Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze swiata gry.
 

obozy
 
Nowość!

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:






 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Bitwa o bród Arden cz. 2
 
***

- Dlaczego do cholery Halvard nie wzywa wsparcia! – wrzasnął Kalbert. Ciężki podkuty wierzchowiec, reagując na gniew jeźdźca, zadrobił nerwowo kopytami – Przecież ich zgniotą!
- Nie było rozkazu, paladynie!
- Ślepy jesteś? – Kalbert był człowiekiem z gruntu spokojnym, a nawet flegmatycznym, ale konieczność obserwowania ze wzgórza, jak dakoński walec zgniata kolejne broniące brzegu jednostki, była zdecydowanie ponad jego nerwy – Przecież nikt ich nie zatrzyma!
- Czekamy na rozkaz...
Kalbert zgrzytnął zębami.
- Tylko Swart mi rozkazuje! Trąbić!!
Z dwóch boków szyku rozległy się rogi, szereg wyrównał się, jeźdźcy szybkimi ruchami poprawiali rynsztunek. Kalbert ostatni raz przejechał przed szeregiem, uderzając podniesionym mieczem w pochylone lance, udzielając błogosławieństwa i żegnając się. Wreszcie stanął na środku szyku, dał znak mieczem nad głową i ruszył...
Zaczęli od stępa, zanim weszli w kłus, szyk zaczął się rozwijać. Gdy szli już galopem, uformowali ostry klin, skierowany jak ostrze ogromnej lancy prosto w żelazne szeregi Dakończyków. Ziemia zadrżała pod uderzeniami kopyt, w powietrze poniósł się łopot proporców. Przed nimi szeregi pancernej piechoty w pośpiechu formowały szyk... A oni lecieli jak ogromny taran i każdy patrzący wiedział, że nic ich nie zatrzyma.

***
- Jazda ruszyła! – wrzasnął ktoś, zeskakując ze świeżo zdobytej ziemnej barykady na tryntyjskim brzegu. Torgund, który uchodził za nieformalnego dowódcę wergundzkich magów bitewnych, zmrużył oczy i uśmiechnął się:
- To doskonała wiadomość – powiedział – Nie będzie trzeba fatygować się do nich. Na wał! Wszyscy! Czterostopniowa fala żywiołów!

***
Rozpędzony klin kawalerii nieubłaganie zbliżał się do zwartej linii Dakończyków. Konie darły ziemię spod kopyt, jeźdźcy zaparci w siodłach, opuścili przed siebie lance. Wiedzieli, że sile uderzenia nie oprze się żadna ludzka armia... Ale nie armia żywiołów.
Fali powietrza, która wyszła im naprzeciw, nie mogli się spodziewać. Siła podmuchu zrzuciła z siodeł tych, którzy nie zdążyli przylgnąć do końskich szyi. Kilka koni padło, oślepionych niesionymi przez wicher ostrymi kamieniami, ale reszta parła naprzód ze świstem i łomotem pokonując żywioł. Dakończycy zaparci mocno na nogach, wyglądali zza tarcz, podziwiając magiczny spektakl, w kawalerię uderzyły ogniste pociski i deszcz lodowych strzał, zadrżała ziemia. Przez chwilę od strony piechoty widać było jedynie wielką chmurę pyłu, języki ognia i pryskającą w górę rozrzucaną ziemię, przez niewyobrażalny łomot przedzierał się wizg koni, krzyk ludzi i huk kolejnych piorunów. I kiedy już wydawało się Dakończykom, że przez piekło, które nagle otworzyło się przed ich oczami, nie da rady przedrzeć się żadne żywe stworzenie, zobaczyli ich. Spomiędzy dymu i pyłu, osmaleni i pokrwawieni ukazali się jeźdźcy, w pełnym cwale, odrzucając połamane drzazgi lanc wydobyli długie, proste koncerze. Pędzący na przedzie, w kolczudze okrytej czarnymi znakami paladynów Swarta, uniósł miecz nad głowę wrzeszcząc coś. Gdzieś w pandemonium zgubił hełm i długie jasne włosy rozwiały się w galopie.
Jeźdźcy uformowali szyk i w pełnym pędzie uderzyli w szereg zszokowanych Dakończyków jak nóż wbija się w miękkie masło. Obalając ich na ziemię razem z pawężami, siekąc z góry jak szaleni, parli do przodu... Aż zamknęły się za nimi jak woda nad tonącym szeregi piechoty... Bo przez płonące piekło nie przeszło ich więcej niż kilkudziesięciu...

***
Poszła dzielna nasza jazda
Poszli jeźdźcy niczym diabli
Jak stalowa ostra drzazga
Jak błyszczące ostrze szabli...
I widziano jak lecieli
Pędem wielkim i szalonym...
I widziano jak tonęli
W morzu wrogów niezmierzonym...
***

Scaeva serdecznie nienawidził tej roboty. Ostatecznie był mistrzem szermierki, miał uczyć finezji, wpajać adeptom piękno i harmonię walki. Tymczasem przyszło mu uczyć narwane szczeniaki, jak ruchami przypominającymi młóckę zboża, odepchnąć wroga jak najdalej.
Ale w tej chwili zupełnie zapomniał o tym, jak daleko od jego ukochanej wyrafinowanej sztuki się znalazł. Teraz cała jego uwaga skupiona była na tym, żeby opanować drżenie zdenerwowanego głosu. I żeby znaleźć słowa, właściwe słowa, takie, które trafią. Dziwnym trafem wywietrzały mu nagle z głowy wszystkie dumne, pompatyczne przemówienia wielkich wodzów, które znał z historycznych lektur. A miał tylko jakieś kilka minut. Tyle czasu, ile zajmie pędzącym na przeciw nim Wergundom dotarcie do ich linii. Teren w górę rzeki lekko się podnosił i teraz jak na dłoni widzieli pędzące w dół oddziały Wergundów, te, które przeprawiły się przez rzekę.
- Słuchać, cholera! – zawołał w kierunku rekrutów, którzy dreptali coraz bardziej nerwowo w miejscu – Słuchać! Przyszyliście tutaj sami, nikt wam nie kazał - przerwał na chwilę, żeby spojrzeć na linię wergundów, sporo bliższą niż kiedy zaczynał mówić. I na miny podopiecznych, wcale nie bardziej bojowe niż przed chwilą. Odchrząknął - Przyszliście, bo jesteście ludźmi wolnymi. Przyszliście tu i podjęliście wybór...
Świetny wybór, przemknęło mu przez myśl, bez przygotowania, bez porządnej broni, stanąć naprzeciw elitarnych oddziałów wroga, bez szans nie tylko na zwycięstwo...
Scaeva całe swoje życie mówił prawdę. Taki miał bezsensowny zwyczaj, w efekcie czego nieraz kogoś uraził, nieraz zranił. Ale wierzył gorąco, że najgorsza prawda jest lepsza niż najpiękniejsze kłamstwo. I nigdy nie sądził, że tą wiarę kiedyś utraci. A tymczasem spojrzał na twarze swoich podopiecznych. Na rozszerzone ze strachu oczy, na drżące ręce, na stopy drepczące w miejscu, jakby chciały wynieść stąd swoich właścicieli, byle dalej, w ślepej panice. W tej krótkiej chwili zrozumiał, że prawda to coś, co nie ma w tej chwili żadnego znaczenia. I stało się tak, że zdradził swoje ideały ten jeden raz i skłamał:
- Wydaje się wam, że nie jesteście gotowi, że nie dacie rady, że przyszliście tu za późno. Źle się wam wydaje! To wróg przyszedł za wcześnie! I jeśli sądzicie, że kiedykolwiek bylibyście gotowi bardziej, to źle się wam wydaje! To nie ilość dni szkolenia, nie jakość broni i nie siła tarczy stanowić będą o tym, czy przetrwacie, ale siła waszego ducha – kłamstwo brzydko zazgrzytało mu w gardle. Usiłował powiedzieć coś podnoszącego ducha bojowego, jakieś ładne logiczne sformułowanie. Ale z każdym zdaniem coraz bardziej wychodziło mu, że jeden pies, i tak wszyscy zginą – Do jasnej cholery! – krzyknął w końcu – Chcecie żyć wiecznie?? W szereg! Równo! Będą o was śpiewać pieśni! ... O nas... – poprawił ciszej, podnosząc z ziemi tarczę i stając w szeregu. Ostatnie słowa zagłuszył huk broni uderzającej o tarcze. Rozpędzona kawaleria zniosła środek linii w pył, wbijając się daleko w głąb formacji. Tuż za konnymi uderzyła piechota. Szeregi zwarły się ze sobą z chrzęstem i łomotem...

***

- Szeregi zwarły się ze sobą z chrzęstem i łomotem! Jedni i drudzy siekli ile sił im stało, do ostatniego tchu, do ostatniej...
- Przestań chrzanić, mów normalnie – Ian oparł głowę na dłoniach – Kto ocalał?
- Z armii tyrntyjskiej? – chrząknął goniec – Niewielu.
- Najemnicy?
- Polegli prawie wszyscy...
Ian przełknął ślinę.
- Mów.
- Ulf, Halvard, Einar, wszyscy polegli. Amadeo zginął podczas zwiadu, tam gdzie Wergundowie przekroczyli rzekę. Scaeva poległ na czele swoich ochotników.
- Magowie?
- Polegli...
- Księżna?
- Poległa razem z całym Hirdem Gryfa...

***

- Pani, przełamali się przez pierwsze linie! Nasi nie wytrzymują magicznego ostrzału!
Rangveig z wysokości końskiego grzbietu mniej więcej widziała całe pole bitwy, tak walczących na brzegu rzeki, jak i tych na nowym froncie, z północnego wschodu.
- Wiem. Nasza kawaleria?
- Uderzyli od wzgórz w ich flankę, ale przewaga zbyt duża. Wycofują się.
- Pikinierzy?
- Przyjęli pierwszą szarżę pancernych. W rozsypce.
- Nasi magowie?
- Obawiam się – odchrząknął oficer – Obawiam się, że oni tą bitwę juz przegrali. Zasypano ich ogniem magicznym. Dosłownie...
Księżna westchnęła.
- To dobry dzień, by umrzeć – uśmiechnęła się smutno – Niech dają znak do jarla Leifa. A reszta hirdu niech się szykuje. Rozwinąć chorągiew!
Szereg hirdmanów skandował jej imię, kiedy przejeżdżała paradnym krokiem przed linią tarcz. Uniosła miecz nad głową.
- Dzisiaj! – wykrzyknęła, zaczynając jedno z historycznych przemówień, których uczono ją jeszcze jako dziecko –Bydło pada, przyjaciele umierają! Ale kto zasłuży sobie na pamięć żyjących swoimi czynami, żyć będzie wiecznie! To, co robimy za życia, odbije się echem w wieczności! Dzisiaj jest jej pierwszy dzień! Dziś – zakończyła – zobaczymy się w domu Styrwita!
Zsiadła z konia. Po raz ostatni pogładziła go po chrapach i lekko klepnęła w bok. Wiedziała, że szkolony wierzchowiec znajdzie drogę do bezpiecznej stajni. Kochała konie, ale nie w bitwie. Żadne zwierzę, mawiała, nie zasłużyło, żeby ginąć w imię naszych wojen. Przyjęła tarczę i dołączyła do szeregu. Na jej sygnał ruszyli truchtem, potrójną linią, w pierwszej i drugiej tarcze, w trzeciej wielkie topory na długich trzonkach. Zanim zwarli się z wergundzkimi pawężnikami, hird uformował się w trapez, zwierając silnie tarcze i opierając o siebie ramionami. Topornicy ze środka wymachiwali orężem nad głowami pierwszych szeregów. Wpadli z trzaskiem na wrogi szereg, pchając go przed sobą i wprowadzając zamęt. Jak taran zagłębili się w masę przeciwnika, drążąc głębiej i głębiej. I utknęli.
I ta walka była naprawdę warta pieśni. Otoczeni ze wszystkich stron, stali jak mur pod naporem piechoty. Gdy Wergundowie zdecydowali się uderzyć w Hird szarżą ciężkiej daramońskiej konnicy, hirmani Gryfa ugięli się tylko trochę, a jeźdźcy odbili się od ściany tarcz, padając pod ciosami ostrz na trzymetrowych drzewcach. Gdy uderzono w nich ogniem magicznym, chowali twarze za tarcze, otrzepywali zwęglone rzęsy i walczyli dalej. Wprowadzili zamęt i związali ogromną część wojowników wroga. Zanim padł ostatni hirdman, dzięki nim niedobitki oddziałów z pierwszej linii zdążyły się przegrupować i wycofać, albo ponownie podjąć walkę. Do końca, do ostatniego. Rangveig, gdyby mogła to widzieć, byłaby dumna ze swoich ludzi. Ale nie mogła. Nie mogła też widzieć wyłaniających się zza wzgórz na wschodzie samnijskich buńczuków. Nie mogła, bo chwilę przed tym, zanim padł ostatni hirdman, padła trafiona strzałą w okular hełmu.
Dwanaście pokoleń władców, potomków Hakona z Tradamonu, spoglądając z zaświatów na upadek księżnej, pokiwało z uznaniem głowami.

***

- Szczypce! – ktoś od stanowiska chirurgii wrzeszczał opętańczo. Jakiś młody sanitariusz wymiotował tuż za połą namiotu. Melathriel poślizgnęła się na krwi.
- Krąg już prawie wyczerpany – powiedziała cicho do asystującej jej ochotniczki – Nie damy rady dłużej.
Dziewczyna otarła druidce z czoła krew i pot.
- Mamy jeszcze jakieś artefakty, pani Nastia kazała zostawić, podobno manę z nich można brać...
- Caead brathiad crai corff – wyrecytowała Melathriel słabym głosem, pochylając się nad rannym. Nie miała już siły zżymać się na pośpiech, który kazał jej pomijać zaklęcia oczyszczające, wiążące poszczególne naczynia, przyspieszające zrastanie tkanek, na rzecz jednego, ogólnego zaklęcia zasklepiania ran. W każdej innej sytuacji nazwałaby to partactwem. Tu było szczytem możliwości.
Dwoje sanitariuszy z wysiłkiem wtarmosiło na stół przed nią kolejnego rannego.
- Rozciąć mi tą kolczugę – powiedziała, rozcierając ręce – Więcej szmat, bo mi tu istny potop robi. Cysyltu gwytien! – rzuciła szybko formułę tamowania krwotoku, od której zakręciło się jej w głowie tak, że aż usiadła.
- Melathriel – usłyszała nad sobą głos Volvy, naczelnej tryntyjskiego korpusu sanitarnego – Co ty, do wszystkich czortów, wyczyniasz?!
Druidka podniosła zmęczony wzrok.
- Leczę – zdziwiła się, że chciało jej się odpowiadać. Volva złapała rękaw leżącego na stole nieprzytomnego wojownika i podsunęła jej pod nos.
- Widzisz to? Widzisz te barwy? To jest cholerna trzecia kohorta jazdy salijskiej! Leczysz naszych wrogów..?
Kiedy wiele lat później Melathriel wspominała tą chwilę, nie potrafiła sobie przypomnieć, co skłoniło ją do tak histerycznej reakcji, tak zupełnie niepodobnej do jej normalnych zachowań. Nie pamiętała, skąd wzięła tyle siły, żeby zerwać się z krzesła i złapać uzdrowicielkę za kołnierz. Jakim cudem odzyskała głos, żeby wykrzyczeć tak, że usłyszano ją nawet poza namiotem:
- Wrogów? Jazda salijska?? A ty, uzdrowicielko, widzisz te barwy? – prawie wcisnęła nos kobiety w zakrwawiony rękaw rannego – Widzisz je? Wszystko tu jest w tych samych barwach! W tych samych! Czerwonych! W barwach krwi! Te same barwy nosi jazda salijska i te same tarczownicy z Askaronu! Bo jakoś tak chcieli bogowie, że wszyscy mamy krew w tych samych cholernych czerwonych barwach! Więc zejdź mi z oczu, bo może i zdechnę ze zmęczenia, ale zdążę ci jeszcze podpalić tyłek, jeśli mi się stąd nie zabierzesz i nie przestaniesz przeszkadzać w robieniu tego, co jest moim obowiązkiem wobec bogów i natury!
Gdy puściła uzdrowicielkę, wokół panowała cisza tak gęsta, że słychać było dygoczące z zimna zęby rannych. Cahir podniósł głowę znad rannego, przy którym się modlił i posłał druidce pełen szacunku głęboki ukłon.

***

Spodziewali się, że wejdą do bitwy z marszu, po kilku dniach marszu, na wyczerpanych koniach i sami na granicy wyczerpania. Byli przygotowani na to, że uderzą w plecy armii Elmeryka, skupionej na atakowaniu brodu Arden. Spodziewali się starcia z kohortami Salijczyków, z ciężką kawalerią daramońską, spodziewali się magicznych ogni i ostrzału Ludzi Lasu. Ale tego, co ukazało się ich oczom, gdy w końcu wyszli na wzgórza przed Arden, nie przewidzieli. I przez dłuższą chwilę nie mogli w to uwierzyć, chociaż dzień wcześniej uprzedzali ich o tym zwiadowcy.
Uther oparł się czołem o końską grzywę i tak pozostał na dłuższą chwilę. Gambaatar długo powtarzał cicho to samo przekleństwo, jakby nagle zabrakło mu weny. Muraco tylko westchnął. Kniaź Turin pochylił głowę, i choć nie miał jeszcze czterdziestu wiosen, wszystkim patrzącym wydał się starszy niż stuletni dziadowie.
Przed nimi rozciągała się w całej okazałości burobrązowa Rana. Za nią widać było wyraźnie płonący gród Arden i pozostałości wielkiego obozu. Nad całością powiewały wergundzkie, salijskie i daramońskie chorągwie. A tuż przed nimi, po ich stronie rzeki, zamiast bezładnych oddziałów, skupionych na nieistniejących już oddziałach tryntyjskich, stała równa linia ciężkiej, dakońskiej piechoty. Wielkie pawęże lśniły w wiosennym słońcu jak prawdziwa ściana, najeżona wystawionymi z drugiego szeregu pikami. Za nimi, na bezpiecznym już brzegu, sadowili się łucznicy i magowie.
- Spóźniliśmy się – szepnął w końcu Uther to, co wszyscy doskonale widzieli. Wszystkich dziesięciu jag-bejów skupiło się wokół nich, czekając na rozkazy.
- To niemożliwe – stęknął Gambaatar – Mogli się tu bronić jeszcze przez miesiąc. Jak to się stało...?
- Przyjechaliśmy tu na śmierć – rzucił ktoś z przywódców plemiennych – Ming-beju, poprowadzisz nas na śmierć.
- To nie ma sensu – Uther wciągnął powietrze, aż zaświszczało – Przyszliśmy tu bronić Tryntu, ale się nie udało. Przyszliśmy za późno. Zostawiliśmy bezbronne stepy, opuszczone jurty. Nie możemy tu wytracić wszystkich...
- Nie wrócimy, Seranisie, za góry – zgrzytnął zębami łowca – W drodze w tą stronę w walkach z orkami straciliśmy jedną czwartą ludzi. Jeśli teraz każesz im wracać jak psy z podkulonym ogonem, złamiesz ducha ludzi stepu raz na zawsze.
Zapadła cisza. Wszyscy czekali na słowa kniazia.
- Łowca reniferów ma rację – odezwał się w końcu – Przybyliśmy tu po własną zagładę. Albo stracimy tu życie... Albo ducha. Nie mogę wolnym ludziom mówić, co mają wybrać. Być może, jeśli tamci zwyciężą, będzie to nasz ostatni wolny wybór. Jag-beje zdecydują, kto z atamanów ruszy do ataku, a kto wróci z powrotem przez góry.
Ojcowie plemion nawrócili konie i pomknęli do swoich jaghanów.
- Poprowadzę atak – odezwał się Gambaatar.
- Ja poprowadzę ludzi przez góry – powiedział Uther. Kniaź opuścił głowę jeszcze niżej – Wróć ze mną, synu jaskółki – dodał uzdrowiciel – Twój lud będzie cię potrzebował bardziej niż kiedykolwiek. Nie opuszczaj swoich dzieci.
Jag-beje wracali truchtem. Z dziesięciu jaghunów dwa całe zdecydowały uderzyć. Z pozostałych łącznie pięć arbanów. Kniaź nadal milczał.
- Nie zazdroszczę ci, synu jaskółki – odezwał się milczący dotąd Muraco – Mroczny jest ten dzień i będziesz go przeklinał po kres swojej drogi – władca stepu podniósł na niego wzrok, mówiący jak bardzo stary szaman ma rację – My jesteśmy wolni i każdy dziś wybierze swoją ścieżkę – kontynuował Lisek – Każdy oprócz ciebie. Bo tobie nie wolno opuścić swoich ludzi. Swoich dzieci. A wiesz, że twój syn pójdzie w bój.
Wszystkie oczy zwróciły się na Ałdaja. Zmieszany wojownik chrząknął.
- Ojcze...- Turin przytknął dłoń do czoła jak ktoś, kogo nagle bardzo rozbolała głowa – Ojcze, wiesz, że muszę...
- Wiem – szepnął stary wojownik. Podjechał do syna i objął za kark, przytknąwszy czoło do jego czoła i tak został na dłuższą chwilę. Nikt nie skomentował łez, które popłynęły mu po policzkach. Po chwili bez słowa odsunął się i odwrócił. Uther zacisnął zęby.
- Idziecie na śmierć – odezwał się – A ja idę ocalić to, co zostanie. Jestem uzdrowicielem. Ocalę was w pieśniach.
Gambataar uśmiechnął się.
- Powodzenia – powiedział krótko i dobył miecza – Zaaaa mną! – wrzasnął ruszając kłusem wzdłuż szeregów – Za mną! Jestem Gambaatar Miedziany Topór! Za mną na śmierć i zniszczenie!
- Lisku, a ty? – odezwał się Uther, gdy pierwsze szeregi odjechały – Potrzebujemy cię.
- Nie – pokręcił głową stary szaman – Moje dni i tak dobiegają końca. Niewiele już pieśni zaśpiewam. Zapamiętaj moje imię! Jestem Muraco Biały Księżyc! Umierając, lepiej się przysłużę szczeniętom w dalekich norach – uśmiechnął się i wykrzyknął na całe gardło – Hokka hey!! Hokka hokka hey! To dobry dzień, by umrzeć!!

***

- Rangveig przejęła osobiste dowodzenie swoim elitarnym hirdem i poległa razem z nim.
- Jarl Leif?
- Wysłała go z resztką ludzi do stolicy z rozkazem obrony Askaronu.
- Pojechał?
- Tak. Ale wcześniej podobno zaprzysiągł, że zabije każdego Samnijczyka, jaki stanie mu na drodze.
- Samnijczycy nie przybyli?
- Przybyli. Za późno. Gdy dotarli, armia Tryntu już nie istniała, mieli przeciwko sobie cały Pierwszy Tymen, zmęczony i poszarpany, ale cały.
- I co..?- westchnął Ian – Kniaź Turin zawrócił? Nie zdecydował się wytracić wojowników w bezsensownej szarży, prawda?
- Nooo...
- No?
- No prawda. I nieprawda. Kniaź Turin zawrócił z większością armii w góry. Na stepy wróciła ledwie połowa tych, co wyszli. A sam kniaź podobno się załamał.
- Dlaczego? Jak to połowa?
- Gambaatar i Ałdaj poprowadzili szaleńczą szarżę na Wergundów. Uderzyli od czoła na ciężką piechotę dakijską. Wdarli się w szeregi, Wergundowie przez pokolenia będą sobie opowiadać o nich baśnie, jako o krwawych, oszalałych demonach...
- I co?
- Wszyscy zginęli.
W pomieszczeniu zapadła cisza. Jakiś podmuch z piwnicy kołysał płomieniem świecy i sztandarem Gildii Kupieckiej na ścianie. Ian zapatrzony w płomień milczał długo.
- Cztery razy stawałem przez połączonym Senatem i namawiałem, żeby uderzyli na Wergundię za linie twierdz w Itharos – odezwał się w końcu, a z każdym zdaniem jego głos coraz bardziej napełniał się gniewem - Tylko dzięki przywiezionym pieniądzom dostałem się na prywatne audiencje do każdego z kratistosów z osobna i do wszystkich razem. Poruszyłem niebo i ziemię, a nawet całą Gildię. Próbowałem nawet przekupić żołnierzy z granicy, żeby sprowokowali incydent graniczny. Sprowokowali sześć, ale strategosi nie ruszyli z twierdz nawet jednego enomu. Nawet jednego. Trzydziestu dwóch ludzi to było za dużo, żeby poświęcić dla sojuszników. Kiedy Pierwszy Tymen Elmeryka wróci z północy, będą musieli poświęcić sporo więcej, kiedy dziesięć tysięcy ludzi zapuka do bram twierdz w Itharos – krzyknął w bezsilnym gniewie, uderzając pięścią w stół. Goniec skulił się na krześle. Ian odetchnął głęboko – Jutro staję przed Radą Kratistosów raz jeszcze. Jeśli tym razem nie rozpoczną wojny na południu, to, niech mi Herba wybaczy, osobiście ich wszystkich zatłukę!!

***

- Itharos wypowiedziało nam wojnę, panie – odezwał się Arnulf – Drugi Tymen już spieszy na granicę, ale wdarli się podobno aż pod Demerię.
Elmeryk stał wpatrzony w rozgwieżdżone niebo i milczał.
- Demeria się obroni – odezwał się siedzący obok Eudomar, dowódca polowy Pierwszego Tymenu – Ale jak tam wrócimy, to Rania Liryzyjka pożałuje serdecznie...
- Nie wrócimy prędko – Elmeryk przerwał obserwację gwiazd – Drugi Tymen musi sobie poradzić nad Sankarą – kiedy władca mówił takim tonem, nie należało mu przerywać i wiedzieli o tym wszyscy obecni – Arnulfie, przekażesz rozkazy wszystkim magniferom. Po pierwsze, dwa manipuły ruszają natychmiast na Askaron. Zablokować miasto, zamknąć w kleszczach. Na granicy Daramonu stoją tabory i machiny oblężnicze. Ściągnąć z granicy Liryzji cztery kohorty pancerne, niech eskortują tabor wzdłuż Szarki. Dalej – Książę kontynuował:
- Znaleźć ciało księżnej Rangveig. Tam, gdzie leży, ma stanąć obelisk z jej imieniem, dowiedzcie się, jak to się pisze runicznie.
- Tak jest.
- Dalej. Kto poprowadził desant?
- Magnifer Beomar z Modrevregu
- Nie, nie on. Ta decurion, zarządzała samą przeprawą, ta Kymeryjka. Nazwisko?
- Indemarie Vaghaen.
- Awansować do primikohorty. A Beomara przyprowadzić do mnie.
- Niestety, panie – Arnulf skłonił głowę – Magnifer Beomar poległ podczas szarży na czele swoich ludzi.
Elmeryk westchnął.
- Jak mam budować imperium, kiedy giną najlepsi. Wyślij jego rodzinie równowagę jego ciała w złocie. Dalej, panowie. Musimy ruszyć na wschód. Eudomarze, weźmiesz resztę Tymenu i ruszycie przez Wolne Miasto na Przełęczy na wschód. Samarkanda ma być zdobyta najpóźniej do zimy. Aha – odwrócił się do księcia Daków – Miasto na Przełęczy ma zostać nietknięte, rządząca tam... jak ona się nazywa?
- Adalia Lettenhove, panie. Rządzi z nadania Tryntu – pospieszył z odpowiedzią Arnulf. Był z pewnością najlepszym adiutantem, jakiego można było sobie wymarzyć.
- Świetnie – dokończył władca – Więc teraz będzie rządzić z naszego. Przygotować odpowiednie dokumenty. Włos miastu z głowy ma nie spaść.
Eudomar przyjrzał się ze zdziwieniem przyjacielowi. Przez chwilę miał wrażenie, że dojrzał w jego oczach zamglenie charakterystyczne dla osób poddanych zaklęciom umysłu. Ale nie śmiał się odezwać. Podążył za wzrokiem księcia i spojrzał wprost na odległe przylepione do czerniejącego na tle nieba łańcucha gór światła Miasta na Przełęczy.
****
Adalia Lettenhove prawie wyczuła wrogi wzrok, choć z odległości kilkudziesięciu mil musiało to być złudzenie. Ale jednocześnie poczuła bezpieczne oparcie. Miała świadomość, że obydwa te uczucia to wpływ magii.
- Spokojnie, Pani Miasta – powiedziała piękna czarnowłosa kobieta w zwiewnej, biało czarnej szacie, bawiąc się zawieszonym na sznurze pereł amulecie – Spokojnie. Miasto na Przełęczy jest już bezpieczne.

***

- Panie, jeszcze jedno – odezwał się Arnulf, wskazując ruchem głowy na postać, trzymaną przez dwóch wojów w wejściu do namiotu.
- Kto to jest? – Elmeryk zmarszczył brwi. Postać wydała mu się znajoma.
- Skrytobójca. To elf z Aenthil. Nie mamy pojęcia, na czyje zlecenie działa, wywiad na jego temat wie tyle, że miasto Birka daje sto birów za jego łeb. On sam wpadł nam w ręce jedynie przez przypadek. Przy próbie ujęcia go, zabił dwóch mierzących do niego kuszników, a potem kolejnych czterech uzbrojonych po zęby. I maga, który usiłował go obezwładnić.
Elmeryk uniósł brwi z uznaniem i podszedł do jeńca.
- Spotkaliśmy się już raz, prawda?
- Dwa razy – odparł elf tonem tak spokojnym, że księcia Wergundów przeszedł dreszcz.
- Dwa razy... – powtórzył w zamyśleniu – Zrobimy tak. Jesteś najlepszym skrytobójcą, jakiego znam. Żaden dotąd nie podszedł tak blisko. Ale powiem ci w zaufaniu, że choćbyś podszedł jeszcze bliżej, nic ci to nie da. Takie przeznaczenie, rozumiesz – Elmeryk uśmiechnął się ponuro – Bogowie objawili moim kapłanom, że żaden z moich wrogów nie zdoła mnie zgładzić, w boju, ani z ukrycia. Więc możesz sobie wybaczyć, bo nie masz szans. Mam dla ciebie propozycję, ale powtórzę ją tylko raz. Zabijaj dla mnie, w przeciwnym razie oddam cię rajcom w Birce jako prezent w ramach ocieplenia stosunków. Masz noc na podjęcie decyzji. Odprowadzić go.

***

Był słoneczny dzień, pomimo, że nadchodziła zima. Elmeryk uśmiechnął się do swoich myśli, wspominając mroźną i wietrzną wiosnę na północnych ziemiach. Ziemiach, które mimo woli pokochał, właśnie dlatego, że w taki sposób go przyjęły. Ziemie wolnych ludzi, ziemie wolnej woli.
Stojący przed nim kapłani zawodzili swoje pieśni ku czci Modwita, a on w myślach zanosił do Pana Wojowników własne modły. Własną litanię. Oddawał opiece boga tych, którzy zostali tam na północy, pod kamiennymi milczącymi kurhanami. Wojowników, poległych pod Arden. Beomar z Modrevregu, wzór dowódcy. I półtora tysiąca innych, którzy zostali tam, walcząc o bród na rzece, w czasie przeprawy, w czasie szturmu. I kolejni, którzy zginęli przy pięciomiesięcznym oblężeniu Askaronu. I kolejni, których bielejące w stepie kurhany znaczyły szlak piątego manipułu Eudomara, idącego na opustoszałą, zasypaną śniegiem Samarkandę. Orkowie, którzy polegli, broniąc Samnijczykom przejścia przez góry. I wrogowie. Rangveig z Tryntu, najlepszy przeciwnik, jakiego los postawił na jego drodze. I cztery tysiące jej wojowników, których z imienia nie znał. I ci, którzy poprowadzili samobójczą szarżę samnijską, o których ponoć śpiewają już pieśni w stepach, Gambaatar Miedziany Topór i Muraco Biały Księżyc.
Kapłani przestali zawodzić. To był ostatni element, po obrzędach druidzkich, magicznych zaklęciach i błogosławieństwach. Po uroczystym hołdzie armii wszystkich narodów. Po symbolicznym zawarciu paktu opieki z każdą z ziem protektoratów. Tak, każda z tych ziem została wolna, autonomiczna. Tak właśnie miało wyglądać jego wielkie imperium północy. Zjednoczone. Wolne i silne w jedności. A potem zasiadł na tronie rzeźbionym w symbole wszystkich narodów, które stały się częścią jego marzenia. I nałożył sobie na głowę Smoczy Diadem, Koronę Ludów.
Był dwunasty dzień miesiąca Kerzu, ostatniego miesiąca 833 roku po Wielkiej Ekspansji, według datacji ofirskiej.
 

Komentarze
 
Brak komentarzy.
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 

Oceny
 
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Świetne! Świetne! 100% [2 Głosów]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [Żadnych głosów]
Dobre Dobre 0% [Żadnych głosów]
Przeciętne Przeciętne 0% [Żadnych głosów]
Słabe Słabe 0% [Żadnych głosów]
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.