Silberberg Larp
 

MENU
 
 

obozy
 
OPIS ŚWIATA
pełna wersja do pobrania lub czytania online
 

obozy
 
Zapraszamy do czytelni!

naszych tekstów zawiera opowiadania, wspomnienia, anegdotki i inne teksty fabularne, spisywane przez kadrę i uczestników od początku Silberbergu, od 2004 roku. Większosć tekstów to opowiadania ze świata gry.
 

obozy
 

Nazwiska, które warto znać, czyli postaci znaczące dla świata gry.
 

Partnerzy:
 
Nasi partnerzy:





 

obozy
 
SILBERSPACE

LARP + ASG
Zapraszamy na stronę nowego projektu larpa w klimacie military sci-fi.
 

obozy
 
AUTORZY ZDJĘĆ
Zdjęcia, używane na stronie, robili:
REKOGRAFIA - Bartek Janiczek
Kamila "Raisa" Miśkiewicz
Zbyszek Rabenda
Kasia "Demon" Urbanik
Ola Gierko
Magdalena Baraniak
Autorzy montaży i grafik:

Magdalena "Indiana" Baraniak
Paula "Aver" Wajgelt Barbara "Powój" Węgrzecka
 

Część III opowiadania łącznikowego 2015
 
Białe Brody

Rzeka Izera była jednym z licznych północnych dopływów Loreniss, olbrzymiej rzeki, tnącej w poprzek potężne połacie dawnej Puszczy Południowej. W jej dolnym biegu, tuż przed tym, jak wtłaczała swoje żółtawobure wody w koryto swojej większej siostry, Izera nosiła znaczące ślady dawnej działalności Alta Tavar. Upiornie powyginane drzewa moczyły swoje nienaturalnie długie i wiotkie jak ludzkie włosy gałęzie w nurtach rzeki, kamienie o kształtach zwierząt prężyły się na odkrytych polanach, czasem można było nawet trafić na postarzałe pnie, które do złudzenia przypominały wchłonięte ludzkie lub elfickie twarze... Nimi też w rzeczywistości były, natrafienie na takie znalezisko w środku nocy mogło kogoś ze słabymi nerwami przyprawić o niezłą panikę.
Styryjczycy byli w większości uodpornieni na te typowe dla swego kraju zjawiska, wergundzcy żołnierze zielonego i burego tymenu za każdym razem reagowali na nie niezwykle nerwowo, natomiast wojownicy z hetanorskich oddziałów ohtat i lutha zaciskali pięści i szczęki. Nieraz blisko było do spięć między nimi, a żołnierzami pertamy styryjskiej, nieraz zresztą do spięć dochodziło. Zwykle kończyły się one interwencją oficerów obydwu armii.
Ostatnio było tego coraz mniej, zwłaszcza, ze połączone sztaby zdecydowały o rozdzielaniu miejsc stacjonowania sojuszniczych oddziałów. Owego wieczora szósta i piętnasta kohorta zielonego tymenu dostały za zadanie zabezpieczenie przeprawy na Białych Brodach, jednym z nielicznych miejsc, gdzie Izerę można było przekroczyć bez wielkich strat i budowy mostów pontonowych. Szlak, prowadzący przez Białe Brody, stanowił jednocześnie bramę na północ, ku odległemu o mniej niż 50 mil leżącemu nad Loranis Styrgradowi. W trójkącie pomiędzy rzekami planowane było położenie kolejnej linii frontu i kolejna próba zablokowania marszu nieprzyjaciela na północ. Pozostałe kohorty wergundzkie przeprawiały się wprost przez nurt Loranis poniżej miejsca, gdzie wpadała do niej Izera, tuż obok osady flisackiej Raagardre, zaś główne siły styryjskie miały przeprawiać się w górze rzeki, w rejonie wsi Kizafiera.
Ohtat przeprawili się pierwsi na północny brzeg Izery, mając za zadanie zabezpieczyć północno-zachodnia flankę na wypadek, gdyby Qa jakimś cudem jednak przeprawili się w górnym biegu rzeki, a zwiad z jakichś powodów zawiódł. Mieli też zabezpieczyć łączność między wszystkimi miejscami przeprawy połączonych armii. Piętnasta kohorta wraz z pertamą i gwardią arcyksiążęcą stanowiły ariergardę przedsięwzięcia w rejonie Białych Brodów, mając bronić południowego brzegu tak długo, jak długo da się utrzymać tam przyczółki, a kiedy już się nie da, ewakuować się na drugi brzeg, blokując bród styryjskimi muszkietami i magią. Stanowili część długiej linii frontu, mającego osłonić przeprawy i dać czas na przygotowanie obrony na północnym brzegu.
Rolf, dowodzący od roku piętnastą kohortą, skrzywił się z irytacją. Nie podobała mu się lokalizacja, jaką im przydzielono, błotnisty, nisko położony obszar z jednym tylko wzniesieniem, dającym możliwość jako takiej obserwacji w terenie. Niemal żadnych naturalnych osłon, w większości gęsta roślinność, nie dająca wielkich szans na ustawienie sensownego szyku, tym samym znów w teren musieli ruszyć velici i łucznicy, skutiaci znów będą się nudzić, czekając na wieści i nie mogąc się ruszyć, a potem znów będzie desperackie cofanie flanki i defensywa pod naporem wariackich ataków przeciwnika.
- Masz minę, jakbyś zeżarł kocie ścierwo – mruknął Gezwog do przyjaciela, poprawiając mocowanie tarczy – Wiem, do bani to miejsce, ale nie przesadzajmy, bywało gorzej.
- Ja wiem, że bywało – sarknął dowódca – Ale wolałbym, aby pobywało jeszcze trochę. Będziemy tu siedzieć na dupie dobry tydzień jak nic.
Przez chwilę wydawało się, że los zakpi z jego słów, bo obaj mężczyźni poderwali się podobnie jak pozostałych kilkudziesięciu Wergundów z piętnastki, na huk styryjskiego muszkietu, który rozległ się zdecydowanie za blisko nich. Potem drugi, piąty i kolejny. Zanim ktokolwiek zdążył zapytać, co się dzieje, niemal automatycznie, bez rozkazu, piętnastka zajęła pozycje, skutiaci nacisnęli na spocone czoła hełmy i dociągnęli pasy przy migdałach, hasti skoczyli na tylne pozycje, velici w las, ktoś machnął chorągwią, gwizdnęły sygnałówki. Zanim przebrzmiał ich dźwięk, cała kohorta stanęła w gotowości, zastawiając wielopoziomowym szykiem cały obszar między wzgórzem Seith, a grzęzawiskami bez nazwy, za którymi powinny stać już oddziały szóstki.
Pełną napięcia ciszę przerwał gwizd.
- Nasi! – jeden z velitów dał sygnał, na chwilę wyłaniając się z kryjówki, ale Rolf ruchem ręki powstrzymał ludzi i odczekał, aż zza gęstwiny pokręconych, pożółkłych zarośli wyłoniły się pierwsze postaci w wypłowiałych zielonych cotte. Przodem biegł ork w barwach kohorty kondotierskiej, dalej łucznicy i skutaci. Rolf odczekał, aż dotrze do niego dowodzący.
- Setnik Halvard Moonfish, szósta zielonego – niedbale rzucił lekko zdyszany oficer, gdy w końcu zrównał się z dekurionem – Ruszcie zady, trzeba ratować Styryjczyków. No tak, gwardia utknęła na wzgórzu Cal... Ceal... coś tam. Tym tam – wskazał ręką kierunek.
- Cailean – wtrącił krytycznie Gezwog, który miał doskonałą pamięć do mapy – Jak to utknęli?
- Co jak? Wspak. Uparli się, że się nie cofną, gwardia się nie cofa, czy coś tam.
- „Gwardia umiera, ale się nie poddaje”, to...
- A gówno! – huknął zza pleców centuriona ork – Będziecie tu tera poezje opowiadać, czy pójdziemy ich wyciągnąć stamtąd?
- Dalborg, kultury trochę...
- Pójdziemy – przerwał Rolf – Ale skutich nie ruszę stąd na krok. Nie będę pytał co w ogóle robicie w tym sektorze, ale niech będzie. Bez sensu byłoby tracić gwardię na jakieś mało ważne wzgórza.
- Taaaa, mało ważne.... – warknął ork, ignorując wymowne spojrzenie swojego dowódcy – A że stamtąd jest widok na całą przeprawę i można z drugim brzegiem się widzieć, to pies.... Vessal marr krifaus foszkan...
- Ukróć no tego najemnika... – Gezwog zmrużył oczy zirytowany, wyzwisko pod adresem swojego oficera każdy żołnierz traktował prawie jak obelgę względem własnego ojca, a z Rolfem dodatkowo łączyła go długoletnia przyjaźń. Zanim ork nazwany Dalborgiem na poważnie się nastroszył, Halvard powstrzymał jego dążenie do zadymy, odciągając w tył. Rolf skorzystał z chwili, gdy wyjaśniali sobie zawiłe kwestie autorytetu.
- Weź czterdziestu ludzi, strzelców i zwiad. Ciśnij od północy wzgórza, tą ściezką, którą zabezpieczyliśmy wczoraj. Jeśli wciągniecie Quaków w pościg, wyprowadzicie ich centralnie na nas, co wyjdzie z istotnym pożytkiem. Szóstą się nie przejmuj, u nich od dawna zapomnieli co to jest dyscyplina...

Huk wystrzałów zbliżał się, można już było wyczuć ten charakterystyczny, kwaśny, niepodobny do niczego, zapach wybuchowej substancji, która sprawiała, że pocisk wylatywał z rury na kiju ze śmiercionośną prędkością. Gezwog widział już rude kaftany, spowite burym dymem, widział złociste rozbłyski wystrzałów, słyszał charakterystyczne komendy gwardyjskiej tercji. Do tego absolutnie spodziewanego zestawu widoków nagle niespodziewanie dołączył inny. Kobiecy głos skandował dźwięcznie coś, co brzmiało jak zaklęcie i w istocie nim było. Słowa utonęły w łomocie i trzasku, Gezwog poczuł, że ziemia pod jego stopami drży, i pomyślałby że to może zmęczenie nieprzerwaną od miesięcy walką, ale jego towarzysze i żołnierze z szóstej wyhamowali i niepewnie łapali się najblizszych drzew lub przypadali do ziemi, nie chcąc się przewrócić. Gdzieś przed nimi przez ogólny huk przebił się przeraźliwy trzask pękających pni.
Kobieta nadal krzyczała zaklęcia, a do jej głosu dołączył jeszcze jeden.
Wergund chwiejnym krokiem przypadł do załomu terenu i spojrzał na roztaczający się przed nim widok. Na szczycie wzgórza, oparci o niewielką skałę stali Styryjczycy w regularnej tercji, muszkieterowie ładowali właśnie muszkiety, pikinierzy znieruchomieli w obronnym przyklęku, odgradzając towarzyszy od przeciwnika trzymetrowymi drzewcami, a pomiędzy nimi wojownicy z gotowymi do dobycia rapierami czekali na podejście przeciwnika. To jednak raczej nie miało szans się wydarzyć.
Na wysuniętym do przodu skalnym cyplu stała kobieta w męskim czarnym stroju, potargane kasztanowe włosy miała przyprószone pyłem. Towarzyszyło jej czworo ulundo, o ile Gezwog był w stanie ocenić, były to khor’zighira zwane potocznie wśród ludzi „krzakami”. Jeden z nich, z ramieniem przechodzącym w korzeń niczym utwardzony karwasz i twarzą pokrytą zarostem z mchu, wprawnie szył z łuku do podbiegających pod wzgórze Qa, podczas gdy jego pobratymcy miotali kamienie i inne pociski.
Za to czarno odziana kobieta unosiła dłonie, tam gdzie wskazywały końcówki jej palców, czyli po obu stronach atakującej fali przeciwników, unosiły się kłęby pyłu, waliły się drzewa, a ziemia pękała z łomotem i hukiem. Powstająca dzięki zaklęciu szczelina wypluwała kolejne warstwy skał i piachu, tworząc po „styryjskiej” stronie ziemną barykadę, która powoli zawężała wojownikom Zapołudnia pole do ataku. I wydawało się, że lada chwila kolejny jej spazmatyczny gest ramion, kolejna fraza zaklęcia, domkną tę barykadę i zakończą starcie, ale wtedy spod ściany lasu zasyczały w powietrzu wystrzelone strzały. Wielkie podwójnie refleksyjne łuki Zapołudnia miały dużą dynamikę i nośność nawet na pół kilometra, rany po obsydianowych grotach miały szarpane krawędzie i nieładnie się goiły.
- Cofnąć się! – padła komenda od strony Gwardii, drzewiaści ulundo cofnęli się rzeczywiście, ale magiczka zignorowała lecącą w jej kierunku salwę i pełnym wściekłości zamachem ramion posłała przed siebie poderwany z ziemi grad odłamków. Z dołu rozległ się wrzask trafionych tym swoistym siekańcem ludzi, który wzbudził na twarzy kobiety widoczną, ewidentną satysfakcję.
I wtedy oberwała.
Ostatnia strzała niemal przypadkowo trafiła ją w czoło i obaliła na ziemie. Wśród Qa rozległ się wrzask triumfu i pierwsi wojownicy, dzierżący potężne, śmiercionośne miecze o krawędziach nabijanych obsydianem, wyłonili się z dołu. Z szeregu gwardii z okrzykiem wyłamał się jeden ze Styryjczyków, ruszając biegiem w dół, za nim zawrócili też ulundo.
- Teraz! – wrzasnął Gezwog i nie usłyszał niemal równocześnie wydanej komendy styryjskiej. Gwardia ruszyła truchtem, w biegu niemal wywalając salwę, która zakryła ich dymem. Z tego dymu wyłonili się niczym duchy, rapiery uderzyły w atakujących i cofnęły się, piki zmiotły kolejny szereg i stanęły nieruchomo, by dać muszkieterom miejsce na kolejną salwę. Ale ta już nie nastąpiła. Zza pleców gwardii z wrzaskiem wyłoniła się wergundzka odsiecz. Gezwog kątem oka dostrzegł jeszcze, jak magiczka, najwyraźniej draśnięta tylko w czoło, podrywa się i lekko tylko przytłumionym głosem kończy swoje zaklęcie. Ziemia pękła niczym dojrzały arbuz, pochłaniając tych Qa, którzy nie zdążyli się cofnąć, a tych, którzy pozostali po niewłaściwej stronie szczeliny, zostawiając na pewną śmierć.

- To nie było mądre! – wrzasnął rudy gwardzista, ocierając pot z czoła wymiętym kapeluszem – Emilio! To mogło być twoje ostatnie zaklęcie....
- Spadaj, Nat... – kobieta w czerni odpowiedziała głosem o temperaturze lodu – Mogło być, ale nie było – ucięła, otrzepując gładki kaftan i poprawiając mankiety. Na palcu błysnął delikatną tęczą filigranowy pierścionek – Dzięki, nie trzeba – chłodno odtrąciła ramię mężczyzny, który chciał opatrzyć jej rozciętą skroń. Minęła go, jakby był niewidoczny i ruszyła ku skałom, jakby to one właśnie najbardziej zaprzątały teraz jej uwagę. Styryjczyk, ten który wyłamał się z szyku jej na pomoc, zacisnął szczęki i zmiął w ręce bandaż. Towarzysze za jego plecami spojrzeli po sobie porozumiewawczo.
- Szlag mnie trafi – mruknął ten nazwany wcześniej Natem – Leni, powiedz mu...
- Odpuść, Calid – czarnowłosa i niebieskooka Styryjka, do której się zwrócił, położyła rękę na ramieniu przyjaciela – Za którymś razem stracisz przy tym łeb, jak nie w walce, to ktoś cię kiedyś rozliczy za niesubordynację...
- I? – Calid zdjął kapelusz, wkładając w denko złożony płasko bandaż – Nawet jeśli, to byłoby dokładnie tyle ile jestem winien.
- Nic jej nie jesteś winien, człowieku! – zirytował się Nathaniel – To nie była twoja wina...
Dalszą rozmowę przyjaciół przerwało nadejście Wergundów. Niegdysiejsi wrogowie już dawno przyzwyczaili się do faktu, że walczą po jednej stronie i wrogość zastąpił chłodny szacunek, a czasem nawet serdeczność i przyjaźń. Teraz tym bardziej były powody do wylewnych podziękowań. Łucznik z rasy khor’zighira, imieniem Khaan, uścisnął Gezwoga i Halvarda tak, aż obydwaj zaczęli obawiać się o spoistość swoich żeber. Dowodzący oddziałem oficer w randzie furyera Nathaniel, korzystając ze stworzonej przez maginię Emilię pryzmy gruzu, zamienił ją w umocnioną barykadę. Linię obrony przesunięto tak, aby wzgórze stało się jej częścią, a za jego północnym stokiem rozbito obozowisko.
Nad polem bitwy opadał pył, pozwalając widzieć nieco wyraźniej. Rzeczywiscie, ze wzgórza Cailean bez problemu widać było lśniacą w zachodzącym słońcu wstęgę rzeki i wzgórza po drugiej jej stronie, dymy ognisk przy przeprawie i łunę frontu na południowym wschodzie, a na północy nawet odległe wieżyce Styrgradu. Gdyby wartujący na jego szczycie Styryjczycy mieli wzrok sokoła, dostrzegliby być może na północnym brzegu Izery niewielki, łysy, skalisty szczyt, a na nim kilka postaci. Podobnie jak styryjscy wartownicy, obserwowali oni całą dolinę rzeki, analizując przy okazji jej zarys na mapie.
- Raagardre, Kizafiera, czy Białe Brody – powtórzył rudowłosy elf machinalnie, jakby to ułatwiało mu poszukiwanie odpowiedzi – Brody, Kizafiera, Raagardre...
- Ze względu na to, że utrzymali Cailean, uważam, że jednak środkiem – odziany w szare szaty dyplomata poprawił kaptur tak, żeby ocieniał mu twarz, zupełnie jakby obawiał się, że pomimo szczelnej obstawy ktoś jednak ich obserwuje – Przejęcie przeprawy otworzy drogę na stolicę, utrzymując efekt zaskoczenia może uda się Styrgrad wziąć z marszu...
- Nie liczyłbym na to, tulya’Astendet – mruknął wysoki i mocno zbudowany jak na elfa ohtat. Wprawne oko szpiega zauważyłoby zapewne przykrytą kosmykiem włosów bliznę na twarzy, po której rozpoznałby Nivarada Naitha, jednego z najwyższych dowódców armii Hetanoru na południu – Setillion ma rację, to powinna być Kizafiera.
- To powinny być Białe Brody – elfka, mówiąca te słowa, miała włosy zawiązane burą chustą na modłę talsojską i równie bezbarwny, lekko poplamiony kaftan, ściągnięty szerokim skórzanym pasem – Wzgórze Cailean będzie nieocenione, jeśli chodzi o kontrolowanie okolicy. Jeśli zablokujemy brody, to odcięcie Styrii w rejonie Kizafiery to będzie formalność. Na Raagardre nie ma szans, tu się zgadzam. Uderzając środkiem, połączymy się płynnie z korpusem Korheniego i rozerwiemy ich siły.
- Bzdura – sarknął Setillion – Wybacz, nyar’Urwena, ale to zmarnuje nasze możliwości. Omawialiśmy to już.
- Więc?
- Więc decyzja należy się tylko jednej osobie.
Tulya’Astendet Meliaor westchnął niezauważalnie. Powiódł wzrokiem po zgromadzonych przywódcach i wyczytał w nich tylko pewność i zdecydowanie. On sam, choć to on był tym kamykiem, który poruszył lawinę, pewności nie czuł.
Bezwiednie spojrzał na północ. Gdzieś tam, za zasłoną mroku i odległości dalekie Aenthil układało się do snu u stóp nieśmiertelnych drzew, w cieniu białych wież, spowite zapachem kwiatów i ziół...
Otrząsnął się. To jeszcze daleko. Ale każda droga zaczyna się od pierwszego kroku. A jego córka zbyt wielką cenę zapłaciła, by teraz się zastanawiać.
- Decyzja należy się tylko księżnej. Ale ona złożyła ją w moje ręce. Uderzamy na Kizafierę.

Zgromadzeni na skalistym szczycie elficcy dowódcy pozostali tam jeszcze długo w noc, w milczeniu, w ciemności, obserwując okolicę. Gdyby obserwowali nieco dokładniej, lub też raczej – gdyby obserwowali nie tylko wrogów, dostrzegliby zmianę warty swoich przybocznych oddziałów. Wartownicy stali tuż poniżej szczytowych skał i bezsprzecznie słyszeli większość słów, które padły na wzgórzu. Jeden z nich, o kruczo- czarnych włosach, zdradzających przodka z rodu Laro, odmeldował się z warty i swobodnym krokiem ruszył w kierunku obozowiska. Po stu metrach ze śmiechem oznajmił towarzyszom, że zostawił na górze sakwę, a w niej istotne medykamenty. Rzeczywiście, uznali towarzysze, zostawiłeś ją na kamieniach. Elf, imieniem Saquarite, ruszył ku szczytowi, obiecując dogonic przyjaciół w obozowisku. Gdy tylko zniknęli za zakrętem, skręcił w las. Każdy, kto dostrzegłby Saquarite w lesie, zrozumiałby, że z całą pewnością nie należał do kasty ohtat, jak wskazywał jego ubiór i przydział służbowy. Szybkim truchtem przeszedł na południową stronę wzgórza, gdzie na stoku ponad las wznosił się skalny grzbiet. Elf wybrał takie miejsce, żeby absolutnie nie było możliwości zobaczyć go ze szczytu, wydobył ze skrytki na pasie niewielki amulecik. Puzderko otwarte i aktywowane słowem mocy zalśniło punktowym, różowawym światłem. Elf przysłonił je dłonią, po czym odsłaniał i zasłaniał kilka razy, nadając prosty świetlny sygnał.

Po drugiej stronie rzeki na wzgórzu Cailean magiczka Emilia da Tirelli samotnie siedziała nad wyrwaną przez jej własną magię szczeliną i rzucała w zamyśleniu kolejne kamienie, patrząc jak z głuchym echem odbijają się od ścian i rozbryzgują wodę, która zebrała się na dnie ponad piętnastometrowej przepaści. Na jej lewej dłoni kołysał się niewielki wisiorek, z odległości trudno było dostrzec, co takiego bujało się na prostym, posrebrzanym łańcuszku.
Spod skały także nie było tego widać, ale siedzący tam gwardzista wiedział doskonale. Pamiętał jej narzeczonego, eleganckiego młodzieńca o ofirskim akcencie. Ona też go pamiętała i nie musiała w tym celu patrzeć na puzderko, zawierające kosmyk jego włosów. Calid nie liczył na to, że ona kiedyś zapomni tego, którego kochała, a który pozostał w jaskiniach pod Vekowarem. Nie liczył na to, że po tylu latach, przez które towarzyszył jej na jej szlaku zemsty, ona kiedyś spojrzy na niego inaczej niż na towarzysza i ochroniarza. Przestał na to liczyć dłuższy czas temu. Ale stał, jak zawsze, żeby być obok, jeśli będzie trzeba, to odciągnąć ją znad zbyt kuszącej krawędzi albo spod wrogich ostrzy. Był jej to winien. Tak uważał.
Nikt inny tak nie uważał. Siedzący przy ognisku już nawet nie komentowali tej sytuacji, skupili się na czyszczeniu broni i porządkowaniu ekwipunku. Leni, korzystając z tego, że nikt jej nie obserwuje, odeszła od ognia ku szczytowi wzgórza. Odprawiła dwóch styryjskich wartowników, przejmując ich służbę i upewniła się, że oprócz Calida i Emilli w najbliższej okolicy nikogo nie ma. Odłożyła muszkiet pod skałą i wprawnie wspięła się na szczyt. Stamtąd widać było jeszcze lepiej całą dolinę obu rzek, lśniących w świetle księżyca bladymi wstęgami.
Oraz różowe światełko sygnału z drugiej strony rzeki.
Przyklękła na kamieniu, w zamyśleniu analizując treść otrzymanej wiadomości.
- Kizafiera... – szepnęła, wydobywając medalion do nadania odpowiedzi.


Saquarite, uzyskawszy potwierdzenie odbioru, zamknął puzderko i zabezpieczył za pasem. Odwrócił się i już miał ruszyć z powrotem, gdy poczuł obecność. Poczuł ją tak, jak tylko nyarowie potrafili odczuwać, zmysłem,który nie istniał u innych. Był pewien, że ktoś jest obok. Znieruchomiał, wytężając wzrok i słuch. Ale te zawodziły.
Jest za mną, pomyślał. Odwrócił się gwałtownie... i wtedy poczuł chłód ostrza na skórze karku.
- Lomin... – szepnął, wiedząc, że tylko Człowiek Cienia byłby w stanie zaskoczyć go w lesie. Odpowiedział mu niemal bezgłośny śmiech.
- Przekazane?
- Tak, lomin’Onfis – nyar zauważalnie odetchnął – Udała się cała operacja, ich wywiad uważa mnie za swojego agenta, a nyar’ów za potencjalnych sojuszników. Negocjacje z Lothelem z Caer sprawiły, że uznali mnie za godnego zaufania. Po śmierci Ylvy łatwo dali się przekonać, że możemy zrezygnować ze zmiany stron. Tulya’Astendet bardzo wiarygodnie przekonywał, że stoi na straży Trójprzymierza, które sam podpisał, a córki wyparł się jako zdrajczyni. Elidisa nikt nie słuchał. Wywiad styryjski banalnie łatwo to złapał, biorąc za dobrą monetę fakt, że zostali poinformowani o zdradzie Hetanoru od nowa. Po naszej stronie wciaż nikt nie wie...
Elf wciąż jeszcze mówił, zajęty zdawaniem raportu, minęła więc niezwykle długa sekunda, zanim do jego mózgu dotarło, że nie żyje. Lomin płynnym ruchem cofnął ostrze i wytarł je o ubranie zabitego.
- I tak ma zostać. Wywiad styryjski zemścił się oto za podanie mu fałszywej informacji. Bo Ylva Darren żyje i wciąż pilnuje tej sprawy, mój drogi, niedouczony nyar’Saquarite.
Przywódca Ludzi Cienia, będący ostatnio bardziej politykiem niż skrytobójcą, rzadko już brał sprawy we własne ręce, ale wciaż pozostawał mistrzem w swoim fachu. Gdy dotarł na szczyt wzgórza, nikt go nie zauważył. Dopiero Urwena wyczuła jego wyczekującą obecność, podobnie jak przed chwilą Saquarite, i odwróciła się szukając wzrokiem ukrytej postaci. Bawienie się w chowanego ze swoimi nie miało sensu.
- Sprawa dokonana – powiedział cicho – Możemy zaczynać.
Pozostali odwrócili się, wyraźnie zaskoczeni jego obecnością, ale nikt nie skomentował. Na chwilę zapadła cisza, po czym Astendet wezwał adiutanta i poważnym głosem przekazał mu rozkaz uderzenia na Białe Brody.


Leni było skrótem od Madleni i agentka pomyślała, że chyba by się wściekła, gdyby musiała nosić to imię. Schowawszy sygnałowy medalion wydobyła jeszcze szybko maleńką fiolkę i wkropiła sobie do oczu odrobinę zawartości. Gdyby ktoś mógł ją zobaczyć, zauważyłby, jak pociemniałe przedtem oczy robią się na powrót błękitne. Schowała fiolkę i znieruchomiała. Pod skałą usłyszała szelest. Spojrzała – Calid i Emilia siedzieli wciąż na swoich miejscach. Ten Wergund, pomyślała, widząc w ciemności zarys munduru, widziałam go w osadzie Krevaina. Diabli nadali.
Dyskretnie zsunęła się po drugiej stronie skały i poczekała aż Gezwog wróci do ogniska, po czym bezszelestnie podeszła do Calida. Gwardzista zerwał się, zaskoczony.
- Na litość bogini, Yl.... Leni... – zmitygował się w pół słowa, po czym dostrzegł jej poważny wzrok – Wiadomość?
- Mhm – potwierdziła mruknięciem – Potrzebuję gońca do sztabu. Nie. Trzech gońców, jednego mi zdejmą.
- Jasne. Zaraz będą. Co podał?
Ylva wyciągnęła z sakwy trzy malutkie fiolki, w których środkach kryły się małe zwoje papieru. Na każdym maleńkim rysikiem wypisała nazwę, zwinęła, wrzuciła z powrotem do pojemniczków i zalała tym samym płynem, którym przed chwilą zakropiła oczy, zapewniając im nienaturalną, niebieską barwę. Aby odczytać wiadomości, trzeba było wkropić najpierw neutralizator, inaczej po zetknięciu z powietrzem papier błyskawicznie czerniał i był nie do odczytania.
- Podał Kizafierę.
Gwardzista sapnął głośno.
- Cholera, trzeba będzie wzmocnić całą zachodnią flankę, zdjąć część osłony z przeprawy...
- Nie.
- Co?
- Nie. Nasz rzekomy agent wśród elfów był fałszywką. Uderzą na Białe Brody. Jeszcze dziś w nocy.


Władca Koni


Rajni
Księżyc świecił ostrym blaskiem, zalewając całą równinę kaskadami bladego światła. Rajni, najstarsza córka kniazia plemienia Urdu dociągnęła popręg biegnący pod brzuchem smukłego siwka, leniwie skubiącego kępkę żółknącej trawy. Step powoli szykował się na nadejście gorącego, suchego lata. Żywa zieleń ustępowała stopniowo i gdzie niegdzie można już było dostrzec bladożółte pola wysuszonej darni. Wyuczonym ruchem wsunęła dwa palce pod skórzany pas, sprawdzając, czy zostawiła wystarczająco dużo miejsca dla swobodnego ruchu końskiej klatki. Przeczuwała, że oboje się zmęczą. Rzuciła jeszcze przelotne spojrzenie w stronę rodzinnego namiotu, ale nikt nie wyszedł, żeby ją pożegnać.
Na dobrą sprawę mogła się tego spodziewać. Zwinnym susem znalazła się w siodle. Uśmiechnęła się pod nosem wspominając, jak kiedyś, jeszcze za jej lat dziecięcych do osady przybył wędrowiec z kraju na południu. Był dość bogato odziany, a do tego opowiadał ciekawe historie o pięknych miastach z wielkimi świątyniami i fontannami. Szczególnie dobrze zapamiętała właśnie te fontanny, bo wizja otoczonego kamiennymi blokami źródełka wydała jej się niesłychanie zabawna. Co prawda wędrowiec opowiadał coś o skomplikowanych systemach, które miały zasilać to źródełko, ale kto by się tym przejmował. Szczególnie, że zarówno miasta jak i fontanny zostały zniszczone przez hordy strasznych stworzeń. Pamiętała, że jakiś czas po tych historiach śniły jej się upiorne sceny walki, pełne ludzi o twarzach porośniętych mchem albo skórze z kamienia. Wędrowiec pałał do nich wielką nienawiścią, bo to przez nie musiał uciekać z kraju. Czy coś takiego. Nie była tego do końca pewna. Ale pamiętała doskonale jak chłopcy zaproponowali mu konną wycieczkę po okolicy. Osiodłali dla niego najbardziej potulną, starą klacz, która służyła już tylko do nauki jazdy dla na prawdę małych dzieci, a i tak kilka razy musieli zbierać go z ziemi. Nie mówiąc już o straszliwym lamencie, który podniósł już po kilku godzinach jazdy, a wywołany był tylko i wyłącznie siodłem.
A raczej tym jak bardzo wbijało mu się w najszlachetniejszą część ciała.
Rzeczywiście, może drewniane siodło nie należało do najwygodniejszych, ale Rajni przyzwyczajona do niego od dziecka zupełnie nie odczuwała tych niedogodności. Nie przeszkadzały jej też olbrzymie, bogato zdobione, metalowe nity wypadające w środkowej części ud, a dla wędrowca stanowiące prawdziwą zmorę.
Uśmiechając się do wspomnień, poprawiła się w kulbace i popędziła siwka do galopu. Musieli się spieszyć. Księżyc świecił jasno i miała wrażenie, że dzięki temu duchy widzą ją wyjątkowo dobrze. Czuła ich obecność, zarówno tych dobrych jak i tych mniej przyjaznych, czekających tylko aż zaśnie ukołysana miarowym taktem końskich kroków. Dlatego zdobienia kłuły w uda, zawsze wyrywając z drzemki na czas. Doskonale wiedziała, że zasypiając na grzbiecie siwka od razu przeniesie się do dolnego świata. Miała do tego naturalną predyspozycję, co nie cieszyło nikogo w rodzinie, bo nie wykazywała przy tym innych zdolności szamańskich. Niebieskie wstążki zawiązane na końskiej grzywie unosiły się na wietrze, stanowiąc przestrogę dla wszystkich istot czających się na nią na pograniczu światów. Czerwona szarfa, którą nosiła na czole dawała dodatkowe poczucie bezpieczeństwa.
Przecież ją wybrał.
Kniaź Sukkbaatar miał siedem córek, a on wybrał właśnie ją.
Czasem nachodziła ją myśl, że smutno będzie pożegnać się z nieskończoną, porośniętą trawą równiną, błyszczącą łysiną księżyca i aksamitnymi chrapami siwka, którego dostała na trzynaste urodziny.
Ale nie było wyboru. Czuła, że z każdą nocą jej czas się kurczy i, że już niedługo na jej miejsce przyjdzie kolejna, a potem kolejna. Tak po prostu było. Plemię Urdu trwało na straży tajemnicy od lat.
A dopiero od niedawna ta tajemnica stała się jedną z najpilniej strzeżonych na świecie.

Tropiciel
Tropiciel dopiero niedawno trafił na kolejny ślad. Poprzedni urwał się nagle i niespodziewanie, kiedy zmuszony był salwować się ucieczką przed konnymi, którzy wyjechali po dziewczynę. Podążanie za nimi na stepie nie było łatwe. Rozległe, trawiaste przestrzenie wymuszały trzymanie dużego dystansu, a dziewczyny były przyuczone do częstej zmiany trasy i sprytnego kluczenia przy blasku księżyca. Dlatego podziękował Wielkiemu Duchowi za pomyślność, kiedy niemal przypadkowo odnalazł świeżą ścieżkę wśród wysokich traw, które o tej porze roku były dużo bardziej suche i łamliwie, dodatkowo ułatwiając mu pracę. Jakby na potwierdzenie swoich przypuszczeń znalazł wdeptaną w ziemię końskim kopytem, delikatną, niebieską wstążeczkę. Uśmiechnął się spierzchniętymi ustami, ale zachował czujność. Wciąż nosił w pamięci ostatnią porażkę, kiedy jakaś sprytna siksa wyprowadziła go w pole, chyba kilkakrotnie przejeżdżając dość długi odcinek po swoich własnych śladach. Poranek zastał go wtedy nad nagle urwanym tropem, a chichot duchów stepu smagał go po plecach jak bicz. Ale rzadko zdarzało się, żeby dziewczyny miały tak dużo czasu. Często kluczyły i starały się łamać trop, ale na to był przygotowany.
Tym razem coś podpowiadało mu, że jest inaczej. Jadąca tędy dzierlatka wyraźnie się spieszyła, a niebieskie wstążeczki świadczyły wyraźnie, że miała już do czynienia z duchami należącymi do Selenge. Aż wzdrygnął się na samą myśl. Darzył szamankę dużym szacunkiem, ale głównie wynikał on z obawy przed jej wielką, zupełnie niekontrolowaną mocą. Władała wielką ilością duchów, a pozycja przy Wielkim Kaganie pozwalała jej na spełnianie wszystkich ich zachcianek i tym samym na utrzymywanie całej hordy w gotowości. A jednocześnie sama nie była w stanie odnaleźć Kurhanu. Gdy zwróciła się do niego z prośbą o pomoc w tym przedsięwzięciu poczuł się mile połechtany.
Obecnie czuł się trochę bardziej jak niewolnik ciągnięty w jasyr. Niby miło, że nie zabili od razu, bo to znaczy, że doceniają walory, ale z drugiej strony perspektywy na horyzoncie też niezbyt ciekawe.
Jako epitafium dla jego niewesołych rozmyślań na wydeptanej wśród pożółkłych traw ścieżce wyrosło nagle imponująca górka końskich odchodów.
Tropiciel ucieszył się. Nie lubił się tym chwalić, ale teraz był w stanie określić, kiedy ostatni raz dziewczyna stawała na popas i co oraz w jakiej ilości jadł wtedy jej wierzchowiec. Za dzieciaka śmiali się, że on nawet maść konia ustali na podstawie jego gówna.
I choć nie była to prawda, miał niejasne przeczucie, że wierzchowiec dziewczyny jest siwy.

Rajni
Kurhan z daleka przypominał zwykły pagórek. Pamiętała, że kiedy zobaczyła go po raz pierwszy była bardzo zawiedziona. Sama nie potrafiła zdefiniować, czego się spodziewała, ale na pewno nie tego. Ot, zwykła górka porośnięta nieregularnymi plamami trawy. Dopiero, kiedy znalazła się w środku, zrozumiała, dlaczego Kurhan nie może być imponujący z zewnątrz.
Złożono w nim wspaniałe bogactwa, mające stanowić dobytek Mori Khana gdyby zdecydował się obudzić.
Jednak na razie nic na to nie wskazywało. Jego duch krążył gdzieś po wszystkich trzech światach, a ciało spoczywało w centralnej komorze, wciąż żywe i ciepłe, chciwie pijące jej energię i krew, zabierające powoli kolejne lata życia na rzecz swoich dni. Sama nie wiedziała, czy bardziej go kocha czy nienawidzi. Legenda mówiła, że Okhin która doświadczy przebudzenia Mori Khana zostanie jego pierwszą żoną, a bieda, głód i wojna nigdy nie będą jej udziałem. Rajni nie była przesadnie naiwna, dlatego brała legendy przez grube sito, ale za każdym razem liczyła podświadomie, że w końcu zobaczy oczy mężczyzny. Kto wie, może nawet rozświetlone miłością do jej osoby. Ale zamiast tego w każdym odbiciu swojej twarzy widziała coraz więcej okalających ją, białych jak mleko pasemek. To nie wróżyło dobrze. Wiedziała, że kiedy jej włosy zbieleją skończy się czas posługi dla Mori Khana, a zacznie czas umierania. Jeśli będzie miała szczęście to potrwa to nawet kilka lat, podczas których będzie mogła przygotowywać kolejne dziewczynki do roli Okhin. Ale znała też takie, które przekraczały granice światów już po kilku dniach.
Kurhan był bardzo duży, dodatkowo drążony w ziemi. Komory wykonane były z kamienia i drewna, które rzeźbiono w sceny z pieśni. Wielcy bohaterowie walczący z demonami i duchami zerkali na nią kątem oka, a piękne kobiety towarzyszące im podczas zupełnie innych scen, spoglądały zalotnie. Do centralnej komory prowadziły dwie mniejsze.
Pierwsza, stanowiąca niejako przedsionek całego kurhanu, obłożona silnymi zaklęciami i klątwami, strzeżona przez duchy zaklęte w drewnie i kamieniu przed wieloma laty. Co rok kniaź plemienia Urdu razem ze swoimi szamanami zamykali w tym pomieszczeniu kolejne duchy, zaprzęgające je w służbę Mori Khana. Podobno upodobał sobie szczególnie duchy koni, dlatego ze ścian pierwszej komory wyrastały drewniane, pięknie rzeźbione, końskie łby o oczach wysadzanych lśniącymi kamieniami. Zawsze kiedy zapalała świeczkę, miała wrażenie, że w tych oczach pobłyskuje życie. Duchy przepuściły ją bez trudu, rozpoznają niczym starą przyjaciółkę.
Druga komora była przeznaczona dla Okhin. Mogła tam zostawić swoje szaty, obmyć się z trudów podróży, wyczesać splątane włosy. Wisiały tu dwa wielkie lustra w bogato zdobionych ramach. Ktoś umieścił je na przeciw siebie, tak, że kiedy stała na środku zwielokrotniały jej sylwetkę w nieskończoność. Jak zawsze przyjrzała się sobie krytycznie, przesunęła palcami po włosach. Sięgały jej już dobrze za pas, a krótka grzywka dobitnie świadczyła o wieku. Dziwnie się czuła patrząc na czerń, która towarzyszyła jej od dzieciństwa, wypieraną stopniowo przez niezdrową, trupią biel. Założyła zwiewną, białą szatę, jedną z wielu leżących w olbrzymich, drewnianych skrzyniach. Przepasała się czerwoną szarfą, którą wcześniej miała na czole. Na nadgarstki i kostki założyła grube, złote bransolety. Na pasie zapięła jeszcze złoty pas z małym, ale bardzo ostrym nożykiem. Niewielka, pozioma blizna na jej lewym nadgarstku błysnęła spod bransolety.
Wodę przywiozła ze sobą, w dużych, skórzanych bukłakach, teraz tylko przelała ją do srebrnych mis. Do jednej kilka kropel wonnych olejków, a drugiej rozpuściła krążek mydła.
Powoli, żeby nie wylać nawet kropli, zaniosła je do komory centralnej, ustawiła na kamiennym postumencie tuż obok niego.
Mori Khan jak zwykle pogrążony był we śnie. Skórę miał bardzo bladą i suchą, co mogła ocenić nawet w rozchybotanym blasku świec, a usta spierzchnięte. Chyba rzeczywiście zbyt długo zwlekała z wizytą w Kurhanie. A może jej poprzedniczka nie dotarła? Spojrzała na duże, wąskie dłonie mężczyzny oceniając długość paznokci. Rzeczywiście, wyglądało na to, że nikogo tu nie było przynajmniej przez kilka dni. Poczuła na karku zimny dreszcz. Wiedziała, że Selenge ściga je i tropi, spragniona mocy Mori Khana. Ale dotychczas ochrona, którą zapewniało im bycie Okhin w zupełności wystarczała. Czyżby coś się zmieniło?
Przystąpiła do długiego, żmudnego procesu pielęgnacji szamana. Mimo, że ciało się nie starzało podlegało podobnym procesom jak ciało człowieka pogrążonego we śnie. Utrzymanie Mori Khana w dobrej kondycji wymagało ciągłych masaży, odpowiedniego układania przy pomocy miękkich poduszek, mycia i natłuszczania skóry, obcinania paznokci i zaplatania włosów. Wszystkie Okhin uczyły się tego pod czujnym okiem tych, których włosy zbielały jak śnieg. Później każda spędzała w Kurhanie kilkanaście dni, aż została zmieniona przez następną. Okhin nie znały się, zazwyczaj ich wizyty przebiegały w jednodniowych odstępach. Pieczę nad nimi wszystkim sprawował doradca jej ojca, stary szaman Czuluud Gol, dbający by zawsze była odpowiednia liczba Okhin do opieki nad Mori Khanem i nadzorujący czasami ich pracę.
Rajni wyciągnęła nożyk. Nacięła bliznę głęboko, a krople żywoczerwonej krwi zaczęły spadać na spierzchnięte usta mężczyzny, potem na zamknięte powieki i blade policzki. Wszystkie parowały po kilku sekundach, jakby skóra szamana sprawiała, że parują.
Tak jak ją uczyli, najwięcej kropel spadło w miejsce bijącego serca, którego drżenia mogła wyczuć pod palcami.

Tropiciel
Koń puszczony był wolno i niewprawny obserwator pewnie uznałby go za zwykłego, dzikiego rumaka. Ale nie on. On widział delikatne zniekształcenia od siodła i typową postawę wierzchowca. Rzeczywiście, był siwy. Doskonale wiedział, że nawet nie podejdzie do zwierzęcia. Wszystkie samnijskie konie były złośliwymi bydlętami znoszącymi (choć nie zawsze) tylko swoich właścicieli, w dodatku zda się, że w trudem. Ale niedaleko końskiej sylwetki wyrastał wyjątkowo nieurodziwy pagórek. Trochę nie chciało mu się wierzyć, że to osławiony Kurhan, miejsce spoczynku najpotężniejszego szamana tej ziemi, którego imię przyprawiało Selenge o ostry ból głowy. Ale tropy prowadziły dokładnie tutaj. Nie był pewien ile osób było w środku. Z obserwacji wynikało, że zajmują się nim same dziewczyny, głównie pochodzące z plemienia Urdu, w dodatku przybywające tu samotnie. Jednak, jak nauczyło go życie, ostrożności nigdy za wiele.
Poprawił pas z kindżałem i zaczął podkradać się po łuku, starając ominąć konia z jak największej odległości. Wolałby już chyba konfrontować się z wściekłym psem.
W końcu dotarł do pagórka. Rzeczywiście teraz mógł dostrzec niepozorne, drewniane drzwi w kamiennym omurowaniu. Były bardzo małe, tak, że aby wejść będzie musiał się niemal zgiąć wpół.
Zawahał się.
Może to nie było to miejsce?
Wyobraził sobie, że wraca do Selenge i mówi jej, że znalazł jakiś kurhan.
Co jest w środku, pyta szamanka, a jej nienaturalne, błękitne jak niego oczy zwężają się w szparki.
Nie wiem, odpowiada on z rozbrajającą szczerością, bałem się zajrzeć.
Aż zaśmiał się w duchu z tej sceny, chociaż jej kontynuacja nie była szczególnie przyjemna.
Możliwie cicho starał się popchnąć drzwi. O dziwo, ustąpiły zupełnie bez skrzypnięcia, lekko i miękko. Oczywiście, że wyczuł podstęp. Nie był głupi.
Ale nie był też magiem ani szamanem, żeby teraz rzucić jakieś zaklęcie i obserwować, co się dzieje. Mógł tylko wejść, choć intuicja podpowiadała mu, żeby rzucić to wszystko w cholerę i wiać do Pethabanu. Mógłby założyć tam plantacje i nosić turban. Na pewno coś tam uprawiają.
Skulił się i wszedł do środka, schodząc po kilku stopniach w dół. Pomieszczenie było dość wysokie, żeby się wyprostować. Z początku nie widział nic. Ciemność i zatęchłe powietrze.
A potem, kiedy oczy przyzwyczaiły się do ciemności rozjaśnianej mdłym światłem pojedynczego kaganka, dostrzegł setki par końskich oczu patrzących na niego za ścian. Cofnął się, uderzając plecami w drzwi, które nagle były zamknięte. Usłyszał tętent końskich kopyt, dobiegający zewsząd. Końskie łby były coraz bliżej, jakby pochylały się nad nim. Widział rozdymające się gniewnie chrapy i błyszczące oczy, czuł gorący oddech na swojej twarzy. Otaczały go ze wszystkich stron, zacieśniały krąg. Miał ochotę krzyczeć, ale głos uwiązł mu w gardle.
Ciemność dookoła nich eksplodowała feerią barw.

Selenge
-Znaleźliśmy ciało na równinie przed Samakarandą, pani Selenge. Wygląda jakby został... stratowany przez konie?
Odprawiła ich ruchem ręki i ze złością rzuciła na ziemię ozdobny puchar. Potoczył się z głuchym brzękiem. Przycisnęła palce do skroni.
-Czy mogę przeszkodzić?- Mundzuk Bejzd, szaman z plemienia Urdu, pełniący obecnie funkcję najbliższego doradcy jej brata pojawił się niczym duch.
Uniosła na niego gniewna spojrzenie.
-Czego chcesz, Mundzuk?
-Doszły mnie słuchy, że twoi ludzie odnaleźli ciało tropiciela, który gościł tu kilka miesięcy temu. Słyszałem również, że powód śmierci wydaje się być... niepokojący.
Na jego przystojnej twarzy malował się obrzydliwy uśmiech triumfu. Mimo, że przecież wiedział, że jej duchy są w stanie w sekundę zmieść go z powierzchni ziemi. Ale wiedział też, że jej brat byłby wtedy wielce niezadowolony.
-Mówiłem ci, żebyś zostawiła w spokoju Mori Khana. Jego pomoc jej najlepszym, co mogło nam się teraz przytrafić.
-Gdybym miała moc Władcy Koni, to nie musielibyśmy być uzależnieni od widzimisie półmartwego szamana sprzed wieków- wycedziła wściekle- A to byłoby wielce pomocne w obecnym czasie.
Pokręcił głową w zadumie.
-Jesteś bardzo potężna Selenge, ale nie rozumiesz, że w przypadku Morki Khana chodzi o coś więcej. O absolutne oddanie. O poświęcenie. O zamknięty krąg.
Selenge, siostra Wielkiego Kagana Utherysa Sartariana, prychnęła.
-Też mi poświęcenie! Podróżowanie przez światy ze zgrabną możliwością powrotu, jak już mu się znudzi.
Mundzuk Bejzd zaplótł ręce na piersi.
-Widzisz Selenge, może w tym wszystkim nie chodzi tylko o niego. Ale nie jest dobrze, jeśli dziewczęta giną po drodze, lub jeśli opętują je duchy. Mori Khan nie jest wtedy zadowolony. Ale chcesz lub nie, jest wojna. A jego osoba jest jedną z kart przetargowych twojego brata. Więc powściągnij swoje żądze- spojrzał na niż niemal z rozbawieniem- Przynajmniej w tej kwestii.

<...>
Rajni natarła twarz mężczyzny olejkiem i przez moment miała wrażenie, że zobaczyła uśmiech błąkający się na bladych wargach.
Nad stepem unosił się wąski sierp księżyca.



 

obozy
 
STREFA FORMALNOŚCI

CENY, TERMINY, REZERWACJA
Zapraszamy na naszą stronę organizacyjną
OBOZY-WAKACYJNE.pl
 

obozy
 

Tutaj znajdziesz aktualny
FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY
na larpy w 2019 r.
 

obozy
 
Nowość!

Historie, przewijające się przez więcej niż jedną fabułę.
 

obozy
 
Tu znajdziesz pliki z podręcznikami do druku

Dla magów, kapłanów i innych.
 

facebook
 
Aktualnosci, konkursy, zapowiedzi, liczna społecznosć Silberowiczów - zapraszamy :)
 

kortunal
 
Organizator:

 

Baza WAROWNIA
 
Nasza kwatera larpowa
WAROWNIA

 

Logowanie
 
Nazwa Użytkownika

Hasło



Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
 

Copyright © 2009 Kortunal - Turystyka i Przygoda
Wykorzystanie materiałów zawartych w serwisie bez zgody właściciela zabronione.