Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze swiata gry.
 

obozy
 
Nowość!

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:






 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Ostatni bastion część druga
 
- Cholerna ruina – Einhard kopnął z rozmachem najbliższy kamień – Cholerna pieprzona ruina! mamy się tu bronić? Absurd!

- Nie jest tak źle – Ramirez był żołnierzem i oficerem cesarskiej armii. Byłym. Znał się na fortyfikacjach – Mury są grube. Fosa głęboka. Mamy dwa wejścia na bastion – tu, gdzie kiedyś był most, i po osypisku z tylu. Ale tam przejdą maksymalnie 2 osoby, łatwo bronic tego wejścia. Niegroźne. A tu – podrapał się w czoło – tu zrobimy barykadę. Koszokopy.

- Co ze co...? – Shamarotowi militarny żargon był raczej obcy

- Że barykadę z gałęzi i ziemi – uśmiechnął się Ramirez – topory się przydadzą.

- Ech – westchnął Einhard – Do roboty!

Dzień zapowiadał się duszny, nisko wisiały burzowe chmury. Po godzinie pracy nad barykada wszyscy byli pokryci warstwa pyłu i potu. Na wysokich walach stanęli lekkozbrojni. Nad zachodnia flanka górowała majestatycznie szczupła postać czarodzieja Dementhosa w czarnej powłóczystej szacie. Wspomagany przez Ifata i Maxusa, młodszych magików, miał siać zniszczenie magicznymi pociskami rzucanymi z walow. Omus, Loki i inni kryli się za osłonami na walach. Alexinox dowodził obrona tylnego wejścia, wspomagany przez lekko wystraszonego alchemika i Saomana. Na samym szczycie bastionu ulokował się Ziemowit z lukiem, obejmując polem rażenia bastion i cale jego przedpole.

Ciężkozbrojni stanęli na barykadzie. Krasnoludy, Einhard, Illima, kaplan Bozydar, Indariel. Za nimi Varthanis osłaniający się puklerzem i Zorn, obydwaj czarodzieje z pustynnych rejonów południa wyróżniali się śniada skora i szarymi oczami, a także ogromna biegłością w magii ofensywnej. W jedynej podziemnej kazamacie Keirris, płowowłosy młody druid urządził lazaret. Jak na swój wiek miał ogromne doświadczenie i nerwy ze stali. To nie była jego pierwsza bitwa. Zamyślił się patrząc na bielące się na desce bandaże. "Wkrótce nie będzie tu bieli"- pomyślał "Ile dusz wróci dziś do Wielkiej Matki...?"

Ubrania w upale lepiły się do skory. Muchy bzyczały jak wściekle, nasączonym wilgocią powietrzem ledwo dało się oddychać. Na walach zamilkły nawet rozkazy Einharda lustrującego górne posterunki. Cisza niepokoiła. W oddali uderzył grom. I drugi. I kolejny."Za często..." pomyślała Indariel

- Bębny! – powiedziała na głos- Ida!!! – rozległo się z góry wołanie wartowników. Strach ścisnął ją za gardło naglą świadomością. "Mam tu zginać? – pomyślała "A Alienor...?

- Nikt nie żyje wiecznie – wyszeptała swa bitewna maksymę – Chroń nas, Bogini....

Zza wzgórza wyłoniła się forpoczta -zwiadowcy w szarych uniformach. Przemykali lasem szybkim truchtem.Za nimi doskonale wyszkolony oddział strzelców płynnie i sprawnie zajął pozycje wokół fortu, wykorzystując każdą nierówność terenu. Równomierny dźwięk bębnów otoczył bastion, zza zakrętu wyłaniały się kolejne oddziały.

- Pięknie – mruczał pod nosem Ramirez – Druga kompania kuszników styrgradzkich. Tarczownicy z Raegen. Dwie.. trzy kohorty lancknechtów raudaryjskich. Waldenburscy pikinierzy, Czwarta Centuria. Pięknie.

- Ilu...? – zapytał Einhard, zeskakując z walu wprost na barykadę

- Tego co widać, jest jakieś ... kilkaset luda....- odparł Ramirez z wahaniem – to z cala pewnością tylko przednie straże armii. Nie widzę chorągwi cesarskich. Na razie to same oddziały wasalne, Raudaria, Raegen, Waldenburg.



Na przedpolu bastionu zakotłowało się. Konni oficerowie wydawali rozkazy, oddziały sprawnie zajmowały wskazane pozycje, dając dowód znakomitego trybu szkolenia cesarskiej armii. Rozkładano osłony polowe, ale nie rozkładano namiotów, co kazało przypuszczać, ze oficerowie nie planują zostać tu do nocy.

Na barykadzie zaległa cisza. Poważne i skupione miny obrońców mówiły aż za dobrze o tym, ze potrafią liczyć. I ocenić szanse. Nikłe szanse.

- Nie wytrzymamy nawet pierwszego szturmu – mruknął pod nosem Einhard. Indariel zacisnęła zęby. Shamaroth spojrzał po twarzach towarzyszy.



- Hu! Hu! Hu! Hu! – wrzasnął tubalnym głosem. Zawtórował mu Heimdall łomocząc toporem w tarcze i po chwili nad bastionem poniosło się echo wojennego okrzyku. W tym okrzyku ulatywały strach i beznadzieja, obawy i chęć ucieczki, z każdym kolejnym chóralnym okrzykiem odzyskiwali sile, poczucie mocy płynącej z bojowej wspólnoty, powracało znane uczucie bitewnej euforii. W zaciśniętych na broni pięściach, w zawziętych spojrzeniach rodził się duch bojowy, tak typowy dla walki bez nadziei na zwycięstwo. Bożydar, stojąc na zwalonym pniu, rozcierał ręce zdrętwiałe od przekazywania mocy. Uśmiechał się pod nosem, bo jego rzucane ukradkiem błogosławieństwo bitewnej bogini przyniosło oczekiwany rezultat. Może nawet lepszy niż oczekiwany, a z pewnością jakże potrzebny.

Cichnące okrzyki obrońców zagłuszyły trąby. Od linii styryjskiej armii oderwał się kilkuosobowy poczet, trzech oficerów na koniach, chorąży z bialozlota flaga Waldenburga i pięciu tarczowników. Ziemowit na górnym wale przygotował luk do strzału.- Jedno słowo – krzyknął do Einharda – i zgarnę którego zechcesz.- Nie! – powstrzymał go dowódca – jeszcze nie teraz.



- Hej!!! Wy na bastionie!!! – zawołał waldenburski oficer, podjeżdżając na krawędź fosy. Szkolony do wydawania rozkazów głos odbił się echem od kamiennych murów – W imieniu Najjaśniejszego Cesarza Justyna, Króla Styrii, Lorda Styrgradu, Wielkiego Księcia Górnej Styrii, Najwyższego Protektora Republiki Raudarii, Księcia Nessyni, Aleur, Bahail ....

- On długo tak będzie...? – zniecierpliwił się Heimdall- pozwól Ziemowitowi go zastrzelić!

- Spokój – uciszył go Einhard- Wielkiego Chana Rowenii – kontynuował herold – Suwerena Mittum, Zwierzchnika Królestwa Raegen, Jaśnie Nam Panującego Cesarza Justyna wzywam was do ustąpienia i otwarcia nam drogi!

- Chrzan się bubku!!!! – wrzasnął Shamaroth zanim Einhard zdążył go uciszyć – Wypier...



- Nie przeginaj! - syknęła mu elfka do ucha zanim wysłał w eter brzydkie bluźnierstwo
– Cesarz nie ma tu nic do szukania!!!- wrzasnęła donośnym głosem – Wracajcie do domu, a nic wam nie zrobimy!

Krasnoludy parsknęły śmiechem i posłały w kierunku oficera dalsza serie epitetów.

- Dość – uciszył ich Einhard – Nie przepuścimy was! – zawołał – Nie ma przejścia przez Silberberg!!!

Oficer chwile patrzył na nich jakby nie dowierzając. po chwili powiedział coś do jednego z tarczowników. Cały poczet wycofał się poza zasięg łuków. Odezwały się werble i trąby. Na przedpole równym krokiem wymaszerowali piesi pikinierzy, niosący krótkie włócznie i okrągłe poręczne puklerze. Stukot pancernych butów przypominał odgłos podkutych kopyt. Kolejne dziesiątki ustawiały się w szyku bojowym naprzeciwko prowizorycznej barykady. Donośnie krzyki oficerów unosiły się nad głowami opancerzonych żołnierzy. Choć nie sposób było na bastionie rozróżnić slow, do wszystkich dotarło w końcu jedno powtórzone słowo.

- Szturm – powtórzyła półgłosem Indariel – Zaczęło się.

- Za wszelka cenę musimy utrzymać barykadę! Zrobili błąd! Pikinierzy nie wedrą się tu, o ile utrzymamy linie obrony! – Einhard odwrócił się do towarzyszy – Nie cofać się ani o krok! Bogowie nam sprzyjają!

Odpowiedział mu chóralny okrzyk. Pikinierzy ruszyli. Równym krokiem doszli do krawędzi fosy, gdzie na szczęście obrońców musieli podzielić się na kilkuosobowe oddzialiki by zejść wąskim wejściem. Po chwili miecze obrońców zazgrzytały o drewniane drzewca włóczni. Pod niebo uniósł się bojowy okrzyk krasnoludów. Część obrońców wyskoczyła na barykadę, tłukąc z góry toporami i mieczami atakujących żołnierzy. Hełmy nie wytrzymywały zetknięcia z krasnoludzkimi toporami. Po chwili ciała poległych zaległy pod barykada, spod której z najwyższym trudem wyciągano rannych pikinierów. W bitewnym szale krasnoludy zeskoczyły z barykady, piorąc po tyłach zawracających na rozkaz żołnierzy. Kolejne opancerzone ciała poległy pod stromym wyjściem z fosy. Dzieła zniszczenia dopełniał Ziemowit, celnie trafiając kolejnych w nieosłonięte zbroja miejsca

.- Wycofują się! – wrzasnęło kilku z drużyny. Chóralny okrzyk triumfu rozległ się nad barykada. Krasnoludy zwycięsko wróciły na bastion.

- Skopiemy im zady!!!- wrzeszczał w euforii Heimdall – pogonimy ich do Styrgradu!!!!

- Gówno! – przerwała euforie Indariel w stylu raczej krasnoludzkim niż elfim – Posłali na nas najgorsza formacje, chcąc się wykpić najtańszym kosztem i iść dalej. Nie docenili nas, ale teraz się poprawia. Decydujące uderzenie pójdzie za chwile.

- Ma racje – dorzucił Ramirez – To podstawowe zasady styryjskiej doktryny wojennej. To był zwiad. Gdzie służyłaś? – uśmiechnął się do elfki, odgadując pochodzenie jej wiedzy. Indariel odpowiedziała uśmiechem.

- Nie służyłam w cesarstwie. Brałam udział w wojnach elfów z Jotunami, olbrzymami z północy. Cesarstwo było naszym sprzymierzeńcem. Cóż, czasy się zmieniają.

Dalsza rozmowę przerwały trąby, które znów rozległy się na przedpolu. Trąbom zawtórowała bojowa pieśń, śpiewana przez niewmaszerowujących na plac lancknechtów. Wielkie, ponad dwumetrowe miecze nieśli na ramionach jak łopaty. Słońce odbijało się w lśniących półpancerzach i hełmach. Gdy obrońcy już zaciskali dłonie na broni, gotowi do przyjęcia ataku, lancknechci niespodziewanie zatrzymali się na krawędzi fosy. Na barykadzie zapadła pełna zdumienia cisza, gdy tymczasem wśród szeregów atakujących dal się słyszeć harmider.

- Łucznicy! – wrzasnął z góry hobbit – łucznicy ustawiają się na pozycjach!

- Psiakrew – warknął krasnolud

- Za osłony!!! – krzyknął Einhard – Przygotować tarcze!!!
Jego rozkaz jeszcze nie przebrzmiał, gdy pierwsza sycząca salwa wzbiła się w powietrze. Przez pełna napięcia sekundę pociski zawisły nad bastionem po czym z przeraźliwym świstem lotek zapikowały na głowy obrońców na walach. Rozległy się pełne przerażenia i bólu krzyki, przez które przebijały się rytmicznie skandowane słowa magicznych inkantacji. Demethos rzucał osłonę. Zanim zaklęcie zadziałało, kolejne dwie salwy spadły na fort, ale trzecia wśród elektrycznych wylądowań spadła do fosy. Z góry zeszli Saoman z Alexinoxem niosąc rannych.

- Zaczęło się - powiedział do siebie druid Keirris podnosząc ręce do zaklęć wiążących poprzecinane naczynia krwionośne Omusa.

- Dementhos kazał przekazać – wrzasnął z góry nekromanta Ifat – ze osłona wytrzyma jeszcze kilka salw, ale potem puści!

- No cóż... – stwierdził lakonicznie Einhard – Dobre i to.

Za fosa rozległy się rozkazy. lancknechci podjęli swoja pieśń i ruszyli do ataku. Równym krokiem doszli do barykady i rozpoczęli regularny atak. Pod pierwszymi ciosami ogromnych mieczy padł na ziemie Ramirez. Illima bezskutecznie usiłował blokować wyszukanymi zastawami potężne uderzenia. Uderzony płazem spadł z barykady, jego miejsce zajął Varthanis. Na końcach palców nekromanty zalśniły błękitne ogniki, wrzasnął krotka inkantacje i najbliższy wojownik osunął się na ziemie. Nad głowami walczących strzały z sykiem i błyskiem odbijały się od magicznej bariery. Miejsce Varthanisa zajął Zorn, posyłając na ziemie kolejnego atakującego



Nagle zza wzgórza osłaniającego przez wzrokiem obrońców trakt z Waldenburga rozległy się wołania i trąby. I bębny. Głuche, tępe uderzenia. Barykada zadrżała pod stopami obrońców.

- Co jest....? – zapytał niepewnym głosem Illima, którego druid właśnie skończył opatrywać. W szeregach lancknechtów zapanowała konsternacja, ale już po chwili, gdy do pierwszych szeregów dotarła powtarzana informacja, podnieśli triumfalny okrzyk radości. Pierwsze szeregi wycofały się, zostawiając na barykadzie zdumionych obrońców. Indariel wsłuchała się w skandowane radosne okrzyki. Pobladła.

- Mamy problem – odezwała się, ocierając twarz z kurzu – Sprowadzili trolla.

Nikt nie odpowiedział. To co wzięli za bębny, zbliżało się. po chwili z góry z wałów usłyszeli pełne przerażenia okrzyki hobbita.

- Troll! Górski troll!
br>

Olbrzym, pokryty rudym futrem, wysoki, na ponad trzy metry, ukazał się zza zakrętu. Wojska cesarskie zakrzyknęły triumfalnie. Troll dzierżył w sękatych łapach wielka maczugę, a na pasie przełożonym przez pierś ciągnął średniej wielkości katapultę. Żołnierze odpięli machinę, a troll kierowany rozkazami wydawanymi w obcym języku skierował się pod barykadę. Pierwsze uderzenie maczugi zmiotło z niej większość obrońców. Na ich szczęście troll nie uderzył w nich, tylko z ogromnym zamachem gruchotał pnie na barykadzie. Heimdall pozbierał się z ziemi i z szalonym okrzykiem ruszył na olbrzyma. Ten warknął groźnie i krótkim ruchem maczugi posłał krasnoluda w powietrze, aż ten odbił się potylica od kamiennej ściany i osunął na ziemie. Shamaroth wrzasnął z rozpacza, ale nie odważył się zaatakować. Barykada z trzaskiem zamieniała się w stertę zapałek.

Einhard oprzytomniał, gdy krasnolud uderzył w mur obok niego.

- Wspólny atak!!! – wrzasnął – Shamaroth, Indariel, ze mną!!! Blokujemy maczugę! Illima, tnij w ścięgna pod kolanami!!! Varthanis!!! Pomóż!



Z dłoni nekromanty furknęła błyskawica, wojownicy doskoczyli starając się unieruchomić potężną maczugę. Illima, pewien, ze zablokują, błyskawicznym cieciem zaatakował w nogi trolla. Ale nikt nie był w stanie zatrzymać olbrzyma. Einhard i krasnolud znaleźli się na ziemi, Indariel uderzona potężnym łokciem zasłoniła się dłonią i poczuła jak krew ze starej rany na dłoni zalewa jej twarz. Ale uderzenie maczugi poszło w kierunku jasnowłosego szermierza, gruchocząc mu zebra i rzucając o ścianę obok krasnoluda.



Troll z dzikim rykiem stanął na szczątkach barykady. Jego ryk zagłuszał dochodzące zza fosy okrzyki triumfu. cesarskich oddziałów. Uniósł nad głowę maczugę gotów przybić do ziemi leżących przez nim wojowników. Einhard podparł się tarcza, ale zrozumiał ze nie zdąży się podnieść. Reszta drużyny znieruchomiała bezsilnie. Nikt nie usłyszał świstu strzały przecinającej powietrze. Troll ryknął potężnie, puścił maczugę, która spadła za jego plecami, i przycisnął dłonie do oka. Spomiędzy palców popłynęła czarna krew. Obrońcy odwrócili się – nad ich głowami stal Bożydar z napiętym lukiem, zastępując rannego w ostrzale Ziemowita. Z doskonałym spokojem wypuszczał kolejne strzały – w czoło, w tętnice szyjna, w ucho. Z każdą kolejna troll ryczał głośniej, nagle znieruchomiał, ze zdziwieniem szukając wzrokiem wroga. Bożydar ze spokojem wpakował mu strzale w skroń. Olbrzym runął do fosy. Pod niebo wzbiły się ogłuszające okrzyki – radości na barykadzie i wściekłości- za fosa. Oddział lancknechtów przegrupowywał się, szykując do kolejnego natarcia. Tymczasem, osłonięci polowymi tarczami, do ataku przystąpili magowie. Powietrze zaiskrzyło.



Einhard pozbierał się z ziemi i zasalutował kapłanowi w podziękowaniu. Bożydar z uśmiechem skinął głowa, oddając luk wracającemu z lazaretu Ziemowitowi. Olbrzymi najemnik podjął bron, starannie nałożył strzale, po czym naciągnął cięciwę daleko za ucho. Podniósł linie celowania i spokojnie wyprostował palce. Strzała poszybowała szerokim lukiem i zniknęła z oczu obrońców. Po sekundzie po drugiej stronie fosy konny oficer osunął się z siodła na ziemie. Na barykadzie znów rozległ się okrzyk radości.

Lancknechci ruszyli do natarcia. Barykada nie osłaniała już wejścia na bastion, obrońcy stanęli wiec w zwartym szeregu, kryjąc się za tarczami. Miecze trzasnęły o drewno. Tarcza Varthanisa poszła w drzazgi, ale nekromanta zdążył posłać na ziemie atakującego żołnierza. Wspomagając się nawzajem i zastępując rannych, obrońcy trwali w dramatycznej walce. Nagle dal się słyszeć huk i z rozbłyskiem milionów błękitnych iskierek pękła magiczna tarcza osłaniająca bastion. Przyciągnięta przez trolla katapulta z metalicznym dźwiękiem wyrzuciła w powietrze pierwsze kamienne pociski. Kule uderzyły w mur za plecami obrońców, wyrywając w nim metrowa dziurę. Oddziały łuczników wróciły na pozycje. Na wały posypał się grad pierzastych posiłków. W ślad za nimi w powietrze wzbiły się kule, ciągnące za sobą kolorowe ogony dymu.


- Zasłonić twarze!!!- wrzasnął Zorn – To trucizna!!!!


Pierwsza kula upadła na barykadzie i ci którzy nie zdążyli zasłonić szmatami ust, osunęli się na ziemie w nagłym bezwładzie. Towarzysze ściągnęli ich do lazaretu. Illima z twarzą osłonięta chusta podbiegł i uderzeniem miecza posłał dymiąca na błękitno kule za fosę, powodując okrzyk triumfu obrońców, stłoczonych pod murem. Z zasłoniętymi twarzami odbijali wiec kolejne kule, odpierając jednocześnie ataki lancknechtów, których szyk nie był na szczęście już tak zwarty. Pojedynczych żołnierzy eliminowali we dwóch , jeden blokując, drugi tnąc po udach poniżej półpancerzy.
Szturm zamienił się w piekło. Spod butów walczących unosiły się tumany duszącego kurzu, trujące wyziewy pocisków gryzły w oczy i dusiły. Strzały wysyłane kolejnymi salwami raz po raz trafiały któregoś z obrońców, trafieni z jękiem niedosłyszalnym w ogólnym hałasie osuwali się na ziemie. Walczący krzyczeli, oficerowie wrzeszczeli rozkazy. Obrońcy, którym bitewny szal dodawał sil, dokonywali cudów waleczności, odpierając ataki lancknechtów. W powietrzu wciąż gwizdały kamienne pociski wyrzucane przez katapultę. Varthanis wybiegł na górny wal, przez chwile w pospiesznie narysowanym kręgu pobierał moc do rzucenia zaklęcia. po chwili wymamrotał pod nosem inkantacje, a pomiędzy jego dłońmi okazała się czerwono złota kula energii. Krzycząc donośnym głosem zaklęcie, nekromanta pchnął ja w kierunku machiny, obalając po drodze obsługujących ja żołnierzy. Stojący przy barykadzie Zorn pomógł potężnym podmuchem wiatru posyłając kule do celu. Z przeraźliwym trzaskiem kula uderzyła w drewniana konstrukcje, wybuchając oślepiającym światłem. Stojący obok żołnierze padli na ziemie, a katapulta zapłonęła jasnym ogniem, po czym po sekundzie wybuchła, zmieniając się w kupę dymiącego popiołu. Varthanis usiadł, wycierając rękawem krew, która poszła mu z nosa.



- Denerwowały mnie te kamyki – sapnął do Omusa, który przybiegł mu z pomocą, po czym miękko osunął się na ziemie i stracił przytomność.



Tymczasem Indariel stojąc na resztkach barykady zawijała wokół siebie długim mieczem, odpychając przeciwników butami. Nagle katem oka dostrzegła błysk i machinalnym niemal ruchem miecza odbiła posłany w jej kierunku pocisk. Po drugiej stronie fosy łuczniczka , która wypuściła strzale, znieruchomiała ze zdumienia i niespodziewanym gestem zasalutowała jej z podziwem. Elfka nie miała czasu cieszyć się z sukcesu. Ostrza wielkich mieczy z łomotem waliły o tarcze i resztki barykady. Tuz obok niej Heimdall, który właśnie wrócił z lazaretu, stęknął i poleciał w tył, przyciskając do brzucha dłonie, spomiędzy których wystawały lotki strzały. Gwałtownym szarpnięciem wyrwał brzechwę i ze splunięciem rzucił ja na ziemie.

- Przeszła bokiem – sapnął, podnosząc topór. Elfka uśmiechnęła się pod nosem. Wyczekawszy moment, skoczyła do przodu i nadepnęła butem ostrze długiego miecza, rozwalając razem z hełmem głowę atakującego żołnierza. Tuz obok niej Zorn posłał na ziemie kolejnego żołnierza, ale uderzony rękojeścią spadł z barykady. Elfka opuściła miecz, by wciągnąć czarodzieja z powrotem. Dostrzegła lecąca strzale, ale na reakcje było za późno. Czworograniasty grot rozorał jej skroń, zalewając oczy krwią. Zrobiło się ciemno i elfka upadla na ziemie. Po drugiej stronie fosy styryjska łuczniczka wrzasnęła z triumfem.

Indariel ocknęła się w lazarecie, obok innych towarzyszy. W kącikach oczu rozbłyskiwały jej lśniące punkciki, a ból pod czaszka powodował, ze miała ochotę wymiotować. Zawinięta białym płótnem rana na głowie pulsowała wściekle.

- Brakło cala, i nie miałbym już kogo ratować – uśmiechnął się do niej młody druid gdy z trudem usiadła
– Wypij – podał jej butelkę z mikstura – Łyka, musi wystarczyć dla innych

Mikstura szczypała w język i sprawiała ze na zębach poczuła futrzany meszek, ale po chwili przestało ją mdlić i wstała. Dziękować nie było sensu, druid już opatrywał kolejnych, z szybkością automatu recytując formuły wiążących naczynia krwionośne zaklęć. Od strony barykady dobiegał bitewny zgiełk. Podniosła miecz, który ktoś uprzejmy przyniósł razem z nią, i skierowała się do wyjścia. Nagle wrzaski zaczęły się zbliżać i nabierać coraz bardziej panicznego wydźwięku. Do lazaretu wpadł Shamaroth, przewracając się w wejściu, a za nim wskoczył potężnie zbudowany żołnierz w zielonym kabacie. Padł natychmiast, cięty przez plecy ostrzem Illimy, który wpadł za nim.

- Wzięli barykadę!!!! – wrzasnął szermierz, a jego krzyk zagłuszył łomot kamieni, gdy przez jedno z otworów okiennych do lazaretu wpadł trujący pocisk i kilka strzał. Druid przerwał leczenie i pchnięciem energii wywalił kule do fosy. Magowie stanęli w szeregu inkantując formuły. Po chwili po drugiej stronie fosy zrobiło się pusto. Illima i Indariel próbowali blokować wejście. Kolejni żołnierze padali, tworząc makabryczny wal, i chroniąc dwójkę obrońców. PO chwili jednak wepchnięto ich do środka i w szpitalu rozpętało się piekło. Z pylistej podłogi wzbiły się tumany kurzy. Ranni ostatkami sil cieli po nogach wbiegających do kazamaty kolejnych żołnierzy. Indariel, Illima i Shamaroth cofali się, spychani przez napór wroga w kat pomieszczenia. Wrzaski ranionych przekrzykiwał druid, rzucający zaklęcie za zaklęciem, aż powietrze zaczęło iskrzyć drobinkami elektryczności. Bojowy szal dodawał sil desperacko walczącym obrońcom, ale wszyscy zdawali sobie sprawę, ze to koniec. I wtedy od strony fosy rozległy się rozkazy do odwrotu.



Na barykadzie zostały niedobitki. Einhard ledwie trzymając się na nogach opatrywał rozcięte ramie. Heimdall i Shamaroth wsparci o topory oddychali ciężko. Spod warstwy kurzu i krwi niemal nie było widać rysów twarzy, krasnoludzkie brody wyglądały jak mocno zużyte miotły. Indariel z zaschniętymi śladami brązowej krwi na twarzy wyglądała jakby wstała z grobu. W zębach zgrzytał kurz i piasek. Alexinox, który zbiegł z góry, gdy zagrożona była barykada, był jednym z nielicznych niedraśniętych w walce. Nikt się nie odzywał.

- Wdarli się od góry – rzekł wreszcie w ciszy Alexinox – Zostawiliśmy tam alchemika, ale...

.- ale co ? – zapytał ktoś obojętnie...

- Kiedy go zapytaliśmy, dlaczego przepuścił kryjącego się w krzakach żołnierza, powiedział, ze myślał, ze to ktoś z naszych za potrzeba.... – odparł z uśmiechem skrytobójca. Obrońcy, skrajnie zmęczeni, poranieni, w beznadziejnej sytuacji, wybuchnęli spazmatycznym niemal śmiechem.

- Następnego szturmu nie przeżyjemy – rzekł poważniejąc Einhard. Nie było nikogo, kto by zaprotestował. To było stwierdzenie faktu – trzeba zmienić najciężej rannych na barykadzie. Alex, Silas, Ramirez – na barykadę. Krasnoludy, Illima, Indariel, do drugiej linii Varthanis...

- Nie rzucę już żadnego zaklęcia – odezwał się zmęczonym głosem nekromanta – To miejsce już nie ma mocy do pobrania. Został mi buzdygan i tarcza. Pożyczona, bo moja się rozpadła.



- Ciekawe kogo... – zaczął Shamaroth, gdy przerwał mu głos trąb. innych niż dotychczas. Zza zakrętu wyłonił się jadący kłusem konny oddział pod zielonym sztandarem, na którym widniał czerwony smok cesarstwa. Na czele jechał oficer w okularowym hełmie, zdobionym drogimi kamieniami, okryty aksamitnym zielonym płaszczem.

- Aha, przyjechał generał – westchnął Varthanis. Ramirez w milczeniu wpatrywał się w nowoprzybyłego oficera.

- Patrzcie, kogo tam mamy - warknął Shamaroth, wskazując na szczupła postać, z która oficer rozmawiał – Nasz wiarołomny wiedźmin! Może i za chwile padniemy na tej barykadzie, ale ta gnidę zdążę jeszcze posłać do piachu!!!

Tymczasem na placu zakotłowało się. Nowoprzybyły odbierał meldunki, z których najwyraźniej nie był zadowolony. Któryś ze zdających sprawę oficerów oberwał po twarzy pancerna rękawica. Wreszcie generał odepchnął dowódców i w towarzystwie Feariela i chorążego podążył w kierunku fosy.

- Idzie – sapnął krasnolud

- Hej, tam na bastionie – zawołał potężnym głosem oficer – Nie wytrzymacie kolejnego szturmu, poddajcie się na honorowych warunkach!!!

- Czyli jakich?! – krzyknął Einhard

- Najlepszych z możliwych, inkwizytorze! – odparł oficer, dając dowód znajomości sytuacji – Odejdziecie żywi, ja zajmę przełęcze, przez które przejdzie moja armia na południe. Vanirowie zapłacą mi daninę i złożą hold lenny. To niska cena. W przeciwnym razie nim zajdzie słońce będziecie gryźli ziemie.

-To.... – zająknęła się Indariel

- To Jego Cesarska Mość Justyn we własnej osobie – dokończył Ramirez

- A to nas zaszczyt kopnął – splunął Shamaroth

- Uważaj – warknął były żołnierz – Nie waż się obrażać cesarza!



- Dobrze, dobrze, nie kłócić się- przerwał Einhard i odkrzyknął – Vanirowie armie przepuszcza, ale hołdu nie będzie, Wasza Wysokość!

Cesarz zamilkł na chwile. Wydawało się przez chwile, ze zgodzi się na warunki Einharda, ale to była bardzo krotka chwila. Odwrócił się na piecie i wolnym krokiem, mając za nic zagrożenie strzałami, odszedł w kierunku swoich oddziałów.

- No to mamy przesrane – stęknął Shamaroth, gdy styryjscy oficerowie zaczęli wykrzykiwać kolejne rozkazy. Cesarz gestykulował, najwyraźniej udzielając kolejnych reprymend. Na przedpole wyszła miękkim krokiem grupa wojowników, ubranych w luźne czarne lub szare szaty, z mieczami na plecach. Feariel skłonił się swemu władcy i stanął na czele ataku.

- Legendarna gwardia wiedźmińska – westchnął Ramirez

- CO ty bredzisz, wiedźmini zabijają potwory, nie walczą w bitwach – zaprotestował Einhard.

- Kilka lat temu Justyn stworzył z najbardziej zaufanych ludzi oddział , którego używa tylko w absolutnej konieczności. Ponoć zwerbowano do niego tych, którzy nie chcieli już zabijać potworów. Nie są w zasadzie już wiedźminami, ale umiejętności maja te same.

- A my nie mamy magii – rzekł cicho Varthanis - Nie odeprzemy tego ataku.

- Wiem – odparł Einhard ujmując miecz. Gwardziści prowadzeni przez Feariela zeszli do fosy. Nie było huku, ani bojowych pieśni. Uderzyli w milczeniu, pierwszy szereg natarł błyskawicznymi świszczącymi cieciami potwornie ostrych kling i odskoczył. Z drugiego szeregu gwardziści uderzyli wiedźmińskim znakiem, połączone pchniecie energii zwaliło z nóg wszystkich stojących na barykadzie. Gwardziści wskoczyli na resztki umocnienia luźnym szeregiem. Pod naporem świszczących kling obrońcy nie zdołali utrzymać szyku. Pierwszy padł Illima, cięty szeroko przez pierś, za nim Ramirez i Shamaroth. Varthanis zasłaniał się tarcza, dopóki nie wytracono mu jej z rak. Indariel, wsparta bokiem o Zorna, broniła się przez chwile, ale błyskawiczne ciecia pozbawiły ja broni. Płytki cios rozciął jej koszule i ramie. Zorn padł obok. Gwardziści stanęli szeregiem na barykadzie. Feariel zmierzył z góry obrońców:

- Wejdziemy na ten fort kiedy tylko zechcemy. Weźcie to pod uwagę, gdy jeszcze raz będziecie czegoś żądać od cesarza – odezwał się spokojnie.

- Precz, cesarski psie – warknął Shamaroth, zaciskając dłoń na przedramieniu, z którego obficie płynęła krew. Feariel splunął mu pod nogi, a krasnolud nawet nie drgnął, widząc kilka gotowych do zadania ciosu wiedźmińskich kling przed swoja twarzą. Feariel odwrócił się na piecie i krzyknął komendę, po czym cały oddział powoli wycofał się z barykady i powrócił na druga stronę fosy. Feariel podszedł do cesarza i długo mu coś tłumaczył.

- To była tylko groźba – rzekł Illima wstając – Demonstracja. Cieli tak, by nas nie pozabijać – wskazał na płytkie zadrapanie po ostrzu w poprzek tułowia – Tak naprawdę mogli tu zrobić co chcieli....

- Udowodnili nam, ze nie utrzymamy fortu – zgodził się Einhard – Tylko dlaczego jeszcze żyjemy?

Po drugiej stronie fosy rozległa się trąbka. Cesarz Justyn zdjął hełm. Długie ciemne włosy rozsypały się na aksamitny płaszcz. Nie mógł mieć na oko nawet dwudziestu pięciu lat.

- Warunki są takie – zawołał głosem nieznoszącym sprzeciwu –Wstrzymam armie na cztery dni. W tym czasie wy dowiecie się, kto grasuje po tych lasach i morduje mieszkańców gór. Przekonacie tez Vanirow, by zaniechali oporu i otworzyli przełęcze. Po to tylko pozwalam wam żyć. W innym razie moja gwardia rozniosłaby was przed chwila na mieczach. To, na czym mi zależy to bezpieczny przejazd moich wojsk. Wzdłuż drogi powstaną stanice wojskowe, a Vanirowie złoża mi hold lenny. W przeciwnym razie za cztery dni z tego fortu nie zostanie kamień na kamieniu i puszcze z dymem każdą napotkana osadę. Czy to jest jasne?!?!

Obrońcy zamilkli.


- Vanirowie nie zechcą złożyć ci, hołdu, Wasza Wysokość – odezwał się wreszcie Einhard – ale z pewnością zgodzą się na układ sojuszniczy.
Cesarz roześmiał się szeroko:

- Mam gdzieś, jak nazwiecie ten układ! Macie zapewnić bezpieczny przemarsz wojsk!

- Co z bezpieczeństwem mieszkańców Gór? – krzyknęła elfka – Zapewnij nas, ze żaden z twoich żołnierzy nie uczyni im krzywdy! – cesarz zmarszczył brwi:

- Każdy który złamie mój rozkaz w tym względzie, zawiśnie na najbliższej gałęzi bez sadu! Tak Styria kara maruderów! – rzekł stanowczo – I to jest moje słowo! A ponieważ muszę być pewien, ze wykonacie misje i nie zrobicie nic głupiego – kontynuował – Feariel dołączy do was na powrót i będzie czuwał nad wykonaniem misji!!!



* * *



- Cholerny cesarski pies!!!! – pomstował Shamaroth – Pieprzony szpieg!!! Zdrajca w rzyć kopany!!!!!!



Feariel z założonymi rekami i drwiącym uśmiechem patrzył na ciskającego się krasnoluda.

- Zamilcz już – przerwał mu Einhard – Nic ci nie da darcie mordy.

- Nie będę z nim współdziałał!!! Nie mam ochoty oglądać jego zdradzieckiej mordy!!!- darł się krasnolud.

- Wierność – odezwał się wreszcie Feariel – jestem winien swojemu krajowi i memu władcy. Na pewno nie tobie, ani nikomu z was.

- Rozumiemy to – odezwała się Indariel, choć mimo liczby mnogiej mało kto podzielał jej zrozumienie.

- Rozumiemy to – powtórzył Einhard kpiąco – dlatego nie zabijemy cie i wykonamy cesarskie rozkazy. Ale ja ci reki nie podam – oświadczył, odwracając się na piecie.

- A ja owszem- odezwał się Illima wyciągając prawice w kierunku wiedźmina – Co nie znaczy, ze będziemy ci ufać.

- Dość tego – przerwał druid – Jeśli nie zaniesiemy rannych do osady, będziemy mogli ich pogrzebać. Potrzebuje many i bandaży!

Ruszyli w zwartym szyku, niosąc najciężej rannych.

- I co, dostaliśmy w trąbę – stwierdził Heimdall do idącej obok Indariel – Przegraliśmy.

Elfka spojrzała na niego z uśmiechem:

- Wytrzymaliśmy 6 godzin, dwudziestu przeciwko ośmiuset. Żyjemy, a cesarska armia stoi.. Jak dla mnie – wygraliśmy.

- A jak dla mnie – mruknął idący z tylu Varthanis – To tylko odroczenie wyroku.


* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * ** * * * * * * * * * * * * * * *




Pisała Indi
 

Komentarze
 
Brak komentarzy.
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 

Oceny
 
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.