Opowieść w opowieści- Marcin Grabysz
Dodane przez dnia Luty 14 2015 14:22:41
- Trewil zawsze najpierw działał, a potem myślał – kontynuował karczmarz wycierając kufle brudną ścierką, którą niejeden brzydziłby się wziąć do ręki – Więc tak, to do niego podobne. Oprócz tego? Elf jak elf, szybki, długowłosy, ostrouchy. Zwykle z taką przepaską na głowie. I zawsze nosił przy pasie te swoje dwa mieczyki, jak wykałaczki. Napijecie się?
Kobieta będąca świeżo upieczonym oficerem miejscowych służb porządkowych skarciła wzrokiem niższych rangą kolegów ze straży, wyciągających ochoczo ręce po napełnione kufle. Nienawidziła prowadzić śledztwa w takim miejscu. Każdego świadka powinno się zawlec do lochu, przesłuchać i przetrzymywać tak długo, aż znajdzie się przestępca. Teraz te nowe zasady skrybów siedzących za biurkiem wyższym niż oni sami: „Podczas śledztwa nie mogą ucierpieć postronni, bla, bla, bla.” Podobno gdzie indziej się tak nie cackają. Tylko tu w Ofirze… ech.
- Nie to nie – karczmarz schował kufle pod ladą – Ale wracając do tematu. Na czym to ja… ach. Za to ten drugi to ofirczyk. Uczony. Do szpiku kości, uczony. Niejaki Syleus Agnilioni. Słyszałaś o nim? Nie? Podobno kiedyś Liga Kupiecka…
- Nie interesują mnie historyjki – przerwała tonem zimnym jak skute lodem fiordyjskie wybrzeża – Chcę znać prawdę.
Miała włosy obcięte na krótko, a na prawym policzku szpecącą bliznę. Cała była zimna i groźna. Tak groźna, że wielu by się przestraszyło na sam jej widok, ale karczmarz niejedno w życiu widział. I to nie wychodząc z oberży. Znał to spojrzenie. Spojrzenie oficera tuż po awansie, który zrobi wszystko aby do ostatniego kieszonkowca wyplenić przestępców jak chwasty w ogródku. Mimo to, i tak prędzej czy później nadchodził moment nazywany przez starszych wojaków „zluzowaniem”, kiedy zaczyna się rozumieć, że ogół przestępczości, zawsze będzie silniejszy niż żelazna ręka sprawiedliwości.
- Wiem tylko tyle ile Trewil mi opowiadał…
- Mów.
- No więc było tak…
*
Sala jadalna posiadłości pana Sialloniego o tej porze była pusta – posprzątana już po obiedzie, a o kolacji nikt jeszcze nie myślał.
Nagle Trewil kątem oka zauważył tuż obok siebie poruszenie i metaliczny błysk. Reagował szybciej niż myślał. Elfi refleks wiele razy uratował mu życie. Odruchowo odskoczył w bok i od razu przekoziołkował. Momentalnie wstał na nogi, odwrócił się i w tej samej chwili wyszarpnął z pochew dwa miecze. Dopiero teraz spojrzał na potencjalnego napastnika. Mogła to być również służąca z błyszczącą srebrną tacą. Nie miał czasu nic zobaczyć, ale zdążył akurat zablokować cios wymierzony sztyletem. Przez chwilę zwarli się ze sobą. Trewil miał dwie bronie, był także silniejszy. Odepchnął napastnika pod ścianę i dopiero teraz mógł mu się przyjrzeć.
- Astarion Polemanius!
*
- Nie, Syleus. O pojedynku opowiem dopiero na końcu – Trewil pociągnął z kufla, popatrzył po twarzach zaciekawionych klientów oberży i karczmarza, a potem przeniósł wzrok na ofirskiego uczonego – Najlepiej to się nie wtrącaj.
Rozparł się wygodnie w fotelu i wpatrzony w skaczące płomienie w kominku zaczął opowiadać.
- Zaczęło się tak naprawdę dziesięć lat temu, kiedy przez przypadek ocaliłem życie pewnemu ofirskiemu możnowładcy, niejakiemu panu Sialloniemu, oraz jego córce, napadniętym przez miejscowych rozbójników. Nic wartego uwagi.
*
- Jakże ja się odwdzięczę, mości elfie, mów o co prosisz!
- Ja? – Trewil zawahał się – w sumie to niczego nie potrzebuję.
- Uratowałeś nam życie!
- No to… - elf przeniósł wzrok na ośmioletnią dziewczynkę – Chcę zostać zaproszony na jej osiemnaste urodziny.
- Ależ mości elfie! Ona jest już zaręczona…
- Nie o to mi chodziło.
- Nie o to?
- Nie. Lubię uczty. Chyba organizujecie ucztę, prawda?
- No tak, organizujemy, na pewno…
- Więc chcę zostać zaproszony.
*
- Takoż właśnie dostałem zaproszenie na bal z okazji osiemnastych urodzin Issali, córki pana Sialloniego. A że przez dziesięć lat, obfitujących zresztą w różne inne ciekawe zdarzenia, zapomniałem całkiem o istnieniu kogoś takiego, o mało bym nie poszedł. Na szczęście – czy też nieszczęście – pewien uczony, winny Lidze Kupieckiej osiemdziesiąt senatusów…
- Nie wymieniajmy nazwisk – wtrącił siedzący obok Syleus.
- … obdarzony był znakomitą pamięcią – dokończył Trewil – Utkał też bardzo misterny, jak na niego, plan. Plan ten przewidywał, zresztą słusznie, że pan Sialloni – jak na ofirskiego bogacza przystało – posiada wiele znajomości w Lidze Kupieckiej. Dzięki którym to znajomościom mógłby umorzyć dług naszego Syleusa, aby ten mógł wreszcie bez problemu chadzać na różnorakie bankiety i spotkania filozofów, bez obawy, że zostanie nagle aresztowany...
- Mówiłem nie wymieniajmy na…
- Nie przerywaj. Przewidywał również, że w tym celu zabiorę go na bal… po raz kolejny słusznie. Zawsze za łatwo można mnie było przekonać… Opowiadaj dalej Syleus, mnie zaschło w gardle.
- Na dwór pana Sialloniego przybyliśmy na parę dni przed przyjęciem – kontynuował opowiadanie uczony – Nie jako jedyni. Dwóch, myślę że najważniejszych w tej historii, gości też tam czekało. Radzę ich sobie dobrze zapamiętać. Pierwszy z nich, niejaki Ollen Innori. Ledwie młodzik, trochę rozmarzony, początkujący magik na uniwersytecie w Tulos, o takim wyrazie twarzy jakby wiecznie był czymś zdziwiony. Ukochany Issali. Drugi, bogacz Astarion Polemanius, troszkę starszy…
- Troszkę? W twoim wieku, Syleus.
- Mniejsza o to. On był za to z Issalą zaręczony.
- Wiem co się święci – mruknął karczmarz.
- Była tam też matka Polemaniusa, także ważna osoba – dodał uczony– Ale na razie nie o niej.
- Wszystko zapowiadało się bardzo dobrze – Trewil, napiwszy się piwa znów opowiadał – Miałem nadzieję poodpoczywać od podróży i niecnych intryg…
- Aż w ogrodzie spotkaliśmy Issalę.
- W rzeczy samej. Ta zapłakana, rzuca się mi na szyję. „Trewil, ratuj, Trewil pomóż!” Domyślacie się pewnie co było dalej. Ona opowiada o tym, jak kocha Ollena Innoriego i nienawidzi Polemaniusa a ja, jak zwykle zbyt prosto ulegając namowom ładnych kobiet…
- Obiecujesz pomóc. Był tylko jeden szkopuł.
*
- Cóż – dziewczyna pociągnęła nosem i wysmarkała się w chusteczkę podaną jej przez Syleusa – Ollen chciał wyzwać Polemaniusa na pojedynek, ale powstrzymałam go, bo… no, on ma wiele, wiele zalet, ale nie umie walczyć zbyt dobrze…
- No tak, to jest problem – Trewil usiadł na murku i zadyndał nogami.
- Ale za to Ollen jest adeptem sztuk magicznych! Umie zapalić świeczkę magią! I gra też na flecie, i jest taki przystojny!
- A twój ojciec? Rozmawiałaś z nim?
- Tatko bardzo mnie kocha. Na pewno gdybym go poprosiła, odmówił by Polemaniusowi, ale… to nie było by dobrze odebrane przez ofirską szlachtę. Nie chcę, żeby tata stracił szacunek przeze mnie, ale też nie chcę wyjść za tego, tego…
- Polemaniusa.
- Tak! Trewil proszę cię, porozmawiaj z nim, albo zrób mu coś, tak bardzo, bardzo cię proszę! I pamiętaj, że nie może dojść do pojedynku z Ollenem, wiesz… on bywa czasem trochę porywczy…
*
- No i… zakasałem rękawy, a Syleus został pilnować Issali, żeby jeszcze nie zrobiła czegoś głupiego.
*
Służący zaprowadził Trewila do gościnnych komnat należących do Polemaniusa. Elf poczekał chwilę aż się oddali, po czym zapukał delikatnie. Ponieważ nikt nie odpowiadał, zapukał znowu, tym razem głośniej. Dalej cisza. Wreszcie nacisnął na klamkę. Drzwi uchyliły się.
Trewil miał wiele zalet. Był pomocny, potrafiący się dostosować do różnych sytuacji, sprytny.
Ale był też ciekawski. Niezmiernie ciekawski.
Ostrożnie wszedł do środka. Rozejrzał się. Komnata nie była bardzo obszerna. Szerokie i miękkie łoże, stolik z rozrzuconą korespondencją, parę kredensów i obszerna szafa na ubrania. W kącie stała harfa. Trewil powstrzymał dłoń, która z ochotą zamierzała przejechać po strunach instrumentu. Zawsze go ciągnęło do muzyki.
Ledwie co wszedł, usłyszał kroki. Dzięki wyjątkowemu słuchowi na tyle wcześnie, że miał czas zdecydować się co robić. Otworzył szafę. Uwagę zwróciła bezwładnie rozrzucona na dnie sterta ubrań. Wskoczył do środka i zamknął drzwiczki.
Zdziwił się gdy sterta ubrań zajęczała.
- Och, przepraszam – wybąknął – Nie wiedziałem, że szafa jest zajęta.
- Żaden problem – odparła lekko stękając sterta ubrań – Co chciałeś ukraść?
- Ja? – zdziwił się Trewil – Właściwie to nic.
- Między nami złodziejami nie musi być tajemnic – rzekła sterta ubrań z lekkim wyrzutem – Ja dla przykładu jestem tu po to, żeby ukraść jakieś listy czy kontrakty, podobno bardzo ważne dla jakiegoś szlachcica na „B” albo „R”…
- Polemaniusa?
- Właśnie.
- Ja, szczerze mówiąc to szukałem jakiegoś sposobu, żeby nie doszło do małżeństwa córki właściciela tych ziem z owym Polemaniusem
- Może jakoś sobie pomożemy. Auu, możesz nie wbijać we mnie kolana?
- Wybacz.
- Cicho, wchodzą!
*
- Ach tak – dodał uczony – I żeby było zabawniej, ofirskie prawo mówi, że jeżeli nakryje się romans kobiety która jest mężatką, lub jest już zaręczona, ów kochanek ponosi konsekwencje…
- Słuszna uwaga, Syleus.
*
Trewil miał o tyle więcej szczęścia nad leżącym pod nim złodziejem, że głowę położył tuż przy szczelinie między drzwiczkami szafy, mógł więc zobaczyć kto wszedł do pokoju. A był to we własnej osobie Astarion Polemanius wraz ze swoją sędziwą już matką, wyraźnie podekscytowani.
- Wiem gdzie Ollen Innori trzyma listy – poinformował Polemanius – Podpatrzyłem go. Chował je w prawej szufladzie swojego biurka.
Trewil poczuł pod sobą poruszenie. Kopnął lekko stertę szmat, żeby leżała spokojnie.
- Jesteś pewien? – zapytała matka.
- Jak najbardziej, matulu. Zapamiętałaś? Prawa szuflada biurka.
- Ja mam je zabrać?
- Tak. Ja zatrzymam go w bibliotece. Porozmawiamy o jakiejś książce, nie wiem, coś takiego.
- A jak już je będziemy mieli?
- Zaszantażujemy go. Albo odjedzie, albo pójdzie pod sąd. Tak czy siak zostawi Issalę. Majątek córki Sialloniego będzie tego warty.
*
- Ja tym czasem wprowadzałem młodej Issali Sialloni podstawy filozofii…
*
- … i to on właśnie, moja droga, wypowiedział słynne słowa cogi to ergo sum i rozpoczął tym nowy nurt filozofii, zwanej później filozofią messyńską. Natomiast jego uczeń, wspomniany już przeze mnie Irrokratos, nie czekając nawet na śmierć swojego mistrza wyszedł mu naprzeciw z filozofią opozycyjną, zwaną takoż właśnie, lub od jego imienia Irrokratyzmem, głoszącą że…
- A co filozofowie sądzą o miłości? – Issala z niewzruszonym spokojem przerwała wywód Syleusa.
- Że, że co? – uczony zmarszczył brwi.
- No co na przykład ty uważasz o miłości?
- Ja?
- Tak. Na przykład czy wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?
- Ja? Nie, ja nie wierzę – filozof wypiął dumnie pierś – a wiesz dlaczego?
- Dlaczego?
- Bo jestem człowiekiem romantycznym.
Issala zachichotała.
- Miłość od pierwszego wejrzenia może być tylko pochopną oceną wyglądu zewnętrznego – kontynuował Syleus – A to się sprowadza w najlepszym przypadku, do pójścia na siano… no i wiesz. Bycie romantycznym nie oznacza bieganie jak wariat po łące i zbieranie kwiatów. Bycie romantycznym oznacza wierzyć w prawdziwą miłość i umieć prawdziwie kochać, bo jak to zresztą powiedział Tratomedes…
- Czyli że miłość jest najważniejsza? Ważniejsza nawet od bogactw, takich jak mojego ojca?
- Tak, właśnie ta… To znaczy nie, nie, nie wyciągajmy pochopnych wniosków! Bogactwa twojego ojca, jak i jego znajomości w Lidze Kupieckiej to również poważna sprawa… Tak… Wiesz co? Najlepiej odprowadzę cię do twojego pokoju, tam sobie wszystko przemyślisz…
*
- Nie przerywaj, Syleus.
*
Po wyjściu z szafy sterta ubrań okazała się być kędzierzawym hobbitem o wesołym wyrazie twarzy.
- Percy Vinglebeldt się nazywam, i myślę, że chyba możemy sobie pomóc.
- Trewil, miło mi. I chyba się z tobą zgadzam. Wiesz o jakich listach jest mowa?
- Mam ukraść jakieś kontrakty handlowe. Nie wiem co prawda jak kontrakty handlowe, mają uniemożliwić Innoriemu małżeństwo, ale jeżeli Polemanius tak mówił…
- Obustronna korzyść. Ty je weźmiesz, a Polemanius ich nie dostanie.
- Do dzieła.
Następnie akcja potoczyła się tak szybko jak w książce pethabańskiego powieściopisarza Mahadżarata. Trewil wpadł na panią Polemanius o mało jej nie przewracając, a potem przepraszał ją przez dobre dziesięć minut.
Percy w tym czasie wbiegł do komnat Ollena Innoriego i zabrał listy, które znajdowały się dokładnie tam, gdzie mówił Polemanius. Następnie obaj spotkali się w umówionym miejscu.
- Masz? – zapytał Trewil rozglądając się dookoła.
- Mam – odparł hobbit – ale… To nie są kontrakty handlowe! Spójrz „Najdroższa Issalo”, „Mój kochany Ollenie”. To są cholerne listy miłosne! Matka zawsze mi mówiła, żebym nie ufał elfom!
- Rozumiem! Polemanius chce je wykorzystać jako dowód romansu Ollena… Ale skąd ja miałem wiedzieć?
- Skąd, skąd – warknął Percy – Wypchaj się tymi listami. Idę szukać na własną rękę.
W momencie w którym wyskoczył przez okno, do sali wszedł, a właściwie wbiegł Astarion Polemanius trzymając w ręku coś co przypominało magiczną różdżkę.
- Cholerny elfie – warknął do Trewila zbliżając się niebezpiecznie – mogłem przewidzieć, że będziesz się mieszał w nieswoje sprawy!
Trewil nie miał przy sobie broni. Zaczął się cofać, aż poczuł za plecami ścianę. Astarion Polemanius wyszeptał wyrytą na pamięć magiczną formułę, różdżka zajaśniała światłem…
Nagle coś uderzyło Trewila w plecy i popchnęło na bok. Uderzył głową o ścianę i stracił na chwilę przytomność.
Gdy otworzył oczy, leżał w tym samym miejscu, otoczony przez służących i gwardzistów posiadłości.
- Pan Polemanius mówi, że stałeś przy drzwiach i niechcący cię nimi uderzył – powiedział jeden z nich.
Trewil otworzył usta, żeby zaprotestować, bo Polemanius był w tym samym pomieszczeniu, ale zaraz je zamknął, stwierdziwszy że i tak nikt mu nie uwierzy. Zamiast tego postanowił poszukać Syleusa. Filozof zniknął gdzieś z ogrodu, razem z Issalą zresztą, nie było go także w gościnnych komnatach ani w bibliotece. W końcu Trewil zrezygnowany udał się do kuchni. Poprosił służących o coś do jedzenia, usiadł przy stole, i ze zdumieniem stwierdził, że ze stołu wpatruje się w niego żaba. Zwykła, zielona żaba.
- Żaba? Co tu robi żaba? – zapytał głośno sam siebie Trewil wpatrując się w zielone stworzonko – Zaniosę cię do ogrodu.
Wtem żaba zaczęła gwałtownie protestować machając obiema łapami.
- Ty rozumiesz co ja mówię?
Kiwnięcie głową.
- Naprawdę?
Znów potwierdzenie.
- Niemożliwe! To teraz pokręć głową! A teraz podnieś lewą rękę! Ta żaba rozumie co ja mówię! To może wiesz gdzie jest Syleus, hm?
Żaba wyraźnie pokazała na siebie.
- Że co? – Trewil nie wierzył własnym oczom – Syleus? Syleus Agnilioni? Ty? Chociaż to… nie, nie. To udowodnij! Dajmy na to, podskocz tyle razy ile masz lat! Nie, nie, to za długo. Ile ja mam lat? Jeszcze gorzej. To, nie wiem… tyle razy ile słów zawiera tytuł twojej najbardziej znanej książki.
Żaba popatrzyła na niego z ukosa.
- No skacz!
Żaba niechętnie uniosła się i opadła dwa razy, pac, pac.
- Zgadza się! „Perspektywa opcji”! Jakie inne dzieło mógłbym mieć na myśli! Hmm, chyba faktycznie to ty jesteś Syleusem, bo chyba niewiele osób oprócz nas wie o takiej książce…
Syleus spojrzał na niego oburzony. Nawet jako żaba robił doskonałe miny.
- No, no. Nie tylko mam żabę, która rozumie co mówię, ale jeszcze uczoną i znającą się na filozofii i astronomii. Ale jak to się stało… Wiem już! Polemanius miał różdżkę, taką do wykorzystania nawet przez kogoś nie znającego się na magii. Chciał zamienić w żabę mnie. Ja oparłem się o drzwi, ty niczego nieświadomy chciałeś wyjść z ogrodu, a że nie zwykłeś spokojnie uchylać drzwi, tylko otwierać je z rozmachem godnym rozwścieczonego pethabańskiego goryla, odepchnąłeś mnie i zaklęcie trafiło w ciebie. Ha! Zamienić kogoś w żabę! No już miałem nadzieję, że będzie bardziej oryginalny. Myślałem że takie rzeczy się zdarzają tylko w bajkach… Potem wbiegli strażnicy i Polemanius nie mógł nic zrobić… Oswojona żaba, hmm… No dobrze, nie patrz tak na mnie, jakoś cię odczarujemy! Niech pomyślę… Znam dwóch czarodziejów w tych okolicach. Jeden z nich to jakiś szemrany czarownik, mówi na siebie chyba Heedal, czy jakoś tak. A drugi mieszka w mieście, porządny mag z papierami, Itofryn Maximus. Ja bym wybrał jego, jest tylko jeden szkopuł… On jest z Ligi Kupieckiej… Nie wiem czy jest magiem i dorabia w Lidze, czy jest kupcem i dorabia jako mag. Zresztą… znasz go? No widzisz. Ale zastanów się! No wiem, że jest z ligi, ale wolisz czarownika? Skąd wiesz co on z tobą zrobi? Chodźmy do porządnego maga…
Trewil jeszcze nigdy nie widział żeby żaba tak protestowała.
- No dobrze, już dobrze! Zrobię to dla ciebie. Pójdziemy do tego czaromiota. A potem już tu nie wracamy. Mam dość tych dworskich intryg.
*
- Czarownik jak to czarownik… powiedział że nam pomoże, jeżeli dopilnujemy, żeby jego siostrzeniec ożenił się z Issalą. A zapytany, o to, kim jest jego siostrzeniec, odparł oczywiście, że „poznamy go”. Stwierdziłem, że to Ollen – jedyna osoba która umiała magicznie chociaż zapalić świeczkę… Pasuje do opisu siostrzeńca czarownika.
*
Ollen Innori spojrzał do szuflady. Listy! Listy zniknęły. Trzeba było nie trzymać na pamiątkę cholernych listów. Tylko jedna osoba mogła chcieć go wydać.
Astarion Polemanius.
Ollen też miał asa w rękawie. Szemrane kontrakty handlowe Polemaniusa. Trzymał je w lewej szufladzie biurka. Można by zaproponować mu wymianę…
*
Przechodząc z niecną miną, zwiastującą tryumf nad Polemaniusem, akurat obok komnat Issali, Ollen napotkał swoją ukochaną.
- Issalo!
- Ollenie – zaczęła z poważną miną córka Sialloniego – Rozmawiałam z filozofem. I on powiedział mi, że miłość jest najważniejsza. Powiem tacie, że ożenię się z tobą, niezależnie od wszystkiego! Że zrywam zaręczyny!
- Ależ moja droga, nie pozwolę, aby przeze mnie naruszono reputację twoją i twojego ojca! Mam już dość Polemaniusa! Nie będę się z nim wymieniał! Załatwię to z nim jak prawdziwi mężczyźni zwykli załatwiać problemy!
- Ależ mój kochany, ty nie umiesz walczyć…
Ollen wepchnął Issalę do jej komnat i zamknął drzwi.
*
- Astarion Polemanius! – krzyknął Trewil zdumiony, kiedy rozpoznał kto chciał go zabić – Rzucasz się na mnie z nożem?
Polemanius nie odpowiadał. Zamiast tego, zdawszy sobie sprawę, że ze sztyletem nie ma szans, wyrwał przymocowany do ściany ozdobny herb rodu Siallonich, przedstawiający świnię i jabłko, który zawieszony był na ostrym metalowym drągu i trzymając go jak włócznię, chciał natrzeć na Trewila.
W tym momencie do sali wbiegli przez drzwi Ollen Innori, a przez okno Percy Vinglebeldt. Ollen trzymał w ręku szpadę.
- Astarionie Polemaniusie! – krzyknął, niezdarnie kręcąc w powietrzu bronią – Nikczemniku! Wiem, że zabrałeś moje listy do Issali i od niej do mnie też! Ja za to zabrałem twoje szemrane kontrakty handlowe, żeby się z tobą uczciwie wymienić. Ale stwierdziłem, że nie będę się wymieniać z kimś takim jak ty!
- Więc mogę je wziąć? – zapytał Percy.
- Możesz – odparł dumnie Ollen Innori.
- Lecę do twojego pokoju!
- Nie, czekaj! – krzyknął Ollen za biegnącym hobbitem – Mam je przy sobie, nie w pokoju!
Percy nic już nie słyszał.
- Nieważne! Broń się, Astarionie Polemaniusie!
- Wiesz co młody – Trewil zwrócił się do Ollena – lepiej to odłóż, bo jeszcze coś ci się stanie, chyba nie chcesz żeby Issala po tobie płakała…
- Słusznie – poparł go Polemanius.
- I ty elfie Trewilu pojedynkujesz się o Issalę? Dobrze!
Ollen Innori zamachnął się na Trewila zza ramienia. Elf wybił mu broń z ręki, kopniakiem w brzuch zmusił do pochylenia się i pięścią trzasnął w podbródek. Ollen osunął się nieprzytomny na ziemię.
- Kontynuujmy – rzucił Trewil do Polemaniusa.
Ofirski bogacz nie był przyzwyczajony do walki żadnym rodzajem broni, a sztandar z herbem był bardzo źle wyważony. Miał jednak nad dwoma mieczykami Trewila ogromną przewagę zasięgu. Obydwaj wiedzieli, że jeżeli Trewilowi uda się zbić włócznię wystarczająco daleko na bok, pojedynek będzie skończony, więc Polemanius dźgał jak dziki.
Elf uwijał się jak w ukropie, odskakując to na prawo to na lewo. Parę razy niemal otarł się o ostrze, a całe życie przelatywało mu przed oczami. Łopoczący sztandar mylił go. Sprytny Polemanius niebawem to dostrzegł i zaczął kręcić włócznią kółka. Trewil parę razy tracił ostrze z oczu, gdyby Polemanius pchnął w takim momencie, pojedynek niechybnie by się skończył. Obydwaj opadali z sił. Trewil od skakania przypominającego taniec na rozżarzonych węglach, Polemanius od dźwigania metalowego drągu.
Trewil był zwolennikiem oryginalnych rozwiązań.
Gdy ofirczyk pchnął wystarczająco nisko, elf zbił na dół włócznię i przeskoczył okrakiem ostrze. Stęknął cicho przy upadku, bo Polemanius podnosił już drąg do góry, jednak miał teraz włócznię między nogami. Odrzucił za siebie jeden miecz, chwycił ręką drąg i zaczął się przysuwać do Polemaniusa.
Astarion Polemanius w swoich ostatnich chwilach desperacko próbował podnieść włócznię do góry i blokować cięcia Trewila, jednak nie miał już szans uchronić się przed śmiertelnym cięciem, zadanym przez elfa.
- Mój wuj… - wyjąkał z trudem, obficie krwawiąc – mnie pomści…
- Twój wuj? – zaniepokoił się Trewil – Kim jest twój wuj?
- Mówią na niego… Heedal…
- Masz wuja czarownika?
Polemanius pokiwał głową.
- O, szlag by to! Nie ty, to nie ty! Ach! Ci czaromioci i ich cholerne zagadki! Nie umieraj, czekaj, nie umieraj!
Astarion Polemanius osunął się na podłogę.
- Przynajmniej jednego złego człowieka na tym świecie mniej – stwierdził Trewil zrezygnowany.
I w tym momencie do sali wbiegł cały dwór pana Sialloniego z nim i jego córką włącznie. Issala rzuciła się Trewilowi na szyję.
- Zabiłeś go! Tak bardzo ci dziękuję!
- Nie ma za co – odparł bez emocji.
- Mości Trewil – powiedział pan Sialloni – Ja rozumiem, że Issala cię o to prosiła, i dlatego nie zawołam straży… Odejdź stąd zanim zrobi to matka Polemaniusa…
- Że co? – oburzył się Trewil – Ja narażam życie, chcę pomóc, próbują mnie zabić i jeszcze mają pretensje? Że to ja jestem winny, tak? Bardzo dobrze! Idziemy stąd! Syleus, gdzi jesteś?!
Ze stołu usłyszał ciche kumkanie. Położył obok rękę, a Syleus Agnilioni Korylius, uczony, astrolog, pisarz i filozof, autor dzieła „Perspektywa opcji”, niezdarnie wdrapał się na jego ramię i pomachał zieloną łapką na pożegnanie obecnym.
Trewil otworzył z buta główne drzwi i obrażony raz na zawsze opuścił posiadłość pana Sialloniego, nie czekając na bal, mający odbyć się następnego dnia.

- Wiesz co, żabciu – zwrócił się do siedzącego mu na ramieniu Syleusa, kiedy już oddalili się milę czy dwie od posiadłości ofirskiego możnowładcy – Chyba przyjdzie nam iść do tego maga… No wiem że jest z Ligi, ale masz jakiś lepszy pomysł? Oczywiście możesz zostać moją tresowaną żabą, wiesz, może uzbieramy tak te osiemdziesiąt senatusów… Nie? No właśnie. Daj spokój może cię nie pozna. Pozna? E tam, może cię zapomniał… Zna cię dobrze? Szlag! Jesteś pewien? Och, czy ty zawsze musisz robić problemy? Nieważne! Przecież i tak, w takiej postaci cię nie pozna, nie? Żaba żabie nierówna. No to co z tego, że cię pozna jak cię odczaruje? Będzie już po wszystkim! Co? Hmm, racja, też nie mam nic żeby zapłacić… Ile może sobie liczyć za przemianę żaby w człowieka? Kilka akwirów, coś koło tego. To odczarujemy cię na twój koszt. No bo w końcu wisisz im już osiemdziesiąt senatusów, parę akwirów w tę czy w tamtą im nie zrobi różnicy. A ja nie mam po co sobie robić nowych długów.
*
- I tyle – zakończył karczmarz – Tyle wiem.
Pani oficer zmarszczyła brwi.
- Trewil z Aenthil jest oskarżony o morderstwo, kradzież oraz współpracowanie ze złodziejem. Każdego kto udzieli mu pomocy i nie wyda straży, uznaje się za współwinnego. Zrozumiano?
- Ta jest, pani oficer! – karczmarz udał, że salutuje – Pytałem czy się napijecie?
- Odmaszerować! – warknęła kobieta, ostatni raz zmierzyła oberżę wzrokiem, po czym wymaszerowała z resztą patrolu. W karczmie zrobiło się cicho.
Karczmarz walnął dłonią o blat i zaczął się śmiać do rozpuku.
- „Nie interesują mnie historyjki – naśladował twardy głos oficer – Chcę znać prawdę!” Poszukiwaczka prawdy się znalazła, phi. Wyłaź Trewil!
W tym momencie drzwiczki szafy otwarły się kopnięte od środka, a oczom wszystkich ukazał się wysoki pod kolano but, a zaraz po nim jego właściciel we własnej osobie. Elf usiadł na wysokim stołku przy barze i napił się z kufla.
- Pff, ale ciasno w tej szafie – marudził – Ale dzięki. Łgałeś bohatersko.
- Nie ma za co – karczmarz uśmiechnął się – Ale nie dokończyłeś opowiadania, bo przyszła ta, bardziej boska niż sam Reg. Co się stało na końcu z tymi listami?
- Którymi?
- I tymi i tymi.
- Właściwie to zabrałem wszystkie.
- Ty? Zabrałeś listy Ollena i Issali, oraz kontrakty handlowe Polemaniusa dla których ci ofirczycy prawie się zabijali?
- No – Trewil wzruszył ramionami – Wkurzyli mnie. Chociaż teraz właściwie nie wiem co z nimi zrobić.
Wyciągnął z kieszeni pomiętoszone papiery.
- „…zobowiązuje się do zapłacenia 2000 senatusów oraz…” bla, bla, bla. A te drugie: „…Najdroższa Issalo, czuję się…” eh, potrzebujesz je?
Karczmarz pokręcił głową. Trewil zwinął papiery w kulkę i celnie wrzucił do kominka. Płomienie jak wygłodniałe, rzuciły się nań wszystkie razem, i już na zawsze pogrzebały w popiele kontrakty handlowe na równi z listami miłosnymi. Ogień nie wybiera celów.
Wtem drzwi do karczmy niczym pchnięte ręką rozwścieczonego pethabańskiego goryla rozwarły się i stanął w nich Syleus.
- Kogóż moje oczy widzą? – zaśmiał się Trewil, kiedy uczony usiadł obok niego – Wiedziałem, że ofirczycy mają wrodzony talent do biegania, ale że tak ogromny, jak wtedy gdy uciekałeś przed tym magiem, to bym się nie spodziewał.
- Pff.
- Mam nadzieję, że się czegoś nauczyłeś, Syleus.
- Ha! I tu masz rację. Każda okazja jest dobra aby czegoś się nauczyć. W końcu człowiek uczy się przez całe życie. Mam więc postanowienie.
- Słuchamy.
- Po pierwsze, chcę się nauczyć walczyć – rzekł dumnie Syleus.
- A niby kto cię nauczy?
- Nie kto inny, jak elficki mistrz fechtunku Trewil z Aenthil.
- Mhm – mruknął elf - Jasne. Coś jeszcze?
- Tak. Po drugie, nauczę się grać na flecie.
- Ty?
- Tak. Ollen Innori był młody, przystojny, oczytany i grał na flecie. Podobno. I jak Issala się w nim zakochała! Ja też jestem przystojny i oczytany, muszę się tylko nauczyć grać. To nic trudnego, przecież kiedyś śpiewałem w chórze arethyńskim…
- … i odszedłeś bo miałeś za dobry słuch więc inne głosy cię rozpraszały. Tak, wspominałeś już kiedyś.
- Brakuje „młody” – wtrącił karczmarz.
- Młody jestem w duszy – rzekł z godnością Syleus.
- Tak, tak. A coś jeszcze?
- No więc… - filozof zawahał się – Postaram się uzbierać te osiemdziesiąt senatusów…
- Wreszcie! – Trewil klasnął w dłonie – O to mi chodziło od samego początku.
- Więc Trewil, musisz postawić mi piwo.
- Bo?
- Bo wiesz, ja oszczędzam.