Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Koźloróg
 
8 dzień Lammas

Po wydarzeniach nocy dzień nastał równie obrzydliwy. Padało, a uczucie to potęgowało się wraz z wiatrem. Wstałem i poszedłem umyć się. Po powrocie zastałem współlokatorów... śpiących. Nie zdziwiłem się specjalnie, pomodliłem się, po czym obudziłem ich na śniadanie. Nie spałem dobrze. We śnie głos nawiedzał mnie wielokrotnie, drugi głos stawał w mej obronie. Chodziło o stanowisko wobec Smoka. Zła cześć duszy namawiała do niemieszania się w ta sprawę, chciała zniszczenia Cesarstwa przez zakon. Dobra cześć broniła mojej postawy i namawiała do dalszej pomocy żołnierzom. Zła strona nie zgadzała się i od nowa. Tak minęła cala noc. Oczywiście miałem chwile wytchnienia, ale wtedy budziłem się przez deszcz. Słowem noc sennych i realnych koszmarów. Idąc do karczmy zmacałem szyje. Była jeszcze nadzieja, ze to wszystko było tylko snem, złym snem, który właśnie minął. Nie minął, dwie dziurki uporczywie widniały na szyi. Zakląłem w duchu i poszedłem dalej. Dotarłem do karczmy w dobry nawet humorze, reszta drużyny wybaczyła nam “dziwne” zachowanie z nocy, a w zamian za to uraczyliśmy ich opowieścią. Słuchali uważnie, a my jedliśmy, co nam się spodobało słuchaczom mniej. W każdym razie po skończonej opowieści role się odwróciły.

-A my dostaliśmy zlecenie.-pochwalił się Thork.

-Jakie?-zaciekawił się Shamaroth.

-Mieliśmy znaleźć córkę karczmarki.-zaczął krasnolud na co kapłan parsknął śmiechem- tak, a kiedy już znaleźliśmy ją to okazało się, że tam troll był.
-Aha, i co zrobiliście?-włączył się Varthanis.

-No walczyłem, w jednej ręce pochodnia, w drugiej dwurak i go pokonałem-chwalił się dalej Thork.

Cala okolica ryknęła śmiechem. Do rozmowy włączył się Rien.

-Już nie kłam, nie kłam, bo wszyscy wiemy, ze walczyliśmy wszyscy, a nie tylko ty. Co ty sobie w ogolę wyobrażasz, ze możesz tak kłamać?-Thork się zmieszał.

-A jak to było w takim razie na prawdę?-zapytałem szermierza.

-No otoczyliśmy go w tej tam jaskini gdzie był i otłukliśmy po długiej walce.-szermierz powoli się uspokajał.

-I zostawiliście go tak?-zapytałem.

-No tak.

-No to gratuluje. Jak sadzicie, co zrobi wam wściekły troll?-zapytałem z ironia w glosie.

-Przecież on nie żyje nic nam nie zrobi.-oburzył się Rien.

-Troll panie szermierz ma niezwykła wręcz zdolność regeneracji i... o której to się stało?

-Kolo północy, trochę po waszym wyjściu.-szermierz zamyślił się nad tym.

-To w tej chwili mniej więcej troll ten budzi się właśnie w kałuży własnej zakrzepłej krwi.

-To co mieliśmy niby zrobić?-szermierz nie lubił być krytykowany.

-Trolla traktuje się albo mocnym kwasem, albo ogniem.-wytłumaczyłem.

-A mówiłem, żeby go podpalić, mówiłem.-wciął się Thork.

-Siedź cicho kłamco.-krzyknęła Mija zajadająca do tej pory chleb z kawałkiem sera.

Thork spotulniał i dalsza cześć posiłku przebiegła bez problemu. Przy wyjściu spotkałem się z Sigbertem, który po kontroli uzębienia oddal mi srebrny nóż.

-Tylko bez takich scen jak wczoraj.-powiedział i wyszedł. Wyszedłem chwile po nim, bo zamieniłem słówko z Demonem, żyrownikiem tej karczmy.

-Śmierdzi tu czosnkiem czujesz?-zapytał.

-Czuje, czuje. Tego nie da się nie poczuć Demonie.-odparłem z uśmiechem.

-Co wyście robili?-zapytał.

-A na wampira się szykowaliśmy.

-I musiało to tak śmierdzieć?

-No niestety.

Dalej rozmowy nie udało się pociągnąć, bo do karczmy wpadł kapitan i zwołał Straż, tym razem wyrzucając cywili. Siedzieliśmy wiec na zewnątrz z Mona i Dinimem i żartowaliśmy oczywiście ze Straży. Po pól godziny drzwi się otworzyły i oddział wyszedł.
-Ablu-zaczął Hodo-będziemy Cie potrzebować.

-Mnie? A po co niby?-zamierzałem iść razem z reszta naszej drużyny po księcia.

-Dostaliśmy rozkaz znalezienia przyczyny dla której chłopom niszczej zboże-ciągnął poważnie chorąży.

-I kto sra do studni.-wtrącił wesoło Shamaroth. Po wczorajszej miksturze oczyszczającej miał dobry humor.

-Ehh, no dobra, dajcie mi chwilkę na zebranie materiałów, zaraz do was przyjdę.-powiedziałem wstając. Poszedłem do namiotu i wygrzebałem notatki, zwoje i inne przydatne rzeczy. Idąc do karczmy spotkałem Monę.

-Słyszałam, ze nie idziesz z nami do księcia.-zaczęła.

-Nie, nie idę. Straż poprosiła mnie o pomoc, a skoro proszą to czemu mam odmówić. Zapomniałem Ci wczoraj podziękować za uratowanie. Dziękuje i w razie potrzeby...

-Nie masz za co dziękować-przerwała stanowczo-byliście po prostu niebezpieczni dla otoczenia.

-Uważajcie na siebie. On może być niebezpieczny.-powiedziałem po czym skłoniłem się i odszedłem w kierunku karczmy. W środku siedzieli Yngvild, Hodo, Shamaroth i paru innych. Kiedy wszedłem do środka unieśli głowy i oczekiwali na werdykt.

-I jak, wiesz już co to jest?-niecierpliwił się Hodo.

-No właśnie, co sra do studni?-zaśmiał się Shamaroth.

-Panowie, ja dopiero zaczynam prace, spokojnie-odpowiedziałem siadając niedaleko ich.

Niszczy pola. Szukałem takiego stwora pod Terafusem w Rowenii, strasznie trudna robota. Było to dzieło sporysza, niewielkiego stworka wzrostu dorosłego niziołka. Teraz niby miałoby być to samo? Wertowałem dalej notatki.

-Wiecie coś więcej odnośnie tego potwora, chce wiedzieć wszystko!-powiedziałem znad papierów.

-No tylko tyle, że niszczy pola.-odpowiedziała Yngvild.
-I nic więcej? W jaki sposób to robi? Jak wygląda zniszczone pole?

-Nic więcej.

-Cholerny pies.-jęknąłem cicho mając na myśli kapitana.-Mamy wiec kilka możliwości, zacznę od najmniej prawdopodobnej: może to być smok, którego wieśniacy zdenerwowali...

-Albo obudzili-powiedział Zibbo.
-Czyli zdenerwowali.
-Ej, ale ja czegoś nie rozumiem. Czemu smok jest mało prawdopodobny? Przecież jak najbardziej mógłby spalić te pola.-Shamaroth nie udawał, on naprawdę nie rozumiał.

-Smok, panie kapłan jest równie popularnym co wykształcony troll.

To porównanie wystarczyło kapłanowi.

-Następny na liście...-zacząłem

-Może oszczędź nam tego, a powiedz co jest przyczyna.-nie wytrzymał Hodo.-Nie mamy całego dnia na to.

-W porządku.-ja mu pokarze, oficer jeden-Na placu boju pozostaje sporysz, bardzo trudny stwor oraz sylvan, bardziej śmieszny niż niebezpieczny. Podejrzewam, ze to on odpowiada za studnie.

-No dobrze, a w jaki sposób się go pozbyć?-Hodo był troszkę bardziej zadowolony.
-Trzeba go przekupić jedzeniem, zostawcie to mnie.

-W porządku-powiedział Shamaroth.-Skoro się znasz to nie ma sprawy.

-Chwileczkę, to zadanie dostała cesarska Straż, a oddajemy ją chanackiemu “specjaliście”...

-Chorąży,-przerwała Yngvild-nie chce przypominać, kto w nocy niemal nas uratował od zwampirzenia. Gdyby chciał się nas pozbyć zrobiłby to właśnie wczoraj.
Hodo wstał i udał się do wyjścia.

-Oddział ma być gotów do wyjścia za 10 minut.-powiedział i wyszedł.



****************************



Droga do wioski przebiegała spokojnie. Nie natrafiliśmy o dziwo na żadne wraże wojska, żadnych bandytów nic. Kiedy zbliżaliśmy się do pola postanowiliśmy wysłać zwiad. Lasek dookoła dawał wspaniałą osłonę dla łuczników, wiec musieliśmy być ostrożni. Kiedy dotarliśmy w końcu na pole mogliśmy mu się bliżej przyjrzeć.
Poszedłem sam, reszta zajęta była pilnowania swoich pleców. Zboże było połamane z lekkimi rdzawymi nalotami.-Sporysz-pomyślałem-Jednak jest tutaj.
Pomyslalem nad egzorcyzmem. Bylem jedynie tafsir i nie moglem odprawiać takich egzorcyzmów, ale kapłan Shamaroth tak.

-Coś tam jest, coś się rusza-spanikował Thork zostawiony na straży.

-Żyje to się rusza-mruknąłem i poszedłem w jego kierunku.-Jak wyglądało?

-Takie rogate...

-Sylvan. Jest za szybki dla nas, rozproszyć się!

-Chwila, to ja wydaje rozkazy.-żachnął się Hodo-Arandir, Jarkos z flanki reszta przodem, dopadniemy go.

Razem z łucznikami poszło po jednym wojowniku do osłony tak na wszelki wypadek.
-Pedały, czemu mnie gonicie-krzyczał silvan.

-A jak sadzisz-wyszczerzył się Rigo.

-Ble.

-Nie ma ble, gonić go.-krzyczał Hodo.

Trzymałem się z tylu, wiec tylko słyszałem raz po raz “wszawe ryje” “pedały” oraz riposty Shamarotha “twoja stara pierze w rzece i suszy na kamieniu” “masz ryj, ze mógłbyś dzieci straszyć” i wiele innych, ale próbowano również ugody.

-Dlaczego niszczysz pola?-zapytał Hodo, kiedy otoczyliśmy go w krzakach.

-Bee, bo tak mi się podoba.

-A mógłbyś przestać?

Gówno jakie przeleciało nam nad głowami oznaczało chyba odmowę.

-Gonić go!

I zabawa zaczęła się na nowo. Biegłem z tylu, bo w wyzwiskach musiałem ustąpić krasnoludom i najemnikom. Po diabolicznej wprost gonitwie na złamanie karku dopadł go Arandir.

-Co pedałku podobam ci się?-zagaił silvan.

-Nie, jesteś obrzydliwy.

-Ooo, jak niemiło-splunął elfowi na koszule.-Masz wcinaj.

Dyskusja na temat pedałków i smaku trwała jeszcze parę minut po czym Candice sobie coś przypomniała.

-Mogę zrobić iluzje,-zaczęła-i nakłonić go do opuszczenia tych ziem.

-To znaczy?-dopytywał Hodo.

-To znaczy,-zaczęła topornie tłumaczyć półelfka-ze powstanie piękna silvanka, która zachęci go do opuszczenia tej ziemi, powiedzmy do barbarzyńców.

Chorąży rozmarzył się nad ta myślą, miałby dwie pieczenie na jednym ogniu.

-No dobrze, do roboty.

Psioniczka skupiła się, wypowiedziała słowa zaklęcia, wykonała kilka gestów. Powietrze zatrzeszczało lekko i pojawił się obiekt. Musze przyznać, ze przyłożyła się do roboty nasza Candice i teraz silvanka rączo biegła w dol kotlinki.

-Beee, a kto wam powiedział, ze jestem hetero?

Kompania wybuchła śmiechem poza Yngvild, którą to nie rozbawiło i Candice, która musiała rzucić drugie zaklęcie. Efekt był ciekawszy, to znaczy reakcja silvana była ciekawsza. Zaczął się mocniej szamotać i po chwili już biegł w dol kotlinki za silvanem.

-To na nic-powiedziałem-on tutaj wróci.

-Dlaczego? Po co?-zapytał Zibbo podnoszący Arandira. Ten wyrwał się z jego objęcia i sam wstał.

-Po pierwsze, bo iluzja przestanie działać za dziesięć do piętnastu minut i będzie chciał tu wrócić. Po drugie, znudzi mu się po prostu.

Towarzysze spojrzeli po sobie.

-To co sugerujesz?-zapytał Shamaroth-nie można go tak przecież zostawić.

Miał racje. Złapać silvana było co najmniej trudno, a oszukać go jeszcze trudniej. Za taka zniewagę będzie chciał zemścić się na wieśniakach. Przypomniało mi się dzieciństwo, a raczej lata szczenięce. Przypomniało mi się moje pierwsze spotkanie z faunem, jaki to ja bylem wtedy podniecony. A ta druidka, jej imię? Nie moglem sobie przypomnieć w tej chwili, ale przed oczami zamajaczył mi ołtarzyk zbudowany z gałęzi i przydrożnych kamyków. Coś jeszcze tak było, ale nie moglem sobie przypomnieć. Na ołtarzu były owoce leśne:maliny, porzeczki, jabłka oraz poziomki. To było piękne lato. Ale wróciłem do brutalnej rzeczywistości otoczony Strażnikami oraz innymi zwierzątkami. Trzeba było zbudować ołtarzyk na kształt tamtego. Tutaj pomocny okazał się Varthanis. Poznosiłem mu materiały, a on zajął się budowa. Poprosiłem w międzyczasie Borysa i Riga o pomoc, mieli pójść w las i nazbierać owoców. Tymczasem ja powróciłem do budowy i tym sposobem po około 20 minutach kolo drogi stanął nieduży, wręcz mały ołtarzyk. Na nic więcej nie mieliśmy po prostu czasu. Spojrzałem nań i uznałem, ze czegoś brakuje, ale nie bardzo wiedziałem czego. Zauważyłem, ze Rigo z kozakiem nadal stoją tam gdzie stali i ponagliłem ich. Potem drugi raz i trzeci. W końcu zostawiłem sabere i fragment notatek odnośnie diaboła przy ołtarzu, a sam poszedłem po owoce. Nie balem się, bo w przeciwieństwie do stworów brutalnych i bezwzględnych silvan nie lubował się w przemocy, a raczej jej unikał. Poza ty zawsze moglem spróbować go opętać, a samemu uciec do reszty. Nazbierałem jednak malin, a Yngvild z Zibbem w tym czasie zdobyli jabłka. Czegoś jednak mi brakowało... Ułożyliśmy owoce na ołtarzu i chwile przy nim zostaliśmy.

-Jaka mamy gwarancje, ze on nie powróci?-zapytała gwardzistka.

-Stuprocentowa-odpowiedziałem, bo faktycznie bylem pewien tego.

-No nie wiem-zwątpił kapłan.-Ja bym to utwierdził jakimś zaklęciem.

Cholerni durnie, wszystko zniszczą. Ale dobrze, nie ja będę wysłuchiwał od dowódcy ale oni.

-Candice?-gwardzistka spojrzała na półelfkę proszącym wzrokiem.

-Mogę zaczarować owoce tak, ze po ich spożyciu będzie musiał jak najszybciej dostać się-psioniczka zamyśliła się na chwile-do barbarzyńców.

Posmutniała twarz Hoda rozpromieniała wręcz na te propozycje.

-Mi to pasuje-powiedział. Reszta grupy niemo zgodziła się z nim.

Idioci! Silvan nie jest TAK głupi, żeby jeść zaczarowane jedzenie. Pozostawało tylko być w miarę daleko kiedy tu wróci.

Candice rzuciła zaklęcie, po czym drużyna opuściła to miejsce. Stałem jeszcze chwile i zastanawiałem się. Co zrobiłem źle, co jest nie tak jak powinno być? Nie wiedziałem wtedy jak poważna może być słaba pamięć.

Kiedy wróciliśmy z powrotem na drogę wzdłuż zagajnika usłyszałem krzyk Thorka stojącego na czatach.

-Tam jest, tam pobiegł-krzyczał wskazując zarośla.

-Zostawcie to-krzyknąłem i wyjąłem szable zza pasa.-Trzymaj!-powiedziałem dając wojakowi bron. Pobiegłem kawałek we wskazanym kierunku, ale nic nie znalazłem. Cholerni bandyci, nie potrafią nawet lasu uszanować.

-Uciekł-mruknąłem cicho wyrywając swoją saberke.-Cholera uciekł, nie potraficie się nawet cicho zachować.

Dalsza podroż minęła pod znakiem wzajemnych rozmów na temat upodobań i języka diaboła aż do pewnego momentu.

-Ale one chyba nie są...-urwał Shamaroth, bo w oddali usłyszeliśmy echo wybuch.

-Ile do zajazdu?-zapytał Zibbo.

-Z dziesięć minut marszu.-usłyszał odpowiedz.

-No to lecimy, będziemy w pięć.-chorąży wydal szybko komendy i oddział utrzymując szyk dwójkowy biegł przed siebie.-Każdy pilnuje swojej strony. Jak cokolwiek zauważycie to mówić natychmiast. Oddział bez słowa biegł dalej. Kolejny huk. Kilka osób zaczęło dawać znać, ze dalej nie dadzą rady.

-Ci co mogą biec...-Hodo zawahał się chwile.-Nie, nie możemy się rozdzielić. Zwolnic!
I zwolniliśmy na nowo do tempa marszowego nie zważając na to, ze w zajeździe może właśnie mieć miejsce wielka rzeź. Jednakże kiedy dotarliśmy na miejsce wszystko było w porządku i nic nie wskazywało na działanie jakichkolwiek wrażych sil.



pisał Abel
Całość opowiadania można przeczytać TUTAJ.
 

Komentarze
 
Brak komentarzy.
 

Dodaj komentarz
 
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 

Oceny
 
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.