W obronie wrogiego kraju
Dodane przez Yngvild dnia Styczeń 12 2009 17:07:13
O tym, ze jestem naiwny nie trzeba mi nawet mówić. Jestem i będę naiwny jeżeli myślę, ze ta banda da mi się kiedykolwiek wyspać porządnie.

-Abel, wstawaj-mówił ktoś stojący przede mną-wstawaj jest trup.

-To nic nowego jak na was-przewróciłem się na drugi bok.

-Tak, ale żywy trup.

-Oo, to już coś nowego, postaraliście się-powiedziałem wstając.-Idziemy!

Nie wziąłem sabery, bo uznałem, ze potrzebuje speca, a nie wojownika. Z daleka było słychać krzyki w wartowni, które nasuwały na myśl nasza walkę z wampirami kilka nocy temu. Po plecach przebiegły mi ciarki na samo wspomnienie tej nocy.

-Kto idzie?-zapytała Yngvild z uniesionym mieczem.

-To ja z Ablem-rozpoznałem Zibba.

-No to panie specjalisto, co mamy zrobić?

-Najłatwiej? Odciąć mu łeb!

Rien stanął nad wciąż miotającym się ciałem i uniósł miecz. Klinga spadła na kark stwora i z brzękiem odbiła się od niej. Stwor był porządnie zaczarowany.

-Cholera, nie działa. Co teraz?-zapytał Rien trzymając ożywieńca butem.

-Podpalcie go!

Stojąca w pobliżu Mona sięgnęła do ogniska i wyciągnęła z niego płonąca żagiew. Zombie był w ubraniu co znacznie ułatwiło cały proces. Po chwili zwęglona kupka śmierdzącego mięsa leżała na miejscu potwora.

-Radze przeszukać zajazd, może ich być więcej-powiedziałem przypominając sobie lato w Al-Iffaned. Miasto zbudowano na ruinie starej świątyni i nie mniej starego cmentarza. Pewnej nocy zaatakowało zombie, jedno tylko. Nie było to problemem dla wyszkolonej straży miejskiej, która momentalnie pocięła stwora na kawałki i poszła spać. Następnego ranka nikt się nie obudził. Dwie setki ożywieńców w ciągu kilku minut wycięły w pień straż, a mieszkańców zeżarli w zbiorowej uczcie. Z tymi wspomnieniami na pamięci wyszliśmy z Arandirem i Omusem przed wartownie.

-Coś tam leży-powiedziałem. Zbliżyliśmy się i okazało się, ze to kolejne zombie ze zmasakrowana twarzą. Elf nachylił się i przeszukał ciało. Okazało się, ze był to kurier, który swoja ostatnia przesyłkę zostawił nam w zajeździe Villsvin.

-Idę im to zanieść-powiedział elf odchodząc-masz tu moja szable.

Wziąłem bron i razem z Omusem zacząłem obchodzić teren dookoła. Już chcieliśmy odejść, kiedy ciało się poruszyło. Najpierw raz niewyraźnie, potem drugi zaszamotało się na brzuchu. I za trzecim razem wstał.

-Omus jest problem.-powiedziałem. Fałszerz widział już co się święci i wyjął bron.

-To chyba na nic, biegnij po resztę, ja spróbuje zatrzymać go magia.

Omus zamierzał chyba pobić rekord w biegu ucieczkowym. Była to dyscyplina wymyślona w jednym z więzień w cesarstwie, kiedy to nadarzyła się okazja aby skrócić odsiadkę. Teraz zostałem sam z wielkim zombie bez twarzy.

-Apare torden vennisimi-krzyknąłem i zmaterializował się przede mną piorun, a następnie uderzył w martwe ciało.

Brak reakcji.

Z wartowni nadbiegał Rien i Mija, a za nimi Mona z eliksirem życia na jad trupi.

-Dalej, trzeba go spróbować zepchnąć, aby sobie poszedł.-Rien i Mija skoczyli na pozycje po obydwóch moich stronach. Jednak prosty z początku plan zaczął się komplikować kiedy przeciwnik wyraźnie okazał swoja pogardę dla żelaza. Cięliśmy go już dłuższą chwile kiedy ten nagle przyspieszył i zaszarżował na bardke.

-Torden agrandar vennisimi-tym razem z nieba spadł piorun i ugodził ożywieńca prosto w czaszkę. Błysk oślepił nas na chwile, ale za to zombie był ogłoszony.

-Niech ktoś pobiegnie po ogień, szybko!

Nie pamiętam nawet kto pobiegł, ale już po chwili miałem na sobie wielkie śmierdzące ciało. Chwile później poczułem ugryzienie na lewym barku.

-Aaaaarrr

Po chwili ciało zlazło ze mnie, a Mona już podawała eliksir życia.

-Będzie dobrze-powiedziała.

Zombie uciekał z szabla elfa.

Wróciłem do karczmy, żeby się napić.

-I jak tam?-zapytał Arandir.

-W porządku, uciekł, ale zabrał twoja szable.

-To nie moja-wyszczerzył się-wiec nie przeszkadza mi to.

Okazało się, ze w liście przejętym przed chwila była mowa o ataku. Ataku hord. Dla mnie był to wielki przełom w sprawie, dla cesarstwa był to wielki cios. W każdym razie poszedłem szybko spać nie zważając na przygnębione miny cesarskich.



11 dzień Lammas



Stan wojny. Nie musiałem iść do karczmy i słuchać kapitana, bo było to zbyt oczywiste. Jeszcze jak się kładłem spać to miałem wątpliwości co do poprawności tego co robię. Jedna część mówiła, ze nie powinienem pomagać wrogowi, ale druga nasuwała wciąż wizje Smoka w barwach zakonu. Otrząsnąłem się. W nocy miałem sen. Kolejny zresztą.
Widziałem w nim znów Bramę Północy, ale nieco inaczej. Nie stałem już na szczycie wzgórza i nie obserwowałem Smoka bezpiecznie zza granicy. Samotny oddział cesarskiej Gwardii stal na środku wypalonej ziemi gotowy do walki. Dookoła śmierć i zniszczenie, ani śladu żywego ducha. Stałem za oddziałem i choć nie widziałem ich twarzy to wiedziałem, że boja się. Na wschodzie pojawił się szary sznur, sznur kolumny marszowej. Sznur w miarę jak się zbliżał stawał się coraz grubszy i wyraźniejszy. Byli to esterlingowie maszerujący w kierunku ostatniego oddziału cesarstwa. Kolumna rozwinęła się i zamieniła w szereg. Szczeknęły cięciwy kuszy, gwardziści bronili się. Kolejny szczek cięciw i kolejne ciała padają na ziemie. Esterlingowie obchodzą oddział dookoła i zachowują się jakby mnie tam w ogolę nie było. A oni stoją najeżeni pikami opancerzeni. Żelazny Jeż. Kolejne bełty z trzaskiem wbijają się w ciała barbarzyńców. Wtedy zauważyłem, ze spokojny dotychczas sztandar cesarstwa ze smokiem zaczął gwałtownie łopotać, zerwał się z drzewca i poszybował w gore. Mimo, ze oddalał się ode mnie to wcale nie wydawał się mniejszy. Sztandar rósł, a smok materializował się i nabierał metalicznego połysku. Dreig-a-Hern zawisł nad ostatnim oddziałem upadającego cesarstwa. W oddali zapiszczały chanackie piszczałki...

Uznałem to za dostateczny argument za, aby udać się razem z nimi do walki. W karczmie panowała ponura atmosfera, każdy zwalał winę za nocna porażkę na kogoś innego, aż w rezultacie nikt nie czuł się winny. Co jakiś czas słychać było westchnienie Zibba: “A myślałem, ze to wczoraj byliśmy w dupie”, które świetnie oddawało ogólne morale grupy. Potem było śniadanie, jedyne niemal ciche śniadanie w historii. Nikt nie krzyczał, nikt nie chciał się śmiać. No możne prawie nikt, bo Mija i Rien nadal uważali stratę Draig-a-Herna za świetną zabawę, jednak po kilku żartach skończyły. Po skończonym, posiłku przyszedł czas na odpoczynek.

-Nie martw się-pocieszały krasnoludy gwardzistkę .-Nie wszystko stracone.

-Wszystko stracone, wszystko!-odpowiedziała łkając.-Wszystko, a wy tego nie rozumiecie do cholery.

-Rozumiemy-zaczął Hodo-ale podchodzisz do sprawy chyba zbyt emocjonalnie. Mi tez zal straty artefaktu, ale staram się szukać racjonalnego rozwiązania, a nie walić głową w mur.

-Masz racje-usiadła-ale co w takim razie mam zrobić?

-Na razie potrzebujemy informacji, bo w ślepo nie będziemy atakować.

Wtedy do zajazdu wszedł kapitan.

-Hordy zaatakowały...-zaczął.

-Wiemy, mamy to na piśmie-przerwała mu Mija.

-... i w tej chwili oblegają Kłodzko. Wasze siły są zbyt słabe, aby wspomóc miasto, wiec waszym zadaniem będzie zajęcie północnych fortów i obronienie się przed barbarzyńcami. Żaden z nich nie może ujść z życiem. Zrozumiano?

-Tak jest-odpowiedział Hodo. Kapitan opuścił zajazd i udał się na Dzikowiec do swojego oddziału.-Za półtorej godziny macie być gotowi do wyjścia.

-Przepraszam bardzo-wciela się znów Mija-ale nie jest pan już najwyższy stopniem w tym oddziale.

-A kto niby?-zapytał Zibbo.

-Wicehrabia Rasgalen ma stopień podporucznika, a wiec wyższy niż ty Hodo.
Wszyscy spojrzeli na młodego szlachcica z lekkim niedowierzaniem jakby uważali, że ktoś taki jak Fein Rasgalen nie jest w stanie dowodzić nawet oddziałem zwiadowczym.
Nastąpiła tutaj krotka sprzeczka miedzy wspomnianym Rasgalenie, a chorążym zakończona podzielnością władzy: wicehrabia w marszu i na postoju, chorąży Hodo w walce.

-Półtorej godziny,-pomyślałem-mam nadzieje, ze dam rade. Pójdę, bo nie mam innego rozwiązania. Chanat w mojej osobie musi wspomóc cesarstwo, nie wiem jak, ale musi.

Poszedłem po haszet i rozłożyłem się w wartowni twarzą ku przepięknemu miastu El-Antras. Ach, jak tylko sobie przypomnę piękne meczety i minarety w tym mieście. Niemal tak piękne jak w stolicy. Położyłem sabere przed sobą i zacząłem się modlić. Długo, bardzo długo kolebałem się przód-tył wymawiając jak w transie słowa modlitwy. Jak przez mgle słyszałem słowa Vilretha, który nabijał się z moich modłów. Ale nie zważałem na to teraz ważne było to co dzieje się wewnątrz. Kiedy poczułem wewnętrzne olśnienie, całkowita jasność umysłu, wtedy skończyłem modlitwę.

-Zbiórka, wychodzimy-zawołał Hodo, akurat kiedy wyszedłem z namiotu.

-No, Ablu,-powiedziałem do siebie cicho-czas skopać parę dup w imię Chanatu. A Vilrethem zajmiesz się po powrocie.



**********************************




Droga była długa i mecząca. Nie było tego widać po żadnym z piechurów, którzy szli kolo mnie. Do tej pory nie moglem się pozbierać w sobie ze śmiechu kiedy Rasgalen powiedział:

-Ablu, daje ci wybór szafot, albo walka.

Zdanie to rozbawiło mnie do granic wytrzymałości, ale odpowiedziałem wymijająco, że dokonałem już wyboru. Teraz maszerowałem pod jego komenda i chcąc nie chcąc miałem wrażenie, ze jestem intruzem. Ale na szczęście nie tylko ja miałem takie wrażenie, bo idący obok mnie Edric wstąpił do oddziału z dużo większą niechęcią i dystansem. Dochodziliśmy właśnie do miejsca, gdzie po lewej stronie drogi wyrasta wal kiedy spostrzegliśmy, ze nie jesteśmy sami. To znaczy zwiad dostrzegł i poinformował o tym resztę oddziału. Grupka wojowników odzianych w skory skrywali się za niewielkim nasypem. Syk lotek.

-Szyk! Formować szyk, tarcze na przód!-wrzeszczał Hodo, bo komenda właśnie przeszła na niego. Obok mnie stanął kozak.

-Dzięki, dam sobie rade-powiedziałem.-Tam masz więcej miejsca-wskazałem miejsce za plecami Riga.

-Nie dzięki, postoje tu, jesteś zbyt cenny.-odpowiedział z uśmiechem.

Nie wiedziałem jak przyjąć słowa rowenczyka. Przyjacielski żart czy Straż zabezpieczała się na wypadek mojej nagłej zmiany... frontu. Nie wiedziałem co jest mniej prawdopodobne: myślący Strażnicy czy miły kozak. Ostatecznie stanęło na inteligencji, choć nie można było wykluczyć żadnej możliwości. Świst strzał wyrwał mnie z zamyślenia. Kozak nadal stal obok, a kilka osób biegło, aby zajść nasyp od lewej. Wyczekałem na przerwę w salwach i dołączyłem do nich. Nie wiem co mnie podkusiło, ale uznałem, ze tak będzie lepiej. Świst, inkantacja, smród palonego drewna. W tym samym czasie oddział na drodze podchodził coraz bliżej i bliżej skracając dystans sobie i przeciwnikom. W końcu ci ostatni nie wytrzymali i wybiegli. Wybiegli i prawie natychmiast uciekli zostawiając kilku rannych na drodze. Naszych rannych, swoich martwych. Nie zamierzałem użyć jeszcze magii, byłoby to co najmniej głupie. Esterlingowie wycofali się kilka metrów dalej na drogę i tam szykowali się do szarzy na nasza grupę. I poszli.

-Stado rozpędzonych wojowników-pomyślałem wyciągając sabere z brzucha jednego z nich-ma niby zniszczyć Styrię? Próbowaliśmy to miliony razy.

Wtedy pojawił się swego rodzaju olbrzym: wielki, szeroki jak baszta stanął na drodze. Za cholerę nie chciałem z nim walczyć.

-Apare torden vennisimi-krzyknąłem zanim ich szaman zdążył rozproszyć zaklęcie. Z dłoni wyleciał świetlisty piorun i z cala mocą uderzył w pierś wojownika odrzucając go na kilka metrów. -Będzie mi stal na drodze-pomyślałem patrząc na oddział uciekający w kierunku kolejnych umocnień-nikt mi nie będzie stal na drodze, nie ma tak dobrze. Mona biegała od rannego do rannego, a sycząca mikstura zasklepiała kolejne rany. Oddział zbierał się do dalszego pościgu.

-Dalej, zbierać się-poganiał Hodo. Wtedy wpadłem na genialny pomysł jak zasłużyć się w walce i przy okazji mieć szanse na przyjrzenie się wrogowi z bliska. Zamierzałem osłaniać alchemiczke w trakcie całej walki, abyśmy nie stracili czasem zaplecza medycznego. Dobiegliśmy w końcu do płaskiego terenu ograniczonego z dwóch stron skarpa i z dwóch stron walem. To właśnie na wale leżącym naprzeciwko nas rozstawili swoje siły barbarzyńcy. Pozycja doskonalą do obrony ze względu na rozmiar walu czyli jakieś cztery konie, a stromy tak, ze nie dało się wejść z bronią w reku. Jedyna nadzieja był tunel przebiegający po prawej stronie i idąca nad nim ścieżka. W to miejsce właśnie planował uderzyć Hodo.

-Trzeba jak najszybciej atakować! Gdzie wicehrabia?

-Zdaje się, ze idzie gdzieś z tylu.

-Kurde. Dobra, nie ma czasu, trzeba sztormować, bo wystrzelają nas jak kaczki.

Uwaga była celna, bo przeciwnik usadowiwszy sie na duzo wyzszej pozycji mial znaczą przewagę używając łuków. Neil szybko znalazł dobra pozycje, aby razić wroga, ale szybko musiał ją opuścić. Spojrzałem przed siebie. Szaman stal na nasypie mając oko na nas wszystkich. Gdyby tylko Shamaroth był w pobliżu, dwóch zaklęć by nie zblokował na raz. Ale kapłana nie było tam gdzie ja osłaniałem alchemiczke. Ta ostatnia skryta za drzewem na skraju płaszczyzny ściskała kurczowo flakon z mikstura, a w sakwie pobrzękiwały kolejne. Trzeba było oddać jej honor, z całej “drużyny Rasgalena” wykonywała najlepiej swoje zadanie. Obejrzałem się. Oddział z Obieżyświatem na czele zabiegał wal od lewej. Mając jednocześnie na oku esterlingow oraz Monę starałem się obserwować poczynania tej grupki. W międzyczasie Gadjung, Sigmar i jeszcze kilka osób zachodziły wal od prawej. Niedaleko mnie Shamaroth przejmował kontrole nad jednym z przeciwników. Bezskutecznie. Ostra sugestia szamana sprawiła, ze wojownik zamiast towarzyszy zabił samego siebie. To był odpowiedni moment.

-Apare torden vennisimi appositum-ryknąłem wykonując szybko gesty. Z dłoni wyleciał piorun, przeleciał parę metrów, po czym rozdzielił się na kilka zupełnie identycznych. Usłyszałem trzask i poczułem swad palonego mięsa. Cesarscy natychmiast wykorzystali ten moment na szarże. Grupka Obieżyświata trafiła na berserka i musiała sobie jakoś poradzić sama. Gadjung z reszta stanęli wobec wielkiego wojownika z tarcza stojącego nad ścieżka rozdzielającą wał. Ktoś z chręstem kamieni spadł w dol odrzucony silnym ciosem. Ale szliśmy na przód. Tarczownicy zwarli szyk i wdzierali na ścieżkę. W międzyczasie pojedyncze jednostki przebiegały tunelem odcinając uciekającym esterlingom drogę. Zerwałem się z miejsca tylko dlatego, ze Mona zaczęła leczyć rannych. A bylo ich nie mało. Ci co trzymali się na nogach biegli w ślad za uciekającymi, ci co byli leczeni ruszali chwile później.

Wal był zdobyty. Świadczyły o tym głównie ciała martwych i konających wrogów, ślady spalonej ziemi w miejscu gdzie szaman rzucał kule ognia oraz spalone drzewo, kiedy nie trafił. Ale drużyna nie mogla już tego widzieć zajęta pościgiem za barbarzyńcami. Przebiegaliśmy właśnie miedzy krzakami kiedy pożałowałem, ze nie poświeciłem chwili na zbadanie zwłok. Dobiegliśmy do swego rodzaju mostu, esterlingowie stali po drugiej stronie i szczerzyli żeby do walki.

-On ma moje miecze-krzyknął Illima z żalem w glosie.

-Ablu,-kapłan podszedł do mnie-musimy zgrać się jeszcze raz.

-Wiem. Ma odbić twoje czy moje zaklęcie?

-Spróbuję opętać tego tam dużego, to powinno pomoc.

-Powinno, ale kto wie.-westchnąłem wychodząc spomiędzy krzaków w których chowała się alchemiczka. Stanęliśmy na przeciwko mostu. Szczęście cesarskich, ze szaman miał chwilowa przerwę w rzucaniu kul ognistych, chyba kogoś leczył. W każdym razie nie próbował pozbyć się pięknie ustawionego muru z tarcz, wzmocnionego długimi mieczami i zdobyczna włócznią. Stanęliśmy z Shamarothem za nimi i zaczęliśmy inkantować, ja zacząłem, po chwili krasnolud.

-Apare torden vennisimi-piorun zmaterializował się i z sykiem poleciał prosto w szamana. Jednak refleks to była jego dobra strona. Krzyknął dwa słowa w swoim języku i piorun odleciał w naszym kierunku, kilka metrów nad nami. W międzyczasie kapłan już przejął kontrole nad wybranym wrogiem i sterował nim jak pionkiem. Pionek zginał po chwili, a nasi nie chcieli za bardzo się przesunąć. W końcu w szeregach wroga zrobiło się zamieszanie i wykonali odwrót.

-Dalej, za nimi!-krzyknął Hodo, przepuścił dwóch tarczowników i pobiegł dalej. Pościgu ciąg dalszy nie satysfakcjonował wszystkich uczestników. Zanim dobiegłem do kamiennego murka walka trwała w najlepsze. Tarczownicy powoli nacierali robiąc sobie miejsce, a na flankach lekka piechota wybijała esterlingow od tylu. Widok bardzo pocieszny muszę przyznać. Widząc, ze alchemiczce nic nie grozi pobiegłem za oddziałem szykując już sabere do ciosu i oddychając głęboko. Piękne górskie powietrze miało te właściwość, ze znakomicie odnawia moc magiczna. Oddychając tak poczułem jak wracają we mnie siły. Nagle przeżyłem coś co elfy nazywają duie alvu, gdyż znów stanąłem do walki z innym wielkim wojownikiem. Trzeba im przyznać, ze starają się ci esterlingowie, skoro wyrastają na takich wielkich. Było już dookoła niego kilka osób, które trzymały go na dystans, jednak nie można było przejść dalej. Po lewej stronie stal Rien, który widząc, ze nadbiegam przeszedł do ataku. Przeciwnik sparował bez problemu i byłbym zdążył go ranić, gdyby nie jego nadnaturalna szybkość z jaka sparował mój cios. Ciosu szermierza już nie zdołał sparować i ciemna krew obryzgała futro na jego ramieniu. Biegliśmy dalej zostawiając kolejne ciała znaczące szlak ucieczki napastników. Droga zaprowadziła nas do kolejnego mostu nie tak stromego jak poprzedni, wręcz przeciwnie. Łagodne zejście na środek wręcz zachęcało do nieustannych manewrów w te i nazad. Esterlingowie ustawili się za mostem w szyku, ramie przy ramieniu. Łucznicy zajęli dogodne pozycje za plecami towarzyszy. To samo uczynili Arandir i Neil. Pozbieraliśmy większość strzał nieprzyjaciela, które nie trafiły w cel lub nawet te które trafiły i zakrzepła krew tworzyła karminowe ornamenty. Stanąłem na lewym skrzydle za Rigiem i Hodem mając obok siebie Neila. Moglem rzucić jeszcze parę zaklęć, ale czekałem. Wróg nie czekał. Pierwsza dwudziestka uderzyła z szalem na szereg tarcz, ale te nie ustąpiły. Był to błąd, który mogliśmy drogo przepłacić, gdyż z tarcz zaczęły się sypać drzazgi informujące o złym stanie drewna. Jednak cesarscy nie ustępowali w walce i kolejni wrogowie padali przed nimi tworząc niewielki wzgórek. Łucznicy po obu stronach nie pozostawali dłużni towarzyszom i szyli z niewielkiej odległości śmiertelne brzeszczoty. Znów szermierz miał prawo do radości, bo udało mu się odbić lecącą strzale. Spróbowałem tej sztuczki na strzale lecącej w moim kierunku. Ustawiłem się, łucznik puścił cięciwę, zawinąłem sabera i z napięciem oczekiwałem rezultatu. Nie poczułem oczekiwanego ukłucia w okolicach ramienia, usłyszałem jedynie uderzenie metalu o metal co oznaczało powodzenie. Otworzyłem oczy. Walka trwała nadal. Kolejnych trzydziestu esterlingow sztormowało obronę mostu. Dowódca widocznie bawił się naszym oddziałem, chciał zobaczyć jak giniemy w mękach, a nie szybko i bezboleśnie. Górka zwłok przed tarczownikami powiększała się. Wtedy stało się coś czego w sumie mogliśmy się spodziewać. Zza zakrętu którym przyszliśmy wyłoniło się dziesięciu wojowników z futrami na ramionach. To był koniec wiedziałem o tym znakomicie. Esterlingowie na moście zawyli radośnie, Hodo próbował zorganizować obronę drugiego frontu, ale bezskutecznie. Jak we śnie, oddział otoczony zewsząd przez wrogów. Na szczęście nie było sztandaru, który mógłby się zerwać i z łopotem ulecieć w niebo. Był za to strach, ból i potworne zmęczenie. Yngvild, Hodo, Zibbo i Shamaroth wspierani przez łuczników podjęli ostatnia rozpaczliwa probe przebicia szyku. Obróciłem sie. Rien i Mija w nierównej walce osłaniali tyły.

-Apare torden vennisimi-krzyknąłem zawijając sabera. Jeden z napastników padł, następny cięty przez Riena po ramieniu runął mu pod nogi. Nagle znalazł się Omus osłaniający do tej pory łuczników i z nadzwyczajna jak na swoje rozmiary silą chlasnął po karku najbliżej stojącego wroga. Pozostało sześciu, którzy naparli na nasza grupkę. Szermierz bronił się dzielnie, ale po chwili padł z krzykiem. Zająłem jego miejsce i próbowałem odeprzeć wrogów. Mija wpadła chyba w coś na kształt berserka: cięła bez opamiętania po wszystkim dookoła co powodowało, ze nikt, absolutnie nikt nie odważył się do niej podejść. Walka na nowo przeniosła się na jeden front, a Mona opatrywała rannych. Stanąłem na swojej pozycji. Nie moglem zrobić już nic magicznego, absolutnie nic. Pozostawało mi czynić swoja powinność i bronic bezbronnej kobiety. I pewnie broniłbym dalej, ale ktoś znalazł na to lekarstwo. Kolejny łucznik, który stanął na tej samej pozycji, tej samej odsłoniętej pozycji, z której Neil zdjął już paru, napiął luk i wymierzył. Uznałem, ze znowu spróbuje szczęścia. No właśnie. Spróbowałem i przegrałem. Widocznie limit szczęścia na ten dzień wyczerpał się kiedy udało mi się uniknąć dwóch kul ognia i dwóch strzał pod rząd. Strzała leciała, to pamiętałem, zbliżała się, ale machnąłem sabera w zła stronę i nie trafiłem. Najpierw uderzenie, potem ból, a na koniec trzask łamanej łopatki. Pamiętam, ze padłem na twarz, a Mona szybko podbiegła, żeby mi pomoc.
-Zawiodłem-pomyślałem-zawiodłem mojego władcę, nie wrócę już.

-Ameradi someradi hel-im ina-zamruczałem obracając się na plecy.-Horema-di sel ala-di hel-im ina.

Dalej byla ciemnosc...



Pisał Abel
Całość opowiadania można przeczytać TUTAJ.