Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Ostatni bastion część pierwsza
 
to pierwsze i jedyne na razie opowiadanie z tego roku, dokładnie z 1 turnusu. Ponieważ minęło już trochę czasu od wydarzeń, rożne szczegóły potraktowałam raczej ogólnikowo, przedstawiając ogólny zarys każdej postaci a nie jej szczegółowe dokonania. Oczywiście poza tymi, które najlepiej zapadły w pamięć. Jeśli coś bardzo pomieszałam- przepraszam. miłego czytania :)/



Świt ledwie szarzał nad stokami Silberbergu. Od strony Srebrnej Przełęczy wiał lekki wiatr, który zbudził Gunnara. Zwiadowca strząsnął z powiek rosę i zrzucił z siebie wilgotny wełniany koc. Trącił butem towarzysza.

- Threir, już czas – szepnął. Threir otworzył oczy natychmiast, nawykły do nagłych pobudek.

- Coś się dzieje? – zapytał.

- Cisza – odparł Gunnar – Sprawdzimy szlak z placówki i wracamy.
Po chwili dwóch zwiadowców w szarych płaszczach bezszelestnie mknęło w poprzek stoku. Przypadli do ziemi w sporym wykrocie, tuz nad szlakiem wiodącym z marchii Waldenburga na umocnienia Silberbergu.

- Cisza – powtórzył Gunnar nie bez ulgi w glosie. Odwrócił się w kierunku wschodzącego słońca, z westchnieniem stwierdzając w myślach oczywisty fakt, ze Góry to nieskończone piękno. Jak każdy Vanir, kochał swój dziki kraj. Złocistoróżowe promienie słońca właśnie rozświetliły poranne mgły, unoszące się z dolin. W ciszy odezwały się ptaki. "Pięknie" pomyślał. Nagle Threir ścisnął go za ramie.

- Słyszysz?!

- Co takiego?

– Gunnar wyrwał się z zamyślenia – Nie sly....



Ptaki z wrzaskiem zerwały się do lotu. Minęła chwila zanim je usłyszeli. Miarowe i nieubłagane uderzenia. Bębny. Gunnar pobladł.

- Ruszyli! – szepnął drżącym głosem. Bębny rozlegały się coraz głośniej z każda mijająca minuta. Po pól godzinie na odległym od niespełna pól mili zakręcie dostrzegli chorągwie. Zielone. Po chwili mogli obserwować maszerujących równo poniżej ich kryjówki żołnierzy w zielonych, szarych i złotawych uniformach. Równy stuk butów cesarskiej piechoty odbijał się echem od ścian doliny. Po chwili zza zakrętu wyłoniły się zaprzęgi, ciągnące balisty, ozdobione biało - złotymi flagami Waldenburga.

- Piec! – szepnął Gunnar – Sześc, osiem....Ile oni maja tych machin....?



- Wracamy, trzeba ostrzec naszych – przerwał Threir – Natychmiast!

Wycofali się bezszelestnie za żalom stoku i puścili się biegiem zwierzęcymi ścieżkami w kierunku osady pod Silberbergiem. Jak każdy Vanir, byli wytrzymali w biegu, ale tym razem nogi niosły ich jak skrzydła przez zalesione stoki. Strach deptał im po pietach. Zatrzymali się dopiero gdy dobiegli do pierwszych umocnień.

- Cesarstwo połączyło się z Waldenburgiem – wysapał Gunnar – Bogini, miej nas w opiece – jęknął – Bieg...- przerwał, patrząc ze zdumieniem w oczy Threira.

-Co jest...? – zająknął się drugi zwiadowca, a okropne przeczucie złapało go za gardło żelaznymi szponami przerażenia – Gunnar! – Vanir padł w ramiona towarzysza. Z pleców wystawał mu krotki, kuszniczy bełt. Threir opuścił ciało, cofając się w panice. Zerwał się do biegu, drugi bełt rozorał mu skore na skroni. Usłyszał za sobą kroki, rozkazy rzucane w szorstkim dla niego styryjskim, szczeknęły zwolnione zamki kusz. "Arianrod, Bogini, ratuj!" jęknął w myślach. Niemal nie poczuł, jak kolejny bełt przebija mu wnętrzności.



* * *


Indariel była zmęczona. Wściekła i w dodatku zrezygnowana. Było jej zimno po całym dniu na rzece. Deszcz przestał lać dopiero gdy zeszli na brzeg i teraz złościły ja jasno świecące gwiazdy na bezchmurnym niebie. Od żerdzi, która kierowała tratwa, bolały ja ramiona. Pulsowała świeżo zrośnięta rana na dłoni.

- Zycie jest do dupy – stwierdziła półgłosem owijając ramiona owcza skora – życie jest stanowczo do dupy.

Minął już ponad tydzień, od kiedy tu przybyła, do zabitej dechami góralskiej wiochy w Górach Sowich. Przejechała pół cesarstwa tylko dlatego, ze stad doszły wieści o Alienor. A tymczasem siostry ani śladu, za to kolejne problemy piętrzyły się jedne za drugimi. Vanirowie poprosili o pomoc w tajemniczej i beznadziejnej w sumie sprawie. A ona, beznadziejna naiwność – oczywiście została im pomoc. W rezultacie zamiast iść na pomoc Alienor, w przeciągu tygodnia zdążyła już razem z reszta tej podejrzanej hałastry wplatać się w nocna bijatykę z nieznanymi napastnikami, oberwać po pysku od drowów, zadrzeć z Cesarstwem, a do tego musiała znosić niewybredne teksty krasnoludów, królujące w tym zdecydowanie męskim towarzystwie. Na dokładkę jeszcze znaleźć się tu musiał zawodowy inkwizytor, który najwyraźniej wziął sobie na cel jej osobę, wyczuwając zapewne jej wolnomyślicielską naturę. Nienawidziła tych fałszywych łowców zła. Ale to towarzystwo musiała znosić. Na razie. Póki co, stanowili drużynę, kiepska, niekarna, ale drużynę. Zobowiązali się pomoc tym ludziom, Vanirom, strażnikom górskich bezdrożny. A to zobowiązanie najwyraźniej pchało ich na drogę poważnego zatargu z Cesarstwem. Generalnie mało kto wychodził cało z konfliktu z rosnącym w sile imperium. Cesarz Justyn, choć młody, już udowodnił, ze nie warto robić tego, co oni właśnie robili – ze nie warto z nim zadzierać. Do tego wśród prastarych szczytów czaił się jeszcze jakiś wróg. Bezlitosny i okrutny., Efekty działalności czarnych postaci widzieli parę dni temu, gdy na miejsce dotarli tylko po to, by obejrzeć cieple zgliszcza spalonej wioski. Indariel nie wierzyła w wersje, iż to Cesarz inspirował ta rzez, ale tak naprawdę jak dotąd było to jedyne rozsądne wytłumaczenie. Co wcale nie było pocieszające w obliczu wiszącej nad niepokornymi Górami cesarskiej inwazji.

No, chyba inkwizytor miał racje, kładąc wszystkie winy na karb drowów z podziemnego miasta. Gdy drużyna zapchała tam nos, drowy ostro im go przytarły. Indariel nie żywiła do nich najmniejszej sympatii, a fakt, ze w podziemiach zostali przez drowy wyłapani jeden po drugim i związani, wzbudzał w niej dzika złość. I wstyd. Ale nie potrafiła odmówić racji drowim przywódcom. Nie, drowy były ostatnimi, którym mogło zależeć na zniszczeniu Vanirow i wpuszczeniu na przełęcze cesarskich oddziałów. - Niech to szlag – mruknęła pod adresem całej poplątanej sytuacji, układając się przy ogniu do snu.



* * *



Tymczasem w karczmie krasnoludy głośno kłóciły się przy grze w kości. Ktoś sączył piwo w kącie, alchemik po raz kolejny przeglądał zdobyte na rzece specyfiki, Einhard przyglądał mu się uważnie spod przymkniętych powiek. Hobbit Loki, mały wojownik, ostrzył nóż stojąc w drzwiach oberży. Pełnił warte, ale samotne siedzenie w ciemnościach nie było mu specjalnie w smak. W kacie oberży wiedźmin Feariel uważnie obserwował wartownika, nasłuchując jednocześnie szmerów nocy. Intuicja nie dawała mu spokoju. Był pewien, ze ten wieczór jeszcze się nie skończył. W namiotach powoli milkły szepty zmęczonych całodniową rzeczna eskapada członków drużyny.
Feariel wstał, powoli podszedł do drzwi, sprawdzając dostępność rękojeści miecza. Medalion pod jego koszula szarpał się rytmicznie.

- Szykuj się – rzekł cicho do Einharda, wiedząc, że w tym momencie tylko na jego rozsadek może liczyć. Inkwizytor zmrużył oczy:

- Co jest?

- Coś się święci. Ma...

Zaklęcie hukowe poderwało wszystkich na równe nogi, nie pozwalając wiedźminowi dokończyć. Uderzenie magicznej energii odczul sekundę później.

- Drowy – rzucił krotko. W karczmie zapanował chaos, każdy w pospiechu szukał rzuconej w kat broni. Loki porwał pochodnie i wybiegł przed oberże. Einhard ostro szarpnął go za kołnierz

- Oszalałeś? – warknął opryskliwie – zastrzelą cie z tym światłem!

- Niezupełnie – wtrąciła się Indariel, pojawiając się cicho przy wrotach – to drowy, światło ich oślepia, a w ciemności widza doskonale.

Einhard spojrzał na nią z wyraźna niechęcią.

- To się wystawiaj na strzał – warknął, ale elfka i wiedźmin już byli na zewnątrz. Dalsze uwagi przerwał donośny, dostojny i dumny głos kobiety:

- Przychodzimy w pokoju!!!!!

Spojrzeli po sobie ze zdziwieniem.

- Podstęp – mruknął Einhard, niemniej wyszedł na zewnątrz.

- Chcemy rozmawiać z przywódcą!!- kontynuował kobiecy głos, odbijający się echem od milczącej ściany lasu. Głos, który nie uznawał sprzeciwu. Głos, którego brzmienie po wczorajszej nocy pamiętali wszyscy. Jego dźwięk przypominał się otarciami po więzach na nadgarstkach i siniakami na krtaniach. Dźwięk, który aż za dobrze przypominał tamto upokorzenie. Einhard zgrzytnął zębami

- Cholerne drowy, to podstęp!

- Może – rzucił Feariel – ale trzeba podjąć tą grę

- Einhardzie – odezwał się cicho i jakby prosząco hobbit – nie mamy innego przywódcy....

- A to nowość! – warknął inkwizytor – jak przychodzi co do czego, macie gdzieś moje polecenia!

- Einhardzie – Indariel stłumiła chęć ostrej reprymendy i odezwała się najłagodniej jak potrafiła – Nie czas teraz na to. Pójdziesz z nimi rozmawiać?
Nie spuściła oczu pod jego badawczym wzrokiem.



- Pójdę – rzekł wreszcie – Loki, Heimdall, za mna! Feariel, przedostań się na górna drogę i w razie czego uderzysz na tyły. Krasnoludy – bądźcie gotowe na wezwanie wiedźmina, pomożecie mu. Varthanisie – osłaniaj nas - rzucił serie rozkazów stanowczym głosem. Nekromanta Varthanis, niemal niewidoczny w ciemności w swojej czarnej szacie, zaczął szeptać zaklęcia. Feariel zniknął. Trojka posłów ruszyła w gore po stromych schodach, świecąc pochodnia.

- Żadnego światła! – odezwał się z góry głos drowki.

- Wiec nie będzie żadnej rozmowy !!!– odkrzyknął Einhard. Szare sylwetki w płaszczach zamajaczyły na jasnej połaci drogi

– Czego chcecie? Wysoka drowka, przywódczyni, wystąpiła z szeregu, tak by nie wchodzić w krąg światła, które najwyraźniej ją raziło. Rzuciła na ziemie duże zawiniątko, które wyraźnie zabrzęczało metalem.

- Nie wierzyłeś mi wczoraj, człowieku – rzekła głosem nieznoszącym sprzeciwu – Więc przyszłam by dać ci w imieniu mojego ludu dowód na nasza przychylność.

Heimdall, stary krasnoludzki wojownik, zacisnął spocone dłonie na trzonku topora.

- Nie wierz tej gnidzie – szepnął do inkwizytora – Elfy są fałszywe, a drowy najgorsze z elfów!



Einhard milczał, rozważając w myślach stopień zagrożenia. Nie wierzył drowce.
- Nie wystarczyło ci, żeśmy was wczoraj wypuścili żywych, wiec przynoszę ci zabrany wam oręż – kontynuowała kobieta – Nie wystarczyło ci, ze nie masz żadnego dowodu przeciw nam, ani choćby motywu.

- I fakt, ze oddajecie nam bron, ma mnie przekonać?

- Nie – rzekła krotko – To ma was przekonać! – mówiąc to rzuciła pod nogi posłańców drugie zawiniątko. Na jej gwałtowny ruch krasnolud aż przysiadł podnosząc topór do ataku, hobbit stanął w obronnej pozycji. W dole schodów zamajaczyły błękitne iskierki na końcówkach palców Varthanisa, gotowego wypuścić z dłoni zaklęcie. Einhard nie drgnął.

- Co to jest?- zapytał spokojnie

- To wojna – odparła mroczna elfka lodowatym tonem. Inkwizytor podniósł zawiniątko i odrzucił szmatę. Podniósł do światła złożony w kostkę cesarski zielony sztandar. Sztandar zaplamiony był krwią.- Widziałeś już tą flagę, prawda, człowieku?

- Placówka pod gorą Ostróg – zgadł Einhard

- Juz nie istnieje – rzekła drowka, a światło pochodni zadrgało na jej demonicznie pomalowanej twarzy.

- Zaczęliście wojnę z cesarstwem? – rzekł inkwizytor z niedowierzaniem – Jesteście szaleni?

- Nie, to cesarstwo zaczęło wojnę z Gorami. A Góry to także my. Rano ruszą oddziały po drugiej stronie przełęczy. Wojna jest faktem, człowieku i nie my ja zaczęliśmy.

- Cesarska armia rusza....? – odezwal sie Loki – To znaczy....

- To znaczy, ze będą tu o świcie. Drowy poprą Vanirow w tej wojnie, taka jest wola Lloth! – drowka wycofała się poza obręb światła. Einhard zmrużył oczy, próbując dostrzec jej ruchy.

- Mam wam zaufać...? – rzucił niepewnie

- Nie masz wyjścia! – dobieglo go z oddali. Drowy zniknęły.

-Odeszli ku dolinie – rzekł Feariel, nagłym pojawieniem się powodując stan przedzawałowy u krasnoluda

- Chyba czas na naradę....rzekł w zamyśleniu Einhard, nie zauważając nagle stężałej twarzy wiedźmina – Do karczmy wszyscy! – zawołał w kierunku drużyny.



* * *


Jednomyślność absolutnie nie była cecha tej drużyny. Widać to było doskonale już na rzece, ale teraz harmider w karczmie przekraczał rozsądne granice. Prym wiodły krasnoludy, przekrzykując się i prześcigając w wyzwiskach pod adresem drowow i elfów w ogolę. Indariel, podparta na mieczu, usiłowała wytrwać w postanowieniu, ze żadnego nie zabije, ani nawet nie okaleczy. Krasnoludom tubalnym głosem sekundował Ziemowit, potężnej budowy osobnik o niewiadomej profesji. Z jego pięścią raczej nie było dyskusji. Pełni pandemonium uzupełniały rozgorączkowane glosy hobbita, alchemika, złodzieja Omusa i kilku innych. Przez wszystko przebijał się drżący z wściekłości głos Einharda. Jego próby uciszenia ekipy dawały mierne rezultaty. Feariel milcząco przyglądał się wszystkiemu z kata.

- Dobra – przez hałas przebił się głos Ziemowita – Słuchajcie, wiara! Trza się wyspać i wypocząć! Mamy żelastwo, jutro trzeba się dowiedzieć, czy to prawda z tym cesarstwem. Bo może czarnuchy spod ziemi chcą nas wpuścić w kanał! Nie wiem jak wy, ale ja idę spać!

- Spać – chórem zakrzyknęły krasnoludy, po czym łomot butów na deskach oznajmił, ze są już namiocie sypialnym. Drużyna powoli rozchodziła się do łóżek. Przy stolach zostało kilka osób. Indariel, ze zdegustowana mina przyglądająca się swoim mokrym butom, Einhard, wściekły i zmęczony, Varthanis, Omus, Saoman – podróżnik, alchemik Ezmir, nerwowo przekładający w rekach woreczki ze specyfikami. Hobbit, wartujący przy drzwiach. Wiedźmin Feariel, nadal milczący, z nieprzenikniona twarzą. Zapadła cisza.

- Zamierzasz bronic Vanirow, Einhardzie? – zapytał Saoman, przerywając dzwoniące w uszach milczenie.

- Ze niby jak?! – odparł inkwizytor ze złością – Po pierwsze, w życiu nie zamierzam zadzierać z cesarstwem, to czysta głupota. Po drugie – niby z kim mam ich bronic, co? Wybraliście mnie na przywódce, a wszyscy macie w nosie to co mowie! Każdy ma własne zdanie, zwłaszcza ta cholerna elfka! – wskazał na Indariel, którą wzruszyła ramionami w obojętnym geście – Poza tym – dokończył spokojnym już tonem – ktoś z nas jest kretem, nie zapominaj! Ktoś donosi cesarstwu i ja nawet wiem, kto! Dopóki tej osoby nie ukrócimy, nie ma mowy o żadnej obronie – wbił zaczepny wzrok w elfkę, czekając na reakcje.

- Nie jestem cesarskim szpiegiem – odparła spokojnie elfka – nie zamierzam się powtarzać.

- Nie wierze ci – rzekł inkwizytor równie spokojnie. Elfka znów wzruszyła ramionami. - Einhardzie, znaczy, bo... – odezwał się niespodziewanie z kata alchemik – Bo ja mam właśnie sprawę i pomysł, bo ja tak, nie przy wszystkich chciałem... bo to..

- Wykrztuś wreszcie! – zniecierpliwił się Omus

- Mikstura prawdomówności – rzekł Ezmir po głębokim wdechu – Mogę zrobić miksturę prawdomówności! – Einhard spojrzał na niego badawczo:
- Na kiedy?- Na za chwile – odparł Ezmir – Znaczy się, na za jak się ugotuje wrzątek. Mam składniki, trzeba tylko zrobić napar i dać do wypicia podejrzanym.

- Aaaaha – rzekł przeciągle inkwizytor – Muszą się napić i co?
- I zapytasz ich, czy donoszą cesarzowi – wtrącił Varthanis – Kłamstwo pod działaniem mikstury wywołuje taki ból, ze nawet jeśli delikwent skłamie, będziesz to widział. A jeśli skłamie, prawdopodobnie zemdleje z bólu.

- Rozumiem – Einhard ufał Varthanisowi całkowicie – Doskonale – uśmiechnął się wyjątkowo wrednie. Feariel natychmiast odgadł jego zamiary. Indariel też.



- Świetnie ....- zaczęła wstając z mieczem w dłoni. Nie zdążyła go podnieść, ani dokończyć gdy ostrze wiedźmina oparło się o jej gardło. Zacisnęła zęby. Nie mogla się mierzyć z wiedźminem w szybkości reakcji.

- Rzuć miecz – warknął Einhard z satysfakcja – Natychmiast! Siadaj i ręce na stół! – Przechylił się nad stołem w jej kierunku, gdy wykonała polecenie, i dołączył swoje ozdobne ostrze do miecza wiedźmina – Ani drgnij, bo nie dożyjesz zagotowania się wody! – wysyczał. Elfka westchnęła. Ezmir drżącymi rekami wsypywał do kubka pokruszone liście, jakieś proszki i różnokolorowe ziarenka. Reszta przyglądała się sytuacji z niepokojem.



- Pij! - rozkazał Einhard, gry mikstura była gotowa. Wszyscy mimowolnie oparli ręce na broni. Indariel wzięła kubek, patrzac prosto w oczy inkwizytora wypiła trzy małe łyki, krzywiąc się od wrzątku parzącego jej usta.
- Nie jestem i nie byłam szpiegiem cesarstwa ani nikogo innego – powiedziała powoli i wyraźnie, nie spuszczając wzroku ani na chwile – Co teraz, kapłanie? – uśmiechnęła się złośliwie i z satysfakcja. Einhard schował miecz, nie kryjąc rozczarowania. Feariel oddal jej bron. Zanim ktokolwiek zdążył kwiknąć, ostrze elfiego miecza znalazło się tuz przy piersi Einharda, oparte na lewym przedramieniu elfki, gotowej do zadania sztychu.

- Dalej, inkwizytorze – uśmiechnęła się jeszcze złośliwiej – Pij!

Einhard zgrzytnął zębami, wypił łyk i wyrecytował:

- Nie, nie jestem szpiegiem cesarstwa!Indariel cofnęła ostrze.

- Jesteś zadowolony? – rzekła.

-Niezupełnie – odparł - Szpieg nadal tu jest.

- Einhardzie – odezwał się Varthanis, biorąc do reki kubek – Jesteśmy tu w zamkniętym gronie. Niech każdy wypije i potwierdzi, stworzymy grupę która może sobie zaufać.. A rano podamy to reszcie drużyny. Nie jestem szpiegiem cesarstwa – dokończył po wypiciu mikstury.

- Masz racje, nekromanto – pokiwał głową Einhard – pij, hobbicie.

Loki wypił i potwierdził, podał kubek Omusowi, który także potwierdził. Następny w kolejce był stojący za plecami Einharda Feariel. Powoli wziął w ręce kubek i w zamyśleniu spojrzał w ciemna zawartość. I wtedy stało się coś, czego nikt się nie spodziewał.

- Ja służę cesarzowi! – krzyknął wiedźmin i chlusnął zawartość kubka w twarz stojącego najbliżej hobbita, potężnym kopniakiem przewrócił ławę, obalając ja pod nogi Indariel i Varthanisa, i zanim ktokolwiek był w stanie zareagować, rzucił się ku drzwiom i zniknął.Konsternacja minęła po kilku sekundach, a napięcie zaowocowało wyrzutem adrenaliny i błyskawiczna reakcja.

- Budzić wszystkich i do oberży!!! Natychmiast!! – wrzasnął Einhard. Indariel wyskoczyła w ślad za Fearielem, ale wiedziała, ze nawet jej umiejętności poruszania się po lesie nie przydadzą sie w tropieniu wiedźmina w ciemności. Bez przekonania kontrolnie sprawdziła otaczające obóz zarośla. Las tymczasem odbijał okrzyki Omusa:

- Wstawać!!! Wstawać wszyscy! Zdrada!!! Mamy szpiega w drużynie!!! Wstawać i do oberży!!!!


* * *
Svala Skogdottir z trudem opanowała cisnące się do oczu łzy. Jej nie wolno płakać, ona musi poprowadzić swój lud. "Dokąd? " pomyślała – "do zagłady....?" Wytarła ręce z krwi, starając się opanować ich drżenie. Przed chwila patrzyła, jak na jej rekach wykrwawia się jeden z jej zwiadowców. Threir, siostrzeniec jej męża, znała go od dziecka. Pogodny, odpowiedzialny młodzieniec. W święto Llamas miał się żenić. Dobiegł ze strzała w brzuchu, nie miał żadnych szans na przeżycie, ale dobiegł, by ich zawiadomić, ze Cesarstwo Styrii weszło na przełęcze. "Nadchodzi zagłada" pomyślała Svala wchodząc do karczmy. Najemnicy uciszyli się na jej widok natychmiast i przekazała im wieści w grobowej niemal ciszy. Badawczo wpatrywała się w ich twarze. Oburzenie. Zakłopotanie. Strach. Niepewność. "Nikt nas nie obroni" pomyślała z rezygnacja.

- Co zrobicie? – zadała decydujące pytanie – Czy w ogóle coś zrobicie?.....Odpowiedziała jej cisza.

- Czego od nas oczekujesz? – zapytał wreszcie poważnie Einhard – Jest nas dwudziestu przeciw najpotężniejszej armii naszego świata. – Svala spuściła głowę.

- Masz racje – rzekła cicho – To beznadziejne. – dokończyła i wstała by wyjść.

- Zaczekaj, pani – rzekł Einhard – Nie powiedziałem, ze nic nie zrobimy. Możemy negocjować...

- Z cesarzem? Chyba żartujesz – westchnęła Svala – Negocjować można, gdy ma się jakieś argumenty. Główna armia idzie od strony Waldenburga, od wschodu zapewne zgodnie z planami zaatakowali Ostróg...

- Nie- przerwał jej krasnolud Heimdall. – Cesarska stanica pod Ostrogiem została w nocy wybita do nogi – oświadczył z szerokim uśmiechem – Nie sądziłem, kutwa, ze to powiem, ale drowy mówiły prawdę. Drowy, pani Svalo, są z wami.

- A Ostróg jest bezpieczny na razie – dokończył Saoman. Svala w zdumieniu spojrzała na twarze najemników. Po raz pierwszy tego okropnego poranka odczula coś na kształt nadziei.

- Wiec Ostróg... Wiecie co to oznacza!? – wyszarpnęła z sakwy złożony na wiele części kawal starego papieru, który po rozłożeniu na stole okazał się stara i wytarta, rysowana węglem mapa. - Jesteśmy tu – wskazywała z przejęciem – Ostróg broni nas od wschodu, jeśli placówka na jego stoku nie istnieje, gdy załoga się tam zabarykaduje, może bronic Przełęczy kilka tygodni. Maja zapasy żywności, lekarstwa, studnie... A to jest trakt z Waldenburga. Tedy idą główne siły. Ida z machinami, taborem, końmi, wiec nie pójdą lasem. Tu – wskazała ostrzem sztyletu – Tu jest Widmowy Bastion. Jest położony tuz nad szlakiem. Można z niego zaatakować każdy transport idący droga, nawet z małymi silami, bo tam droga jest wąska a stoki strome. Ten bastion muszą zająć, jeśli chcą wejść na Przełęcze. Tam są stare mury, nie ma studni ani bram.... ale to jedyne miejsce... – dokończyła z nadzieja w glosie – to jedyne miejsce gdzie można obronić Góry....

Wbrew oczekiwaniom po wyjściu pani Svali nie rozgorzała zażarta kłótnia. Wszyscy milczeli.

- Co robimy? – przerwał cisze Omus – Musimy coś zrobić....

- Zastanówcie się dobrze – rzekł Einhard w zamyśleniu – Chcecie zadrzeć z cesarska armia...?

- Cesarskiej armii nikt tu nie prosił – odezwał się Zorn, czarodziej o niebieskich oczach, władający magia wiatru – Mamusia mi mówiła, ze należy bronić słabych.
- To szaleństwo, zrozumcie – rzekł Einhard z naciskiem – Oni po prostu wciągną Góry w skład cesarstwa i każą im płacić daninę, nic wielkiego się tu nie stanie. Nie warto za to umierać.

- Bzdura – wtrąciła się Indariel – Cesarstwo Styrii i cesarz Justyn nie lubują się w okrucieństwie, to prawda, ale zbyt im zalezy na Gorach, by martwic się losem ich mieszkańców. Spacyfikują Vanirow, krotko i brutalnie, żeby tylko jak najszybciej zająć szlaki

- Ona ma racje, Einhardzie – wtrącił niespodziewanie Alexinox – Justyn nie obchodzi się z wrogami łagodnie. Brałem udział w akcji naszego wywiadu w Raudarii przed trzema laty – rzekł z westchnieniem. Od ubiegłej nocy wszyscy i tak wiedzieli kim był. Skrytobójcą i agentem wywiadu Cesarstwa Styrii. Bylym. Bo teraz został uznany za zdrajce, był ścigany i poszukiwany na całym obszarze cesarstwa. Tak wywiad płacił za lata wiernej służby – W przeciągu nocy wybiliśmy 48 przywódców głównych rodów królestwa, książąt, hrabiów, dowódców armii. Nikt nie uszedł. Armie zostały bez dowódców, lud bez władców. Nikt nie bronił kraju.

- Wojna, inkwizytorze, to zawsze przemoc silnych wobec słabych, to samowola armii, grabież i gwałty, spalone wioski, choćby nawet cesarz obiecał ze tak nie będzie. Wojskowe placówki to żelazna pieść imperium, to wydanie Vanirow na łaskę i kaprys cesarstwa – dorzuciła Indariel. Einhard oparł czoło na pięściach w geście rezygnacji.

- Nie powstrzymamy w dwudziestkę całej armii, chyba sobie zdajecie z tego sprawę. Nawet jeśli uda się wytrzymać dzień, dwa, potem po prostu nakryją nas czapkami.

- I to jest nasza szansa – rzekł Alexinox – Posłuchajcie, Justyn potrzebuje Gór jako bezpiecznego przejścia dla armii na Północne Wrota. Wkracza tu tylko dlatego, ze wywiad, czyli ja miedzy innymi – uśmiechnął się gorzko – przekonaliśmy go, ze nie napotkają tu oporu. Gdy taki opór napotka, wszystko się zmieni. On nie może wikłać się tu w wojnę partyzancka. Armia musi wspomóc Północne Wrota, albo placówki graniczne padną i cesarstwo zaleją plemiona pustyni.

- Hmmm, tyle powinniśmy dać rade zrobić – krasnolud Shamaroth podrapał się w potylice

– Parę dni chyba wytrzymamy, chłopaki, nie?

- Jest nas dwudziestu przeciw dwutysięcznej armii – wyszczerzyła się Indariel – Tak się przechodzi do legend, chłopcy! – krasnoludy odpowiedziały gromkim okrzykiem. – Zresztą, ci ludzie nie maja nikogo, kto ich obroni – dodała poważnie – Ja ich nie zostawię na pastwę armii.
- Ja tez nie - dodał Bożydar, kapłan bitewny, milczący i poważny jak zawsze. Jego twarz, poznaczona śladami licznych bitew, wyrażała najwyższa powagę.

– Moja Bogini każe mi bronic tych, którzy sami się bronic nie mogą. Nehalenia jest tarcza, która osłania bezbronnych. Ja jestem tarcza, Ja idę na bastion.

- Ja tez oczywiście – uśmiechnął się Illima, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem – Nie widzę innej możliwości. A moje miecze mogą się przydać – dodał skromnie, choć wszyscy wiedzieli, ze niewiele przesadza. Jasnowłosy szermierz był jednym z najlepszych wojowników drużyny.

- Ja i tak nie mam czego szukać w cesarstwie – wzruszył ramionami Alexinox

- Ja z wami – dorzucił krotko Varthanis.

- Einhardzie...- zaczął niepewnie Saoman – Jesteś naszym dowódca....

- Gówno – warknął zagadnięty – Nie przeszkadza wam to ignorować moje polecenia.

- Przyjęliśmy twoje dowództwo i będziemy wykonywać rozkazy – rzekł Illima z przekonaniem. Kilka osób zawtórowało mu z poparciem. Einhard się wahał.

- Niech ona was poprowadzi – wskazał na elfkę – i tak będzie sabotować każdy mój rozkaz.Indariel poważnie spojrzała mu w oczy.

- Masz moje słowo – rzekła poważnie i powoli – ze wykonam na polu bitwy każdy twój rozkaz. Nie będę niczego kwestionować. Uznaje twoje dowództwo.

- Doprawdy?- rzekł z niedowierzaniem

- Doprawdy – potwierdzila – Nie znoszę cie, inkwizytorze, ale są ważniejsze rzeczy. Zgoda? – zapytała wyciągając dłoń w jego kierunku.

- Zgoda – odparł, ale nie podał elfce reki – Dobrze wiec, czy zatem ktoś zostaje?

- Nikt nie podniósł reki – Jeśli wiec mamy dziś umrzeć, za pół godziny wymarsz!!!

- Mówicie, że to beznadziejna walka? – uśmiechnął się szeroko Shamaroth – To co, chłopaki, idziemy?Echo poniosło po stokach chóralny okrzyk krasnoludów.



* * *


- I co, idą? – Lothar, kapłan bogini Arianrod wsparty na lasce nasłuchiwał w napięciu odgłosów z oberży.

- Idą, chyba tak – Svala westchnęła – Sama w to nie wierze, ale chyba idą na Bastion.

- On tez?

- Kto?

- Einar – rzekł w zamyśleniu kapłan

- Kto...? Einhard chyba – poprawiła – Tak, on też.

- Tak, tak – potwierdził Lothar w zamyśleniu – Wiec pójdę ich pobłogosławić....


Pisała Indi
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.