Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Zdrajcy - opowiadanie łącznikowe obozu 18+ część I
 
Święto Matahari Pendek było dużo mniej huczne od poprzedzającej go o półtora cyklu księżyca uroczystości Matahari Baru. Nie poprzedzał go post ani radosne oczekiwanie, zwykle nie szykowano też magicznych obrazów i fajerwerków. Choć akurat w tym roku władze Styrgradu zadbały o nadspodziewanie uroczystą oprawę owego święta, dnia poświęconego drugiemu patronowi Styrii – Indrze.
Kapłani boga słońca uganiali się w tym roku po świątyniach i ulicach, jakby wręcz czuli na własnych karkach palące spojrzenie arcykapłana Inubisa. Uszu przechodnia zewsząd dobiegał szelest drogich szat, natomiast w dzielnicy kapłańskiej aż oślepiał blask złota na zawieszonych wzdłuż ulic wstęgach. Sztandary uroczyście powiewały na najwyższych tarasach zigguratów, słyszało się też ostatnie nawoływania szykujących się na święto mieszkańców. Całe miasto z niecierpliwością wyczekiwało wieczornych uroczystości.
Jednakże to nie kapłańskie obrządki w zigguracie Indry były przyczyną owych wyjątkowych przygotowań. Nie dla boga szykowano złote wstęgi i kunsztowne szaty. Celem i powodem wszystkich tych manewrów była mająca się odbyć tuż przed zachodem słońca defilada wojskowa. Defilada, jakiej Styrgrad dawno już nie widział.
Oddziały Tentara ledwo co powróciwszy z byłego frontu na północy, zaraz po święcie miały ruszyć dalej, na południe, ku nowej wojnie. Szeregi potężnych ulundo z kedua, czworoboki szkolonych latami pertama… Rzesza wiernych obrońców Styrii, którym Styria oddawała dziś hołd. Bo ta sama Styria broniona rapierami i szablami, chroniona potęgą bogini Tavar dobrze wiedziała, że wielu z tych lśniących galowymi mundurami żołnierzy już nigdy nie ujrzy swej ojczyzny.
Dziś jednak jeszcze mało kto myślał o dalekich południowych wojnach i odległej przyszłości. Dziś wszyscy oczekiwali jedynie demonstracji dumy i siły swej ojczyzny. Styria musiała dobitnie pokazać swym mieszkańcom, że kończy wojnę na północy z podniesioną głową. I że obroni się przed każdą nawałą.
Kyurem Loroniss westchnął cicho, cały czas czując niezaspokojoną irytację. To święto byłoby idealną okazją do przeprowadzenia kilku publicznych egzekucji! Niestety, władze Styrgradu, mimo jego usilnych starań, nie wyraziły zgody na propozycję, by to przed oglądającymi defiladę mieszkańcami stolicy dokonać stracenia więźniów osądzonych i skazanych za morderstwo. A najgorsze, że stary Loroniss doskonale wiedział dlaczego.
Bez względu na swe zbrodnie, Sarien Hanar, ten bezczelny karierowicz z Ofiru, pozostawał bowiem kapłanem Tavar. A autorytet władz Styrii opierał się w dużej mierze na religii, na wierze w Panią i jej wybrańców. Publiczne stracenie duchownego nie wchodziło zatem w grę. Osłabiłoby jedynie i tak rozchwiane wojną morale. Loronissowie musieli więc zadowolić się egzekucją w kameralnym gronie, na jednym z pomniejszych dziedzińców pałacu książęcego.
Ów mały dysonans nie przeszkadzał jednak Kyuremowi napawać się chwilą tryumfu. Oto bowiem snuta od dobrych kilku lat intryga nareszcie dobiegała końca! Nareszcie, po tylu latach walki, ostatnia siła kwestionująca potęgę jego rodu nareszcie odchodziła w niebyt!
Niemalże od początku istnienia Nowej Styrii Loronissowie dążyli do zdominowania jej handlu, jej wojska, a nawet jej dworu. Dążąc do owego celu knuli, intrygowali, spiskowali i sprzymierzali się z niemal każdą siłą, jaka tylko mogła im pomóc. Pnąc się przez lata po szczeblach kariery, pozostawali wierni tylko dwóm rzeczom: swej ojczyźnie oraz pewnej wyjątkowo wpływowej organizacji. Z czego co do tej pierwszej nigdy nie można było być pewnym.
Wysiłek się opłacił. Mający zostać lada chwila stracony Sarien Hanar był ostatnim liczącym się członkiem opozycji. Teraz już praktycznie cała Styria była własnością Loronissów. Hetmani i kapłani mogli mieć te swoje zaszczytne tytuły. Ale to Loronissowie mieli pieniądze.
I nawet ów drobny prztyczek jakim była odmowa dokonania egzekucji na oczach ludu nie przeszkadzał Kyuremowi nacieszyć się widokiem śmierci swego arcywroga. Tu, na dziedzińcu hetmańskiego zigguratu, było to chyba nawet przyjemniejsze. Mógł bowiem z bliska spojrzeć w twarz przeciwnikowi tuż przed jego śmiercią. On, i jego rodzina.
Obejrzał się za siebie, by przeliczyć zgromadzonych. Obaj bracia, kuzyn, siostrzeniec, córka wraz z mężem… Niemalże cały ród Loronissów przyszedł zobaczyć koniec tego pyszałkowatego karierowicza z Messyny. Przeszło piętnaście osób, samych zażartych wrogów Sariena Hanara, czekało na niedużym dziedzińcu oświetlonym popołudniowym słońcem. Czarne płaszcze spięte na ramionach zgodnie z najnowszą modą szeleściły cicho.
Defilada miała rozpocząć się za jakąś godzinę. Cień rzucany przez stojący pośrodku placyku drewniany podest z pieńkiem katowskim wydłużał się coraz wyraźniej, a zarówno kat, jak i skazany, jeszcze nie przybyli. Oczekiwanie na egzekucję przedłużało się. Znudzona widownia już od dobrych kilku minut zastanawiała się, czy przypadkiem nie podano im złego terminu… Cóż, tyle dobrego, że Loronissowie na defiladzie mieli zarezerwowane miejsca w loży. Nie będą musieli przeciskać się przez motłoch.
Skrzypnięcie bramy urwało niosący się po arkadowym dziedzińcu szmer dyskusji. Spojrzenia wszystkich skierowały się w stronę uchylonego przejścia prowadzącego do lochów. Ktoś nareszcie nadchodził! Kat? Skazaniec…? Wstrzymano oddechy. W ciszy, jaka zapadła, dało się słyszeć zza bramy narastający rumor. A już po chwili wychynęła zza nich pojedyncza, niska postać…
- Hobbit!? – zaskoczony Kyurem podrapał się po bokobrodach, jak to miał w zwyczaju, gdy coś go mocno zaskakiwało – To jakiś żart!?
Na dziedziniec wkroczył niziołek ubrany w pokutny wór. Oczy miał wlepione w ziemię, jakby pogrążony był w bardzo głębokim zamyśleniu. Maszerował jednak szybkim, nerwowym krokiem.
- Mason! – rozległo się zza bramy kobiecy głos – Nie wybiegaj tak naprzód! Do mnie!
Hobbit zatrzymał się wpół kroku. Otwarł usta jakby chciał coś odpowiedzieć, jednakże jedyne co wydostało się z jego ust było pełnym boleści westchnięciem. Odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem do wejścia na dziedziniec. Poruszał przy tym ustami, jakby chciał coś odpowiedzieć, lecz jakby z jakiegoś dziwnego powodu nie mógł tego zrobić.
Nim dotarł z powrotem do bramy, zdążyła zza nich wyjść kolejna postać. Na jej widok Loronissowie odetchnęli z ulgą. Nie, na szczęście nie był to kolejny głupi żart.
Khorani Akhala’beth była jedną z nielicznych kobiet-ulundo z odmiany Khor’zigira. Pani drzew wkroczyła powoli i majestatycznie na dziedziniec, ciągnąc za sobą długą, ciemnozieloną suknię przechodzącą płynnie w porastający jej ciało mech. Pożółkłe nieco listki spływające z jej ramion oraz głowy zdawały się tylko rozświetlać ją w promieniach grudniowego słońca.
Hobbit nazwany Masonem przystanął obok ulundki z pokutniczą miną, całkiem dobrze pasującą do jego ubioru, po czym ruszył już wolniejszym krokiem, zaraz u jej boku. Oboje kierowali się w stronę podestu przygotowanego na egzekucję.
Khorani’zigira oraz hobbit pokutujący najwyraźniej za jakąś przewinę wobec Bogini nie stanowili jednakże całego pochodu. Zaraz za ulundką na dziedziniec wkroczyły kolejne postaci, których przybycie poprzedził narastający szybko rumor. Pierwsze szeregi zebranych cofnęły się, gdy para potężnych, kamiennych istot z trudem przecisnęła się przez i tak pokaźnych rozmiarów bramę. Z każdym ich krokiem w powietrzu rozlegał się huk granitu uderzającego o bruk. Ich gigantyczne, masywne sylwetki sprawiały, że wyżłobiona na ich kamiennych ramionach swarzyca zdawała się jedynie drobnym defektem, zbędną wręcz formalnością. Nikt nie miał bowiem wątpliwości, że oto na dziedziniec wkroczyła Gwardia Wielkiego Hetmana. Besar Takut. Najpotężniejsze i najgroźniejsze twory Pani pod słońcem.
Minęła dłuższa chwila, nim Kyurem Loroniss dostrzegł maszerującą pomiędzy parą potężnych stworzeń postać. W zestawieniu z gigantycznymi ulundo człowiek ów wydawał się wręcz drobniutki. A przecież to on był w tym wszystkim najważniejszy.
Sarien Hanar, prowadzony na ścięcie, oskarżony o morderstwo kapłan, szedł dumny i wyprostowany, najwyraźniej nie chcąc dać po sobie poznać słabości.
Zaskoczeniem dla Kyurema było spostrzeżenie, iż skazaniec nie miał na sobie żadnych kajdan. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że przecież noszenie ich i tak nie miało sensu przy takiej obstawie. Przy jakiejkolwiek próbie ucieczki ulundo z Besar Takut wdeptałyby kapłana w ziemię.
- I jak, Hanar!? – rozległo się gdzieś zza pleców Kyurema – Już nie taki mocny w gębie, co!?
To musiał być Kerrom, brat Kyurema. Stary Loroniss westchnął z politowaniem, po czym spojrzał na brata karcąco. Doskonale rozumiał jego satysfakcję, sam ją też czuł… Ale takie uzewnętrznianie się było słabością. Zawsze i wszędzie.
Tymczasem skazaniec, ostentacyjnie zignorowawszy słowa Loronissa, wkroczył na drewniany podest. Eskortujące go Besar Takut zatrzymały się przed drewnianą konstrukcją. Ich wejście za mężczyzną niechybnie zakończyłoby się zawaleniem podestu, dlatego pozostawiły pilnowanie jeńca czekającej już nań ulundce oraz niziołkowi. Same tymczasem stanęły pomiędzy podestem a widownią, najwyraźniej pilnując spokoju egzekucji.
Nawet Kyurem nie był w stanie powstrzymać cisnącego się mu na usta uśmiechu. Już ledwie parę kroków dzieliło Sariena Hanara od pieńka! Cała intryga usunięcia przeciwnika politycznego zmierzała nareszcie do końca.
- W imię naszej Matki… – rozległ się w powietrzu dźwięczny głos ulundki – …Matki nas wszystkich, patronki naszej Ojczyzny, Tej, na której ramionach wznosi się dwanaście mocarstw, Tej, która dała nam wolność i przyniosła nowe słońce! W imię największej z bogiń wszystkich światów, potężnej i niezwyciężonej, kochającej wszystkie swoje dzieci, Jedynej i największej, Matki naszej, Tavar! W zgodzie z prawem stanowionym przez Nią oraz Jej wierne dzieci, w zgodzie z jedynym prawdziwym i słusznym prawem tego świata, ku chwale naszej Matki, ogłasza się, co następuje…
Kyurem wstrzymał oddech, czekając aż ulundka skończy pauzę. Satysfakcja jaką czuł była wręcz szczeniacka. Ale przestawał się tym przejmować. Ten jeden raz mógł sobie pozwolić na nieskrywanie uśmiechu.
- Za intencjonalnie popełnione przewiny wobec Pani oraz przeciw jej ludowi – wznowiła po chwili khorani – Za kontaktowanie się z antyteistyczną, zbrodniczą organizacją zwaną Imperium, za działanie na szkodę Nowej Styrii oraz Pani Tavar w imię własnej korzyści politycznej i majątkowej, jak również za morderstwo kapłana Pani, Haarena Savita, zgodnie z wolą Dataranu, zostanie wykonany wyrok śmierci.
Uśmiech znikł z ust Kyurema. Coś tu nie grało… Jego intuicja zaczęła mu niemalże wrzeszczeć do ucha, że coś nie jest tak jak powinno być. Ale przecież wyrok się zgadzał… Skazaniec stał tuż przed pieńkiem katowskim… Jeszcze sekundy i będzie po wszystkim… Wszystko zdawało się być w porządku. Ale jednak coś tu nie grało…
Zmarszczył brwi, próbując odszukać nieprawidłowości. I niemalże od razu zaczął je zauważać. Kata wciąż nie było, a wyrok został ogłoszony… Tymczasem Sarien Hanar nadal pozostawał niespętany… Ba, stał obok ulundki i hobbita jak równy z równym! I uśmiechał się w jego kierunku.
Zimny dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa. Przeklął w myślach swoją ślepotę. Czy oni…?
- …oby Pani miała litość nad waszymi duszami – zakończyła khorani, po czym skinęła głową sztywno. A zaraz potem Sarien Hanar machnął ręką w stronę zgromadzonej widowni.
To jest egzekucja… ale nie jego! – ta jedna myśl pojawiła się w umyśle Kyurema na ułamek sekundy przed tym, jak uniósł się w powietrze, uderzony potężną, kamienną łapą szarżującego Besar Takut. Błysk bólu, krzyk intuicji. A potem uderzenie o ścianę. Ciemność. Koniec. Kyurem Loroniss przestał już myśleć na zawsze.
- Nie!!! Chwila!!! – wrzasnął któryś ze stojących dalej członków rodu.
Na krótki moment dziedziniec wypełnił ogłuszający huk i łoskot kamieni uderzających w posadzki i kolumny. Rozległy się rozdzierające wrzaski ludzi miażdżonych kamiennymi łapami i miotanych o ściany. Do tego wciąż trwał dziki, dudniący basowo ryk atakujących kamiennych ulundo. Rumor stał się ogłuszający, nie do zniesienia wręcz.
Tyle, że już po kilku sekundach z całej tej kakofonii wyłączone zostały ludzkie krzyki. Pozostał jedynie huk, przywodzący na myśl pędzącą lawinę. Kilka kolumn tworzących otaczające dziedziniec arkady zatrzeszczało groźnie.
- Nie!!! Stójcie!!! – dopiero teraz Sarien Hanar zeskoczył z podestu i pobiegł w stronę masakry – Stójcie!!!
Oba kamienne ulundo jak na komendę przerwały atak. Opuściły swe masywne, przypominające kamienne maczugi łapy, po czym wyprostowały się i spojrzały na podbiegającego do nich kapłana.
Ów zatrzymał się wpół kroku, jakby rażony widokiem.
Ulundo całe umorusane były we krwi. Umorusane. Nie poplamione paroma kroplami, nie obryzgane przez przypadek. Z granitu wciąż strumieniami skapywała posoka. A wszędzie wokół leżały ludzkie szczątki. Zmiażdżone korpusy, poszarpane drogie tuniki i pogruchotane kości, które jeszcze chwilę wcześniej tworzyły dumny i potężny ród Loronissów. A teraz leżały bezładnie, jak zabawki porozrzucane przez niegrzeczne dziecko po całym dziedzińcu. Krew zmieszana ze skalnym pyłem niespiesznie spływała na jego środek, gdzie pod drewnianym podestem kryła się mała studzienka. Szczeliny między płytami dziedzińca zaczęły tworzyć szkarłatną siatkę. I było cicho. Zupełnie cicho.
- Odejdź… – jęknął cicho Sarien, wciąż wpatrując się niczym zahipnotyzowany w ciała – To nie Messyna… Odejdź…
- Wszystko dobrze? – tuż za Sarienem z szelestem liści pojawiła się khorani Akhala’beth. Spojrzała na niego z niepokojem.
Sarien potrząsnął szybko głową, odganiając niebezpieczne myśli.
- Tak, tak… – odpowiedział szybko, odzyskując rezon – Nikt nie przeżył? – rozejrzał się po całej scenerii, po czym zaklął – Wśród nich mógł być pewien prawy człowiek! Wśród nich mógł być pewien kapłan, wy idioci!
- Przeszukać ciała, sprawdzić czy go tu nie było – zaordynowała ulundka, po czym położyła dłoń na ramieniu Sariena. Zielone oczy błysnęły troską. – Wybacz, dostaliśmy informacje, że wszyscy tu współpracują z Imperium. Uwięzienie ich teraz, po zdradzie, byłoby zbyt niebezpieczne, musieliśmy ich usunąć natychmiast. Gdyby pozostali imperialiści dowiedzieli się, że zapadł na nich wyrok…
- Gdybyście wcześniej…!
- Mhhhhmhhh!!! – ciche jęczenie sprawiło, że zarówno Sarien jak i Akhala’beth odwrócili się.
Hobbit, o którego istnieniu niemal każdy już zapomniał, zaciskał usta, wyraźnie zły z faktu, iż nie może się odzywać. Patrzył znacząco na ulundkę.
- Nie, twoja pokuta nadal trwa, Kennecie Mason – oznajmiła oficjalnie khorani, wzdychając z irytacją. - Wystawienie na szwank świętości...
Hobbit pokręcił szybko głową dając do zrozumienia, że to nie o to mu chodziło. Wskazał dłonią w stronę bramy.
Wtedy zarówno człowiek jak i ulundka również usłyszeli, że ktoś nadchodzi. I nie był to równy, marszowy krok żołnierzy mających pozbierać ciała wybitych Loronissów. Nadchodzące postaci o czymś rozmawiały.
- …że według tego raportu agentka Sweird nadal tam pozostaje, leczona…
Na dziedziniec wkroczyło dwóch wysokich i niewątpliwie bardzo zamożnych mężczyzn.
Ciągnący się do ziemi turkusowy płaszcz spięty misterną broszą w kształcie jaskółki nie pozostawiał wątpliwości co do tożsamości swego właściciela. Banko Vinerys – niegdyś obrzydliwie bogaty Ofirczyk, teraz nie mniej zamożny ambasador Imperium w Styrgradzie. Trzeba było mu przyznać, perfekcyjnie skupiał na sobie uwagę otoczenia.
Drugą osobę Sarien rozpoznał po chwili, kiedy już oderwał wzrok od bogacza i przyjrzał się dokładniej twarzy jego rozmówcy. Z trudem powstrzymał parsknięcie śmiechem.
Choć od jego stworzenia minął już ponad miesiąc, malunek na policzku Gerlorda nadal nie zmazał się do końca. Półoficjalny agent Imperium wciąż miał tam wyraźnie zarysowany kontur fikuśnej różyczki.
Obaj mężczyźni wkroczyli na dziedziniec pewnym, dostojnym krokiem, w pierwszej chwili zbyt zaabsorbowani dyskusją, by zauważyć choćby jedno z ciał.
- …wysłałem tam więc Jamala, by dopilnował jej bezpieczeńst… – Gerlord urwał, omal nie wpadłszy na idącego nieco przodem Banka. Ów bowiem stanął niespodziewanie, zauważywszy w końcu miejsce masakry.
Oficjalny przedstawiciel Imperium nie wypowiedział słowa. Powiódł tylko po dziedzińcu szeroko rozwartymi oczyma i w niemym zdziwieniu spojrzał na zgromadzone tam postaci. Dopiero po kilku sekundach za jego spojrzeniem powędrował wzrok towarzysza.
- Ojej – Gerlord uniósł brwi w zdumieniu – A co tu się stało?
Sarien uśmiechnął się cierpko.
- Wybacz, przyjacielu – mruknął w stronę imperialisty. Odwracając się na pięcie, zdążył jeszcze dać znak kamiennym ulundo.

***

- Jeszcze tylko sztabek żelaza na osobę fizyczną tu brakuje… – mruknął pod nosem Penatis. Zrobił to jednak na tyle cicho, by nikt ze zgromadzonych nie usłyszał owej uwagi. Za to przeciągłego ziewnięcia nieprzywykłego do rozmów dyplomatycznych Ohtata nie dało się już nie zauważyć.
Zerknął na słońce prześwitujące zza wysokich i wąskich okien komnaty. Ocenił pobieżnie jego przesunięcie na nieboskłonie.
Już dobrze ponad pół godziny… Już dobrze ponad pół godziny minęło, odkąd wkroczył do tej sali w pałacu Ilweran jako ochroniarz pary dyplomatów. Tylko on jeden stanowił ich eskortę. Bowiem tylko jego darzono wystarczającym zaufaniem… A przynajmniej tak mu powiedziano.
Zamrugał kilkukrotnie, by odegnać senność i odzyskać trzeźwość umysłu. Tulya nadal gadali. Niezmiennie łagodnymi, powolnymi głosami wyćwiczonych mówców. Penatis już dawno przestał zwracać uwagę na treść ich rozmowy. Wszystko w ich słowach było takie piękne, logiczne, czarujące wręcz… Niczym piękna kołysanka… Jak tu nie przystać na ich słowa? Na każde, nawet najbardziej idiotyczne…
Skarcił się w myślach. Musiał się ogarnąć! Był w końcu ochroniarzem, czy nie!? Musiał się rozbudzić!
Zebrał się w sobie, by ponownie skupić uwagę na dialogu. Potrząsnął delikatnie głową i zamrugał jeszcze raz, tym razem powoli i mocno, by pobudzić krążenie przynajmniej na twarzy.
- …podpisane bowiem przez ciebie dokumenty zmuszają nas do zdrady. Jednej lub drugiej strony, prędzej czy później – przemawiała piękna elfka o ciemnych włosach opadających na ramiona długimi lokami. – Obawiam się ponadto, że ów lud rzeczywiście wyolbrzymił przed tobą swój potencjał. Nie był w stanie obronić twojej córki przed atakiem zdrajcy. Nadal trwa jej leczenie. Z całym szacunkiem dla twojego osądu, szlachetny Astendecie, nie mogę zaryzykować sojuszu o tak wielkiej cenie i tak wielkim ryzyku, nie mając pewności, że ich potęga zapewni nam bezpieczeństwo.
To mówiła księżna Tulya’Helethai z rodu Aenien, władczyni elfów z byłego Aenthil. Penatis był nią od początku obrad absolutnie urzeczony. Nawet nie tyle jej urodą czy majestatem, ale tym, jak mówiła. Mógłby jej słuchać bez końca. I ze wszystkim, absolutnie wszystkim, co by powiedziała, zgodziłby się natychmiast.
- To prawda, pani – Tulya’Astendet z rodu Meliaor, jej rozmówca, nie dawał po sobie znać żadnych emocji, ani pozytywnych ani negatywnych. Ukłonił się księżnej z szacunkiem – Jednakże pozostaje jeszcze wspomniany już wcześniej Kaganat…
- Który jest daleko, Astendecie – Penatis mógłby przysiąc, że w uprzejmym uśmiechu księżnej pojawiła się nuta pobłażliwości – Stanięcie po owej stronie konfliktu, nawet zakładając zwycięstwo ludu Qa, oznaczałoby dla nas straszliwe straty. Wielu elfów skończyłoby jak twoja córka, jeśli nie gorzej. Czy jesteś w stanie zapewnić im bezpieczeństwo? Lub chociaż gwarancję, że ich poświęcenie nie pójdzie na marne?
Tulya’Astendet z rodu Meliaor skinął głową, zaciskając wargi. Spojrzał w stronę drugiego dyplomaty uczestniczącego w naradzie, jakby szukając u niego pomocy. Ów nie kazał długo na siebie czekać.
- Pani – rudowłosy Tulya wyprostował się i założył za plecy dłonie – Jest jeszcze jedna siła, która pomoże nam osiągnąć zwycięstwo. Jest jeszcze siła, która zdołała już raz odwrócić losy wojen między mocarstwami i z pewnością zrobi to również tym razem. Siła, która zdołała już raz sparaliżować Wergundię i zupełnie omamić jej wywiad. Siła która sprawiła, że Olaf Szalony zginął, a oddziały Terali dotarły pod sam Akwirgran.
- Mówisz o bezbożnikach – Helethai westchnęła ciężko i przeniosła wzrok na okno – Nie możemy się z nimi układać!
- Są w sojuszu z Qa, przyjęli ich bóstwa jako swoje – odpowiedział Astendet – My także musimy to zrobić, aby zawrzeć pakt… To nie są bezbożnicy. Odnaleźli nowych opiekunów. I my też powinniśmy.
- Pani, bogowie północy zawiedli i zawodzą nas już od niemal dwóch loa – dodał rudowłosy dyplomata – I nadal będą zawodzić. Nie pomogą nam odzyskać Aenthil. A sojusz z Imperium i Ludem Qa, owszem.
- Tawanien’yaro nigdy się nie zgodzą – Helethai zacisnęła wargi, wyraźnie zamyślona – Envyn’yaro również. Powiedz mi, Setillionie… – spojrzała ponuro na towarzysza Astendeta – Jak niby mam pociągnąć za sobą mój naród, jeśli wyrzeknę się Silvy? Jak mam pociągnąć za sobą mój naród, jeśli wyrzeknę się naszej własnej matki?
- Pójdą za dziedziczką Adarnila – uśmiechnął się rudowłosy dyplomata – Za tą, która dzierży Berło.
To mówiąc, Tulya’Setilion z rodu Irbet zamaszystym ruchem wyciągnął spod swego granatowego płaszcza skrywany tam od początku audiencji przedmiot.
Szczere złoto zalśniło w blasku zachodzącego słońca. Wyryte w podłużnym przedmiocie runy rzuciły na ściany leciutkie refleksy. Diamenciki w malutkiej klepsydrze stanowiącej zwieńczenie insygnium zaszemrały cichutko.
Zarówno Astendet jak i Helethai zamarli w niemym zdumieniu. Nawet Penatis, choć dobrze wiedział, co ukrywał pod płaszczem Setillion, z trudem zachował kamienną twarz.
Berło poległego przed ponad trzydziestu laty księcia Adarnila z rodu Aenien mieniło się majestatycznie w dłoni Setilliona. Ruchome, okrągłe zwieńczenie insygnium koronacyjnego Aenthil chybotało się leciutko wraz ze znajdującą się w jego środku misterną klepsydrą.
- Pani, czas upomnieć się o swoje dziedzictwo – rudowłosy Tulya mocniej ścisnął artefakt, głos potoczył się echem – Twój ojciec poświęcił życie za swój lud. Ile ty jesteś w stanie poświęcić dla swoich poddanych?
Księżna elfów z Aenthil cofnęła się o krok, jakby łapiąc równowagę. Jej szeroko rozwarte oczy wlepione były w Berło. Zdawała się nerwowo łapać powietrze. Kamienna twarz doświadczonej dyplomatki znikła gdzieś, zastąpiona szokiem i niedowierzaniem.
- Nawet kasty kapłańskie zgodzą się na ten sojusz – skinął oszczędnie głową Astendet, znacznie szybciej od Helethai odzyskując rezon – A lepszego momentu, by odzyskać ojczyznę już nigdy nie będziemy mieli.
- Nawet wyrzekając się Silvy, naszej matki…? – Helethai wciąż wpatrywała się niczym zaczarowana w Berło Adarnila, a jej oddech ani myślał zwalniać. – Czy ojczyzna jest warta takiej zdrady…? – jej dłoń mimowolnie sięgnęła w stronę artefaktu.
- Dla ojczyzny jesteśmy w stanie wyrzec się wszystkiego – Setillion podał księżnej berło – Dla dziedzictwa Adarnila… Dla naszego dziedzictwa… Dla naszych dzieci…
- A inne kasty…? Kasty kapłańskie…? – palce księżnej delikatnie owinęły się wokół złotego trzonu. Setillion wypuścił go powoli, pozwalając księżnej przejąć artefakt. Ale nie odpowiedział na jej słowa. Na krótką chwilę zapadła cisza.
- Inne kasty pójdą w ogień za tą, która dzierży Berło – Penatis sam nie uwierzył, że wypowiedział te słowa. Wyrwały się one z jego ust jakby bez jego woli, choć w zupełności się z nimi zgadzał. Stanął wyprostowany, przyjmując żołnierską postawę – Bez względu na koszty. Poprowadź nas, pani, z powrotem do ojczyzny. Błagamy!
Setillion uśmiechnął się do Penatisa. Skinął ledwo zauważalnie głową w geście uznania. Tymczasem Helethai stała nieruchomo, zapatrzona niczym zaczarowana w trzymane w ręku insygnium księstwa Aenthil. Niemal widać było myśli pędzące przez jej głowę, tysiące zmartwień i trosk, którym musiała stawiać czoła przez te wszystkie lata. I niemal można było wyczytać z niemego ruchu jej warg to jedno słowo. Jedno, jedyne. Aenthil.
W całej tej scenie było coś magicznego. Penatis również temu ulegał. Zdążył zapomnieć już zupełnie, że wszystko to było tak naprawdę doskonale zaplanowanym teatrzykiem. Że to wszystko zostało dokładnie wyliczone po to, by wywrzeć na Helethai określony wpływ. A przecież Penatis sam był świadkiem powstawania całego owego planu. Chyba od samego jego początku…
Zaczęło się kilka miesięcy wcześniej, jesienią, gdy Ohtat powracał z podpisywanego w Nelramarze traktatu o zawieszeniu broni i zmierzał z powrotem do Ilweran. Spotkał podczas jednego z nocnych postojów Setilliona. Ów szlachetny Tulya wyjaśnił wówczas wojownikowi swoje plany odnośnie Berła. Tego samego, świeżo odzyskanego, zaginionego przed laty Berła Adarnila, które tamtej nocy spoczywało w sakwie wojownika.
Minęło sporo czasu, zanim przekonał go co do czystości swoich intencji. Wtedy zaś Ohtat przekazał mu Berło, by w odpowiednim momencie polityk mógł wręczyć je Helethai i namówić ją do ataku na zjednoczone siły barbarzyńców znad Sankary oraz sługusów Przeklętej. Co prawda później owa decyzja mocno skłóciła Penatisa z pewną Vayle, która pragnęła przekazać artefakt swojej kaście, ale była to cena, którą wojownik był gotów zapłacić. Dla dobra sprawy…
Odpowiedni moment nadszedł, gdy z Zapołudnia powrócił dobry przyjaciel Setilliona, Astendet. Para odwiecznych kompanów zaczęła wtedy przygotowania do wspólnej audiencji u Helethai, na którą zaprosili również i Penatisa. W formie ochroniarza, dla formalności.
Penatis ponownie zamrugał, zorientowawszy się, że znów stracił koncentrację, oddając się wspomnieniom. Rozejrzał się po pomieszczeniu, by ku swojemu zaskoczeniu odkryć, że zarówno Astendet i Setillion kłaniają się głęboko przed wciąż ściskającą kurczowo Berło Helethai. To był gest pożegnania. Audiencja dobiegała końca.
Sam również pospiesznie pochylił się w sztywnym, żołnierskim ukłonie. Jak mógł znów się tak rozproszyć!? Zdecydowanie, nie nadawał się do długich obrad.
Odczekał aż para Tulya wyminie go, by mógł ruszyć za nimi. Tak wypadało ochroniarzom.
Gdy cała trójka opuszczała salę audiencyjną, mógłby przysiąc, że Setillion i Astendet ledwo zauważalnie stuknęli się pięściami w młodzieńczym geście zupełnie nie pasującym do wiekowych i szanowanych powszechnie Tulya. Choć może było to jedynie przywidzenie…
Z mniejszej sali audiencyjnej wyszli na arkadowy dziedziniec. Penatis czujnie powiódł wzrokiem po otaczającej placyk kolumnadzie, wypatrując zagrożeń.
Była tam. Stała pod jedną z kolumn. W cieniu, w niewielkim kapturze narzuconym na złote włosy. Przyglądała się pochodowi.
Vayle’Finiel z rodu Meredith. Właśnie ta Vayle, która nie chciała, by Berło dostało się w ręce Setilliona, lecz by zgniło gdzieś w skarbcach jej kasty. Opierała dłoń na ramieniu jakiejś niższej postaci. Rudowłosej dziewczyny w szatach uczennicy. Ta nie nosiła kaptura. I na dodatek wydawała się dziwnie znajoma Penatisowi. Gdzieś już wcześniej widział owe ostre, jakby ludzkie rysy twarzy. I zaskakująco mało szpiczaste uszy.
Półelfka?! W pałacu Ilweran? Przecież to się nie godzi!
Jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem Finiel, gdy przechodził wraz z parą dyplomatów przez środek dziedzińca. Zaatakuje? Mogłaby. Któż wiedział, co planowała…
Złotowłosa Vayle w granatowej szacie nie była jednak wściekła. Patrzyła raczej z bólem. Z dojmującym żalem i rezygnacją. A i to ledwie przez chwilę. Potem odwróciła się. Objęła wyraźnie protekcjonalnym gestem dziewczynę i odeszła gdzieś w bok.
Po plecach Penatisa przebiegły ciarki. Od owego spojrzenia Vayle naszło go dziwne poczucie winy. Szybko jednak zostało wyparte przez dumę.
Kroczył wszak tuż za Astendetem i Setillionem. Parą bohaterów, którzy właśnie namówili księżną Helethai do podjęcia walki o Aenthil. A przecież za odzyskanie stolicy Penatis, jak i rzesza innych elfów, gotów był oddać wszystko.

***

- Koniec energii!!!
Krzyk kolejnego maga wywołał u dekurion Eryki dar Bregen wiązankę krótkich, typowo żołnierskich przekleństw. Magini powietrza rozejrzała się pobieżnie, szukając kogokolwiek do zastąpienia czarodzieja, który właśnie zgłosił potrzebę odprawienia rytuału. Niestety, jej obawy były słuszne. Nie było absolutnie nikogo, kto mógłby w tej chwili wejść w miejsce maga.
- Ja wchodzę – podjęła błyskawiczną decyzję – Tylko zaraz mi tu wracaj!
Kilkoma szybkimi skokami wdrapała się na szczyt wału, zza którego szyk magów osłaniał swymi czarami działania oddziałów czerwonego tymenu. Czarodzieje, w większości świeżo upieczeni absolwenci po uniwersytetach w Akwirgranie bądź Bibactborgu, dwoili się i troili, byle tylko wesprzeć walczących żołnierzy Wergundii.
Przeszło dekada służby wojskowej wyrobiła już w Eryce odruchy typowe dla dowódców. Potrzebowała ledwie chwili, by ocenić sytuację widoczną za wałem. Wcale nie poprawiło jej to humoru.
- Otaczają nas – jęknęła ze złością. Poniewczasie zdała sobie sprawę, że tak bezpośrednia ocena może źle wpłynąć na morale stojących obok magów.
Jednakże ten stojący najbliżej zdawał się być równie doświadczonym weteranem co ona. Zaśmiał się cierpko, słysząc jej komentarz.
- A to my mieliśmy wziąć ich w dwa ognie i uratować stolicę, nie? – zapytał z przekąsem, wykrzyczawszy formułkę, po której w szeregi wroga popędził huczący niemiłosiernie piorun – Do Akwirgranu raptem pół godziny marszu… Tak blisko, a tak daleko!
Eryka zmrużyła oczy, równocześnie formułując proste zaklęcie niewielkiego tornada. Pamiętała skądś ów głos, ów niemal szyderczy ton. Ów błysk w oczach, gdy mag słał za wał kolejne błyskawice.
- Taril!? – wykrzyknęła, gdy tylko przypomniała sobie imię dawnego dowódcy – Przecież ty jesteś dezerterem!
- Och, wybacz, zapomniałem! – prychnął z ironią jasnowłosy mag – Już się stąd zmywam!
Eryka nie miała czasu, by odpowiedzieć. Dała pozostałym magom umówiony znak, wypuszczając w powietrze zielony snop iskier. Wypowiadane zgodnym chórem zaklęcie zagłuszyło zgiełk bitwy. A chwilę po jego wybrzmieniu w powietrzu rozległ się potężny huk. Stojący kilkadziesiąt metrów dalej oddział wroga wzbił się w powietrze i niesiony potężnym podmuchem wleciał prosto w inną formację, na którą właśnie szła szarża grupki pawężników czerwonego tymenu. Ciężka, wergundzka piechota wbiła się klinem w poprzewracanych i ogarniętych chaosem wrogich wojowników.
- Brak mocy! – wrzasnął Taril, a wraz z nim kilku innych magów.
- Ładować, szybko! – Eryka zsunęła się z wału z powrotem na ukrywającą się za nią polanę, gdzie już stały przygotowane do pobierania many kręgi. Pospiesznie policzyła, że poza nią i Tarilem na dół zbiegł niemal co trzeci mag. Ci którzy pozostali, w większości ledwo trzymali się na nogach.
- Dobra, opowiesz mi kiedy indziej, jakim cudem wróciłeś pod skrzydła Strandbranda – westchnęła – Ładuj się… A ty, dar Khaven – zwróciła się do jednego z setników – przejmujesz na chwilę dowodzenie! Zaraz wracam!
Klepnęła starego znajomego w ramię, po czym pobiegła w stronę centrum obozowiska. Musiała powiadomić dowództwo, że magowie na wałach długo już nie wytrzymają. Sama po kilku dniach nieprzerwanej walki czuła się jak pijana.
Szeroki pas krzaków i zarośli między okopami a obozowiskiem przesadziła w zawrotnym, jak na jej stan, tempie. Doskonale znała trasę wiodącą pomiędzy poukrywanymi w roślinności minami. Rozstawiono je na wypadek, gdyby jednak atak czerwonego tymenu na wojska oblegające Akwirgran miał się nie powieść. I niestety, wiele wskazywało na to, że za jakiś czas będą one przydatne.
Cóż, przynajmniej Haaldor się ucieszy. Eryka dobrze pamiętała sadystyczny uśmieszek znajomego inżyniera-amatora, gdy tłumaczył jej mechanizmy działania montowanych przez siebie wnyków. Zapewne wiele takich czekało już w krzakach oddzielających wały magów od obozowiska.
 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.