamarothu. Jak większość mieszkańców półwyspu, wyglądał on na twardego i nieustępliwego, choć długa droga nauczyła mnie już, że wcale taki nie jest.
- Nie opieraj się, psie! – wrzasnął ten, który nas tu przywiódł i popchnął ciemnowłosego kapłana Wejana, boga kowali, tak mocno, że ten upadł na kolana przed owym mężczyzną z młotem, który po dłuższych oględzinach wcale nie przypominał krasnoluda.
- Dawaj rękę – nakazał brodacz, podbródkiem wskazując na pieniek. Po chwili szarpaniny dłoń wylądowała na miejscu.
Z początku myślałam, że Wergundowie są na tyle okrutni, że po prostu poucinają nam ręce, choć w sumie może taki czyn byłby dla nas mniej problemowy, niż to, co nam zrobili. Kiedy tylko cofnięto Noxisa do szeregu, wszyscy spostrzegliśmy na jego ręce toporną, metalową bransoletę. Ku kowalowi pociągnięto kolejnych.
- To bransoleta magiczna – wyjaśnił nam któryś z pozostałych strażników. – Jeśli choć pomyślicie o ucieczce, będziecie rzygać dalej niż widzieć. Jeśli, nie daj Modwit, podniesiecie rękę na strażnika, mózg po prostu wypłynie wam uszami. A co do samej ucieczki… cóż, z poprzednich odważnych został tylko popiół.
Ta przemowa podziałała na nas wręcz piorunująco. Nikt z nas nie wiedział, co zrobić, jak cokolwiek zorganizować w takich warunkach. Noxowi lekko się odbiło, co wszyscy potraktowali jako przejaw tematyki jego myśli. Na całe szczęście uwaga strażników skupiła się właśnie na kolejnych więźniach.
Całość poszła dość sprawnie, choć Fiordyjczycy nieco się opierali przyozdobieniu srebrnymi kajdanami. Mimo ich zaparcia więcej problemów sprawiła żołnierzom kobieta, tryntyjska chłopka, która najwyraźniej chciała zabić Wergundów samym swym szczebiotaniem. Niewiele to pomogło i już wkrótce wylądowała w szeregu z „biżuterią” na ręce. Mówiono nam później, że jeszcze tej samej nocy próbowała ucieczki. Jedynie potężny huk był świadectwem tego, iż jej zamiary spaliły na panewce.
W końcu i mnie pchnięto w kierunku kowala nazywanego przez strażników „Zakuwaczem”. Z bliska wyglądał on nawet przyjaźnie i gdyby nie narzędzia, które wciąż trzymał, w życiu nie poznałabym, że współpracuje z Imperium.
- Rączka – powiedział, a ja posłusznie wyciągnęłam lewy nadgarstek. I wtedy zaczął się koszmar.
- No, no! Co ja tu widzę? Szpiczastoucha? – zawołał, zdejmując mi kaptur i odsłaniając chlubę mego ludu. – Wy zawsze tacy potulni? Ale i dla takich zajęcie się znajdzie, prawda, dekurionie?
Uśmiechnął się paskudnie, a komendant odpowiedział mu tym samym.
- Oj, znajdzie się zajęcie, zawsze się znajdzie – zabrzmiało gdzieś zza moich pleców, ale nie ośmieliłam się odwrócić. – Zwłaszcza, jak ostatnio wywaliło tego barda.
- Tylko uszy zostały!
Ten jeżący włosy na głowie śmiech był ostatnim, co usłyszałam, zanim nie zapięto mi na ręce owej strasznej bransolety. Gdy odchodziłam do szeregu, błagałam Wielką Silvę, mą Panią, aby oszczędziła mi cierpień. Już wiedziałam, że nadchodzące dni nie będą łatwiejsze od tych, które spędziłam w podróży.
Jako jednego z ostatnich do zakucia w kajdany pociągnięto niejakiego Ulfa. Pochodził on z Fiordu, co od razu znać było po jego nieugiętej postawie i spojrzeniu, jakim darzył każdego z Wergundów. Raz czy dwa z żalem spojrzał też ku pasowi, do którego zwykle przytraczał broń. Gdy patrzyło się na tak odważnego człowieka jako więźnia, każdego z nas bolały serca.
Fiordyjczyk długo opierał się Wergundom, lecz i jego ręka nie zdołała wywinąć się oprawcom. Kiedy zakończono cały zabieg, właściciel nowiutkiej biżuterii tylko splunął strażnikom pod nogi. To wystarczyło, aby błyskawicznie go ogłuszono.
- Psie! – ryknął któryś z żołnierzy, gdy my próbowaliśmy ocucić mężnego towarzysza. Nie było chyba osoby, która by nie podziwiała takiego druha.
W końcu wszyscy byliśmy już „zaobrączkowani”. Strażnicy rozeszli się, a my, nowi, postanowiliśmy dowiedzieć się czegoś od tych, którzy przebywali tu dłużej niż my. Niewiele było tych informacji, znali niemal tylko imiona strażników i hierarchię obozową, a, co najważniejsze, nie wiedzieli niczego, co mogłoby nas doprowadzić do ewentualnego zdjęcia bransolet. Kiedy więc położyliśmy się spać, rozmyślaliśmy tylko o jednym, to znaczy nad tym, jak to cholerstwo działa i jak można je przechytrzyć.
Świt wstał nad górami, jak zwykle, o wiele za wcześnie, ale mimo to kilku więźniów oraz „zesłańców”, jak nazywali się ci, którzy przebywali tu dłużej i nie mieli na sobie kajdan, siedziało już przy ognisku. Była wśród nich moja towarzyszka z transportu, Lily, także pochodząca z Aenthil, był Durgh, jasnowłosy mężczyzna o często zamyślonym wyrazie twarzy i ze dwóch Fiordyjczyków, których także pamiętałam z drogi. Reszty nie znałam. Niewysoka, ciemnowłosa elfka chwilę później przedstawiła się jako Nike, kapłanka Herby, a towarzyszący jej mężczyzna kazał nazywać się Aleksandrem i był kronikarzem. Chwilę później do ognia doszedł także Aarendil, elf z Laro i Noxis, ów krasnolud, z którym nas tu przywiedziono.
Zaczęło się od rozmowy o orku, którego ponoć widziano w nocy w obozie. Okazało się, że korzystając z panujących ciemności, wrzucono go do karceru, a jeniec jeszcze przed świtem rozmawiał z jakąś zakapturzoną postacią. Nad ranem, według tego, co mówili wartownicy, więzień popełnił samobójstwo, więc nie mieliśmy już szans czegokolwiek się od niego dowiedzieć. Dzięki bogom, żaden wśród nas nie parał się nekromancją.
- Ktoś wie, co właściwie mamy tu robić? – zaczął chyba Noxis, gdy tylko zakończyliśmy tamten temat. – Mówili, że będziemy pracować, ale co dokładnie?
- Dokładnie? – to Einar z Fiordu spojrzał na naszego tęższego towarzysza. – Hugin, krasnolud, którego Wergundowie wynajęli do pracy tu, mówił coś o kamieniołomach.
- Pięknie – westchnęłam. Wiedziałam, że moje ciało daleko ma do fizycznej krzepy wojowników, a kamieniołomy… Czyżbym miała nie przeżyć w tym obozie nawet pełnego dnia?
W tym momencie na placu pojawił się któryś ze strażników w towarzystwie zakapturzonej postaci o wyraźnie kobiecej sylwetce.
- To kapłanka Gertruda – wyjaśnił nam Aleksander. – Służy Modwitowi.
Na te słowa Durgh prychnął cicho, a nasze spojrzenia na krótko się spotkały.
- Modwit, tak? – szepnął, a jego głos przywodził na myśl syk węża. Zdziwiłam się tym brzmieniem i uważniej przyjrzałam się towarzyszowi. Nie wyglądał na przeciwnika bogów.
- Czyżbym zapomniał powiedzieć, że służę Toledzie, Pani Równowagi? – zapytał, wskazując na niewielki zakonny symbol, który jakimś cudem zdołał ukryć w czasie transportu.
- Prędzej ja tego nie dosłyszałam, panie – odrzekłam, czując pewne onieśmielenie. – W drodze tutaj niewiele do mnie docierało.
Uśmiechnął się przyjaźnie, co nieco zbiło mnie z tropu. Choć wiele słyszałam już o fanatyzmie jego współbraci, raczej go polubiłam. Odwzajemniłam uśmiech.
- Na mnie czas – rzekł jednak, chyba, by jeszcze bardziej mnie zakłopotać. – Moja Pani nie wybaczy mi braku modlitwy, nawet jeśli jestem w niewoli.
Nie odpowiedziałam, czując, że robię się purpurowa. Do czego to doszło, by kapłan Toledy przypominał mi o obowiązkach wobec bogów? Pożegnałam Durgha z mieszanymi uczuciami, a gdy on przykląkł, zanosząc modły, ja także odeszłam w bok.
- Gdzie idziesz? – zainteresował się Aleksander.
- Na koniec obozu, za nasz ostatni namiot. Gdyby ktoś mnie szukał, znajdzie mnie właśnie tam.
Zniknęłam z placu i już wkrótce stanęłam w miejscu, które zdążyłam nazwać Leśnym Zakątkiem. Było ciche, otoczone sędziwymi drzewami i przede wszystkim pozbawione strażników. Dodatkową korzyścią było to, że nie musiałam odchodzić od placu poza zasięg głosu i mogłam słyszeć wszystko, co dzieje się w głównej części obozu.
Stanęłam więc między drzewami, tak, jak uczono mnie i w Aenthil, i w tryntyjskim kręgu druidów. Po odmówieniu tradycyjnego pozdrowienia Silvy i Herna upadłam na twarz przed potęgą lasu, wsłuchując się w jego głos i szepcząc wyuczone słowa.
- Giore til langs, Silva, baskytte selv. Pani wielka i dobra, Silvo, protektorko lasu, chroń nas od wszelkich niebezpieczeństw.
Drzewa zaszumiały tajemniczo, gdzieś w ich koronach zerwał się wicher, ale dziś Pani najwyraźniej nie chciała przekazać mi nic ważnego, bo nie zrozumiałam nic z tego szumu. Skłoniłam się więc, dziękując za okazane mi łaski i w końcu pożegnałam moje małe święte miejsce.
- Apel! – zabrzmiało właśnie od strony obozu, gdy podnosiłam się z klęczek. Po raz ostatni spojrzałam w niebo i powtórzyłam prośbę o ochronę. Później nareszcie przeszłam między namiotami, udając się na zbiórkę.
Ustawiono nas w dwóch grupach, osobno więźniów i zesłańców, po czym kazano nam stworzyć dwuszeregi. Po odliczeniu liczby obecnych wszyscy myśleli, że apel zaraz się skończy. Niestety, czekała nas jeszcze jedna, niemiła niespodzianka, która Fiordyjczyków doprowadziła wręcz do szewskiej pasji.
- Baczność! – zagrzmiał rozkaz. – Flaga na maszt!
Wergundzka flaga powoli i, przyznajmy to, majestatycznie, wjeżdżała na górę. Dla wielu z nas był to widok wręcz znienawidzony, elfy pamiętały jeszcze swoje bitwy z Imperium, żeglarze z Fiordu swoje, a o Tryntyjczykach nie trzeba było nawet wspominać. Widząc więc sztandar władzy z Akwirgranu, Ulf i jego hird z wybrzeża przez chwilę jakby się wahali, ale w końcu uczynili coś, co zapewne od dawna chodziło im po głowach. Odwrócili się plecami do masztu.
Co, jak co, ale taki czyn w wergundzkim obozie nie mógł ujść im płazem. Gdy za drużyną zaczęli odwracać się kolejni, zbliżyli się do nas strażnicy z batogami w rękach. Nie będę ukrywać, przeraziłam się i choć zaczęłam już się odwracać, nie zrobiłam tego do końca. Wtedy właśnie na plecy stojących obok wojów spadły pierwsze ciosy.
- Prowodyrzy do karceru – zabrzmiał głos dekuriona, a Wergundowie popchnęli kilku naszych do stojącej w rogu placu klatki. Zdołałam tylko dostrzec krew na głowie zdzielonego pałką przez łeb Ulfa i aż czerwoną koszulę jego towarzysza, Meriadoca. To była pierwsza poważna kara w tym obozie, ale bynajmniej nie ostatnia. Mała klatka miała stać się w najbliższych dniach domem niemal wszystkich dzieci wybrzeża, a z nimi wielu innych.
Po całym zamieszaniu ze sztandarem, wreszcie wciągnięto go na maszt, a nas poinformowano, czym mamy się dziś zajmować.
- Jesteście tu, by kopać i wydobywać – rzekł jeden z pomocników dekuriona. – W miejscu, które dziś odwiedzicie, nie jest łatwo kopać bez obawy o to, co czai się za drzewami. Dlatego też trzeba wpierw wyplenić stamtąd te cholerne dziwożony, z czym, mam nadzieję, poradzą sobie kajdaniarze.
- Nie uderzę driad – usłyszałam głos Lily, ale do strażnika, na całe szczęście, nie dotarło, co mówiła. Znów spurpurowiałam. Czyż nie powinnam mówić jak ona i bronić Cór Lasu za wszelką cenę?
- Lily, krzykiem im nie pomożesz – to Keledy, przyjaciel elfki, starał się wytłumaczyć jej, co powinna zrobić. – Jeśli nie chcesz bić driad, zawrzyj pokój, a nie wysyłaj nas na śmierć.
Nikt nie mógł zrozumieć, czemu po zakończeniu apelu aż tak się rozpromieniłam.
- Kazali nam porozdzielać się wartami – chwilę później poinformował mnie Durgh, wskazując na tłoczących się przy dekurionie więźniów. Ja nie zastanawiałam się długo.
- Wartujemy razem? – zapytałam, a obok mnie Nike, choć należąca do zesłańców, spojrzała na mnie po przyjacielsku.
- Może w trójkę, razem? – poddała pomysł, a kapłan Toledy zgodził się z uśmiechem. Dopiero po chwili zrozumiałam, skąd ta dziwna radość. Do naszej warty należało przecież aż trzech wysłanników bogów!
- Mogę z wami? – zapytał Aarendil, którego, jako elfa z Laro, w życiu nie posądziłabym o chęć współpracy. Zgodziliśmy się jednak i już wkrótce zapisaliśmy naszą wartę na jednym z licznych dokumentów dekuriona. Potem, nareszcie, pozwolono nam udać się na zasłużone śniadanie.
Halla, stara tryntyjska karczma pamiętająca jeszcze niepodległość tego terytorium, jawiła nam się niemal jako raj. Po długiej i męczącej wędrówce o wodzie i czasem chlebie tutejsze jedzenie okazało się wyjątkowo… normalne. Na stołach pojawiło się białe pieczywo, dżemy z leśnych owoców, najróżniejsze warzywa i świeże mleko. Czego wymagać więcej w takim położeniu? Zjedliśmy szybko, czyszcząc stół do ostatniego okruszka. Później przygotowaliśmy się do wyjścia.
- Niech bogowie cię prowadzą, Nike – powiedziałam do towarzyszki, kiedy, już w namiocie, włożyłam na siebie wygodne buty i zakonną tunikę przewiązaną zwykłym sznurem.
- I was, Aerlinn. Macie przed sobą trudniejsze zadanie – powiedziała, choć i zesłańcy tego dnia opuszczali obóz. Uśmiechnęłam się, starając się nie myśleć o tym, co nas czeka.
- Trzymaj się ciepło – rzuciłam i wyszłam z kwatery. W starej, nieco podniszczonej torbie umieściłam jeszcze manierkę ze świeżą, źródlaną wodą i kilka ofiarowanych mi przez dowództwo bandaży. Dzięki kilku modlitwom, które pomogła mi ułożyć kapłanka Herby, teraz mogłam leczyć w jeszcze pewniejszy sposób.
Nieco się zdziwiłam, gdy w grupie zbierającej się na wyprawę do lasu driad dostrzegłam Ulfa i Meriadoca. Choć obaj z pokaźnymi guzami na głowach, zdawali się być gotowi do bitwy czy też potyczki. Niedługo miałam się przekonać, że faktycznie tak było.
Wyruszyliśmy niewiele później, gdy dołączyła do nas strażniczka Yndirmarie przez wszystkich nazywana Yndir. To „dzięki niej” kajdaniarze w ogóle mogli wyjść z obozu.
- A skąd pewność, że nie wybuchniemy, gdy tylko znajdziemy się za granicą tego terenu? – zapytał bodajże Einar.
- Ponieważ posiadam to – odpowiedziała Wergundka, odsłaniając wiszący jej na piersi wisior w kształcie kuli. – Nie możecie oddalić się ode mnie na więcej niż piętnaście metrów ani, oczywiście, podnieść na mnie ręki. Skoro już wszystko wiecie, możemy wreszcie iść?
- Tak – odpowiedzieliśmy krótko, kierując się ku górnej bramie obozu. W drodze zastanawiałam się, czy imię bogów sprawi, że pokój z driadami będzie bardziej realny. I ja nie chciałam zabijać swych leśnych sióstr, ale wiedziałam, że nie dopuszczę, aby ktokolwiek z obecnych w mej grupie zginął. Zacisnęłam pięści w bezradnym geście małego dziecka i wraz z resztą oddziału wyruszyłam. Wtedy po raz pierwszy dopadła mnie myśl, że z tej wyprawy mogę już nie wrócić.
Szliśmy dość długo w niemal idealnym, z konieczności zwartym szyku. Lily była smutna i przygnębiona, a moje rady niewiele poprawiały jej samopoczucie. Zaprawdę, więź tej elfki z lasem była silna, silniejsza nawet niż u wielu z kapłanek i druidek, które widziałam. Biedna dziewczyna. Że też musiała spotkać ją akurat taka wyprawa…
- Rozglądać się po krzakach – zakomenderował Ulf, który w naturalny sposób stał się naszym dowódcą. Gdy wcześniej w obozie dano nam jakieś pięć sztuk broni, to on zajął się jej rozdzielaniem. Teraz też jego rolę stanowiło sprawowanie nad nami kontroli.
Prowadził on i Yndir, co sprawiało, że szliśmy naprawdę szybkim tempem, by tylko nie odstawać od reszty na więcej niż piętnaście metrów. Oczywiście, wszystko nieco się zmieniło, gdy z ubitego traktu weszliśmy w las i otoczyliśmy strażniczkę, by czasem nie narobić huku. Nikt z nas przecież nie miał ochoty, by się „rozerwać”.
Leśna ściółka, jak zwykle, gdy idzie się sosnowym borem /to była buczyna z dodatkiem świerka ;) /, robiła pod naszymi stopami hałas nie mniejszy niż wergundzka centuria, więc o przemknięciu się między drzewami mogliśmy tylko pomarzyć. Zaczęliśmy zbliżać się do skalistego zbocza, po którym mieliśmy zamiar się wspiąć, gdy usłyszeliśmy to, czego można było się spodziewać. Wysoki ni to krzyk, ni to pisk, w którym każde leśne stworzenie rozpoznałoby driadę.
- Schować się za drzewa i skarpę – polecił Ulf, patrząc się przede wszystkim na kapłanów, mnie, jego druha, Ivara i Durgha. Noxis został z tyłu, ale i tak nie miał szans, by wcisnąć się za dość młode drzewa, między którymi się znajdowaliśmy.
Zapadła cisza. Każdy z nas wiedział, co zaraz się stanie, więc po raz kolejny wyszeptałam słowa modlitwy, błagając o ochronę nas. W tym momencie na szczycie zbocza pojawiło się kilka najprawdziwszych driad.
Dobrze znałam te zwinne kobiece sylwetki, tylko z pozoru przypominające elfickie. Opiekunki drzew miały na sobie tylko lekkie, zielonkawe tuniczki i barwne pióropusze /maski z piór/. W pasie przewiązane były zwierzęcymi futerkami, ale dobrze wiedziałam, że pochodziły one ze zwierząt zmarłych na drodze naturalnej /komentarz Łozy: droga naturalna to droga nie-asfaltowa, tak? ;) może lepiej w sposób naturalny?/. Żadna leśna nimfa nie ośmieliłaby się zaatakować innego stworzenia tylko dla jego futra.
- Uwaga! – z zadumy wyrwał mnie głos naszego dowódcy, który już wysunął się na czoło oddziału i teraz przekładał broń z ręki do ręki.
- Odejdźcie! – odpowiedziała mu przywódczyni nimf z pawimi piórami we włosach. – Odejdźcie od naszych domów, nie niszczcie naszej ziemi!
- Nie zamierzamy niszczyć ani waszych domów, ani drzew czy ziemi! – krzyknęła Lily, ale któryś z wojów raptownie jej przerwał.
- To wy musicie odejść! Imperium potrzebuje tych skał, tego kamieniołomu!
Przegiął, przemknęło mi przez myśl, a driady niemal natychmiast wyszarpnęły ukrytą za pasami broń. Nie miały łuków, co było dość dziwne, ale skoro porzuciły swój naturalny oręż, we władaniu takim także musiały czuć się wyśmienicie.
- Odejdźcie – po raz ostatni krzyknęła Córa Lasu, a gdy zabrzmiała odmowa, cisnęła przed siebie jakimś czarem i powiodła swe towarzyszki prosto na nasze szeregi. Wojownicy zadali pierwsze ciosy, kilku z nich padło ranionych.
Już pierwsze sekundy walki pokazały, jak wielką przewagą jest wsparcie i znajomość terenu. Nawet mistrzowie szermierki, hird Ulfa, musieli cofać się przed leśnymi amazonkami, które raz po raz przeskakiwały rozpadliny i korzenie, zachodząc nas od tyłu. I ja kilkakrotnie, miast leczyć rannych, musiałam szaleńczo się cofać przed leśnymi dziewczętami.
- Błagam, nie zabijajcie ich! – krzyk Lily wwiercił mi się w głowę, gdy spostrzegłam, że nasi ranili jedną z nimf. Wydawało mi się, że elfka nagle przeskoczy do szeregu naszych sióstr i chyba zamierzała to zrobić, bo nagle podbiegł do niej Keledy i ogłuszył ją płazem /głowicą, płazem się raczej nie da/ swego miecza. Tymczasem bitwa trwała.
- Na bogów! – krzyknęłam wreszcie, kiedy tylko odsapnęłam po ukryciu się w kolejnej rozpadlinie. – Przestańcie walczyć, Córy Lasu! W imię Silvy i Herna zaklinam was, aby nie polała się wasza krew!
Przez chwilę myślałam, że moje wezwanie nie zdało się na nic, ale w końcu, po kilkudziesięciu sekundach, driady zaczęły się wycofywać. /wśród driad był jeden facet, nie zwróciłaś uwagi na to, ze w pewnym momencie usłyszał mentalne wezwanie od Herna, które zbiegło się z Twoim wezwaniem. Skoro tego nie widziałaś, nie musisz tego też pisać :) /
- Pójdźcie z nami – powiedziała, już dużo spokojniej, ich przywódczyni. – Wejdziemy do naszego świętego miejsca i tam zadecydujemy o tym, czy odejść. Nawet nie wiecie, jak ważne dla nas są te lasy.
- Wiemy – szepnęłam, ale nikt mnie nie usłyszał. Podbiegłam do ogłuszonej Lily i dodałam jej zaklęciem nieco sił. Kto jak kto, ale ona powinna mieć możliwość znalezienia się w sanktuarium nimf.
Widać było, że wojownicy ze sporymi obawami zgodzili się na propozycję „dziwożon”. Ich palce cały czas zaciskały się na broni, a rozbiegany wzrok zatrzymywał się na każdym drzewie, zza którego mogła wylecieć celna, wręcz zabójczo celna strzała.
- Spokojnie – rzekłam, a Lily powtórzyła to nieco głośniej. – To ich święte miejsce, nie ośmielą się użyć tam broni.
Mimo to, zwłaszcza Fiordyjczyk Einar, wciąż kurczowo ściskał rękojeść swego miecza tak, jak wszyscy, którzy posiadali oręż. Idący obok Noxis starał się nie odzywać, by nie pokazać, jak bardzo drży jego głos.
- Zachowujcie się cicho – poradziła nam któraś z driad, gdy minęliśmy trakt i zagłębiliśmy się w lesie po jego wschodniej stronie. Po kilku minutach marszu znaleźliśmy się w najświętszym miejscu w tym borze. Święte jeziorko, dookoła którego mieściła się osada nimf, aż kipiało mocą bogów.
Nie zważając na innych, przyklękłam, bo wiedziałam, że to miejsce zasługuje nie tylko na szacunek, ale i na cześć. Podziękowałam Wielkiej Silvie, że z Jej łaski mogłam tu trafić.
- Witajcie w naszym domu, w Sercu Lasu – rozłożyła przed nami ręce władczyni społeczności Cór Boru.
- Witaj, pani – szepnęło kilku spośród nas.
- To prawda, że chcecie nas stąd wyrzucić? Nas, które opiekujemy się okolicą?
- Nie my pragniemy waszego odejścia – wtrąciłam się do rozmowy. – Nie przybyliśmy tu z własnej woli. To, co mamy na dłoniach, jest świadectwem tego, że to Imperium chce tych ziem.
- Nie odejdziemy stąd.
- Jeśli nie, pamiętajcie tylko, że Imperium wiele może zrobić nie tylko wam, ale i lasowi.
- Jeśli nie odejdziecie, wejdą tu oddziały pacyfikacyjne – prosto z mostu dodała Yndirmarie. – A oni puszczą przed sobą ogień i wybiją was co do nogi. Chcecie tego?
- Las jest po naszej stronie.
- Tak, to prawda – rzekłam. – Ale chyba nie chcecie, by ten las zniknął tylko dlatego, że nie odeszłyście, prawda? Błagamy was, jeszcze raz powtarzam, nie chcemy zrobić wam krzywdy.
- Ale jeśli będziemy zmuszeni, to zrobimy.
- Yndir! – to któryś z wojowników skarcił strażniczkę.
- Dobrze – po dłuższej chwili odrzekła driada. – Odejdziemy stąd, choć z bólem zostawiamy nasze domy i święte miejsce. Dajcie nam trzy dni, a zastaniecie tę okolicę pustą.
- Trzy dni?! – Wergundce chyba od dłuższego czasu nie podobała się ta konwersacja.
- Yndir, i tak wiele nam dają – odezwał się chyba Keledy. – I tak nie wrócilibyśmy tu jutro z ciężkim sprzętem, a chyba nie chcemy tu niepotrzebnej walki i strat, prawda?
- Dwa – chciała targować się strażniczka.
- Trzy albo zostajemy /ten argument na pewno nie padł. Driady otrzymały od Herna polecenie – za trzy dni, nie mniej, nie więcej, odchodzą/. To i tak mało czasu na przenosiny.
- Dobrze, niech wam będzie. Przybędziemy tu za trzy dni.
Nikt nie odpowiedział kobiecie, a nimfy przyklękły nagle na brzegu jeziorka. Moc, która biła od niego, jeszcze się wzmogła, a ja ze czcią pochyliłam głowę. Ku mojemu zdziwieniu uczyniło to wielu spośród nas.
Dookoła powiał wiatr, zrobiło się tajemniczo, a pomiędzy drzewa padł strumień słonecznego światła. Doskonale znałam to uczucie, ten stan z mojego snu.
- Hern – szepnęłam, gdy tylko ujrzałam Jego jelenie poroże i spokojną, ojcowską twarz. Bóg jednak nie odezwał się do nas. Ten pokaz Jego opieki nad driadami wystarczył nam wszystkim.
- Panie, dzięki Ci – powiedziałam, gdy Wielki Łowczy zniknął, a oddział zaczął zbierać się z kolan. – Dziękuję wam, Córy Lasu, w imię bogów.
Albo mi się wydawało, albo któraś z nimf uśmiechnęła się do mnie.
Do obozu wróciliśmy w radosnych nastrojach i z poczuciem wypełnionej misji. Szliśmy wprawdzie w szyku, ale jedynie z konieczności, by nie zmienić się w spopieloną plamę na ziemi. Kiedy tylko weszliśmy w granice obozu, ruszyliśmy pochwalić się „zesłańcom” naszymi negocjacjami. Okazało się, że ich grupa była rankiem w obozie orków, w pobliżu którego napadnięto ich. Mimo wszystko mężni przeciwnicy Imperium, bo chyba jeńców tak wypadałoby nazywać, nie poddali się, dogonili bandytów i na dodatek znaleźli ich kryjówkę, a w niej odebraną kiedyś Wergundom… naszą broń. Oczywiście ukryli ją dobrze, korzystając z tego, że nie było nad nimi strażnika, a pod wieczór mieli zamiar przerzucić ją w okolice obozu. Tylko oni, bez tych okropnych bransolet, mogli jakkolwiek myśleć o buncie. Po obozie rozeszła się plotka, że powodem nagłej nieobecności kilkorga spośród „zaobrączkowanych” Fiordyjczyków stały się ich problemy żołądkowe.
Po obiedzie wysłano nas na kolejną misję, mającą tym razem na celu zdobycie magicznych kryształów służących do wyrabiania krasnoludzkich min kierunkowych. Miny musiały być zrobione do rana, więc natychmiast wyruszyliśmy na spotkanie z nieznanym.
Tym razem udaliśmy się w stronę dolnego wyjścia, przeszliśmy przez potężny, wergundzki trakt i zeszliśmy do dolinki czy też raczej wąwozu. Droga była wąska i sprzyjająca zasadzkom, ale na szczęście przeszliśmy ją bez większych problemów. Dopiero, gdy po raz drugi przecięliśmy trakt i mieliśmy szukać wieży z zapisków, które dał nam Hugin, zrobiło się nieciekawie. Większość pomyślała, że już się zgubiliśmy.
Wezwaliśmy do siebie Hogara, ludzkiego kapłana poświęconego Skogurowi, mężowi mej Pani. Wszyscy wiedzieliśmy, że może on błagać bogów o znalezienie drogi, więc właśnie o to go poprosiliśmy.
Nie wiem, co za złe moce rzuciły się na niego, czy też, o czym myślał w czasie swej modlitwy. W każdym razie nie dość, że pomylił połowę rytualnych słów, to jeszcze zapomniał ostatniej części tekstu zaklęcia. Nie wiem, czemu Skogur mu to wybaczył, nie moja to sprawa, ale mimo wszystko wstyd było mi za tego towarzysza.
Po krótkiej rozmowie ruszyliśmy dalej, na całe szczęście znajdując właściwą drogę. Kiedy po kilku pacierzach dotarliśmy w zacienioną dolinkę przy ruinach wieży, byliśmy pewni, że wcześniej dobrze poszliśmy. Teraz czekały nas tylko, jak to nazwał Hugin, „zapadliska”.
Wyglądało to jak dziury po gigantycznych pociskach, na których dnie mieściły się wejścia do dawnych krasnoludzkich sztolni. Przeszliśmy obok tych lejów ostrożnie i niemal z duszą na ramieniu, bo ścieżka była dość wąska i niebezpieczna. Kiedy wreszcie znaleźliśmy się za ostatnim z zapadlisk i chcieliśmy przyspieszyć, pierwszy szereg pochodu raptownie się zatrzymał. Z przeciwległego zbocza dolinki rozległ się zaś głos:
- Znikajcie stąd! Czy wiecie, po czym stąpacie?! To cmentarz, ziemia krwią uświęcona, a wy ją bezcześcicie!
- Nie przybyliśmy tu deptać cmentarza, kimkolwiek jesteś, nieznajomy – rzekł Einar, gdy Ulf i reszta hirdu skradali się po skarpie ku przeciwnikowi. – Szukamy tu tylko krasnoludzkich kryształów.
- Niczego nie szukacie, lecz depczecie po prochach mych przodków! Mnie zwą Księżycem, jeśliś ciekaw mego imienia! A teraz odejdź! Już!
W tym momencie chyba dostrzegł grupę kryjących się za drzewami Fiordyjczyków, bo nagle uniósł rękę, jakby chciał nas odepchnąć. Na ziemi przed nami znikąd pojawił się fioletowawy dym.
- Trucizna! Zakryć twarze! Uwaaagaaa!
Ostatni krzyk był już podsumowaniem pędzącej w naszą stronę kuli ognia, która, całe szczęście, jedynie osmaliła twarze ostatniego szeregu. Kiedy jednak następna sprawiła, że Meriadocowi zwęgliły się brwi, z ust do ust podano rozkaz.
- Przemykamy się w prawo, przez ten zwalony pień, a potem wiejemy w las, ten na zboczu za nami – powiedział stojący obok mnie Noxis, przy okazji wskazując mi szyszkę, którą już w obozie mogłam złożyć bogom w ofierze. Skinęłam głową i wrzuciłam szyszkę do torby. W tej samej chwili zadrżałam, widząc Keledy’ego.
Elf stał niemal bez ruchu, śmiertelnie blady i wpatrzony tylko w maga. Widziałam, jak ktoś próbował przekazać mu rozkaz dowództwa i ledwie uskoczył przed ciosem aenthilskiego wojownika. Nie wiedziałam, co się dzieje i jak odwrócić to, co się stało. Lily już podbiegła ku towarzyszowi, by jakoś poradzić na ten jego stan, ale i ją jego pięść minęła o kilka cali.
- Cofnij czar, a odejdziemy! – usłyszałam głos Yndirmarie. – Błagamy! /akurat ;) /
W końcu nadszedł czas na nasze wycofanie się. Keledy nagle drgnął i powiódł przerażonym wzrokiem po otoczeniu.
- Co się…
- Potem ci opowiemy. A teraz ruchy, zanim mu się odwidzi.
Postąpiliśmy zgodnie z rozkazem. Grupka po grupce popędziliśmy dolinką, przeleźliśmy przez zagradzający drogę pień i wąskim przejściem zagłębiliśmy się w las. Dopiero tam wszyscy się zatrzymaliśmy.
- Ale chyba nadal nie mamy tych kryształków – rzucił jeden z elfów imieniem Tsuna, ale Meriadoc z hirdu uśmiechnął się tylko.
- Hugin mówił o czterech, tak? – rzucił na wszystkich baczne spojrzenie o treści „gdzie polazła Yndirmarie?”.
- Chyba tak.
- My mamy ponad dziesięć.
Wracaliśmy, podobnie jak rankiem, w szampańskich nastrojach, choć co chwila oglądaliśmy się wstecz, mimo wszystko obawiając się zasadzki. Nie poszły w las opowieści zesłańców o czających się w okolicy bandytach, ale czegóż tu się lękać, gdy idzie się wśród tak potężnych wojów? Wkrótce więc zaczęły się rozmowy, a potem nawet śpiewy.
W tym momencie Tsuna, Noxis i Einar z zapałem rozprawiali o tożsamości tajemniczego Księżyca z dolinki, a Ivar, kapłan Herby współpracujący z hirdem, opowiadał mi o mocy, którą wyczuł rankiem przy jeziorku driad. Na końcu pochodu, kilka kroków za nami, szła Yndir, obserwując brzegi doliny i wysforowujących się na czoło Fiordyjczyków. Nawet tu dochodziły nas słowa ich pieśni.
- Ulf! – krzyknął nagle Durgh, jakby coś sobie przypominając. – Ulf, na moc Toledy!
O kurcze, kapłani nie powinni tak szastać imionami bogów. Co się, u licha, stało?
I wtedy zrozumiałam. Każdy zrozumiał. Piętnaście metrów.
- Yndir, przyspiesz! Ratuj ich!
Faktycznie, tylko nagłe zerwanie się do biegu uratowało dwójkę mężnych, fiordyjskich wojowników. Upadli wprawdzie, ale nie zabrzmiał upiorny huk. Stracili przytomność. Szczęście w nieszczęściu.
- Kapłana! – ten wrzask przyspieszył jeszcze mój krok. Padłam na kolana przy Ulfie, podczas gdy Ivar i Durgh przywracali zdrowie i przytomność Meriadocowi.
- Pani, daj mu wrócić do nas – szepnęłam, wyciągając dłoń nad leżącym. – Giore til langs, Silva, rekke hem evne. Daj mu siłę.
Drgnął, by po chwili otworzyć swoje ciemne oczy i złapać się za głowę.
- Nie odchodź od nas – powiedziałam, zarówno w sensie dosłownym, jak i w przenośni. Dowódca rozpromienił się, próbując wstać.
Jakiś kwadrans później dotarliśmy do obozu, gdzie oddaliśmy Yndir wszystkie… cztery kryształki. Nie wiem, czy bezpiecznym było wiedzieć, co stało się z pozostałymi, więc nie wypytywałam się o nie bardziej, niż powinnam. Później tylko doszły nas słuchy, że Ulf próbował sprzedać kamienie Huginowi, ale o całej sprawie dowiedziała się straż i przejęła towary. Z tej akcji jednak tylko jedna rzecz była pewna. Ulf wylądował w karcerze. Znowu.
Jakby tych wszystkich nieszczęść było mało, po wieczerzy gruchnęła prawdziwie grobowa wieść.
- Chcą nas zabić – padło, gdy zebraliśmy się na zalesionym zboczu za głównym obozem, z dala od oczu strażników. – Cały czas mówią o rozkazie, który przyszedł „z samej góry”. Nie dożyjemy jutrzejszej północy.
- Ale co możemy zrobić? – zapytał jeden z „kajdaniarzy”. – Nie damy rady nawet myśleć o buncie.
Po tych słowach, jakby na potwierdzenie swej tezy, pomknął w krzaki.
- Możemy mieć dwa sposoby ucieczki – powiedział Olaf, jeden z więźniów-założycieli obozu. Był rosłym Tryntyjczykiem o głowie na karku, co wielu z nas niemal natychmiast do niego przekonało. – Po pierwsze, możemy zwiać w lasy, to znaczy my, zesłańcy, możemy zwiać w lasy. Ale wtedy i tak Wergundowie w końcu nas znajdą i wybiją. Potrzebujemy większej liczby uciekinierów, a jeśli będzie nas wystarczająco, będziemy mogli nawet przejąć obóz tak, że nie ujdzie świadek.
- Nie uczynimy nic, a na pewno nie podniesiemy broni, zanim nie odkryjemy, jak to działa – to Keledy potrząsnął swą lewą ręką.
- Jest jeszcze coś. Było tu kiedyś kilku magów, którzy ponoć badali tę rzecz. Wydobyliśmy trochę informacji o tamtych zdarzeniach.
Wszyscy zgodnie zamieniliśmy się w słuch.
- W obozie funkcjonuje pole magiczne, podobne do tego przy wisiorach strażników. Coś musi je kontrolować.
- Chyba wiem, co – rozległ się głos o dobrze znanym mi akcencie.
Jak jeden mąż, spojrzeliśmy na ubranego w zielone spodnie i brązową koszulę elfa o złotych lokach, który teraz wstał, by przemawiać.
- To Onfis – szepnął mi ktoś do ucha, a mój rodak odezwał się tym samym tonem, który przywodził mi na myśl znamienitszych spośród mieszkańców Puszczy:
- Zaciekawiła mnie sprawa nie tego, co kontroluje bransolety, ale kto. Jestem niemal pewny, że to kapłanka Gertruda, która co wieczór tańczy przed posągiem Modwita i przypuszczam, że jednocześnie wlewa ona moc w wasze ozdóbki na drodze jakiegoś rytuału. To możliwe?
- A i owszem, rytuały zwykle niosą przecież w sobie potężną energię. Gertruda jednak nie może przelewać mocy w coś, co jest daleko, więc… Jasny gwint! Tam przy posągu zapewne jest przedmiot, który kontroluje bransolety i utrzymuje w obozie pole magiczne. Jeśli go zniszczymy, lub chociaż zablokujemy…
Nikt prócz Lily i mnie nie spostrzegł naszego towarzysza, Valrasa wymykającego się w krzaki. My zaś nie miałyśmy chęci tego nagłaśniać, w końcu tego wieczora wymiotowali prawie wszyscy.
- Równie dobrze możemy wtedy wszyscy wybuchnąć – kontynuowano rozmowę.
- Nie mamy innego wyjścia, jak próba. To nasza jedyna szansa, a bez uwolnienia się od bransolet, nie mamy nawet, co myśleć o oswobodzeniu obozu i przeżyciu.
- Potrzeba do tego rytuału blokującego – spokojnym głosem odezwał się Durgh. – Ale wątpię, byśmy sami dali sobie radę. Nie możemy być pewni, czy bogowie udzielą nam swojej mocy, a skoro Modwit wspomaga swoją wyznawczynię…
- Spróbować nie zaszkodzi.
- Hej, patrzcie, co mam!
Nasz uciekinier, Valras, wyłonił się z gąszczu rozpromieniony, jak małe dziecko. Kiedy się zbliżył, wszyscy spostrzegliśmy leżącą na jego dłoni zielonkawą kulę emanującą potężną mocą i dziwnym światłem.
- Skąd ty…? – zaczął Olaf, ale Onfis natychmiast mu przerwał.
- Odłóż to natychmiast pod posąg, chyba że chcesz nas wszystkich pozabijać! Raz dwa, lecisz! Pomyślałeś, że być może razem z tą kulką przeniosłeś także to pole magiczne?! Jeśli ktoś właśnie był przy granicy obozu…
- To już go nie ma – smętnie dodał winowajca.
- Zmykaj, ale już!
Właśnie w tym momencie stojący na czujce Zak, przybysz z północy, krzyknął umówione hasło, fragment zasłyszanej dziś od Hugina krasnoludzkiej opowieści:
- I wtedy wziął ten sekator i ciach!
- Ciach, ciach! – chórem odpowiedziała mu reszta, a nasz „złodziej” czmychnął w stronę halli.
- A mógł urwać – kontynuował Durgh – i byłoby dobrze.
- Ale nie urwał – uśmiechnął się Einar – i jest źle.
Strażnicy przeszli obok nas i jestem pewna, że gdybym mogła zobaczyć ich twarze, ujrzałabym na nich uśmieszki politowania.
- Kajdaniarze i kapłani zesłańców, do dekuriona!
Co, u licha? W końcu nas nakryli, czy nie? Może zauważyli zniknięcie kuli? Nie, wtedy pewnie wzywaliby cały obóz. Nie mogąc wymyślić nic konkretnego, zwlokłam się z ziemi i poprawiając na ramieniu torbę z medykamentami, zmówiłam modlitwę o bezpieczną noc. Wkrótce, ramię w ramię z Nike od zesłańców oraz Durghiem i Tsuną z naszego transportu, ruszyłam w stronę halli. Zastaliśmy tam już spory tłumek i samego komendanta żywiołowo gestykulującego podczas rozmowy z Meriadociem.
- Co się stało? – zapytałam Lily, którą szybkie nogi przywiodły tu nieco wcześniej.
- Dekurionowi zaginęła żona…
- Jakkolwiek to nie brzmi – wtrącił Vey, który, jak typowy banita, nigdy nie przestrzegał zasad dobrego wychowania.
- Podobno często chodziła nad jakieś jeziorko w lesie – ciągnęła elfka – ale dotąd zawsze wracała. Dziś wszystko się zmieniło.
- Powinien jej lepiej pilnować – uśmiechnął się wygnaniec. Mimo wyraźnych podtekstów tej wypowiedzi nie skomentowałam jej. Wkrótce ustawiliśmy się w jako taki szyk i ruszyliśmy na spotkanie pogrążonego w mroku lasu.
Idąc traktem wiodącym przez gąszcz, powtarzałam wyuczone słowa z Aenthil. Obok mnie Nike z Ivarem mamrotała modlitwy do Herby, a Durgh prosił o wsparcie Toledy. Z samego marszu niewiele pamiętam, jedynie strach i złowrogie moce, których obecność dookoła była niemal namacalna.
- Silvo, Hernie, opiekunowie lasu! Wspierajcie nas w tej trudnej godzinie…
- Pani Równowagi, dokoła noc ciemna i tylko światło wiary może ją rozświetlić – brzmiał tak dobrze mi znany, męski głos.
- Herbo, wiem, że lubisz tych, którzy pachną miętą…
No tak, Ivar i jego ekscentryczne modlitwy. Ledwie powstrzymałam się od parsknięcia śmiechem, gdy kontynuował błaganie bogów w swoim, niezastąpionym stylu. Wzniosłam oczy ku niebu, spoglądając na lśniące nam nad głowami gwiazdy, tak inne od tych widzianych nad Puszczą. Księżyc, wąski rogalik, rzucał na drogę jedynie nikły blask. Zdecydowano się rozpalić pochodnie.
Po raz pierwszy w swym krótkim, nieco ponad stuletnim życiu, bałam się lasu. To nie był już Aenthil, ale tryntyjski bór pełen ruin i zamieszkujących je plugastw. Gdy drzewa przesłoniły księżyc, badawczo spojrzałam na idących obok mnie kapłanów, Nike i Durgha.
- Spokojnie – rzekł mężczyzna, a ja zarumieniłam się pod jego niemal ojcowskim wzrokiem. – Nie lękaj się nocy.
- Nie nocy się boję, panie. Nigdy jednak do tej pory nawet nie widziałam walki, jedynie te dzisiejsze potyczki – powiedziałam, czując, jak mój głos drży ze strachu.
- Chciałbym być w takiej sytuacji, jak ty, elfko. Pragnąłbym być nieskalanym krwią cywilem bez obowiązku zabijania tych, którzy zaburzają Równowagę. Bogini jednak wybrała mnie do innego zadania, innej, równie wielkiej misji. Czyń to, co każą ci niebiosa, a i one będą ci sprzyjać. W bitwie zaś trzymaj się za nami i lecz każdego, kto upadnie.
- Brzmi tak prosto…
- I będzie proste. Tylko się nie bój. Pamiętaj, że bogowie wspierają swoich wyznawców. Zaufaj im.
Szliśmy już długo i choć droga była prosta, raz czy dwa byłam zmuszona pociągnąć ze swej manierki. Kiedy więc doszliśmy, tylko Noxis dziękował niebiosom głośniej ode mnie.
Dekurion, dość pewny siebie, powiódł nas prosto w gąszcz, aż znaleźliśmy się nad niewielkim jeziorkiem pogrążonym w całkowitych ciemnościach, którego woda cichutko pluskała o brzeg. Tam komendant począł nawoływać żonę, lecz przez dłuższy czas odpowiadało mu tylko echo.
- Tu jestem – zabrzmiało w końcu, a w kręgu światła rzucanego przez pochodnie pojawiła się kobieta. Nie wyglądała ani na zmęczoną, ani tym bardziej na ranną, więc ucieszyliśmy się z nieodległego w czasie powrotu do obozu. Jedynie kilkoro z nas nie dowierzało, że wszystko poszło tak łatwo.
- Kochanie, co ty tu robisz? – pytał tymczasem Wergund. – Czemu nic nie powiedziałaś? Wracajmy do domu.
- Nie pójdę bez naszej córki.
Na kilka sekund zapadła cisza przerywana tylko złowrogim szmerem liści i cichym chlupotaniem wody w pobliskim jeziorku.
- Ale przecież – wyjąkał wreszcie dekurion. – Przecież my nie mamy dzieci.
Po naszych plecach przebiegły ciarki, ktoś głośno syknął, a natura, jakby chcąc zaprzeczyć słowom żołnierza, sprawiła, że gdzieś w mroku jeszcze głośniej zachlupotała woda, potem groźnie zaszeleściły gałęzie, a na końcu rozległ się piskliwy głos należący najwyraźniej do jakiegoś małego dziecka:
- Mama, mama!
Wojownicy nie namyślali się długo i natychmiast unieśli broń, a my, kapłani, stanęliśmy za ich szeregiem, gotowi do wypowiedzenia modlitw i ochronnych błogosławieństw. W tym właśnie momencie obok matki pojawiła się córka.
Najpierw widać było tylko jej rękę, okropną, pokrytą obrzydliwymi liszajami i uzbrojoną w długie szpony. Potem dostrzegliśmy bladą jak kość twarz dziewczynki i oblepiające ją czarne, mokre włosy, nieco rozczochrane, opadające grubymi strąkami. Sama brunetka była bardzo młoda, nie mogła liczyć sobie więcej niż trzynaście, czternaście wiosen, choć wyglądała na jakieś dziesięć. Mimo to każdy z nas wiedział, że walka, do której musiało dojść, nie będzie łatwa. Mała stanęła obok żony dekuriona z cichym mamrotaniem na ustach.
W końcu obie kobiety uniosły ręce, a potem, naraz, skoczyły na całą naszą grupę z wibrującym w uszach wizgiem. Pierwsi ranni upadli na ziemię, a reszta, chroniąc ich i nas, leczących, otoczyła nas ciasnym kręgiem.
W takiej walce ciężko było się nie wycofywać, zwłaszcza, gdy obie topielice, bo tak zdążyliśmy je już nazwać, walczyły bok w bok. Krok za krokiem więc brnęliśmy w gąszcz, co chwila wykrzykując modlitwy. Wojownicy odpowiadali nam swymi bojowymi zawołaniami.
Wydawało się, że nasze szanse drastycznie maleją. Weszliśmy teraz w zarośla pokrzyw, matka atakowała nas z przodu, a córka zniknęła gdzieś po lewej stronie. Nawet mój elfi wzrok nie mógł odróżnić jej od wyrastających tam drzew i krzewów.
- Uwaga, szarżuje! – wydarł się ktoś, gdy ujrzałam przeskakujący obok mnie cień i padającą od uderzenia Nike. Elfka krzyknęła jeszcze, lecz szereg cofnął się, widać jej nie dostrzegając. Wiedziałam, że leżącej kapłanki tak się nie zostawia, trzeba było do niej dojść. Tarczownicy znowu się cofnęli, a ja zostałam na lewym skrzydle niemal bez ochrony. Zdążę czy nie zdążę? Z sercem walącym jak młot podbiegłam do towarzyszki.
- Pani mądra i dobra, ratuj tę elfkę, tę służebnicę niebios! Zalecz jej ranę! Giore til langs, Silva, heilbrigi hem!
Nie widziałam już, jak Nike podniosła się i pomknęła za szereg. Nie mogłam tego zobaczyć, bo sama pobiegłam tam pierwsza, potykając się na leśnej ściółce. Nie spodziewałam się, że gdy tylko dotrę do wojowników, czeka mnie tam kolejny rozkaz.
- Znaleźliśmy jamę! Kapłani i cywile do środka!
Posłusznie wgramoliłam się więc do małej groty przypominającej norę sporego ssaka. Na podłodze leżało tu igliwie i… na bogów, świece? Tak, to faktycznie świece, a do tego chyba jeszcze kartka papieru!
- Na ogień Wejana! – wydarł się ledwie mieszczący się tu Noxis. – Na papierze jest portret tej dziewczynki!
- Nie gadajcie, tylko to niszczcie! – usłyszeliśmy z zewnątrz. – Rozwalić w drobny mak!
Nie było czasu na rytuał, czy choćby egzorcyzm, który zresztą, jak po walce powiedział mi Durgh, wcale na topielice nie działał. Do środka jak wicher wpadła całkowicie zdrowa już Nike i zaczęła niszczyć norę w sposób jak najbardziej naturalny, po prostu kopniakami. W końcu któryś z nas podarł kartkę z portretem, a na zewnątrz zrobiło się nienaturalnie cicho.
- Rozwalone – z uciechą w głosie zawołała stojąca obok mnie kapłanka Herby. – Zabiliśmy tego potwora!
Nie wiedziała, że za te słowa jeszcze tej nocy będzie musiała przebłagiwać swoją panią.
Wyszliśmy z tej przeklętej „kapliczki” niemal natychmiast, zajmując się nielicznymi rannymi. Dekurion klęczał tuż przy żonie, która niestety, gdy tylko zniszczono kapliczkę, padła martwa. Dziewczynce nikt się nie przyglądał, pragnąc, żeby jak najszybciej opuścić to miejsce. Wkrótce naszym życzeniom stało się zadość. Wróciliśmy do obozu.
Jeszcze w drodze z zapałem dyskutowaliśmy o tym, co właściwie spotkaliśmy. Nasi łowcy potworów upierali się, że stworzenia, z którymi przyszło nam walczyć, nie mogły być topielcami, lecz prawdopodobnie ofiarami jakiejś klątwy.
- Topielce nie wychodzą z wody nocami innymi, jak te przy nowiu – mówił Tsuna tonem znawcy. – To stworzenia, które nie mówią i nie oddalają się od zbiornika wodnego. To, co widzieliśmy, na pewno mówiło, chodziło i odeszło na więcej niż kilka kroków od wody. Wystarczy? Ofiary klątw zaś zwykle są tworzone na drodze rytuału, co sprawia, że jeśli odczynić ten rytuał, lub zniszczyć przedmiot, dzięki któremu stworzono potwora, klątwa traci swą moc.
- Brzmi znajomo – rzekłam cicho. Na te słowa Tsuna uśmiechnął się przyjaźnie, a ja instynktownie poczułam, że jeszcze nieraz znajdziemy w sobie nawzajem pomoc i oparcie. Faktycznie, tak miało być.
Po powrocie nie mieliśmy sił ani czasu na jakiekolwiek knucie. Nie myśleliśmy nawet o buncie, co może na dobre wyszło naszym żołądkom. Poszliśmy spać szybko, bo gdy pojawiliśmy się przy ognisku, do końca naszej warty pozostał zaledwie kilka pacierzy. W końcu, po dniu pełnym wrażeń, wreszcie udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Byłam tak wykończona, że nic mi się nie śniło.
Ranek trzynastego dnia po przesileniu miał okazać się dla wielu z nas bardzo ważny. Wiadomości od zesłańców były pomyślne, poprzedniego dnia zdołali oni przerzucić do obozu broń i, choć zostali nieco poranieni przez napotkanego kotołaka, teraz chwalili się nam swoim wyczynem.
Niedługo po porannym apelu i śniadaniu, gdy wszyscy zaczęli już szykować się do wyjścia, złożyłam mej Pani ofiarę z zebranych wczoraj po drodze szyszek. Potęga bogów wypełniła mnie od stóp do głów, a na mej twarzy zagościła radość. Kiedy pojawiłam się w halli wraz z resztą kajdaniarzy, aż biła ode mnie łaska Wielkiej Silvy. Tego dnia wszystko po prostu musiało się udać.
Tak, jak poprzednim razem, podzielono nas na dwie grupy, z których jedna udała się na poszukiwanie jakichś ruin, a my, czyli druga, miała zaczekać na idącego z minami Hugina. Jakież było nasze zdziwienie, gdy krasnolud pojawił się w obozie jedynie z dużą skrzynką i z informacją, że ładunki przyniesie za chwilę jego pomocnik, gnom Mały.
- Ufam mu całkowicie. Jest zdolny i niesamowicie sprytny. To, czego inni nauczyliby się w dziesięć lat, on umiał po roku. Spokojnie, patrzyłem mu na ręce i wiem, że się nie pomylił. Zresztą, w razie pomyłki byłoby słychać wybuch.
Część z nas roześmiała się, lecz inni rzucili się po słomę do wymoszczenia skrzynki. W końcu Mały wpakował się do karczmy z pierwszym ładunkiem, który Hugin, ostrożnie jak jajo, włożył na swoje miejsce.
- Ładunki są wysoce niestabilne. Niech was bogowie bronią używać wokół nich magii, bo nie będzie nawet, czego z was zbierać.
- A jaki zasięg mają miny?
- Jeśli wybuchną ot tak, na wolnej przestrzeni… Piętnaście, dwadzieścia metrów.
Nie wiem, czy Hugin miał świadomość, że jego słowa były dla nas praktycznie wyrokiem śmierci.
- Piętnaście, tak? – ze zrezygnowaniem upewnił się Ulf. Odpowiedziało mu uznane za zgodę milczenie.
Mijały minuty, a Mały wciąż nie pokazywał się z drugim ładunkiem.
- No co on tam tyle robi? Nie krzyknę mu, żeby się pospieszył, bo gotów mi jeszcze zacząć żonglować tymi minami, ale, do licha! Ileż zajmuje droga z warsztatu do karczmy?! Mi zawsze do oberży idzie się błyskawicznie…
- Idzie! – krzyknął ktoś w końcu, a my zrobiliśmy gnomowi szpaler do skrzynki, gdzie krasnolud odebrał od niego ładunek i polecił iść po ostatni. Tym razem Małemu poszło szybciej, więc już wkrótce wyruszyliśmy w drogę. Na początku skrzynkę chwycił Ulf oraz Meriadoc, więc ruszyliśmy raźnym, choć z konieczności nieco zbyt płynnym krokiem.
Na miejsce, zbocze góry Lisianka, dotarliśmy w skwarze, jakiego nie powstydziłaby się Południowa Puszcza. Nie tylko ja piłam dziś z moich zapasów, bo wielu z naszych po długim marszu także pilnie potrzebowało wody. Kiedy Mały zaczął rozmieszczać na zboczu gwoździe, a część z nas porządkować miejsce wokół nich, wszyscy dziękowaliśmy bogom za cień. Po dłuższej chwili pierwsze stanowisko było rozstawione i gdy Hugin ze swym pomocnikiem zakładali ładunki, my ukryliśmy się za drzewami. Kiedy zdrowo huknęło i wreszcie pozwolono nam wyjść, zabraliśmy się za przeszukiwanie okolicznego terenu.
- Czego właściwie szukamy? – zapytał któryś z nas.
- Naprawdę to nie wiem, czego – roześmiał się krasnolud. – Wszystkiego, co tu nie pasuje. Nie wiem, co każe Wergundom tu kopać, ale jestem pewien jednego: nie ma tu złota ni srebra, ani też żadnych kruszców, które przydałyby się Imperium. Tylko ta skała mnie ciekawi. Nigdy dotychczas takiej nie widziałem. Spójrz, Noxis, mój bracie z Shamarothu! Widzisz? Wygląda jak wapień, ale uwierz mi, jest twarda niczym granit. Dlatego potrzebne mi były te cholerne ładunki.
Wkrótce rozbiliśmy kolejne stanowisko, ale i tam po wybuchach nie znaleźliśmy nic, co mogłoby się nam przydać albo przynajmniej wydać niezwykłe. Któryś z członków hirdu wskazał za to Ulfowi czającą się za krzewami zakapturzoną postać.
- Mamy towarzystwo – szepnął nasz dowódca, gdy Mały zabrał się za mocowanie ostatnich kabli i ładunków. Skała była tu tak blisko, że gwoździe trzeba było ustawić nań we wzorek, który minerzy szumnie nazwali „diamentem”.
I tym razem ukryliśmy się za drzewami, przyciskając głowy do ziemi i zatykając uszy. Kiedy huknęło, a Hugin pozwolił nam wyjść, wszyscy zajęliśmy się szukaniem czegoś niezwykłego.
- Ej, jak coś znajdziemy, chowamy i opychamy w obozie – powiedział bodajże Einar. Niestety, nie dosłyszała tego najbardziej zainteresowana osoba, Noxis.
- Hej, Hugin! Strażniczko Yndir! Mam coś!
To mówiąc, wyciągnął wysoko rękę z białym, stożkowatym kamieniem przypominającym gigantyczny kolec ozdobiony spiralnym wzorem.
- Oddaj – poleciła Yndirmarie, a krasnolud, chcąc, nie chcąc, musiał wykonać nakaz. W tym momencie zza krzaków wyłoniła się obserwująca nas postać.
Była raczej wysoka, o głowę wyższa od najwyższych z więźniów i, co najdziwniejsze, nawet w taki upał zakapturzona. Jej szary płaszcz ukazywał niewiele, ale i to było na tyle dziwne, by porządnie mnie przestraszyć. Dłonie nieznajomego pokrywały łuski, które w żadnym wypadku nie wyglądały jak rękawice. Co najdziwniejsze, kiedy istota nakazała Yndir się zbliżyć i wzięła od niej kamień, okazało się, że jej twarz wygląda tak samo, jak dłonie.
Strażniczka oddała kamień posłusznie, jak małe dziecko, a gdy to uczyniła, jakiś nieznany czar sprawił, że upadła na ziemię, tracąc przytomność. Gdy tylko stwór odszedł, część z nas rzuciła się, by ją cucić, a druga przystanęła, wpatrzona w gąszcz, gdzie zniknęła przerażająca poczwara. Nikt z nas nawet nie myślał o pogoni, przede wszystkim dlatego, że bez Yndir nie mogliśmy oddalić się za potworem.
W obozie znaleźliśmy się z miną niesprawiedliwie obitych psów, lecz mimo to natychmiast przystąpiliśmy do działania na innym, dużo ważniejszym froncie. Trzeba było przecież zorganizować bunt, a z trzydziestką więźniów przeciw dwudziestce zorganizowanych żołnierzy ciężko było cokolwiek ugrać. Poza tym, oczywiście, brakowało broni.
- Musimy ułożyć odpowiedni rytuał – westchnął Durgh, gdy zasiedliśmy na naszej „łączce knucia”. – Musimy użyć słów na blokadę energii, czyli sperre evne, ale też powinniśmy prosić bogów o ochronę.
- Et baskytte selv av Modwit, może być? – zapytał schodzący do nas Ivar. – Chrońcie nas przed Modwitem.
- Może być – powiedziałam równocześnie z wysłannikiem Toledy. Wkrótce na skrawku papieru zanotowałam formułę, której miałam się nauczyć.
Gdy do obozu przybyła druga grupa, jej członkowie podzielili się z nami jeszcze kilkoma nowinami. Po pierwsze, czego większość z nas nie dowiedziała się poprzedniego ranka, orkiem w klatce, który popełnił samobójstwo pierwszego dnia o świcie, był sam Gotrek Moorgvrangvoohir, słynny wódz swego plemienia wsławiony zawartym przed laty paktem krwi z Elmerykiem, władcą Wergundii. Jego śmierć paradoksalnie mogła nam pomóc, bo wódz przekazał swą ostatnią wolę jednemu z zesłańców, elfowi Onfisowi, co sprawiło, że górskie plemię nieco nam zaufało. Mogło ono też, w razie odbicia obozu, okazać się cennymi sojusznikami.
- A cóż zdziałaliście dziś, przyjaciele? – zagadnął Onfisa i Olafa Ulf.
- I tu się zdziwicie, panowie. Mamy coś, co przyda się do dzisiejszego rytuału na kulce. Z niemałym wysiłkiem odebraliśmy dziś kamień, który w swej opiece ma nasz sędzia Rega. Jest to katalizator zaklęć, zwiększa rezultaty i zmniejsza koszt każdego czaru czy modlitwy.
- Każdego… – aż się zająknęłam.
- Dokładnie, elfko.
Knuliśmy tak jeszcze przez chwilę, lecz były to bardziej sprawy wojskowe, do których nie mnie było się mieszać. Mimo wszystko wkrótce poczułam się niedobrze i ledwie dałam radę o własnych siłach dojść do namiotu. Wkrótce odwiedziła mnie w nim trójka kapłanów, Nike, Durgh i Noxis.
- Masz spisane modlitwy na rytuał? – zapytał mnie ten drugi.
- Oczywiście, a co? Czyżby coś się stało? Potrzebujecie ich?
- Chodź z nami. Razem musimy coś ugadać.
Ruszyliśmy w stronę obozu, wspierając się wzajemnie, by nie upaść, tak bardzo kręciło nam się w głowach. Kiedy w końcu ustaliliśmy najważniejsze sprawy i bezpieczną zmianę formuły „chroń przed Modwitem” na „chroń przed złem”, mężczyźni udali się do dowództwa obozu, by prosić o pozwolenie na modły u stóp posągu. Ja natomiast przysiadłam na wiodących na plac schodach, obserwując spacerującego wśród namiotów Zaka.
Właściwie nazywał się on Zak’Revan, ale większość wołała go po imieniu albo wręcz po przezwiskach, których miał całkiem sporo. Zachariasz czy Zak’rystian to tylko przykłady wariacji na temat miana naszego towarzysza.
Już od pierwszego dnia Zak nie wydawał mi się podobny reszcie osadzonych tu więźniów. Był spokojny, potulny władzy, a nadto na siłę szukał wśród nas znajomych. Z początku nawet go lubiłam, więc zyskałam jego zaufanie i czasem zamieniałam z nim kilka słów o mojej czy też jego przeszłości. Pierwszego dnia mówiłam w większości ja, drugiego to on się rozgadał. Właśnie wtedy, gdy spoglądałam na niego ze schodów, podszedł do mnie i sam z siebie zaczął opowiadać, skąd przybył.
- Pewnie wyda ci się to mało wiarygodne, ale pochodzę aż zza Wielkiej Zmarzliny – rzekł, nieco się rozmarzając. – Nasz kraj odgrodzony jest od was morzem i górami, a moje plemię, Plemię Smoka, rzadko zapuszcza się na znane wam tereny. Mimo to jestem pewien, że wiemy wiele więcej, niż wy. Nawet teraz posiadam wiedzę, o jakiej możecie tylko śnić.
- Zak, co to za wiedza? Wiesz, że poszukujemy nawet najmniejszego strzępku informacji…
- Wy? Wy potrzebujecie? Tobie może bym pomógł, ale wam wszystkim? Wolę dbać o siebie niż o całą tę hałastrę. Ważniejsze jest dla mnie moje życie.
Ludzie w takich sytuacjach mówią, że „zagotowali”, a ja właśnie zrozumiałam, czemu tak to nazywają. Przez chwilę myślałam, że to za sprawą bransolety przed oczyma pojawiły mi się czerwone mroczki, a moje dłonie zacisnęły się w pięści.
- Zdrajca – rzuciłam, błagając Panią, by chroniła mnie przed wybuchem gniewu. Zataczając się zarówno ze złości, jak i wyczerpania, odeszłam z miejsca spotkania i wślizgnęłam się do namiotu hirdu.
- Mamy problem – zakomunikowałam Ivarowi. – Zak chce nas zdradzić, wredny egoista.
Stało się. Wypowiedziałam magiczne słowa, wsypując towarzysza, ale, być może, ratując tajemnicę buntu. Stojący obok Ivara Einar spurpurowiał, a ja powtórzyłam to, co powiedział mi Zak’Revan. Chwilę później na zewnątrz rozległo się nawoływanie Durgha.
- Aerlinn, gdzie jesteś?
- Tu – odkrzyknęłam, a na kwaterze pojawiła się wkrótce postać jasnowłosego kapłana. I jemu trzeba było wszystko opowiedzieć.
- Dajcie mi pozwolenie, a wszystko wyciągnę z tego głąba – rzekł wysłannik Toledy tak groźnym tonem, że tylko głupi powiedziałby, że żartuje.
- Możesz sondować umysły?
- Z łaską Bogini i owszem. A nawet jeśli nie magią, to Zakon zna wiele innych metod, fakt, że nieco bardziej tradycyjnych, ale nie mniej skutecznych.
- Tortury?
Ostatnie słowo nie powinno być wypowiedziane. Mimo wszystko nigdy nie życzyłam nikomu cierpienia ani bólu. Kiedy więc Durgh zaczął zbierać się do wyjścia, poprosiłam go, by nie czynił Zakowi nic, co nie będzie konieczne. Zgodził się z uśmiechem.
- Jeńcy na plac! – zagrzmiało w tym momencie tak, że gdybym nie miała kapłana Rega po naszej stronie, stwierdziłabym, że to jeden z boskich grzmotów jego Pana.
- Co się stało? – szepnął do mnie któryś z członków hirdu, lecz wiedziałam tyle, co on. Wszyscy zgodnie ruszyliśmy na plac apelowy.
Jasny gwint, chciałam zakrzyknąć, gdy stanęłam w szeregu i właśnie zrozumiałam, co mam w ręce. Kartka z tekstem modlitwy, tym starym tekstem modlitwy, tym ze słowami „chroń nas przed Modwitem”. Jeśli którykolwiek z Wergundów zobaczyłby to w mojej ręce…
- Myślicie, więźniowie, że nie widzimy, że połowa z was od rana rzyga po całym obozie? Wydaje się wam, że jesteśmy tak głupi, że nie dostrzegamy, jak knujecie sobie na dolnej skarpie? Zak, powiedz mi, młodzieńcze, co wiesz o ich buncie.
Podniosłam wzrok na Zak’Revana. Wydawał się być tylko lekko zakłopotany, ale byłam pewna, że jeśli tylko na mnie spojrzy, mój wzrok wypali mu oczy. Miałam dość. Jak ziemia może znosić ciężar takich ludzi?!
- Zak – szepnęłam chyba tylko do siebie. – Zak, jeśli chcesz zginąć z naszych rąk, mów, ale wtedy nie liczyłabym na jakąkolwiek przyjaźń z kimkolwiek stąd.
- Niewiele wiem – odezwał się przybysz z północy. – Przy mnie tylko mówiono o buncie i przerzucaniu broni do obozu.
- Broni? To robi się coraz ciekawsze. Hej, żołnierze! Niech ze dwóch zostanie tu przy więźniach, a my zajmiemy się przeszukiwaniem namiotów! Broń, powiadasz…
Zamarłam. Niewielu z nas wprawdzie widziało, co kryje się na dole, pod stertą siana, ale jeśli strażnicy cokolwiek by zauważyli… Widziałam, jak Ulf posłał Zakowi mordercze spojrzenie.
Znaleźli niewiele, ale za to dali mi potrzebny czas. Gdy bowiem większość strażników gmerała po namiotach, udało mi się porwać kartkę z modlitwami na drobne kawałeczki i wetknąć je pod moją bransoletę. Uśmiechnęłam się wtedy, ale na krótko, bo zaraz na plac wparadował dekurion, Yndir i chyba jeszcze jeden z żołnierzy imieniem Roderyk.
- Znaleźliśmy to – powiedział ten ostatni, wyciągając przed siebie coś, co wszyscy poznaliśmy. Grot od strzały i dwie flaszki, w tym jedna z czerwonym płynem w środku. Eliksir leczący.
- Kto się przyznaje do grotu, zakazanej prawem wódki księżycowej i tego oto eliksiru?
Zapadła napięta cisza.
- To nasza księżycówka – usłyszałam przyciszony głos Ulfa. – Grot za to musiał spaść w trakcie transportu.
Złapałam się za głowę, zastanawiając się, czy nie powinnam się przyznać. Może to uratowałoby dowództwo… I wtedy przypomniałam sobie o rytuale. Każdy kapłan i kapłanka był ważny. Nie mogliśmy stracić nawet jednego z wysłanników bogów.
- Przyznaję się do wszystkiego – usłyszałam nagle znajomy głos. Kronikarz Aleksander okazał więcej odwagi niż cała reszta wojów.
- Do wszystkiego?
- Przecież każdy z nas wie, że strażnicy muszą znaleźć sobie kozła ofiarnego. Mówię więc, przyznaję się do wszystkiego.
Odetchnęłam z ulgą, ale przecież Wergundowie nie byli aż tak głupi, jak wyglądali.
- W którym namiocie mieszkasz, skrybo?
- W ostatnim, panie. O co chodzi?
- Flaszkę i eliksir znaleziono w innych namiotach! Nie próbuj wyprowadzać w pole wergundzkiej armii! A teraz za tę nędzną próbę oszustwa reszta ustawia się w dwuszeregu i odlicza do sześciu!
Przeliczyłam szereg. Dużo tych szóstek. Co każą nam robić?
Kiedy odliczyliśmy, miałam numer pięć. Obok mnie ktoś z grupy „szóstek” z nerwów przygryzał wargi.
- Jedynki do karceru! Jeśli nikt się nie przyzna, będziemy wsadzać dalej!
- A nie lepiej od razu wieszać? – to swoje trzy akwiry do rozmowy dorzuciła Yndir.
- Wieszać będziemy, jak braknie miejsca.
Dalszej części tej rozmowy już nie słyszałam. Zobaczyłam bowiem, kto poszedł do karceru. Pierwszą osobą wsadzoną za kratki była Nike. Kapłanka. Już po nas.
- Straciliśmy kapłankę – szepnęłam do tyłu.
- Widzę. Musimy coś zrobić.
Jednak nawet mimo takiego postanowienia nikt nie przyznał się do znalezionych przez Wergundów rzeczy. Strażnicy trzymali nas jeszcze chwilę w niepewności, ale potem dekurion, którego imię, Egon, poznałam dopiero tego dnia, skinął na stojącego pod hallą Hugina.
- Przynajmniej się na coś przydacie – krzyknął krasnolud. – Zaraz przyniosę wam kocioł pełen kamieni. Będziecie, jak w tej bajeczce, przesiewać je i wyszukiwać podobne do tych, które wskażę.
Jęknęliśmy krótko, ale nie mogliśmy już na nic narzekać. Nike rzuciła nam z karceru pocieszające spojrzenie.
Praca była długa i mozolna, ale w końcu przyniosła efekty. Kiedy jedna czwarta kotła leżała przesiana, strażnicy widać nacieszyli się naszym trudem i odesłali nas do namiotów. Natychmiast spaliłam w okolicy kwatery tę feralną kartkę, potem w mym leśnym zakątku zaniosłam do Wielkiej Silvy kilka błagalnych modlitw, a na końcu powtórzyłam wyuczone na rytuał słowa. Gdy zeszłam na naszą łączkę knucia, zastałam tam już po osobie czy dwóch z każdego namiotu, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że zasłyszane w czasie modlitwy plotki o naradzie nie były pozbawione sensu.
- Damy radę w tylu kapłanów? – zapytałam prosto z mostu.
- Damy, a poza tym Nike może jeszcze wyjść. Wiesz, ilu nas tu jest?
Noxis wybrany przedstawicielem swojego namiotu? Uważajcie, bo uwierzę. No oczywiście, krasnolud musiał znaleźć się tu sam, nieproszony.
- Nie wiem – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Jestem ja, Durgh, ty, kapłan Skogura…
- Hogar, tak ma na imię.
- Masz rację. Jest jeszcze Ivar…
- I sędzia Rega, no i Nike, jeśli stamtąd wyjdzie.
- Faktycznie, sporo nas. Wszyscy zdążyli już złożyć ofiary?
Przebywający na łączce kapłani uśmiechnęli się z politowaniem.
- Jesteśmy gotowi – powiedział Durgh. – Czekamy tylko na Onfisa, który idzie uśpić tę kapłankę, by nie przeszkadzała nam w rytuale. Na razie i tak jest jeszcze za wcześnie.
Faktycznie, było wcześnie. Słońce nawet nie zaczęło chować się za górami, strażnicy byli czujni, a rytuał mieliśmy odprawić dopiero koło ósmej wieczór.
- Na pewno mamy pozwolenie na modły w okolicy posągu? – upewnił się Ivar.
- Tak, pytałem się dowództwa kilka razy i za każdym otrzymywałem zgodę. Jedynym problemem może być ewentualna więź między kapłanką, a jej kulką.
- Nawet tak nie mów, Durgh. Będzie smacznie spała.
- Lepiej przewidywać najgorsze niż najlepsze.
W tym momencie wstał Olaf.
- Przekażcie w swych namiotach wieści, że jeśli tylko odczarujecie te piekielne bransolety, trzeba je natychmiast zdjąć. Gdyby zaś cokolwiek się nie powiodło, macie uciekać w lasy, na północ. Tam pytajcie o Miedzianobrodego.
Skinęli
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.